Miesiące malowane marzeniami - wrzesień

Miesiące malowane marzeniami - wrzesień

Tegoroczny wrzesień stanowił swoiste przedłużenie lata, dzięki czemu nie odczuwałam chłodu i ohydy nadchodzącej jesieni. Trochę mnie denerwowała owa obłudna, nędzna maskarada, przeciągająca agonię pachnących zgnilizną liści. Straciłam całą radość i wiarę w powtarzane do znudzenia, niczym jeden z tych absurdalnie głupiutkich refrenów, ‘będzie lepiej’. Uporczywie szukałam jakiejś pracy, która nie zawierała Filipa, jako wątpliwego bonusu, jednak oferty zatrudnienia bawiły się ze mną w chowanego. Właściwie nie wiem, dlaczego jego zachowanie tak bardzo bolało. Należy tu zaznaczyć, że bardziej od uczuć zraniona została moja nieszczęsna duma. Nie potrafiłam zrozumieć jak, do cholery, mogłam dać się wykorzystać. Awansowałam niespodziewanie na jednocnocną przygodę, podczas gdy zwykle to ja zaczynałam i kończyłam jako zwycięzca każdego damsko-męskiego starcia. Wściekła, przerzucałam stos papierów, próbując odnaleźć w nich jakikolwiek sens. Daty dokumentów złośliwie mieszały się naśladując składniki jarzynowej sałatki. Byłam bliska pełnego frustracji płaczu. Od wybuchu powstrzymywała mnie wyłącznie perspektywa upokorzenia, jakie stanowi publiczna histeria. Nachalny dźwięk telefonu swoim nagłym wtargnięciem na scenę wewnętrznego konfliktu dodatkowo podrażnił moje rozklekotane irytacją nerwy.
- Słucham? - odebrałam wyjątkowo opryskliwym tonem. Każde kolejne słowo kobiety po drugiej stronie odbierało mi początkową pewność siebie. Mój świat darto na drobne kawałki niby nieudany rysunek, a ja mogłam jedynie bezradnie dopytywać o szczegóły apokalipsy, jakby miały teraz jakiekolwiek znaczenie. Drżącą dłonią zakończyłam połączenie po upływie zaledwie trzech minut. Tyle czasu wystarczyło, by zniszczyć moją dotychczas stateczną wegetację. Sto osiemdziesiąt sekund unieważniło poprzednie lata. To przeczyło jakiekolwiek logice oraz sprawiedliwości. Powlokłam się do gabinetu Patryka. Nie  
pukałam, wszelkie kurtuazje uznając za zbędne.  
- Gracja? Wszystko w porządku? - zapytał szef, emitując niemile zaskoczone spojrzenie. Przerwałam mu rozmowę z siedzącym tyłem mężczyzną. On także obrócił się zirytowany.  
- Filip… - wydusiłam zdumiona, po czym mój zapędzony w kozi róg mózg zażądał resetu. Ocknęłam się, leżąc z lekko uniesionymi nogami. Utkwiłam wzrok w napiętej twarzy sąsiada. Gdybym miała siły, obdarzyłabym go łobuzerskim uśmiechem. Niestety, byłam zbyt słaba. Ostrożnie opuścił mi stopy.  
- Spróbuj wstać. Powoli. - poinstruował perfekcyjnie opanowanym głosem. Czy naprawdę nic nie potrafiło nim wstrząsnąć? Ujęłam dłonie Filipa, wstając ślimaczym tempem. - Powinnaś pojechać do szpitala.  
- Nie, to nic takiego. Stres itepe.
- Nalegam.  
- Nie, naprawdę, nie trzeba. Słowo sekretarki.  
- Gracja…
- Jeżeli istnieje taka możliwość chciałabym poprosić o wolne dzisiaj… Sprawy rodzinne. - poprosiłam Patryka.  
- Naturalnie. One tak cię zestresowały?  
- Między innymi. Ja bardzo przepraszam. Niepotrzebne wywołałam zamieszanie… - zrobiłam nieokreślony ruch ręką, usiłując wyłowić brakujące słowa z powietrza.  
- Odwiozę ją. - zaproponował Filip, ucinając próbę złożenia wyjaśnień.  
- Świetnie. - stwierdził szef, nie dając mi pola manewru. Pozwoliłam się wyprowadzić z budynku, kompletnie oszołomiona. Ledwie zauważyłam, że Filip trzyma moją dłoń luźnym, dodającym otuchy gestem.  
- Zapnij się. - polecił, lecz ja siedziałam niczym bezwolna kukła. Ujął pas, przeciągając go w stronę zapięcia. Poczułam subtelny zapach jego perfum oraz bijące od niego ciepło. Odległość wymusiła bliskość. Ot, taki oksymoron. Męczył się dłuższą chwilę nim usłyszeliśmy charakterystyczne ‘klik’.  
- Dom? - rzucił, odpalając silnik. Skinęłam głową. Po dojechaniu na miejsce nadal przypominałam manekina. Filip wyciągnął mnie z auta, pakując do windy. Bezpardonowo przekopał moją torebkę w poszukiwaniu kluczy. Nie miałam siły protestować. Właściwie, potrzebowałam opieki ‘poziom premium’. Wtuliłam się zrezygnowana w poduszki miękkiej kanapy, która pamiętała wiele pięknych chwil. Cóż, nadeszły gorsze. Usiadł obok, nieśmiałym gestem obejmując moje rozdygotane jestestwo. - Powiesz, o co chodzi?
- Muszę wyjechać. - wykrztusiłam, naiwnie sądząc, iż te dwa niepozorne słowa zaspokoją czyjąkolwiek ciekawość.  
- Dokąd?
- Mała wieś. Parę domków, dwie ulice na krzyż… Nic nadzwyczajnego, ale tam się wychowałam. Babcia… Udar, wiesz? Opiekunka znalazła ją rano… Zasnęła i więcej nie wstała. Powiedzieli, że to dobra śmierć, rozumiesz? Jakby śmierć kiedykolwiek była dobra. - długo wstrzymywane tamy puściły, uwalniając niepowstrzymane strumienie łez. W końcu nie ukrywałam emocji! Terapeutka powinna bić brawo i popijać szampana.  
- Zawiozę cię. - zaoferował, czy też, raczej, ogłosił podjętą decyzję.  
- Nie, nie możesz. Masz pracę…
- Jutro jest sobota.  
- Na pewno porobiłeś jakieś plany - kolacja, kobieta, albo…
- Skończ. - warknął. - Tamto... My… Wtedy… Nie planowałem tego.  
- Ach, rozumiem. Zwykle planujesz uwiedzenie, wykorzystanie i porzucenie kochanki, zanim przyjdzie. Piszesz scenariusz w stylu: po jednej lampce wina pocałunek, po dwóch będę ją pieprzył aż zacznie krzyczeć, a po trzech wypierdolę sukę za drzwi?!  


