Pęknięty diament – rozdział 11

Prue

Uśmiechałam się słodko do sprzedawcy, który stał przy mnie jak słup soli. Ledwo przekroczyłam próg salonu, a już był moim cieniem i nie odstępował mnie na krok. Niepotrzebnie pozwoliłam mu mówić mi po imieniu. Patrick robił maślane oczka, chociaż naprawdę nie wiedziałam, na co liczył. Zerknęłam na nadgarstek. Miałam wrażenie, że zepsuł mi się zegarek, bo czas stał w miejscu. Matt był już mocno spóźniony. Nie lubiłam spóźnialskich.
— Prue, może pokażę ci najnowsze modele….
— Nie. — Weszłam mu w słowo. —  Poczekamy na mojego klienta.  
— W porządku.  
Nagle drzwi otworzyły się z hukiem. Obróciłam się, a moja złość wyparowała. To był Matt. Mój wzrok ześlizgnął się z jego twarzy na koszulę, tak idealnie dopasowaną, że zacisnęłam usta. Wiedziałam, że nie będzie problemu z doborem ubrań. Niżej wolałam nie patrzeć. Ten facet miał w sobie coś takiego, że dobrym rozwiązaniem było trzymanie go na dystans, tak na wszelki wypadek.
— Cześć, przepraszam za spóźnienie — powiedział, podchodząc do mnie, jednocześnie rozluźniając krawat. — Spotkanie mi się przedłużyło, no i do tego te korki… Ale zdążyłem? — Uśmiechnął się, tuż po tym, jak zmierzył mnie wzrokiem od stóp do głów.
Poczułam się nieswojo. Matt bez Cat był jeszcze bardziej urokliwy, co mogło stanowić problem. Ta para w ogóle była nietypowa. A moje zachowanie nie mogło być idiotyczne. Nie mogłam jednocześnie kłócić się z Cat i wzdychać do jej narzeczonego. Boże, nie!
— Cześć, Matt. — Uśmiechnęłam się delikatnie. — Zdążyłeś. Jeśli pozwolisz, od razu przejdziemy do wyboru garnituru, dobrze?
— No nie wiem, zastanowię się jeszcze — zaśmiał się, zdejmując krawat przez głowę, po czym rozpiął pierwszy guzik koszuli. — Jestem gotowy. Mam tylko jeden warunek: chcę granatowy.
Szybko przeniosłam wzrok na Patricka, bo czułam, jak robi mi się gorąco.  
— Mógłbyś zaprezentować nam modele z najnowszej kolekcji?  
— Właśnie, mógłbyś…? Wygląda na to, że nie dosłyszałem twojego imienia — powiedział Matt.
Patrick obrzucił go dziwnym spojrzeniem, burknął coś pod nosem i odszedł.  
— Zdecydowałeś już, czy wolisz krawat czy muszkę? — zapytałam, wpatrując się w manekina, stojącego na środku sklepu. Nie zamierzałam na niego patrzeć, jeśli nie musiałam.  
— Rozmawiasz ze mną czy z manekinem? — zaśmiał się Matt. — Mam dość krawatów. Zdecydowanie muszka.
Zerknęłam na niego przez ramię i zmierzyłam nieprzychylnym spojrzeniem, chociaż to było trudne. Ten słodki uśmiech stopiłby najbardziej zlodowaciałe serce.
— Oczywiście, że rozmawiam z tobą — powiedziałam, starając się brzmieć jak najbardziej profesjonalnie. — Rozglądam się po sklepie, bo może wpadnie mi w oko coś ciekawego. Nie mamy wieczności, żebyś przymierzył każdy garnitur.  
— Zdecyduję w pięć minut, zobaczysz.  
Nie byłam pewna, czy chcę to zobaczyć. Na całe szczęście wrócił Patrick z pierwszym garniturem. Błyszczącym garniturem. Przygryzłam wargę i zerknęłam rozbawiona na Matta.  
— Całkiem ładny, prawda?
— Jasne. Jakbym tylko zamierzał iść na paradę równości albo zrobić striptiz na wieczorze panieńskim, to bym brał od razu — odpowiedział Matt z rozbawieniem.
