Odium // Grześ 2006

Miałem osiem lat, kiedy podczas porodu Maćka – nowego, długo wyczekiwanego członka rodziny – pojawiły się komplikacje. Mama zmarła, ale mojego młodszego brata na szczęście udało się uratować. Okazał się być zdrowy, więc mimo wszystko tamten dzień nie zalicza się do najgorszych. Byłem z mamą bardzo blisko, nauczała mnie wszystkich tych wartości, z których posiadania jestem dumny, i które teraz staram się przekazywać bratu. Całkiem możliwe, że to właśnie jego pojawienie się na świecie uratowało mnie od załamania się po stracie najważniejszej kobiety w moim życiu.
   Tata oczywiście również miał na to duży wpływ - sam był silny, więc brałem z niego przykład. Nigdy nie widziałem, żeby płakał, ale domyślam się, że gdy nie było mnie w domu, dawał się ponieść emocjom. Dlatego musiałem być też silny dla niego.  
   Na pogrzebie mojej mamy pierwszy raz zobaczyliśmy na Nathana rękach coś, co do tej pory, każdy mógł widzieć tylko na ekranach telewizorów.
   Złote pasy – których pojawienia się nawet nie zarejestrowaliśmy - oplatające jego przedramiona były elementem, przez który opisanie tej sytuacji komukolwiek, kto jej nie przeżył, było jak proszenie się o pobyt w szpitalu na oddziale zamkniętym.  
   Gdy się ich dotknęło nie czuło się żadnych nierówności, nie zmywały się, ani nie zostawiały śladów. Były jak tańczące przebarwienia na skórze. Poruszały się chaotycznie w stronę dłoni. Było ich zapewne nieskończenie wiele - a przynajmniej wtedy odniosłem takie wrażenie - jedne znikały tuż przy nadgarstku, inne pojawiały się w zagięciu łokcia.
   Wtedy przyjaciel gwałtownie złapał mnie za rękę. Nie zdążyłem się nawet wzdrygnąć.
      W jednej chwili, dosłownie jak za sprawą magicznej różdżki, poczułem wielką ulgę i obecność mojej mamy. Nie widziałem jej, jednak czułem perfumy, których używała na co dzień. Słyszałem jej oddech i mimo że nigdy nie pomyślałbym, że oddechy czymkolwiek się różnią, mam pewność, że ten należał do niej. W tamtym momencie byłem spokojny i czułem jakbym przeniósł się do innego świata, w którym – gdybym tylko zechciał – mógłbym być już zawsze z mamą. Nie widziałem ławek w kościele, ale jestem pewien, że nie miałem zamkniętych oczu.
   Ani ja, ani Nathan nie wiedzieliśmy, co się stało. Po długim rozważaniu postanowiliśmy podzielić się tą historią z kimś dorosłym. I być może wybraliśmy złe osoby albo to sytuacja była po prostu zbyt nieprawdopodobna, ale jedyną reakcją z ich strony był śmiech lub pochwały za tak niesamowitą wyobraźnię.
   Wiedziałem, że to co czułem nie było wymysłem, Nathan też to wiedział. Wtedy chyba najbardziej żałowałem, że nie ma przy mnie mamy. Wiem, że ona by uwierzyła.  
   Próbowaliśmy przekonać samych siebie, że nam się wydawało, lecz z biegiem czasu jego ręce jeszcze parę razy ukazywały…  to coś, jednak już bez towarzyszących temu widowiskowych zdarzeń.  
   ,,Jak gdyby samo to nie było wystarczająco widowiskowe”, odparł Nathan, gdy po raz kolejny jego ręce zaczęły mienić się na złoto, a ja próbowałem przekonać go, do pozytywnych stron tej sytuacji.  
- Trochę jak w filmach, no nie? - zaśmiałem się nerwowo. Nathan zareagował na tę uwagę tylko nieszczerym uśmiechem, bo nie oglądał filmów. W życiu obejrzał może trzy od początku do końca. Nie miał tyle silnej woli, aby przez dwie godziny utrzymać koncentrację.
- Myślisz, że nam się to przyśniło, czy coś? - zapytał i miałem wrażenie, że w jego oczach pojawiła się nadzieja, na to, że odpowiem twierdząco.
- Wątpię, żeby przyśniło nam się to samo. To byłoby jeszcze dziwniejsze  - jego twarz znów posmutniała, więc go przytuliłem. - Dowiemy się o co chodzi - zapewniłem. -  Może będziesz inspiracją do książek? Superbohaterzy są ekstra, chociaż zwykle supermoce ujawniają się w wieku szesnastu lub osiemnastu lat, ale to tylko sprawia, że jesteś wyjątkowy  - próbowałem go pocieszyć, ale Nathanowi nie było do śmiechu. Mam wrażenie, że bał się samego siebie.  
   I wtedy zaczęły pojawiać się koszmary.

Dodaj komentarz