Odium // Nathaniel

,,Nic się nie dzieje, możesz być szczęśliwy”. Nic się nie dzieje, nic się nie dzieje, Nathan. Nic się nie dzieje.
- Nic się nie dzieje – powtarzam szeptem. – Nic się nie dzieje – zamykam oczy i dotykam strun gitary. Delikatnie, nie chcę, aby wydawały dźwięki, chcę czuć ich drżenie pod palcami.  
   Zmysł dotyku przekazuje do mojego umysłu najróżniejsze obrazy. Trzęsienie ziemi? I wtem gdy tylko zawitał w mojej wyobraźni ten obraz, usłyszałem talerze i filiżanki, które stukają jedna o drugą. Nie mamy w domu filiżanek, czy się mylę?  
   Nawet moje zęby zaczęły drżeć tak jakby było mi niewiarygodnie zimno. Jest mi zimno – właśnie to poczułem. Czuję w ustach metaliczny smak i nie wiem, czy to wciąż to samo złudzenie. Filiżanki są coraz głośniejsze, jest mi coraz bardziej zimno i czuję zapach cmentarza.  
   Cmentarz ma zapach. Nie bywałem tam tyle razy, aby się do niego przyzwyczaić, więc go czuję. Nagrobki, zapalone świeczki, kwiaty – co niektóre bardziej świeże – i ziemia. Ziemia na cmentarzu jest inna. Ma pod sobą wiele ciał, chodzi się po niej inaczej i czuje się ją inaczej. Depcze się tam po ludziach, którzy już nie wrócą. Zamyka się ich ciała do jakiś drewnianych skrzyń nazywanymi hucznie trumnami. Zakopuje się je pod ziemią, a potem co jakiś czas zapala się świeczkę, tak jakby chciało się ich podpalić, jakby chciało się, aby w naszej pamięć już nic po nich nie pozostało. Czasami przynosi się kwiaty chcąc przekonać samego siebie, że to co robi się ze swoimi bliskimi jest całkowicie normalne, pozbawione drastycznych podtekstów. Ale cmentarz pachnie inaczej, pachnie łzami i solą, która się w nich znajduje.
   Otwieram oczy i nie widzę cmentarza, nie jest mi zimno, a moje ręce już nie drżą. Nie słyszę też stukotu porcelany.  
   Nic się nie dzieje.
   Teraz szarpię struny mocniej, chcę, aby wydawały dźwięki i tworzyły muzykę. To nie ja ją tworzę, ja tylko wykonuję ruchy ręką – co niektóre bardziej przemyślane – muzyka tworzy się sama.  
   Tata czasem pytał, czy nie chciałbym uczęszczać do szkoły muzycznej, wszyscy pytali, a ja wciąż musiałem się tłumaczyć.  
- Przemyśl to, Nathan – poprosił mnie kiedyś tata - przecież wiem, że uwielbiasz muzykę, grasz na instrumentach, śpiewasz. Szkoła muzyczna mogłaby cię dużo nauczyć.
- Tato, ja po prostu nie rozumiem jak można uczyć się takich rzeczy. Tak samo nie rozumiem szkół plastycznych. Zdaję sobie sprawę z tego, że podstawy są ważne, w plastyce jest to opanowanie brył, a w wokalu na przykład oddech. Ale uczenie się tego odbiera całą magię. Wolę to robić źle, aniżeli jedyna rzecz, na którą jeszcze mam siłę stała się męczarnią.
- Rozumiem – wiem, że rozumiał, a jednak co jakiś czas pytał, a gdy poszedłem do liceum, zaczął pytać o studia, na które również nigdy nie poszedłem.
   ,,Przepraszam, tato, wciąż zawodzę.”
   Odkładam gitarę, ponieważ jej ciężar zaczął być nieznośny i leżę wpatrując się w sufit. Uśmiecham się lekko, widząc, że nie jest on biały jak wszystkie inne sufity. Ten jest szary. Gdy razem z Kajetanem postanowiliśmy się przeprowadzić, chcieliśmy, aby mieszkanie, w którym będziemy mieszkać było w stu procentach nasze, większość więc zaprojektowaliśmy sami. Podstawową zasadą było jak najmniej bieli. Mieliśmy ograniczać ten kolor jak tylko się dało.  
   Nawet nie zauważyłem, kiedy uśmiech zniknął mi z twarzy. Często znika on z niej niezależnie ode mnie. Co ciekawe – nigdy samoistnie się na niej nie pojawia. Trzeba wiedzieć kiedy się uśmiechać, ale nie musisz wiedzieć kiedy przestać, to dzieje się poza twoją kontrolą.  
   Próbuję przypomnieć sobie, o której Kajetan powinien wrócić do domu. Miał dyżur już w nocy, czy zaczął pracę w dzień? Im bardziej wytężam umysł tym ta informacja zdaje się być coraz bardziej nieuchwytna. Po pewnym czasie przestaję się wysilać.  
   Chcę wstać, ale z pozycji leżącej jest mi niesamowicie trudno. Zaczynam przeklinać się w myślach za to, że w ogóle się położyłem. Mogłem usiąść lub dać sobie pod głowę parę poduszek albo przynajmniej położyć się bliżej stolika kawowego – wtedy miałbym się przynajmniej na czym oprzeć. Byłoby łatwiej. Dlaczego ja zawsze muszę wszystko tak strasznie utrudniać? Dlaczego nie pomyślałem o tym wcześniej? Po co ja w ogóle się kładłem? Chciałeś odpocząć, podpowiadam sam sobie lecz gdybym miał na tyle siły – wyśmiałbym ten argument. Odpocząć? Od czego?  
   Ano tak, od życia, znów sobie przypominam.
   Nie odpocząłem. Jestem jeszcze bardziej zmęczony, a w dodatku nie mam siły, żeby w ogóle się ruszyć. Nie chcę tu leżeć, gdy przyjedzie Kajetan, a ponieważ nie pamiętam, kiedy przyjedzie, chciałbym wstać jak najszybciej. Nie chcę, aby zobaczył, że znów nic nie zrobiłem pod jego nieobecność. Podczas kiedy on pracuje powinienem był odwdzięczyć mu się czymś więcej, niż spalonym makaronem. Powinienem zadbać o porządek w domu, powitać go w drzwiach herbatą, przygotować jakiś film, który moglibyśmy razem obejrzeć.  
   Wyobrażam sobie jak musi wyglądać powrót jego kolegów do domu. Pewnie czeka na nich dziewczyna albo nawet żona, może chłopak lub dzieci. Wracają zmęczeni, ale dla swojej rodziny znajdują czas. Zapewne jedzą razem kolacje, czytają dzieciom do snu i spędzają miły wieczór z drugą połówką. A mój chłopak? Wejdzie do domu, zobaczy, że leżę na kanapie, zorientuje się, że nie mam siły wstać, więc mi pomoże, położymy się na łóżku i będziemy rozmawiać. Kajetan najpewniej sam zje kolacje i wróci do mnie do łóżka, zapyta czy może mnie przytulić i zaśniemy.  
   Rozmawiałem z nim kiedyś o tym, ale gdy przedstawiłem mu ten scenariusz, on uśmiechnął się tylko i zapytał:  
- Co w tym złego Nathan? Przecież się nie unikamy, dbamy o naszą relacje, rozmawiamy ze sobą.  
- Miałem raczej na myśli to, że w pracy zajmujesz się pacjentami i to jest na pewno męczące, a w domu, zamiast odpocząć, spotykasz kolejnego pacjenta.
   Pamiętam, że wtedy spoważniał na tyle, że bałem się na niego spojrzeć z obawy, że za moment na mnie krzyknie.  
- Nie jesteś moim pacjentem, Nathan. Nigdy cię w ten sposób nie traktowałem i jeśli kiedyś odniosłeś takie wrażenie to bardzo cię za to przepraszam. Jesteś moim chłopakiem i nasze drogi nie rozejdą się wtedy, gdy choroba ustąpi – mówił powoli i ani razu się nie zawahał.  
- Przepraszam.
- Nie przeprasza się za swoje myśli.