Przymknęłam oczy, ale szybko je otworzyłam, bo wyobraźnia podsunęła mi tak niepoważne obrazy, że miałam ochotę zapaść się pod ziemię. Mina Patricka zdradzała, że nie przepadał za Mattem.  
— Teraz w modzie są błyskotki — mruknął. — Dwa kolejne garnitury, które pokażę, również będą się delikatnie błyszczały.
— Nie fatyguj się. Przynieś normalny, bo nie mam całego dnia na oglądanie błyskotek. Mam zamiar kupić coś dla siebie, a nie dla mojej narzeczonej.  
— Patrick, proszę, przynieś granatowego Louisa i białą koszulę do zestawu.  
— Prue, ale…
— Proszę.  
Patrick pokręcił głową, ale ostatecznie po niego poszedł.
— Widzę, że jesteście na “ty”. Znają cię w każdym salonie w mieście? — zapytał z uśmiechem.
— Jestem znana, bo pracuję dość długo w tym zawodzie i naprawdę mam, że tak ujmę, “branie”. — Narysowałam palcami w powietrzu cudzysłów.  
— Właśnie widzę. — Uśmiechnął się. — Skąd ten koleś się urwał? Jak będę chciał błyszczący garniak, to wysypię sobie brokat na łeb.
— Nie miej pretensji do Patricka, bo chce dobrze. Zazwyczaj pary decydują się na modne ubrania, chociaż nijak wpasowują się w ich styl. Nie przygotowują ślubu dla siebie, ale pod publikę.  
— Ja bym sprawił, że nawet zwykła szmata wyglądałaby jak najnowszy szyk mody. — Puścił do mnie oczko. — I nie mam do niego pretensji, ale ewidentnie to on coś do mnie ma.
— Po prostu… — Westchnęłam ciężko i odwróciłam się do niego przodem. — Patrick chyba mnie lubi i to za bardzo. Jestem tutaj z tobą i to właśnie tobie poświęcam całą swoją uwagę, więc… może być ciut zazdrosny.  
Matt wybuchnął śmiechem.
— Serio? To niech nie będzie taką pizdą i zaprosi cię gdzieś.  
Wywróciłam oczami.  
— Lepiej nie, bo będę musiała mu odmówić.  
— Nie twoja liga, co?  
Postanowiłam nie odpowiadać na to pytanie, więc się odwróciłam. W idealnym momencie, bo zmierzał do nas Patrick z grobową miną. Niósł ukochanego Louisa, jeden z najcudowniejszych modeli garniturów. Czekałam cierpliwie na ocenę Matta i po cichu liczyłam, że mu się spodoba.
— W końcu coś, co mogę przymierzyć — ucieszył się Matt, zabierając od Patricka garnitur. — A teraz pozwolisz, że zniknę w przymierzalni — zwrócił się do mnie. — I uprzedzę twoje pytanie. Poradzę sobie sam. — Puścił mi oczko i ruszył w stronę przymierzalni.  
— Ten twój klient to taki nieogarnięty, przecież…
— Patrick, licz się ze słowami — syknęłam, gromiąc go wzrokiem. — Nie uwierzę, że dałeś mu niewłaściwy rozmiar. Za dobrze cię znam. Potrafisz prześwietlać ludzi, zanim przejdą przez próg sklepu.  
— Lepiej chodźmy zobaczyć, jak będzie się w tym prezentował.
Miałam wrażenie, że liczył na jakąś wpadkę. Już chciałam podejść, ale w tym samym momencie z przymierzalni wyszedł Matt, a mnie wmurowało w podłogę. Powoli zmierzał w moją stronę, przeczesując dłonią włosy. Gdzieś z boku słyszałam ciężkie westchnięcie Patricka, ale nawet na niego nie spojrzałam. Patrzyłam jak urzeczona.  
— I jak? — zapytał Matt, stając przede mną.
Zaschło mi w gardle. Z trudem przełknęłam ślinę i opuściłam wzrok na koszulę, która wyglądała na nim obłędnie.  
— Bardzo ładnie — wydukałam.
— Tylko tyle? Liczyłem na jakieś omdlenie. — Uśmiechnął się łobuzersko.  
Moje serce zabiło mocniej i wysłało sygnał do mózgu, który szybko zapalił czerwoną lampkę. Nie mogłam się wkręcić.  
