Odium // Nathaniel

Uśmiecha się do lustra. Wie, że na niego patrzę, też mnie w nim widzi. Siedzę dwa metry za nim na łóżku. Mam skrzyżowane nogi i przez myśl przebiega mi, że nigdy się z nich nie wyplączę, ale jego uśmiech mnie uspokaja.
   Kajetan na zmianę zawiązuje krawat i rozwiązuje go – niesamowite, że robi to z taką łatwością, że nie włączył nawet poradnika. Z żadną inną częścią garderoby nie ma takiego problemu i takich rozterek, tylko z krawatem. Ja nie miałem nigdy z nim problemu – czy krawat nazbyt nie przypomina liny? Czy powoli zaciska gardło, czy od razy łamie kręgosłup?
- Co myślisz? – pyta, wciąż kontaktując się przez pośrednika.
- Czy krawat nazbyt nie przypomina liny? – wyrzucam, choć wiem, że nie powinienem tego robić. Bynajmniej nie teraz. – Przepraszam – dodaję szybko. – Ładniej ci bez – mówię. – Kiedy nie masz go na sobie, możesz przynajmniej rozpiąć parę guzików u góry, a wtedy – nabieram powietrza, ostatnie słowa wymawiałem bez jego pomocy. - wtedy wyglądasz naprawdę dobrze.  
   Kajetan zapomniał o linie, a przynajmniej nie porusza tego tematu. Ostatecznie zdejmuje krawat, odrzucając go gdzieś na bok i śmieje się odwracając się do mnie.
- Naprawdę dobrze? – pyta ze śmiechem. – Mogłeś użyć lepszego komplementu. Chyba, że inne synonimy zostawiasz na moment, w którym rozepnę więcej niż parę guzików – jego dwuznaczna mina mnie rozprasza.  
   Przed chwilą mówiłem o linie, Kajetan, powiązałem krawat z samobójstwem.
   „Ty naprawdę chcesz dać mu powód, żeby cię uderzył?”
- Przepraszam – powtarzam.
- Nie – mówi i uśmiech znika z jego twarzy. – to ja przepraszam. Uruchamiają się w tobie myśli, które zdecydowanie nie powinny, a ja rzucam jakimiś aluzjami – reflektuje się stanowczo. Czy on czyta mi w myślach? Czy jest w nich właśnie teraz?
   Siada obok mnie i pyta, czy na pewno mam ochotę iść z nim na rodzinne spotkanie, a ja kiwam głową. Tak, Kajetan, pójdę. On jednak znów pyta, akcentując w pytaniu to czy mam ochotę. Nie wiem, Kajetan, pójdę.
   W czasie, w którym mój chłopak w pełni przygotował się do wyjścia, ja ledwie zdołałem przebrać koszulkę i nie mam siły wstać, aby przebrać również spodnie. Co jeśli faktycznie nigdy nie rozplączę tych nóg? Czy to jeszcze w ogóle moje nogi? W jaki sposób mam dotrzeć na spotkanie, skoro nie potrafię wyjść z łóżka?
- Pomóc? – słyszę i zauważam wyciągnięte ręce w moją stronę. Wspierając się na nich w końcu wstaję, oddychając z ulgą i robię to, co powinienem mieć zrobione od ponad godziny. Mam nadzieję, że się przeze mnie nie spóźnimy.
   Schodzimy do garażu, a ja wzdrygam się w momencie, kiedy jednemu z samochodów zaświecają się przednie światła. To nasz samochód. Kajetan właśnie otworzył go kluczykami, które trzyma w ręce, w drugiej wciąż trzyma mnie i czuję jak mnie popędza, jak ciągnie mnie za rękę, dając mi do zrozumienia, abym się pośpieszył, jeśli nie chcemy się spóźnić.
- Zwolnij, proszę – Kajetan odwraca się do mnie, a ja czuję, że mam załzawione oczy i że niewiele brakuje, aby łzy zaczęły spływać mi po twarzy.
- Nathan – schyla się do mnie lekko. – stoimy w miejscu – mówi.
   Rozglądam się dookoła i faktycznie dociera do mnie, że nie ruszyliśmy się ani odrobinę od kiedy wyszliśmy z windy.
   Przepraszam. Przepraszam, przepraszam.
   Po chwili uprzytomniam sobie, że krzyczą to tylko moje myśli.
- Spokojnie – słyszę zza oceanu i czuję, jak Kajetan pomaga mi usiąść na betonie. Sam nie wiem, czy tym razem jest to prawda.
   Ogarnia mnie coraz większa panika, słyszę swój ciężki oddech i krew płynącą mi przez głowę. Robi mi się ciemno przed oczami, jakbym patrzył na świat, przez lornetkę, która z chwili na chwilę staje się coraz cieńsza.
