Odium // Nathaniel

- Zrób coś z tym, proszę, to boli – mówię, choć wiem, że to dobrze, niech boli. Dzisiaj nie marzę o niczym innym jak o tym, żeby bolało. Niech boli. Jestem tu i teraz właśnie dzięki temu, że boli. Ból daje mi poczucie obecności, przywiązania do rzeczywistości, w której Kajetan przykłada zimny kompres do mojego brzucha zamiast napluć na mnie za to, że w ogóle odważyłem się do niego z tym przyjść.
   Niech boli – dzisiaj oba głosy w mojej głowie się zgadzają. Niech boli, żebyś wiedział, że zasłużyłeś na ból. Niech boli, bo to znaczy, że żyjesz. Intencje nie są ważne, niech boli i tyle.
   Przez chwilę poczułem dziwny spokój spowodowany zgodą dwóch przeciwieństw, ale upomniałem się – to nie jest powód do spokoju. To tak jakby słońce zamarzło a lód spłonął. Niepokój powrócił i znów zmieszał się z fizycznym bólem.
- Co z tego, że umiesz się bić skoro się nie bronisz, bo nie wiesz kiedy powinieneś? – pyta złośliwie – a przynajmniej mój umysł odebrał to jako złośliwą uwagę – podczas opatrywania mojego zranionego nadgarstka.
   Nie leci już z niego tyle krwi co wcześniej, ale to nic nie znaczy, bo miałem na sobie białą bluzę, więc gdyby krew leciała dalej nic by to nie zmieniło.
- Przepraszam – mówię, a on udaje, że tego nie usłyszał. Nie ma czasu rzucać słowami o ścianę, która mam wrażenie chłonęła by ich znaczenie bardziej niż ja.
- Czy coś poza przeciętym nadgarstkiem i posiniaczonym brzuchem? Głowa cię nie boli? – pyta i bierze do ręki małą latarkę, którą świeci mi w oczy.
- To wszystko – odzywam się kiedy kończy i chowa urządzenie. - Naprawdę przepraszam.
- A ja naprawdę cię proszę, żebyś tego nie robił. To nie twoja wina, że zostałeś zaatakowany – nie wiem, czy to dobre słowo, ale nie protestuję.
- Mogłem w ogóle nie wychodzić z domu – mówię to, co w moich myślach zdążyło już zapuścić korzenie.
   Kajetan kuca przede mną i chwyta mnie za ręce.
   Zdaję sobie sprawę, że z boku wygląda to jakby mówił do wyjątkowo nieposłusznego dziecka. Nie kupię ci tej zabawki, Nathan, uspokój się i nie rób awantur w sklepie – ludzie patrzą.
   Ale w rzeczywistości mnie nie karci, nie udaje wyrozumiałego rodzica, mówiąc tonem sugerującym, że porozmawiamy w domu i ta rozmowa wcale nie będzie miła. Tak naprawdę po prostu chce, żebym skupił na nim swoją uwagę. Nie będziemy rozmawiać o tym w domu, bo musi mi to wytłumaczyć teraz, żeby jak najprędzej pozbyć się chwastów, które narosły w moim umyśle.
- Bardzo się cieszę, że postanowiłeś wyjść – mówi. - Nie zdajesz sobie sprawy jak bardzo mnie to zaskoczyło i uszczęśliwiło. Przykro mi, że przytrafił ci się taki incydent. Mogło się to przydarzyć każdemu, kto szedł tym chodnikiem, ale trafiło na ciebie i przykro mi, bo wiem, że wpłynie to na ciebie i następnym razem kiedy będziesz miał ochotę wyjść, będziesz miał mnóstwo wątpliwości. Jeszcze więcej niż miałeś do tej pory. Ale jestem z ciebie dumny i chcę, żebyś o tym wiedział – uśmiecha się szczerze, ale nie dostrzegam błysku w jego oczach, który pojawia się tam zawsze, gdy mówi, że jest ze mnie dumny.
- Nawet jeśli nie przeszedłem nawet kilometra?
- Nawet jeśli wyszedłbyś krok za drzwi.
- Wymagasz ode mnie za mało, Kajetan. O wiele mniej niż powinieneś.
- Niczego od ciebie nie wymagam, Nathan. Naprawdę niczego.