— Sądzę, że Cat z pewnością zemdleje na twój widok — powiedziałam wymijająco. — Patrick, proszę, przynieś zestaw muszek.  
Widziałam jego minę. Zwracałam się do niego bardzo grzecznie, więc kompletnie nie rozumiałam jego zachowania. Odszedł z wkurzoną miną. Co było nie tak? Najpierw kłótnia z Cat, Emma z pomyloną sukienką, czarujący Matt, a potem zazdrosny Patrick, który ma gdzieś standardy firmy? Boże!
— Jak przyniesie błyszczącą, to wychodzę — powiedział Matt z nutą rozbawienia w głosie.
Odruchowo złapałam go za przedramię.
— Nigdzie nie pójdziesz. — Otworzyłam szeroko oczy, spojrzałam na swoją rękę i ją cofnęłam. — Przyniesie ich kilka, będziesz miał duży wybór — powiedziałam z prędkością karabinu maszynowego.
— Jestem taki gorący, że cię poparzyłem? Wybacz. — Wyglądał, jakby miał się zaraz roześmiać.
— Przyniosłem muszki.  
Chciałam się zapaść pod ziemię. Czy Matt widział, że Patrick już do nas zmierzał? Jak to w ogóle wyglądało? Co on wyprawiał? Zacisnęłam mocno usta i odwróciłam się w stronę Patricka, który nie spuszczał ze mnie wzroku. Byłam pewna na milion procent, że jak tylko zostaniemy sami, to zacznie bombardować mnie pytaniami.  
— Dziękuję, a czy mógłbyś jeszcze poszukać butów? Najlepiej klasyków? Na razie w celu pokazania. — Wysiliłam się na uśmiech. — Może Matt zdecyduje się na któryś z modeli.  
Patrick pokiwał wolno głową i zniknął. Odetchnęłam z ulgą i odwróciłam się do Matt, zabijając go wzrokiem.
— Co to miało znaczyć?
— Ale że co? — Patrzył na mnie zaskoczony.
— Nie podoba mi się, że próbujesz ze mną flirtować, tym bardziej na oczach ludzi, z którymi współpracuję.  
Matt wybuchnął śmiechem.  
— Myślisz, że z tobą flirtuję? — Zrobił krok w moją stronę. — Zaraz ci pokażę, jak wygląda flirt.  
Był coraz bliżej. Nie zamierzałam przed nim uciekać, chociaż nie miałam pojęcia, co chce zrobić. Stanął tak blisko mnie, że poczułam zapach jego perfum, a kiedy się pochylił, moje serce zamarło. Czekałam na jakiś kontakt fizyczny, ale mnie nie dotknął. Mimo że miałam wrażenie, że jego usta znajdują się stanowczo za blisko mojej skóry.  
— Ładnie pachniesz — zamruczał mi do ucha, po czym odsunął się na tyle, by spojrzeć mi w oczy.
Wpatrywałam się w jego zielone tęczówki, kiedy nagle ciszę przerwał dzwonek telefonu. Matt szybko się wyprostował i odsunął na bezpieczną odległość.
— Widzisz różnicę? — zapytał, już całkiem poważny. — A teraz przepraszam, to mój.  
Ruszył do przymierzalni, by odebrać telefon. Nabrałam ostrożnie powietrza do płuc, próbując uspokoić rozszalałe serce. Co to miało być? Ładnie pachniałam? Mówił poważnie? Spojrzałam w jego kierunku. Był odwrócony plecami, ale mówił dość głośno i wyraźnie. Wytężyłam słuch. Kiedy zdałam sobie sprawę, że mówił po japońsku, otworzyłam usta ze zdziwienia. To nie było dukanie, tylko perfekcyjna wymowa. Dlaczego on był taki… Powstrzymałam natłok myśli, bo Matt nie mógł mi się podobać. Co z tego, że był przystojny, czarujący, zabawny i perfekcyjnie mówił po japońsku? Miał narzeczoną, którą kochał!
— Klient, tak? — zadrwił Patrick, stając obok mnie.  
Popatrzyłam na niego zszokowana.
— Oczywiście, że klient!
— Od kiedy pozwalasz klientom flirtować? — Wbił we mnie wzrok. — To chyba mało profesjonalne, prawda?
