Odium // Nathaniel

Nie wiem czy to kwestia wysokiego piętra, czy może przekonania, że to wcale nie szyba, a jedynie lustro weneckie, że to ja widzę świat, ale on nie potrafi dostrzec mnie, przekonania, że jedyne miejsce w mieszkaniu posiadające, aż tak wysokie – sięgające od podłogi, aż do sufitu – i szerokie okna wcale mnie nie odkrywa. Nie czuję się obserwowany, choć to strona od południa, tam gdzie źródłami światła i dźwięków, jest nie natura, a budynki, ludzie i sygnalizacja świetlna działająca prawie idealnie. Prawie, bo czasem można usłyszeć też klaksony. Czy to wina kierowców, czy znów zawodzi technologia? Zero, jeden, zero, jeden… Jak coś takiego może zawodzić?
   Samochód za samochodem i człowiek za człowiekiem, gdy spogląda się na to z góry, widać tylko chaos, nic więcej. Czy nie wolałbym, aby z obu stron było lustro? Czy moje spojrzenie nie posiada mniej chaotyczności, niż świat, który dane mi w tej chwili obserwować? Czy nie wolałbym, żeby było po prostu puste?
   Grześ siedzi ze skrzyżowanymi nogami, a swoje czoło opiera o okno. Mama Kajetana ma lęk wysokości, nigdy nie podchodzi do niego na bliżej niż pół metra, a my w tej chwili zachowujemy się tak, jakby było nam obojętne to, czy jakaś przegroda faktycznie znajduje się między nami a betonem.
   Robi się ciemno, Kajetan gdzieś wyszedł, ale nie pamiętam gdzie.
- Pamiętasz co ci się śniło? – pyta, a po chwili ciszy dodaje: - Chciałbym po prostu oprzeć na czymś moją teorię. Naprawdę wydaje mi się, że to widziałem, ale… – to. Paręnaście lat, a my wciąż mówimy o tym w tak okrężny sposób. Czy podświadomie dystansujemy się do tego? Czy nie ma na to nazwy? Dlaczego? Dlaczego nawet smutek ma swoją nazwę, a nie ma jej coś tak namacalnego? Czy uczucia nie są bardziej nieprawdopodobne? – Kiedyś stwierdziliśmy, że twoje sny mają z tym jakiś związek – przypomina, choć one pojawiają się bez przerwy, a to – czymkolwiek jest – zniknęło dawno temu. Puf, i tyle. Tak zwyczajnie jak podjęcie decyzji o zostaniu w domu. Puf, i po problemie. Nie ma prostszych rozwiązań. Przeczekać. Wycofać się i przeczekać. - W sensie, chodzi mi, no wiesz, o ten konkretny typ snów – wiem. – Nie wydaje mi się, żeby sen o tym, że ktoś z twoich bliskich popełnia samobójstwo miał z tym cokolwiek wspólnego – marszczy brwi, wciąż patrząc przed siebie, w końcu wzdycha. – Dawno nie mieliśmy tego problemu, nie? Żyjesz sobie, żyjesz, uczysz się do egzaminów, pracujesz, aż tu nagle czujesz się jak pośrodku jakiegoś filmu fantastycznego – uśmiecha się pod nosem dla rozładowania napięcia.
  - Nie pamiętam co mi się śniło, gdyby to był koszmar, pamiętałbym – mam wrażenie, że tymi paroma słowami obaliłem teorię, jaką stworzyliśmy lata temu. A może te słowa powinny dać nam jasno do zrozumienia, że nic się nie stało – nie było koszmarów, więc nie było też tego dziwnego zjawiska. I tyle.
   Nie pamiętam wielu rzeczy, nie pamiętam, gdzie wyszedł Kajetan, nie pamiętam do czego służy widelec, ani w jaki sposób znalazłem się przy tym oknie. Nie pamiętam wielu rzeczy, w tym także momentów, gdy moje ręce mienią się na złoto. Gdyby nie pewność Grzesia, którego uważam za dość zdrowego na umyśle człowieka nie byłbym pewien, czy to w ogóle kiedykolwiek się wydarzyło. Potrafię wyobrazić sobie tamte sytuacje jedynie dzięki jego opisom i przypominają mi kadry z filmów, bo to przecież nie moje ręce. Moje ręce są chude, zabliźnione i blade tak jak te z obrazów, które przywołuje mój przyjaciel, ale to nie one. Moje nie potrafią błyszczeć bez użycia na nich brokatu, ani nie wywołują w innych dziwnych stanów, prawda?
