Odium // Nathaniel 2009

Ból z biegiem czasu stawał się coraz bardziej namacalny i coraz realniejszy – w przeciwieństwie do mnie – nie stanowił już tylko wyobrażonego cierpienia. Miałem dowody na ból i czułem, że tylko dzięki temu zachowuję swoją tożsamość.
   Moje ciało chciało się mnie pozbyć, a ja mu na to pozwalałem.
   ,,Będzie mniej bolało, jeśli wsadzisz sobie dwa palce do gardła i po prostu je sprowokujesz”, słyszałem i byłem tym słowom całkowicie podporządkowany. Wymiotowałem – to dowód na ból brzucha, mówiłem sobie i to mi wystarczało, ale mój organizm nie był usatysfakcjonowany. Zmuszał mnie do robienia tego ciągle i ciągle, jakbym miał pozbyć się nie tyle zawartości mojego żołądka, ale także jego samego, a zaraz potem wszystkich innych organów.
   Ból kości mnie zadowalał. Mam kości, powtarzałem z uśmiechem i naprawdę czułem się spokojniejszy. Nie musiałem wydrapywać dziur w swoich dłoniach, aby się upewnić.
   Do tego wszystkiego dochodziły problemy z odpornością. Przeziębienie mogło nadejść w każdej chwili, bez względu na porę roku i na to ile łykałem witamin. Przeziębienie oznaczało ból głowy i kości, a ból to tożsamość.
- Przepraszam – powiedziałem jednak, kiedy wracaliśmy od lekarza, który wydał kolejne recepty. Tata pokręcił wtedy tylko głową.
   ,,To nie twoja wina, Nathan.” A ja wyjątkowo wcale nie czułem się winny.
   Ból fizyczny był coraz częstszy i gdyby ktoś zapytał się mnie, czy chciałbym go odczuwać na pewno spróbowałbym się zaśmiać z tak absurdalnego pytania. Kto chciałby odczuwać ból? Ale ja nie miałem wyboru – ból fizyczny chronił mnie przed gorszymi rzeczami.
   Kiedy bolał mnie brzuch czułem, że faktycznie należy do mnie. Boli mnie brzuch, o tutaj, w tym miejscu – mogłem powiedzieć i nie musiałbym kłamać. Boli mnie mój brzuch, który jest częścią mojego ciała.
   Moje myśli wcale nie były częścią mnie, nie tworzyły się w moim umyśle, ręce coraz częściej stanowiły odrębne byty, niebędące pod moim władaniem, a w momentach odrealniania cały nie byłem swój.
   Dusiłem się.
   Z sekundy na sekundę ktoś pozbawiał mnie dostępu do powietrza - albo sam się go pozbawiałem - głowa podnosiła się gwałtownie w górę, jakby ktoś właśnie krzyknął: ,,hej, patrzcie! Ktoś leci balonem!”, ale to był tylko sufit. Biały sufit, a ja byłem tam sam. Ręce odruchowo wędrowały ku szyi, aby zdjąć z niej nierealny przedmiot, który zaciskał się na niej mocniej i mocniej, ale same powodowały jeszcze większe uciski.
   Lekarze, badania. Może astma? Problemy z płucami, sercem? Przez pewien czas leżałem w szpitalu z maską tlenową na twarzy, ale nic nie wykryto. Wypisano mnie do domu z tą samą liną na szyi, z którą tam przyszedłem.
   To właśnie wtedy kiedy brakowało mi dostępu do powietrza, przestawałem się czuć, bo przecież nie ja się dusiłem.
   Kiedy moje ręce postanawiały błyszczeć - jak gwiazdy w świetle fleszy – czułem się podobnie. Grześ opisywał mi jak to się dzieje i jak wygląda, ale to nie były moje ręce.
   To naprawdę nie ja się dusiłem, po prostu wcześniej dusił się ktoś, kto został we mnie, bo w nikim innym nie miał się gdzie podziać. Nikt się na niego nie otworzył i nie zaufał tak jak ja.
   To nie ja się dusiłem, bo lina nie zaciskała się na mojej szyi. A może wyszedłem z ciała, jak wtedy gdy bardzo nie chcesz w czymś uczestniczyć.
   To nie ja się dusiłem, ale te ręce były moje, nieważne jak głęboko wbijałem w nie paznokcie i jak bardzo krwawiły pod wpływem nacisku starego, brudnego scyzoryka.
   ,,Umyj go chociaż, bo nabawisz się jakiegoś zakażenia.”
   To powodowało we mnie frustrację - dlaczego nie może być odwrotnie? – tak jakbym chciał się dusić, bo z czasem zacząłem postrzegać to odrealnienie jako coś zupełnie neutralnego, a nawet pozytywnego.  
   Okay, mówiłem sobie, okay mnie już tu nie ma, moje ciało tu zostanie i ludzie będą mogli zrobić z nim, co tylko zechcą, a ja nie będę musiał w tym uczestniczyć.
   To nie ja się dusiłem, ale w pewnym momencie, gdy przestałem odczuwać ból to właśnie brak powietrza nadawał mi tożsamość, więc trzymałem się tego kurczowo niezależnie od konsekwencji.
- Tracę z nimi kontakt – mówiłem, kiedy drżały mi ręce.
- W porządku, Nathan, jestem tutaj, odpocznij.
   A potem się dusił, nie dając mi odpocząć.

Dodaj komentarz