- Zaraz zemdleję – mówię i mam jedynie nadzieję, że powiedziałem to na tyle głośno, aby mój chłopak mógł to usłyszeć.
   Czuję ciężar jego głowy na moim ramieniu i dłoń na moim policzku, znów wzdrygam się jak przed momentem, kiedy nasz samochód dał znać o gotowości do działania, ale kiedy dociera do mnie co robi, lornetka się rozszerza.
   Wdech, wydech, wdech, wydech.
   Oddycha miarowo tuż przy moim uchu, a na karku czuję raz zimny, a raz ciepły podmuch powietrza. Panika stopniowo ustępuje, co parę sekund jeszcze moje ręka wystrzeliwuje do góry, a wtedy Kajetan łapie ją i delikatnie przytrzymuje, abym w nic nie uderzył.
- Jestem. Już dobrze – mówię, choć to nie prawda, jestem zmęczony, chciałbym wrócić do łóżka. Nie jest dobrze, jest co najwyżej w porządku.
- Zmęczyłeś się? – pyta. Czy znów wszedł mi do głowy? Nie, upominam się, to nie tak, po prostu jesteście razem wiele lat, zna cię bardzo dobrze, dlatego wie, o co chodzi. Zresztą kto nie wie, że taki atak jest męczący?
   „Jeśli dostaniesz takiego ataku na spotkaniu to wszystko zepsujesz” – czy to on?
- Tak, zmęczyłem się, ale możemy jechać, obiecuję, że nie zepsuję tego spotkania, a zepsułbym je już samym faktem, że przeze mnie by cię tam nie było – mówię. Ale dlaczego myślę, że zostałby ze mną? – Chyba, że masz ochotę pojechać sam, zrozumiem to.
- Po pierwsze, nic się nie stanie, jeśli trochę się spóźnimy, możemy wrócić do domu i odpocząć, a przyjechać choćby godzinę później, po drugie - ataki paniki nie są zależne od ciebie, więc to nie twoja wina, a i one niczego nie psują. Po trzecie – fakt, że zostałbym w domu z tobą to mój wybór.
- Czytasz mi w myślach? – wyrzucam z siebie.
- Nie, dlaczego? – uśmiecha się pobłażliwie.
- Czasem mam wrażenie, że dokładnie wiesz, o czym myślę, dzisiaj od rana mam takie poczucie wręcz ciągle.
- Nie potrafię czytać w myślach – mówi. – Nie wiem nawet, czy bym chciał. Ale często wiem, o czym myślisz, dzięki temu, że dużo o tym rozmawiamy. Gdybyś nie zapytał, czy potrafię czytać w myślach, skąd miałbym wiedzieć, że masz takie myśli?
   Myślę o Grzesiu, o tym jak nauczył mnie więcej mówić o tym jak się czuję. Czy bez jego pomocy, byłbym teraz w drodze na rodzinne spotkanie z moim chłopakiem?
   Czy on w ogóle byłby mój? Dlaczego używa się w stosunku do ludzi tak własnościowych określeń?
   W czasie jazdy obserwuję dłonie kierowcy, zawsze właśnie to robię. Nie podziwiam horyzontu, nie słucham muzyki, cała moja uwaga skupia się na jego dłoniach i przedramionach.
   Kiedy dojechaliśmy, brama przed nami zaczęła się otwierać. Prostuję się na fotelu, ponieważ zdałem sobie sprawę, że praktycznie na nim leżę, a górna część pasa bezpieczeństwa wbija mi się w szyję. Czy on też mógłby służyć jako krawat?
   Kajetan wychodzi z samochodu pierwszy – kiedy ja próbuję jeszcze otworzyć drzwi – i wita się ze swoimi rodzicami, a potem z siostrami i Tomkiem.
- Dzień dobry – mówię, kiedy staję obok niego. Jego mama i siostry mnie obejmują, co odwzajemniam ignorując głos w mojej głowie, próbujący przekonać mnie, że robię to absolutnie źle. Tomek też obejmuje mnie jedną ręką i zbliżamy się do siebie ciałami wyłącznie bokiem. Z ojcem mojego chłopaka witam się ściśnięciem ręki.
   „Mocniej. Powinieneś ścisnąć ją mocniej.”
   Kierujemy się do ogrodu z tyłu działki, gdzie na stołach znajdują się różnego rodzaju wypieki. Wiem, że nie zostały one upieczone przez nikogo z tu obecnych, bo nikt nie potrafi tu piec.
