Odium // Nathaniel 23 marca 2010

Kiedy miałem sześć lat i chodziłem z rodzicami do lekarza, nudząc się czasem nawet godzinę w kolejce, nigdy nie powiedziałbym, że dwie godziny mogą być dla mnie ułamkiem sekund. Przez myśl nie przeszłoby mi, że mając do dyspozycji dwie długie godziny, może zabraknąć na coś czasu.
   Teraz jednak wiem, że jest to możliwe. Możliwe jest, aby w ciągu dwóch godzin nie zdążyć porozmawiać, przeprosić, pożegnać się.
   Siedziałem przy szpitalnym łóżku dziewczyny o długich, kasztanowych włosach. To właśnie dla niej te sekundy miały być ostatnimi. To właśnie z nią w ciągu dwóch godzin nie zdążyłem się pożegnać i właśnie wtedy zabrakło mi czasu, aby przeprosić.
   Rozmawialiśmy o głupotach, a ja ani razu nie wychyliłem się, aby patrząc jej prosto w oczy, wygłosić przemowę, którą już tyle powtarzałem przed snem.
   ,,Później, spokojnie, masz jeszcze czas”, upominałem się.
   Czasem Niki się uśmiechała, więc i ja siliłem się na niezbyt szczery uśmiech. Robiłem dokładnie to, czego teraz nie potrafię znieść - starałem się za wszelką cenę mówić wszystko co moim zdaniem chciała usłyszeć i robić wszystko co jak myślałem, chciała, bym robił.
   Nagle znikąd maszyny, do których wciąż mimo poprawy stanu była podłączona, zaczęły dość głośno piszczeć. Linia na jednej z nich powoli z biegiem czasu stawała się ciągła, jednak ten proces nie mógł trwać zbyt długo, bo za moment w sali znalazł się lekarz w towarzystwie pielęgniarki.  
   Kazali mi wyjść i dopiero wtedy, kiedy na wpół obecnego duchem wyprowadzano mnie z sali, spojrzałem na Niki.  
   Nic się nie zmieniło. Jej oczy były zamknięte, ale jej włosy wciąż były długie, usta lekko rozchylone, a ręka po prostu w pewnym momencie zboczyła z trasy i zsunęła się z łóżka.  
   Nie pamiętam ostatnich słów, które do mnie powiedziała, byłem zbyt zajęty sprzeczaniem się z samym sobą. W pamięć zapadła mi jednak myśl, która zawitała do mojego umysłu wraz z obrazem nieprzytomnej Nikoli na szpitalnym łóżku.  
   ,,Kiedy tylko się obudzi, od razu ją przeproszę”, obiecałem sobie.
   Lekarz reanimował pacjentkę. To zdanie jest naturalne, nie wywołuje nieprzyjemnych wspomnień. Lekarz reanimował pacjentkę, bo to jego praca. Lekarz reanimował pacjentkę przy użyciu defibrylatora, bo mu za to płacą. Lekarz musiał podjąć decyzję o przerwaniu reanimacji. Takie rzeczy się dzieją. Takie rzeczy się dzieją. Zdarza się. Pacjentka nie wykazuje czynności życiowych. Zdarza się. Lekarz dyktuje pielęgniarce godzinę zgonu. Taka kolej rzeczy, jedni się rodzą drudzy umierają.  
   Nie wiem, o czym wtedy myślałem, w głowie miałem pewnie jedyne słowo, jakie przychodziło mi do głowy - ,,przepraszam”.
   Mama głośno płakała, a tata próbował ją uspokoić. Wydaje mi się, że właśnie wtedy po raz pierwszy przeszło mi przez myśl, że to ja powinienem umrzeć, nie Nikola.
   W jednej chwili wszystko ucichło, pacjentka została odłączona od aparatury. Lekarz wychodzi z sali, a bliscy pacjentki płaczą. Pan w białym fartuchu musi im przekazać, że pacjentka nie żyje. To najbardziej niewdzięczna część jego pracy.  
-     Przykro mi, robiliśmy co w naszej mocy, ale nie udało nam się uratować Nikoli - był dobrym aktorem. Przecież wiem, że wcale nie było mu przykro. Za chwile zje obiad z kolegami po fachu, będzie badał innych pacjentów i zapomni o mamie pewnej dziewczynki, mimo że jej krzyku rozpaczy trudno zapomnieć.
   Pamiętam, że puściły mi nerwy i zacząłem krzyczeć, że nie mogą jej tak zostawić, że muszą coś zrobić. Przecież musiałem ją jeszcze przeprosić.
   Lekarz tylko spojrzał na mnie z politowaniem i powtórzył jak bardzo mu jest przykro, lecz ja nie dałem się nabrać. Nie pamiętam mojego krzyku, pamiętam tylko płacz mamy, ale to przecież ja dostałem tabletki uspokajające, nie ona.
-     Naprawdę ci współczuję, ale nie jesteś w stanie nic z tym zrobić - powiedziała pielęgniarka podając mi leki.
   Problem w tym, że mogłem temu wszystkiemu zapobiec, ale za bardzo się bałem…

Dodaj komentarz