Odium // Nathaniel 23 marca 2010

Ten dzień nie mógł zacząć się inaczej niż inne, bo wtedy można byłoby pomyśleć, że faktycznie coś się wydarzy, coś co nie było codziennością, ale nikt o tym nie pomyślał – albo przynajmniej nikt nie wspomniał o tym na głos. Niebieską barierę pokonywały promienie słoneczne i wbrew pozorom nie były to promienie wyniszczające ludzkie spojrzenia, gdy spojrzy się na nie dłużej, niż nam na to pozwolą. Było słonecznie.
   Siedziałem przy szpitalnym łóżku dziewczyny o pięknych, długich włosach. Nigdy ich nie ścinała i codziennie rano odwiedzała mój pokój, prosząc, abym zrobił jej tę czy inną fryzurę. Tego dnia były niedbale związane w warkocz, a pojedyncze kasztanowe kosmyki opadały jej na bladą twarz.  
   To dla niej ten dzień był najzwyklejszy.
- Jak się czujesz? – zapytałem, bo wiedziałem, że właśnie tak należy rozpocząć rozmowę z osobą, którą odwiedza się w szpitalu .
- Jak zwykle – odpowiedziała z uśmiechem. Pewnie była już zmęczona takimi pytaniami.
   To właśnie z nią nie zdążyłem się pożegnać – bo nie wiedziałem, że muszę - i właśnie wtedy zabrakło mi czasu, aby przeprosić – bo wykorzystałem go na usprawiedliwianie swojego zachowania przed własnym sumieniem.
   Egoista.
   Rozmawialiśmy o głupotach, a ja ani razu nie wychyliłem się, aby patrząc jej prosto w oczy, wygłosić przemowę, którą już tyle powtarzałem przed snem.
   ,,Później, spokojnie, masz jeszcze czas”, upominałem się.
   Czasem Nikola się uśmiechała, więc i ja siliłem się na niezbyt szczery uśmiech. Robiłem dokładnie to, czego teraz nie potrafię znieść - starałem się za wszelką cenę mówić wszystko, co moim zdaniem chciała usłyszeć i robić wszystko, co jak myślałem, chciała, bym robił.
   Nagle znikąd – i były to dźwięki, naprawdę znikąd, ponieważ przez dłuższą chwilę nie potrafiłem ich zlokalizować - maszyny, do których wciąż mimo poprawy stanu była podłączona, zaczęły dość głośno piszczeć. Hałas ten uderzył mnie wręcz fizycznie. Chciałem zatkać uszy, zamknąć oczy, wyłączyć się i zniknąć, ale wtedy po prostu siedziałem i patrzałem na ciągłą linię jak w transie. Nie mogło to jednak trwać zbyt długo, bo za moment w sali znalazł się lekarz w towarzystwie pielęgniarki.  
   Kazali mi wyjść i dopiero wtedy, kiedy na wpół obecnego duchem wyprowadzano mnie z sali, spojrzałem na Niki. Nic się nie zmieniło. Jej oczy były zamknięte, ale jej włosy wciąż były długie i kasztanowe, usta lekko rozchylone, a ręka po prostu w pewnym momencie zboczyła z trasy i zsunęła się z łóżka.  
   Nie pamiętam ostatnich słów, jakie do mnie powiedziała, byłem zbyt zajęty sprzeczaniem się z samym sobą. W pamięć zapadła mi jednak myśl, która zawitała do mojego umysłu wraz z obrazem nieprzytomnej Nikoli na szpitalnym łóżku.  
   ,,Kiedy tylko się obudzi, od razu ją przeproszę”, obiecałem sobie w przypływie odwagi, o której jeszcze przed momentem mogłem jedynie pomarzyć.
   Lekarz reanimował pacjentkę. To zdanie jest naturalne, nie wywołuje nieprzyjemnych wspomnień. Lekarz reanimował pacjentkę, bo to jego praca. Lekarz reanimował pacjentkę przy użyciu defibrylatora, bo mu za to płacą. Lekarz musiał podjąć decyzję o przerwaniu reanimacji. Takie rzeczy się dzieją. Takie rzeczy się dzieją. Zdarza się. Pacjentka nie wykazuje czynności życiowych. Zdarza się. Lekarz dyktuje pielęgniarce godzinę zgonu. Taka kolej rzeczy, jedni się rodzą drudzy umierają.  
   Nie potrafię sobie przypomnieć, o czym wtedy myślałem, było tego zbyt dużo, ale z natłoku różnorodnych myśli można było bardzo wyraźnie usłyszeć tylko jedno słowo - ,,przepraszam”.
   Mama głośno płakała, a tata próbował ją uspokoić, sam uronił pewnie skrycie parę łez. Wydaje mi się, że właśnie wtedy po raz pierwszy przeszło mi przez myśl, że to ja powinienem umrzeć, nie Nikola.
   W jednej chwili wszystko ucichło, za sprawą paru kabli i jednej komendy lekarza – tak przekupny jest dźwięk czynności życiowych - pacjentka została odłączona od aparatury. Lekarz wychodzi z sali, a bliscy pacjentki płaczą. Pan w białym fartuchu musi im przekazać, że pacjentka nie żyje. To najbardziej niewdzięczna część jego pracy.  
- Przykro mi, robiliśmy co w naszej mocy, ale nie udało nam się przywrócić Nikoli - był dobrym aktorem. Przecież wiem, że wcale nie było mu przykro. Za chwile będzie żartować z kolegami po fachu, będzie badał innych pacjentów i zapomni o mamie pewnej dziewczynki, mimo że jej krzyku rozpaczy trudno zapomnieć.
   Pamiętam, że puściły mi nerwy i zacząłem krzyczeć, że nie mogą jej tak zostawić, że muszą coś zrobić. Przecież musiałem ją jeszcze przeprosić.
   Lekarz tylko spojrzał na mnie z politowaniem i powtórzył jak bardzo mu jest przykro, lecz ja nie dałem się nabrać. Nie pamiętam mojego krzyku, pamiętam tylko płacz mamy, ale to przecież ja dostałem tabletki uspokajające, nie ona.  
   Ten dzień nie zaczął się inaczej niż inne i nie skończył się zaskakująco, wszystko było na miejscu. Mama krzyczała, ja musiałem zażyć tabletki uspokajające, tata próbował opanować sytuację, z tą różnicą, że nikt nie musiał przekonywać Niki o nieważności tej sprzeczki, bo jej nie było. Nie było kłótni i najmłodszego członka rodziny.
- Naprawdę ci współczuję, ale nie jesteś w stanie nic z tym zrobić - powiedziała pielęgniarka podając mi tabletki.
   Problem w tym, że mogłem temu wszystkiemu zapobiec, ale za bardzo się bałem…
   Spojrzałem za okno, aby zezłościć się na świat, że biegnie dalej jak gdyby nigdy nic. Było słonecznie.

Dodaj komentarz