Odium // Grześ 2008

Sam rzadko bywałem pacjentem w szpitalach, natomiast niezwykle często podziwiałem je z perspektywy odwiedzającego. Nathan w swoim małoletnim życiu dość regularnie lądował tam ze względu na różnorodne problemy zdrowotne, spowodowane fatalną odpornością jego organizmu na najmniejsze infekcje. Czasami też ze względu na swoje autodestrukcyjne działania. To działo się już coraz częściej.
   Od kiedy pamiętam zajmowała się nim bardzo miła lekarka. Była wyjątkowo wyrozumiała dla Nathana i jego niespodziewanych zachowań. Jak się później dowiedzieliśmy – sama miała trójkę dzieci.
   Zawsze pozwalała mojemu przyjacielowi samemu wybrać łóżko na sali, które będzie zajmować podczas pobytu tam. Kiedy było to możliwe, Nathan zawsze wybierał to samo - przy ścianie. Początkowo myślałem, że robi to dlatego, ponieważ miło ładniejszą pościel niż pozostałe. Ewidentnie było przygotowane dla kogoś młodszego. Pościel nie była biała, narzuta na poduszkę była niebieska, a kołdrę – albo raczej koc w poszewce – pokrywał wzór w misie tego samego koloru. Nathan przyznał mi za którymś razem, że w istocie wybierał to lóżko głównie dlatego, że stało ono przy ścianie i będąc odwróconym na bok nic nie tracił -  wciąż obserwował całe otoczenie.  
   Wspomniałem mu wtedy – głupio z mojej strony – że nie ma podglądu na to, co się dzieje pod jego łóżkiem.  
   Kiedy jest się dzieckiem, łóżka w szpitalnych salach zdają się być niesamowicie wysokie. Wejście na nie przypomina wspinaczkę na wysokie góry, dlatego większość zaczyna od stanięcia na krześle, albo czeka na opiekunów, którzy je podsadzą.  
   My byliśmy już starsi i wyżsi, wystarczyło nam podeprzeć się ręką i lekko podskoczyć. Nie zbyt gwałtownie – nie sprawiały wrażenia stabilnych. Wątpiłem w stabilność każdej rzeczy w szpitalach.
- Potwory nie chowają się pod łóżkiem, Grześ – powiedział mi wtedy.
   Mój przyjaciel faktycznie nie bał się przestrzeni pod łóżkiem – często sam tam wchodził, chcąc się schować, tak jakby się bawił. Z tą różnicą, że nie towarzyszył temu śmiech.
- Nathan, chodź – powiedziała lekarka kucając przy łóżku, chwytając się jedną ręką za jego poręcz, aby utrzymać równowagę. Ja też się schyliłem – nie trzymałem poręczy, rzadko zajmowałem czymś ręce, będąc blisko przyjaciela -  a nad nami stała pielęgniarka, która miała zaprowadzić go do jednej z pracowni. Wydaje mi się, że też była bardzo sympatyczna. – przecież nie raz miałeś już takie badanie. – próbowała do niego przemówić, ale Nathan siedział skulony w kącie i wyglądał na naprawdę przestraszonego.
   Wydaje mi się, że nigdy nie reagował tak ze względu na badania, które go czekały, o wiele bardziej obawiał się ludzi, którzy mieli mu je robić.
   Zareagowałem w momencie, kiedy zauważyłem jak lekarka wchodzi pod łóżko. Pewnie nie miała złych zamiarów, nie wyszarpałaby go stamtąd siłą. Pewnie po prostu objęłaby go ramieniem i pomogła mu wyjść.
- Proszę tam nie wchodzić – powiedziałem gwałtownie. – tam jest jego bezpieczne miejsce. – zwróciłem wzrok na przyjaciela. – dookoła tego łóżka jest niewidzialna bariera, nikt oprócz Nathana nie potrafi przez nią przejść.
   Nigdy nie zapomnę miny mojego przyjaciela, gdy wypowiedziałem te słowa na głos. Wydaje mi się, że był to szok lub zdumienie. W każdym razie to uczucie zmieszane było ze szczęściem. Otworzył wtedy szerzej oczy i usta – z tym, że usta naprawdę nieznacznie – przez chwilę widziałem niepewny uśmiech na jego twarzy.
   Nathan wyszedł po paru minutach, kiedy wszyscy się stamtąd oddaliliśmy i pozwoliliśmy mu pobyć samemu.
- Niewidzialne bariera? – zapytał z wyrzutem, gdy wrócił z pielęgniarką z powrotem do sali. – To głupie. Nie jestem dzieckiem.
   Prowokował mnie, wiem, że tak było. Chciał zmusić mnie do powiedzenia czegoś, co mogłoby potwierdzić jego słowa. ,,To głupie”. Minęła wtedy już prawie godzina od czasu, kiedy usłyszał te słowa, a on wciąż o nich myślał. Nie odpowiedziałem.
- Dlaczego wbiegłeś pod łóżko? – spytałem po chwili, jaką spędziliśmy w milczeniu.
- Niewidzialna bariera? Duszę się za każdym razem, gdy zamknę oczy, ale sam fakt, że mam je otwarte niczego nie zmienia. Dlatego wyobrażona ściana też nie zadziała. Nie zadziałałaby nawet, gdyby była prawdziwa – nie odpowiedział na moje pytanie, wciąż myślał o tym, co usłyszał ode mnie, kiedy się bał. Kazał sam sobie szukać powodów, aby w to nie wierzyć, mimo że go to uratowało.
   Czy tonący powinien chwycić brzytwę?
   Po chwili zobaczyliśmy jego ojca z altówką w ręku i życzliwym uśmiechem na twarzy. Zapytał jak się czujemy, choć to tylko jego syn był pacjentem.

Dodaj komentarz