Naprawdę nie wiem, co wówczas mną kierowało. Jaki zły chochlik mi podpowiadał? Usprawiedliwienie pod tytułem ‘Cały żal przekułam w szczerozłotą złość i musiałam ją wyładować na pierwszej lepszej osobie’ definitywnie pomagało lepiej znosić samą siebie. Przypisałam winę okolicznościom i niech tak zostanie. Tymczasem Filip zaniemówił z wrażenia. Jego oczy pociemniały, zapowiadając burzę. Przesadziłam. Grubo.
- Gdyby nie fakt, że właśnie straciłaś bliską osobę, wyszedłbym i nigdy więcej nie wrócił. - wycedził poprzez zaciśnięte kurczowo szczęki. Spokój wymagał od niego ogromnego wysiłku. Widziałam wyraźnie jego spiętą twarz, sztywne ruchy… - Przygotuj się. Za godzinę wyjeżdżamy.  

Zostałam sama, wciąż lekko zdezorientowana wynikłym zajściem. Wrzucałam przypadkowe rzeczy w otchłań walizki. Nerwowo układałam listę niezbędników, modyfikując ją dziesięć razy w ciągu sekundy. Organizacja nigdy nie stanowiła mojej mocnej strony, zatem powrót Filipa zastał mnie pośrodku pokoju, szarpiącą zawzięcie suwak walizki, który nie wykazywał najmniejszej chęci współpracy. Mężczyzna przyglądał się moim działaniom coraz bardziej rozbawiony.
- Zamki cię nie lubią. Daj.  
- Poradzę… - posadził mnie na denku bagażu. - … sobie.
- Oczywiście. - mruknął z przesadnie wyraźnym sarkazmem. Jego dłonie mijały moje nogi o centymetry.  
- Pojadę sama, naprawdę.  
- Yhm. Wstawaj. - wziął walizkę, zmierzając do auta. Wsiadłam niechętnie. Zapięłam pasy, tym razem samodzielnie. - Świetnie ci poszło. Jeszcze trochę ćwiczeń i zostaniesz mistrzem.  
- Słabe. - skwitowałam poirytowana. Wzruszył ramionami, uruchamiając nawigację.  
- Wpisz tę mieścinę. - polecił. Wstukałam nazwę i nareszcie ruszyliśmy. Filip włączył muzykę, otulając nas dźwiękami Johnnego Casha ubolewającego nad utratą wszystkich i wszystkiego. Zwykle nie lubiłam takich piosenek, jednak w obecnym stanie ducha chłonęłam każdą nutę jak gąbka.  
- Jest piękna. - powiedziałam cicho. - Ten tekst…  
- Do bólu prawdziwy.  
- Jakbym słuchała o sobie. - uśmiechnął się tajemniczo pod nosem, co uznałam za cichą aprobatę. Postanowiłam zaryzykować i pociągnąć rozmowę w sprytnie omijanym przez Filipa temacie. - Mało o tobie wiem.  
- Pytaj.  
- Głupio tak… - zapobiegawczo uciekłam do bezpiecznego azylu konwenansów. Filip wzruszył ramionami.  
- Pytanie versus pytanie. Ja pytam ciebie, ty mnie. - postanowił.  
- A jakieś słowo bezpieczeństwa? Gdybym nie chciała na coś odpowiedzieć?- indagowałam zaintrygowana.
- Zwykłe ‘Dalej’ wystarczy.  
- Aha… - podsumowałam, pozwalając, aby zapadła głucha cisza.  