- To piękne co mówisz, ale tylko tyle, po prostu ładne słowa  i sam dobrze o tym wiesz – milknę, bo czuję, że z moich ust próbuje wydostać się więcej słów, których nie zdążyłem jeszcze przemyśleć. - Jeśli nawet nie wymagasz ode mnie wstawania z łózka, Kajetan, to wiedz, że ja to robię tylko dla ciebie -  po chwili dociera do mnie, co powiedziałem – Przepraszam, pamiętaj, że jesteś za mnie odpowiedzialny.
- Wiem, Nathan. Wiem, że nie jestem i właśnie, dlatego niczego od ciebie nie wymagam – mówi.  
- Chciałbym po prostu, żebyś był szczęśliwy, a wiem, że jestem dla ciebie serią rozczarowań. Błagam, ja nawet nie potrafię w spokoju wyjść z domu. Wiem, co powiesz: to był tylko przypadek, przypadki chodzą po ludziach, ale czy nie za dużo u mnie tych przypadków, dlaczego zawsze trafiają mi się właśnie takie? – słowotok. Wydostały się.
   ,,Rozmowa jest ważna, mów co czujesz i wtedy jest łatwiej, komunikacja to klucz do zdrowej relacji” powtarzał mi Grześ niezliczoną ilość razy i wiem, że to prawda, że kiedy wyjaśniam Kajetanowi jak się czuję, lepiej się rozumiemy. Ale teraz nie jest dobry moment, bo chociaż widzę przed sobą uśmiechniętą twarz, wiem, że coś w środku nie daje mu spokoju. To nie jest dobry moment.
- Nathan, czy ja ci zbyt mało razy mówię i udowadniam uśmiechem, że jestem przy tobie szczęśliwy? – przygotowuję się, aby odpowiedzieć, że słowa i uśmiech nie są dowodami, ale Kajetan szybko dodaje: - Kocham cię i jestem z tobą bardzo szczęśliwy. Często jest mi przykro z twojego powodu, racja, ale to dlatego, że cię kocham i, że się o ciebie martwię. Spróbuj to po prostu przyjąć do wiadomości, dobrze? – wstaje na równe nogi i wyciąga do mnie ręce. – Odwiozę cię szybko do domu i wracam do pracy. Wrócę wieczorem – znów uśmiech, uśmiech i pocałunek. Ale to nie są dowody.
   ,,Naprawdę myślisz, że ktoś wytrzymałby z tobą tyle lat, gdyby nie był naprawdę zakochany?”
- Przepraszam – mówię, a Kajetan, który był już parę kroków dalej odwraca się za siebie i wpatruje we mnie, ale nic nie mówi.
   Nie przepraszaj, mógłby powiedzieć, ale zamiast tego po prostu wychodzi z gabinetu i czeka, aż ja też to zrobię. Nie przepraszaj, nie masz za co, tak właśnie by powiedział. I jestem w stanie to odtworzyć w głowie w dosłownie każdej wersji jego tonu: smutny, zły, zrezygnowany.
- No chodź, Nathan, muszę wrócić do pracy – mówi zamiast tego.

   Nie sądzę, żeby ludzie z bronią byli straszniejsi niż bez niej, przecież całe życie powtarzają, że możesz być kim tylko zechcesz, że nie potrzebujesz mieć do tego specjalnych warunków. Głucha osoba może zostać kompozytorem jeśli tylko bardzo zechce, osoba bez rąk chce zostać malarzem, więc niech trzyma pędzel palcami u stóp, albo niech trzyma go w ustach. Warunki jakie posiadasz nie są ważne. Jesteś biedny, a chciałbyś być bogaty? Nic straconego, trzeba tylko chcieć i uwierzyć. Tak, wiara jest ważna. Tylko mocno uwierz. Tylko tyle - jeśli ci nie wychodzi znaczy, że masz w sobie zbyt mało wiary.
   I dlatego właśnie ludzie z bronią wcale nie są straszniejsi niż bez niej, jeśli tylko mocno wierzą.
   Tych trzech mężczyzn nie miało broni, ale chyba nie miało też za dużo wiary, byli lękliwi, widziałem to, ale nie chcę zgadywać co było w ich głowie.