— Patrick, to nie tak! On się tylko zgrywał!
— Taaak, jaaasne. — Wywrócił oczami. — A ty stoisz teraz cała zaczerwieniona, bo tak cię urzekł ten przystojny manekin!
Pokręciłam głową.
— Proszę, przynieś również spinki do mankietów — wycedziłam, starając się brzmieć w miarę spokojnie.  
— Ile potrzebujecie czasu? — rzucił na odchodne, a potem odwrócił się na pięcie i odszedł.  
— Czasu na co? — zapytał Matt, nagle zjawiając się przede mną.
Zmierzyłam go chłodnym spojrzeniem.  
— Brawo. Patrick jest teraz przekonany, że coś nas łączy, chociaż to kompletna bzdura! — uniosłam się. — Proszę, skończ się zgrywać…
— Ktoś mu musiał pokazać, jak powinno się obchodzić z kobietami.
— Pozwól, że tego nie skomentuję — powiedziałam zimno. — Zajmijmy się lepiej dobraniem akcesoriów do garnituru, bo rozumiem, że jesteś na niego zdecydowany, tak?
— Przecież ci mówiłem, że zdecyduję w pięć minut. I nie spinaj się tak. To ty błędnie zinterpretowałaś moje zachowanie.  
— Czy ja wyglądam na spiętą? — oburzyłam się. — Proszę, skup się. Musimy jeszcze wybrać muszkę, buty, spinki do mankietów, skarpetki i pasek. To całkiem sporo.  
Podszedł do nas sam Patrick i doniósł resztę rzeczy. Szybko pokazałam Mattowi, co i jak.  
— Co wybierasz?
— Ta muszka, te buty, te spinki i ten pasek. Nad skarpetkami się jeszcze zastanowię, bo może zdecyduję się na błyszczące. — Tu spojrzał na Patricka z kpiącym uśmieszkiem, a potem zwrócił się do mnie. — Zadowolona?
Patrzyłam na niego zszokowana, kompletnie nie wiedząc, jak powinnam zareagować na wzmiankę o błyszczących skarpetkach. Chciałam wciąż być na niego zła, ale nie potrafiłam.  
— Tak. — Westchnęłam ciężko. — W takim razie na dziś skończymy. Później jeszcze ustalimy termin przymiarki, żeby mieć pewność, że w dniu ślubu wszystko będzie na tobie idealnie leżało.  
— Okej, to idę się przebrać — odparł i ruszył do przymierzalni.  
Nie uśmiechnął się słodko i zaczęłam tęsknić, ale szybko się ogarnęłam. Popatrzyłam na Patricka, który znów miał niezadowoloną minę.
— Co znowu? — jęknęłam.  
— Nic, nic. Dobrze ci poszło — zadrwił, posyłając mi kpiący uśmieszek.
Pokręciłam głową i odeszłam kawałek dalej. Miałam serdecznie dość. Marzyłam o ciepłej kąpieli, nawet jeśli Phoebe siedziałaby na brzegu wanny i truła mi kazaniami o idealnej miłości, którą z pewnością kiedyś spotkam.  



Caterina

Wróciłam do domu nieco wcześniej niż zwykle. Okazało się, że moje ostatnie zajęcia zostały odwołane ze względu na jakieś prace w siłowni. Nawet nie wnikałam, o co dokładnie chodziło. Wpadłam na pomysł, by urządzić jakąś małą kolację dla Matthew. Po drodze do domu weszłam jeszcze do sklepu, kupiłam ten jego ukochany stek oraz parę składników na sałatkę. W mieszkaniu mieliśmy chyba jeszcze jakąś butelkę wina, więc nie marnowałam czasu na szukanie odpowiedniej butelki.  
Od razu po przekroczeniu progu zabrałam się za przyprawianie steku. Jako że musiał trochę poleżeć w przyprawach, zdecydowałam, że w międzyczasie wezmę prysznic. Spieszyłam się, bo nie wiedziałam, o której Matt zamierzał dziś wrócić — wiedziałam, że rano miał spotkania, a później był umówiony z Prue na przymiarki garnituru. Po wszystkim miał jeszcze wrócić do pracy. Na wszelki wypadek wolałam szybko uwinąć się z prysznicem i być gotowa na powrót narzeczonego.  