- Nathan, bardzo ładnie dekorujesz te ciastka, mógłbyś być cukiernikiem! – wykrzyknęła kiedyś mama Piotrka, gdy spędzałem z nimi dzień w kuchni. - Ale – dodała, a ja już wiedziałem, jak to się skończy. Mógłbym być cukiernikiem, ale się nie nadaję, tak jak do każdego innego zawodu. Jesteś zdolny, Nathan, ale... - gdybyś chciał je piec musiałbyś pilnować, aby się nie spaliły – powiedziała, biorąc pod uwagę to, że piętnaście minut wrócili zastając mnie stojącego tuż przed piszczącym piekarnikiem, z którego uwalniał się dym, a ja nie reagowałem.
   Siedzę pomiędzy Kajetanem a Natalią, a na przeciw mnie ich mama. Nie docierają do mnie ich rozmowy, czuję się jakbym był w innej rzeczywistości, niż oni. Nie jestem w hotelu, choć mam wykupiony tam pokój. Ktoś rezerwuje mi miejsce w swoim życiu, ale wiem, że nie mam prawa go zajmować. Co jeśli przyjdzie mniej zbłąkany wędrowiec?
- Nathan, słyszysz? Pytałam czy...
– Przepraszam – mówię szybko, biorąc wodę do ręki i piję ją z takim zapałem jakbym dzięki temu miał zniknąć z tego miejsca, zapaść się pod ziemię, już nigdy nie spotkać tych ludzi i nie ponosić żadnej odpowiedzialności za to, co stało się przed momentem.
- W porządku – odpowiada z uśmiechem i nakłada mi na talerz jeszcze jeden kawałek ciasta. Zapewne pytała właśnie o to.
   Co jakiś czas reflektuję się i staram się być uważny, słuchać tego o czym dyskutuje się dookoła mnie, ale motywacja znika tak szybko jak się pojawia, z tym, że znika bardziej niespodziewanie.
  Robi się późno, pomagamy więc zanieść naczynia do domu. Trzymam w rękach dwa kubki, ale w progu tracę równowagę. Panika błyskawicznym tempem pokonała odległość dzielącą ją od moich oczu, kiedy ktoś złapał mnie za ramię.
- Wezmę je – powiedział i puszczając mnie, chwycił za szklanki, po czym zniknął w kuchni równie szybko jak się pojawił.
   Tomek widział całą sytuację stojąc na przeciw mnie. Podszedł do mnie i powiedział, żebym się tym nie przejmował.
- Nie przejmuj się.
- Czym się nie przejmuj? – zapytał Kajetan. Dlaczego wszyscy tu wyrastają spod ziemi? Dlaczego tylu ludzi pojawia się tu niespodziewanie i równie niespodziewanie znika?
- On mnie nienawidzi – powiedziałem ledwo słyszalnie.
   „A kto tego nie robi?”
   Kręcę głową, tak jakbym chciał, aby głos w mojej głowie zwymiotował na karuzeli i choć na chwilę zamilkł.
- Kto?
   Dociera do mnie, że nie powinienem tego mówić, nie tutaj, gdzie ludzie potrafią się teleportować.
   Mijam Kajetana bez słowa.

   Siedzimy w samochodzie w ciszy. Radio nie jest włączone – czy my w ogóle kiedykolwiek słuchaliśmy muzyki podczas jazdy? – i nikt z nas się nie odzywa. Do czasu.
- Kto cię nienawidzi? – pyta.
   Czy tu się nie pojawi?
- Twój tata – mówię tak pewnym głosem jakbym chciał, żeby on sam też to usłyszał, chociaż tak nie jest.
- Nieprawda, Nathan. Nie nienawidzi cię, przerabialiśmy to.
- Nienawidzi mnie – powtarzam.
- Nathan, po pierwsze nienawiść to dość mocne słowo, a po drugie wcale tak nie jest.
- Dlaczego to robisz? – pytam, znów głośniej niż planowałem. – Dlaczego nie zapytasz, dlaczego się tak czuję? Dlaczego negujesz moje odczucia?
   Kajetan przez moment wydał się zbity z tropu.
- Przepraszam, nie chciałem krzyczeć – skuliłem się w fotelu.
- Nie, w porządku, masz rację – mówi z poważną miną. - Dlaczego myślisz, że mój tata cię nienawidzi?
- Chciałby dla ciebie kogoś lepszego.
- To że nie akceptuje mojego wyboru nie musi od razu oznaczać, że cię nienawidzi.
- Prawie się przed nim przewróciłem.
- Mój tata też się przewraca, Nathan. Każdy się czasem przewraca.
   „Ale nie każdy rozbija szklanki.”

Dodaj komentarz