   A może to co poczuł Grześ było wyłącznie emocjami związanymi ze śmiercią jego mamy? A może to tylko głupia dziecięca zabawa, która przypomniała nam się po wielu latach z sentymentu?
- Nie wiem… nie wiem, czy powinniśmy się na tym zastanawiać, czy zostawić to tak jak jest. Przez lata to ignorowaliśmy i było w porządku. W zasadzie tylko raz zdarzyło się przez to coś dziwnego.
- Nie da ci to spokoju. Mówisz, żeby o tym nie myśleć, ale będziesz to robił cały czas – rzucam wręcz bezwiednie. – Ja też – wzdycham. – ale przyzwyczaiłem się już do myślenia wciąż o rzeczach, z którymi nie mogę nic zrobić. Powiedziałeś, że nie pamiętasz, kiedy to się wydarzyło ostatnim razem. Ja też nie, ale jestem z Kajetanem dobrych kilka lat i nigdy nie zdarzyło mi się to przy nim – mówię. - Tak mi się wydaje – dodaję szybko.
   Jak to jest, że ze szczegółami potrafimy opisać pierwszy raz, a nie pamiętamy kompletnie ostatniego? Czy to dlatego, że gdy dzieje się coś po raz ostatni to nie zdajemy sobie z tego sprawy? Nic to już dla nas nie znaczy, przyzwyczajamy się. A potem tego nie ma, a my zapomnieliśmy się pożegnać.
   Może dlatego wróciło?
   ,,Nie bądź dzieckiem, przecież to nie wróciło tylko po to, żeby się pożegnać.” Wydaje mi się, czy powiedział to z irytacją? Czy już nawet on ma mnie dość?
- A to dość długi czas - kiwa głową przyjaciel, potwierdzając moje słowa.
- Grześ, co mam mu powiedzieć, jeśli to się stanie i wtedy on zauważy i zapyta: słońce, dlaczego twoje ręce poza ich oczywistymi wadami dodatkowo się świecą?
   Przyjaciel patrzy na mnie i nabiera sporo powietrza w płuca. Wiem, że nie wie co powiedzieć, a mi gromadzą się łzy w oczach. Grześ marszczy brwi.
- Twoje ręce nie mają wad, bo nic w nich nie ujmuje ci wartości – odzywa się po chwili, obalając to co przed momentem powiedziałem opierając się na dosłownej definicji wypowiedzianego przeze mnie słowa. Często to robi, chwyta za słówka i chyba zna więcej definicji, niż ja. A już na pewno częściej je stosuje.
- Grześ… - zaczynam, ale ten przerywa mi:
- Dowiemy się, o co chodzi, obiecałem ci to kiedyś i wciąż wierzę, że do tego dojdziemy.
   Tylko po co? Co to zmieni?
- Przestań mówić o tym tak jakby było to coś zupełnie normalnego – proszę.
   Kręci mi się w głowie i teraz czuję, że nie tylko te ręce nie należą do mnie, mam wrażenie, że całe to ciało, ta rzeczywistość i życie, które uważałem za swoje nigdy takie nie było, ale nie miałbym serca komuś go oddać. Nie dlatego, że się przywiązałem. Nie chcę, żeby ktoś inny przestraszył się, gdy ktoś wchodzi do jego mieszkania mimo że robi to osoba, której powinien bezgranicznie ufać.
- Wróciłem – mówi, a mnie pomimo że korci, aby zapytać gdzie był, nie robię tego.
   Grześ wstaje z podłogi patrząc mi w oczy, nie uśmiecha się, ani nie krzywi ust. Usta nie mają tu nic do rzeczy. Wzrok, którym na mnie spojrzał, mówi mi, że nie jestem sam i wierzę w to, gdy tylko jest przy mnie, ale teraz wstaje i już nie będzie siedział u mojego boku na podłodze przed dużym oknem patrząc ze mną na światła po drugiej stronie jakby w innej rzeczywistości. Nie trzyma mnie za rękę i boję się, że gdy wstanie już na nogi, zniknie z mojego życia na zawsze, zostawi mnie i wtedy już nic pewnego mi w nim nie zostanie. Bo jest ono skrajnie dynamiczne, wszystkie moje stany i uczucia, wszystko pędzi, oprócz niego, bo był zawsze i jest w tej sekundzie, kiedy wstał już na nogi i wyciąga do mnie ręce, aby pomóc mi się podnieść.