Ubrałam się w szlafrok, a włosy jedynie szybko podsuszyłam, by przejść do kuchni z jeszcze mokrymi końcówkami. Zabrałam się za robienie sałatki. W zamrażarce odkryłam paczkę z frytkami, które wrzuciłam do naczynia żaroodpornego, uruchamiając jednocześnie piekarnik. Po ostatniej dyskusji o awokado, miałam nadzieję, że chociaż ten posiłek spodoba się Matthew.
Zastanawiałam się właśnie, czy nie powinnam już brać się za smażenie mięsa, gdy rozległo się pukanie do drzwi. Zmarszczyłam brwi, bo przecież Matt nie pukał. Czy to moja mama przyniosła kolejne pudła?
Zostawiłam mięso swojemu losowi i poszłam otworzyć. Chwilę później zalała mnie fala gniewu.
— Nie wiem, po co przyszłaś, ale od razu mogę ci powiedzieć, żebyś sobie poszła — warknęłam, widząc rude włosy mojej niegdysiejszej przyjaciółki. — Nie mam ci nic do powiedzenia i nie chcę cię słuchać. — Zamierzałam zamknąć Amandzie drzwi przed nosem, ale ona szybko wysunęła nogę i je zablokowała. — Co ty wyprawiasz?
— Chcę porozmawiać — oznajmiła.
— Chcieć to sobie możesz. — Postanowiłam postawić sprawę jasno. — Nie mogę w to uwierzyć. Przez tyle lat się przyjaźniłyśmy, a ty nagle postanowiłaś obmacywać mojego narzeczonego? I to na imprezie w naszym mieszkaniu? Masz cokolwiek na swoją obronę? — Patrzyłam na nią wzrokiem, którym mogłabym coś podpalić.
— Upiłam się, nie wiedziałam, co robię — powiedziała zblazowanym tonem, po czym, korzystając z mojego chwilowego zaskoczenia, przekroczyła śmiało próg mieszkania. — Przestań, Cat, już nie pamiętasz, jak w liceum czasem wymieniałyśmy się chłopakami?
Zamknęłam drzwi i skrzyżowałam ręce na klatce piersiowej, odwracając się w stronę byłej przyjaciółki.
— Puknij się w głowę, Amanda. To, o czym mówisz, to były niewinne romanse na dwa dni, z idiotami, którzy nawet nie ogarniali, że nie byłyśmy nimi zainteresowane. Mój związek z Mattem to kompletnie inna sprawa! Jesteśmy zaręczeni! — Choć nie chciałam, by ponosiły mnie emocje, zaczynałam krzyczeć. — Jak mogłaś mi to zrobić? Wiedząc, że byłam tuż obok?
— Dobra, przyznaję! — Uniosła ręce lekko do góry. — To był błąd. Nawaliłam się jak świnia i przepraszam za to. Ale Matt też nie jest święty. Miałam rację, ostrzegając cię przed nim. I teraz mam na to dowód. — Wyjęła komórkę z tylnej kieszeni dżinsów i zamachała nim.
Oblał mnie zimny pot.
— Jaki dowód? — Z mojego gardła wydobyło się coś na kształt skrzeku. Wpatrywałam się w komórkę Amandy, jednocześnie chcąc i nie chcąc zobaczyć, co takiego się w niej znajdowało. Piekarnik pyknął cicho, dając znak, że się nagrzał, ale miałam to gdzieś.
Amanda bez słowa odblokowała komórkę i po chwili już wyciągała ją w moją stronę. Chwyciłam ją i zobaczyłam zdjęcie. Nie było zbyt wyraźne, tak jakby ktoś robił je na szybko — ale to na pewno był Matt. Mój Matt, w sklepie z garniturami. A przy nim ktoś stał. Zdjęcie było zrobione przez szybę, która wszystko rozmywała, ale to musiała być Prue. Stała o wiele za blisko Matta — albo to on stał za blisko niej. Pochylał ku niej głowę, jakby jej coś mówił do ucha… albo chciał ją pocałować.
Zabolało tak, że przez chwilę myślałam, że śnię.

candy

opublikowała opowiadanie w kategorii dramat i miłosne, użyła 2978 słów i 17490 znaków.

Dodaj komentarz