- Mam zacząć? Ok, zacznę… Twoja babcia je… była dla ciebie więcej niż babcią?
- Łoł…  
- Zawsze możesz powiedzieć ‘Dalej’.  
- Rodzice… Babcia dostała prawo do opieki, kiedy miałam pięć lat. Moja kolej. Straciłeś kiedyś kogoś bliskiego?  
- Tak. - odparł możliwie najzwięźlej - Jak stałaś się bezdomna?  
- Mówiłam już.  
- Kłamałaś.  
- Dalej. - wydusiłam, cudem unikając dalszego zdemaskowania. Nikt nie miał prawa wiedzieć o tamtym. Zwłaszcza Filip. - Dlaczego mnie wtedy zaprosiłeś?  
- Dalej. Żałujesz, że przyszłaś?  
- Nie... Ile kobiet zaliczyłeś w ten sposób?  
- W ten sposób? Tylko ciebie. Miewałaś jakieś poważne związki?  
- Dwa. To samo pytanie.  
- Poważnych nie miałem. Jak skończyły się twoje?  
- Pierwszy w urzędzie - pan młody się nie stawił. Drugi na lotnisku. Mój książę odleciał do ciepłych krajów. Czemu nie dajesz sobie szansy na więcej?  
- Żeby nie skończyć jak ty. - odparł chłodno, jednak czułam, że ta maska dystansu kryje dłuższą historię. - Seks bez zobowiązań?  
- Nie istnieje. Na zawsze ponosisz odpowiedzialność za to, co oswoiłeś… Lub zmajstrowałeś z drugą osobą. - oświadczyłam stanowczo.  
- Uuu, Zasadnicza Kobieta. - zakpił, wyprzedzając pierwszy zwiastun wsi w postaci czerwonego traktora.  
- Pan Wyzwolony Nowoczesny. - odcięłam się identycznym tonem.  
- Trzeba robić postępy.  
- Postępy? Nazywasz postępem przelecenie sąsiadki, podczas pierwszej randki?  
- Chyba nie było ci najgorzej.  
- Najlepiej również nie.
- Czyżby…? Zresztą… Nieważne. Nie planowałem tego.  
- A co planowałeś?! - krzyknęłam, pozwalając ujść zranionym uczuciom. Miałam ochotę wydrapać mu oczy.  
- Zjeść kolację. Porozmawiać. Kurde, nie jestem napalonym erotomanem i umiem używać mózgu wbrew powszechnej opinii.  
- Filip…  
- Nie przerywaj mi. Zaprosiłem cię, bo oczekiwałem mile spędzonego wieczoru. Zajebisty plan kurewsko zwykłej kolacji poszedł się jebać, dopiero gdy stanęłaś przy tym zasranym teleskopie… - urwał gwałtownie. Zagryzł wargi, zaciskając ręce na kierownicy. Byłam w szoku. Ta wulgarność… Nie przypuszczałam, że potrafię doprowadzić definicję elegancji do iście rynsztokowej pasji. Ostrożnie dotknęłam jego dłoni. Przesunęłam opuszkiem wzdłuż nadgarstka mężczyzny. Nie wiedzieć czemu, zawsze podobały mi się męskie ręce. Rodzaj fetyszu? Możliwe. - Gracja, przestań. Proszę, przestań.  
- Dlaczego?  
- Straciłaś babcię, nie myślisz logicznie.  
- Nagle jest to problemem? - wymamrotałam cicho. Splótł palce z moimi, mocno, aż trzasnęły kości. Przeszedł mnie prąd, który bez problemu zasiliłby pół miasta.  
- Nie. Ty jesteś problemem.

