Odium // Nathaniel 2011

  Usłyszałem kiedyś, że lęk nie wynika nigdy z suchego faktu, a z indywidualnej jego interpretacji. Faktem było to, że powiedzieliśmy sobie zbyt dużo, ale gdybym wtedy nie zatrzasnął drzwi mojego pokoju i nie mruknął pod nosem jedynej odpowiedzi jaka w tamtym momencie przychodziła mi na myśl, być może zapomniałbym o tym. Może byłaby to jedna z tych myśli, których udałoby mi się pozbyć, w czasie kiedy jeszcze tak bardzo nienawidziłem mamy. W czasie, kiedy jedyne czego chciałem to wymazać jej osobę ze swojej biografii.
   Moja mama była nerwową kobietą, a ja - kiedy jeszcze miałem na to siłę - miałem buntowniczy charakter. Kłóciliśmy się często, bo dwoje impulsywnych ludzi pod jednym dachem to zdecydowanie za dużo.  
   Być może podświadomie bardzo chciałem dogadywać się z nią tak dobrze, jak Grześ ze swoją mamą, ale my byliśmy zbyt zajęci sprawianiem sobie wzajemnie przykrości, aby odważyć się kiedykolwiek na spokojnie porozmawiać o tym, że przecież nasza relacja nie powinna tak wyglądać.  
  Tamta rozmowa nic między nami nie zmieniła. Była to po prostu kolejna kłótnia. Miało być jak zwykle, emocje miały opaść, a my mieliśmy wrócić do porządku codziennego udając, że ta wymiana zdań nigdy nie miała miejsca.  
   Jednak wtedy jako argumenty zaczęły płynąć słowa miłości i troski, które spowodowały, że to jedyna kłótnia z mamą, która do teraz rozpamiętuję. Czy to normalne, że to właśnie najpiękniejsze uczucie znane człowiekowi uczyniło tamtą sytuację najgorszą ze wszystkich jej podobnych?
   Miałem wtedy tylko trzynaście lat, nie mówiąc o tym, że byłem jej synem, ale nie stanowiło to żadnej przeszkody. W tamtym momencie byliśmy sobie obcy, a świadomość, że jedno z nas miało kiedyś władzę nad życiem drugiego jak na ironię tylko potęgowała dystans między nami.
   To nie była nasza pierwsza kłótnia, lecz zwykle w takich sytuacjach tata interweniował. Wtedy nie było go w domu. Był w pracy i nie powiedział mi nic, co mogłoby usprawiedliwić mamę w moich oczach. Z biegiem czasu sam ją usprawiedliwiałem, bo bez względu na to jak bardzo usiłowałem jej nienawidzić, kochałem ją.
       Mogłem wtedy uciec do muzyki, jak zawsze. Mogłem nałożyć słuchawki na uszy i udawać, że nic się nie wydarzyło. Mogłem zamiast tego mruknąć coś w stylu: ,,oboje zapomnieliście o tabletkach, dlatego do tego doszło”, ale przecież pamiętam, że wziąłem wtedy leki.
   Mogłem nałożyć słuchawki na uszy i uciec w muzykę, posłuchać słów kogoś innego, wtedy te które przed momentem usłyszałem od mamy zapadłyby w nicość. Nie nałożyłem słuchawek. Miałem czas przyswoić to zdanie. Miałem czas rozłożyć je na miliony małych kawałków, miałem czas zinterpretować je pod każdym kątem.  
   Nie płakałem. Często po kłótniach z mamą płakałem, ale nie wtedy. Nikt mnie nie pocieszał, a ja nie płakałem. Po prostu cały czas myślałem o sytuacji sprzed chwili.
  
   ,,Wiesz co? Byłoby lepiej gdybym nigdy nie poznała Twojego ojca, nikt nie powstrzymałby mnie wtedy przed tą cholerną aborcją!”  
   Widzę jak stoi w salonie z pilotem w ręku, wiem, że lada moment rzuci nim o podłogę, ale i tak wzdrygam się, gdy słyszę dźwięk wyłamującej się klapki i wylatujących na panele baterii.  
   Widzę jak zaciskam zęby, wbiegam na piętro i specjalnie tupię na każdym schodku. Wchodzę do pokoju, trzaskając drzwiami najmocniej jak potrafię.
   ,,Przepraszam, też myślę, że tak byłoby wszystkim prościej” mruczę pod nosem.

Dodaj komentarz