   Dwa palce wyginam zbyt mocno i słyszę odgłos łamanej kości. Łzy zaczynają ciec mi po policzkach i jest mi przykro. To nie boli, nie tak jak brzuch, w który zostałem kopnięty dziś rano. Jest mi przykro, bo Kajetan dopiero odwiózł mnie do domu, po tym jak opatrzył mi nadgarstek, a co zastanie gdy wróci? Dwa złamane palce. Jednak mimo jakiegoś dziwnego smutku w mojej głowie wyginam resztę palców dalej. Przez głowę przechodzi mi wrzątek, ale czajnik jest zbyt daleko, do łamania palców nie potrzebuję żadnych dodatkowych narzędzi.
   Kiedy wyłapuję tę myśl, uświadamiam sobie, że naprawdę od początku wyginałem je wyłącznie po to, by je złamać. Nie bawiłem się nimi z nudów – chciałem je połamać. Myślę, że terapeuta mógłby nazwać to progresem, nitką, z której można budować kłębek lub haczykiem, po którym można wciągać się do góry. Nieważne jakby to nazwał, chodziłoby mu o jedno – ,,super, że uświadamiasz sobie swoje procesy myślowe, na ich przykładzie możesz…”  
   Nie. Ja łamię sobie palce, czy nawet w tym musi poszukiwać czegoś sensownego? To nie ma sensu, łamię sobie palce do cholery, gdzie w tym sens i logika? Dlaczego miałbym budować cokolwiek pozytywnego na czymś takim?
   Sam fakt świadomości to zbyt mało i mam wrażenie, że naprawdę nikt nie potrafi tego zrozumieć. Czy nie wolałbym być nieświadomy? Czy nie wolałbym myśleć, że tam naprawdę ktoś stoi, kiedy w rzeczywistości tak nie jest?
   Chciałbym dostrzegać wyłącznie jedną stronę medalu, bo czy tak nie byłoby łatwiej? Widzę tam kogoś i nie obchodzi mnie, że inni tego nie widzą, ja widzę i koniec. Ale zamiast tego medal stoi na krawędzi i bardziej odsłonięta strona opanowuje moje zmysły, ale ta której widać jedynie odrobine również jest obecna w jakiejś części mojego umysłu. No więc rodzi się problem – widzę go, czuję jego zapach (skoszona trawa), słyszę jego szepty, czuję na wargach kawę, którą pije i wiem, że gdybym podszedł bliżej mógłbym go dotknąć. To nie jest duch ani wytwór mojej wyobraźni, moja ręka nie przeszła by na wylot.
   Ale gdzieś tam w umyśle mam przekonanie, że go tu nie ma, że to tylko lęki.  
,,Jesteś chory, Nathan i miewasz takie stany, jego tam nie ma i wiesz o tym, zaraz przyjedzie Kajetan i to potwierdzi”, więc wtedy jestem zagubiony, bo nie wiem co jest prawdą, który głos ma racje i dlaczego słyszę trzy głosy z czego jeden jest szeptem skoro go tu nie ma?
   ,,Naokoło ciebie jest niewidzialna bariera, Nathan, on przez nią nie przejdzie, nie jest w stanie”
   Grześ tłumaczył to kiedyś mojemu chłopakowi. Nie neguj tego, mówił, po prostu zaakceptuj fakt, że on kogoś tam widzi.  
- To tak jakbym przyszedł i mówił ci, że tego telewizora tu nie ma – w naszym poprzednim miejscu zamieszkania był telewizor – wziąłbyś mnie za głupka, bo przecież widzimy ten telewizor, mało tego, słyszymy go i możemy go dotknąć, a to co widzi Nathan jest tylko jego wyobraźnią. Ale jest zupełnie inaczej, on tak samo widzi ten telewizor jak to co nazywamy jego wyobraźnią. Wiem, że teraz jest to dla ciebie niezrozumiałe, ale zaufaj mi, po prostu zaakceptuj fakt, że Nathan coś widzi, walcz z tym, ale nie przez zaprzeczenie, bo to rodzi w nim frustrację.
   Tak właśnie bym wolał. Zaakceptować to, nie negować, nie walczyć, nie tłumaczyć sobie czegoś tak oczywistego, że to wytwór lęków. Dlaczego dla mnie samego jest to trudniejsze niż dla innych?
   ,,Naokoło ciebie jest niewidzialna bariera, Nathan, on przez nią nie przejdzie, nie jest w stanie.”

Dodaj komentarz