1 167 czyt.
100%255
Somebody

opublikowała opowiadanie w kategorii dramat i miłosne, użyła 1856 słów i 10962 znaków, zaktualizowała 7 cze 2018

Komentarze (5)

Zaloguj się aby dodawać komentarze. Nie masz konta? Załóż darmowe konto
  • Iks

    Iks 5 cze 2018

    Jednym z wyznaczników tego jak radzi sobie piszący z tekstem są dialogi. Twoje Somebody są świetne nawet momentami bardzo. Do tego wiarygodne, a to niełatwa kombinacja. Wydawałoby się co może być ciekawego w rozmowie dwojga ludzi w aucie jadących do zapadłej wsi. Tymczasem, ŁAŁ! Ta część jest tak dobra z powodu rozmowy Gracji i Filipa. Słabe dialogi nużą, ta dwójka w samochodzie za sprawą Twojego talentu sprawiła, że wciągnąłem tą część na jednym niemal wdechu. Wciąż łapię powietrze, Somebody.

  • AuRoRa

    AuRoRa 15 maj 2018

    Urażona ambicja, ale rozmowa dość ostro się kończy. Ciekawe co będzie dalej.

  • agnes1709

    agnes1709 10 mar 2018

    Wspaniałe, i muszę przyznać, że bardziej podoba mi się niż "alfabet". Główna bohaterka jest debeściarą

  • Black

    Black 8 mar 2018

    Bardzo podoba mi się ta historia i nie mogę doczekać się kolejnego rozdziału    

  • Duygu

    Duygu 7 mar 2018

    Niesamowite, kochana    Jak potrafisz opisać tyle uczuć w jednej części? Raz myślałam, że już sobie wybaczą, czytam dalej- jednak nie. Jesteś mistrzem!    Świetny dialog w czasie podróży między Nadią i Filipem. Jest oryginalny, bardzo ciekawy. Czuję, że coś jeszcze między nimi jednak będzie...    Czekam na następną część