   Łzy zaczynają cieknąć mi po policzkach, bo jednak został i nie wiem czy to już szczęście, czy niesamowita ulga. To tak jakby nie kamień spadł mi z serca, ale całe mnóstwo małych kamieni, przykrywających je do tej pory, aby w przyszłości zahaczyło o róg któregoś z nich i zalało swoją zawartością cały mój organizm. Wtedy nie tylko ona byłaby zakażona.
   Stoimy we trzech obok siebie, Kajetan jeszcze się nie odezwał, tak mi się wydaje, Grześ mnie przytula, a ja patrzę załzawionymi oczami na mojego chłopaka. Nic nie mówię, nikt nic nie mówi, ale moje myśli nieustannie przepraszają.
   ,,Wiesz, że jesteś mu to winny”, więc krzyczę w głowie: przepraszam, przepraszam, przepraszam! Ale on tego nie słyszy może się domyślać, bo już przez sporą ilość czasu stoję i patrzę na niego płacząc.
   Grześ w końcu mnie puszcza i przez chwilę pomyślałem, że to już ten moment, że teraz zniknie i zostawi mnie samego. Myliłem się, stał cały czas obok po prostu zrobił miejsce mojemu chłopakowi, który podszedł do mnie, chwycił za ręce i pocałował w czoło.
- Przepraszam – mówię i gdyby stali o krok dalej nie byliby w stanie tego usłyszeć. Kajetan kręci przecząco głową i przytula mnie równie mocno, co Grześ przed momentem, ale to nie jego wsparcia potrzebuję w tym momencie.
   Chłopak powoli odchodzi ode mnie, jakby upewniając się, czy nie stracę równowagi, gdy mnie puści.
- Wiem, że to wszystko jest dziwne i niezależnie od tego jak bardzo będę się starał, wszystko co powiem będzie brzmiało źle, ale nie mam takiej mocy, aby sprawić, że coś złego zacznie brzmieć dobrze – mówi mi cicho na ucho Grześ i wychodzi, a ja siadam na sofie, czekając aż Kajetan dosiądzie się do mnie z kawą.
   Dlaczego Grześ już wyszedł i po co przyszedł?

- Trzymaj się z daleka trochę bliżej – mówię. Kajetan śmieje się cicho i przesuwa się w moją stronę. Obejmuje mnie od tyłu i opiera się na moim ramieniu. Czuję jak oddycha mi w kark, uspokaja mnie to i dobrze o tym wie.
   Kiedyś w ten sposób uspokajał mnie tata - brał mnie na kolana i po prostu oddychał mi w tył szyi. Nie mam pojęcia dlaczego czuję się przy tym lepiej, ale tak właśnie jest. Mój oddech zaczyna się wtedy regulować. Wokoło jest cisza i słyszę wyłącznie nasze niemalże zsynchronizowane oddechy. Moje są trochę szybsze, ale nie szaleją tak jak wtedy, gdy są samotne.
   Ponoć jest na świecie pokój tak wygłuszony, że można usłyszeć tam własną przepływającą krew. Mam w tej chwili wrażenie, że to właśnie nasze mieszkanie.
   Czuję, że na mnie patrzy, ale ja nie mam serca na niego spojrzeć. Czy mam serce do czegokolwiek? Czy mam je chociaż do pompowania krwi?
   Dotykam tętnicy szyjnej – pulsuje.
   Ktoś bierze mi dwa palce, którymi przed momentem sprawdzałem sobie puls i przenosi je w inne miejsce, trochę wyżej i bardziej w lewo. Patrzę do góry i widzę jak Kajetan uśmiecha się z troską.
- W tym miejscu sprawdza się puls – mówi i nie przestaje się uśmiechać. Faktycznie, teraz czuję go lepiej.
- Mam w głowie tak wiele pytań i dosłownie żadnych odpowiedzi, żadnych stwierdzeń, czystych faktów, wyłącznie wątpliwości i nieskończoną litanię pytań. Nie potrafię ich nawet wyartykułować, wyłowić jakiegokolwiek spośród miliona – informuję swojego chłopaka, ten wyciąga zeszyt i długopis, po czym podaje mi oba przedmioty.
- Zapisz wszystko, co przychodzi ci do głowy, spróbujemy to jakoś ogarnąć – uśmiecha się zachęcająco.
- Trochę jak na terapii – próbuję odwzajemnić uśmiech.
- Nie muszę być twoim terapeutą, aby chociaż trochę pomóc ci się odnaleźć w rzeczywistości.
   Odnaleźć się w rzeczywistości. Czy właśnie tego potrzebuję?

Dodaj komentarz