Odium // Nathaniel 2011

Przez pierwsze dwa miesiące starałem się pisać - ołówek nie był zbyt naostrzony, aby nikt nie zrobił sobie nim krzywdy – zrezygnowałem z tego dopiero w momencie, kiedy w mojej głowie zamiast standardowej kumulacji myśli pojawiła się pustka.
   Ładna ściana, biała. Tyle mogłem napisać, a nie była to prawda, ale nawet w myślach nie byłem w stanie tego jakkolwiek analizować.
   Czułem się coraz bardziej otępiały, nie czułem mojego ciała. Pamiętam, że aby moje mięśnie nie zanikały, kazano mi się przechadzać po korytarzu. Od drzwi do okna, od okna do drzwi, od… po dwóch przejściach zwykle kończyła mi się energia. Bywało tak, że siadałem na środku korytarza i nie miałem siły wstać.
   Nad wejściem do oddziału był niebieski, neonowy napis. Raził mnie w oczy, dlatego nie podnosiłem głowy zbyt wysoko. Była ciężka, ale myślę, że to intensywne światło przeważyło szalę.
   ,,Wytrzymam, co tylko chcesz” napisałem w tamtym czasie. Nie rozumiałem tego, co pisałem – jak dziecko - ale myślę, że nie byłem wtedy człowiekiem.
   Tamte wspomnienia nie należą do mojego życia, jak wiele innych. To jak, kiedy wybudzasz się z narkozy i chcesz coś złapać, ale widzisz tyle swoich rąk i żadna nie jest tą prawdziwą. Ciągle coś chwytasz, a jednak wszystko ci umyka.
- Moje życie nie nadaje się do przepracowania.
- Każde się nadaje, Nathan – mówił terapeuta, ale przecież nie da się lepić z gliny, której nie ma.
   Przy drzwiach z neonowym napisem był telefon.
- Nathan! Do ciebie!
   Słuchałem, że jest mu przykro. Przykro Grzesiowi, mojemu tacie, każdemu było przykro.
- Naprawdę mi przykro – zapewniał.
- Każdemu jest przykro – mówiłem i odkładałem słuchawkę.
   Przez parę pierwszych dni miałem przy sobie czerwony pisak. Nie był na bazie alkoholu, ale i tak cudem pozwolili mi go zatrzymać.
   Terapia. Pisak zamiast noża, czerwone jego ślady zamiast krwi.
- To nielogiczne – powtarzał Grześ. – przecież nadal chcesz sobie zrobić krzywdę, ta metoda likwiduje wyłącznie fizyczne objawy.
   Nie pamiętam, kiedy mi go zabrali. Jednego dnia leżał na mojej szafce przy łóżku, a drugiego już go nie było.
   Odwiedziny były na tyle rzadko, że czasem myślałem, że w ogóle ustały, że to już teraz, że tamten raz gdy przyszli, był tym ostatnim.
- Tak to jest, mówią, że się martwią, ale mają cię gdzieś – powiedziała mi dziewczyna z fioletowymi włosami. Nie pamiętam, czy rozmawiałem z nią wcześniej, ani czy później zamieniłem z nią parę słów.
   Grześ by przyszedł. Wiem, że przyszedłby nawet gdybym tego nie chciał, tak jak robił to przez ostatnie pół roku. Tak jak zawsze to robił.
- Nie chcę z tobą rozmawiać, odejdź! – krzyczałem do niego na tyle często, że sama ta fraza przywołuje do mojej głowy wspomnień zbyt dużo, żeby o jakiekolwiek się oprzeć.
   ,,Nie ważne, że wzbudzał negatywne emocje, ważne, że wzbudzał jakiekolwiek”, moje k było strasznie koślawe.
- Nathan, proszę – spojrzałem na jego rękę i zobaczyłem, że podaje mi czerwony pisak. Moja mina nie zmieniła się, ale on się domyślił, jak zawsze – był za szafką – serdeczny i miły uśmiech. Jak zawsze.
   Tamtego dnia byłem naprawdę szczęśliwy, wręcz w euforii, co nie zdarzało mi się często, ale kiedy już się zdarzało, było niesamowicie intensywne.  
   Tamtego dnia myślałem, że wypuszczą mnie do domu.
   Leki działają, terapia też, jestem już szczęśliwy i gotów na życie w społeczeństwie, tak właśnie miałem powiedzieć, wchodząc do pokoju personelu, ale kiedy przekroczyłem jego próg pielęgniarki z przerażeniem wręcz spojrzały na moje czerwone ręce i na coś, co zaciskałem w lewej dłoni.
   Setki pytań kończących się moim imieniem. Skąd wziąłeś te nożyczki, Nathan? Dlaczego wziąłeś te nożyczki, Nathan? Jakim cudem zrobiłeś to tępymi nożyczkami, Nathan?
    A potem słyszałem już tylko głos w mojej głowie.
   ,,Powinieneś wsadzić je głębiej”
- Przepraszam – powiedziałem, mając nadzieję, że nie będzie mi tego wyrzucać zbyt długo.

Dodaj komentarz