   Zasada pięciu sekund, zasada pięciu sekund, zasada pięciu sekund. Zaplanuj coś i zrób to w ciągu najbliższych pięciu sekund. Jeśli będziesz to odwlekał, najprawdopodobniej już nigdy nie wcielisz tego pomysłu w życie.  
   Pięć sekund. Jeden. Opieram się na łokciu. Dwa. Nie udało się. Za słabe kości, za mało witaminy D. Za mało słońca. Trzy. Za mało słońca. Cztery. Chyba się poddam. Pięć… Sześć, siedem, osiem. Nie mam siły.  
   Łzy napływają mi do oczu, dlaczego nawet tak prosta czynność mi nie wychodzi?  
- Dlaczego? – pytam cicho w momencie, w którym gula w gardle pęka, a słona ciecz pokonuje wszystkie przeszkody i spływa mi po policzkach. – No wstań, kurwa – błagam sam siebie. – Miałeś przyjechać po pracy, Grześ. Dlaczego cię tu nie ma? Pomóż mi, proszę. Pomóż mi wstać.  
   ,,Musisz chcieć”
- Chcę wstać, naprawdę chcę – nie wiem kogo przekonuję.  

   Otwieram oczy i widzę jak Kajetan krząta się po kuchni, zauważa jak mu się przypatruję i pyta:
- Jak ci minął dzień? – podchodzi do mnie i całuje.
- Która godzina? – pytam, a on zerka na zegarek.
- Dwudziesta pierwsza – odpowiada.
- Powiedzmy, że dość szybko – uśmiecham się i czekam, aż moja twarz zdecyduje, że mogę przestać. Ciekawe, czy mój chłopak ma opóźnione reakcje twarzy. Przestań – upominam się – to śmieszne. Wiem, ale gdy zaczyna się uśmiechać, mam wrażenie, że nigdy nie kończy. On w przeciwieństwie do ciebie nie musi skrupulatnie wybierać chwili, w której może się uśmiechnąć, robi to naturalnie, karcę się. Robi to naturalnie.  
- Wszystko okay? – pyta Kajetan wyciągając coś z torby. Świetnie, więc przy okazji zrobił jeszcze zakupy. Jego koledzy wracają prosto do domu, a on musi po drodze robić zakupy, bo ma chłopaka, który nie ma na to siły. Nie odpowiadam mu.
   Słyszę obijającą się o siebie porcelanę.
- Byłem po drodze w sklepie i znalazłem takie genialne szklanki, czy filiżanki? – zaśmiał się. – Nieważne, będzie się z nich fantastycznie pić kawę – mówi i pokazuje mi dwie filiżanki z abstrakcyjnymi wzorami. – Co o nich sądzisz? – pyta. - Wiem, że nie pijesz kawy ani herbaty, ale na wszelki wypadek wziąłem więcej, no wiesz, w razie gdyby przyszli goście.  
- W razie trzęsienia ziemi będą strasznie hałasować – mówię.
- Całe szczęście, że nigdy nie przeżyliśmy trzęsienia ziemi – kuca przy mnie i łapie mnie za ręce. – W tym okolicach to wręcz niemożliwe, wiesz?

Dodaj komentarz