Miesiące malowane marzeniami - marzec

Miesiące malowane marzeniami - marzec

Stałam na szpitalnym korytarzu, wdychając sterylny zapach, który zalegał niczym smog w każdym kącie budynku. Miałam gęsią skórkę i drżały mi dłonie. Ale to nieistotne. Istotny był fakt, dlaczego w ogóle tam tkwiłam. Powód tak oczywisty, że wręcz absurdalny. Filip. Dla niego zapomniałam o Robercie oraz całej reszcie gówna nazywanego moim życiem.  

- Pani Amelio… - śledczy ostrożnie dotknął mojego ramienia, a ja podskoczyłam.  

- Jak Pan mógł mu na to pozwolić! - krzyknęłam, czując obezwładniającą bezsilność. Właśnie ona była najgorsza. Odbierająca jakąkolwiek motywację świadomość własnej niemocy.  

- Pan Wronkowski sam podjął decyzję. Znał ryzyko. Chciał nam pomóc, bo pani odmówiła. - wyjaśnił oschle. Czyżby próbował mnie obwinić? Zmarszczyłam brwi. - Dzięki niemu schwytaliśmy groźnego przestępcę wraz z przyznaniem się do winy. Pani znajomy odwalił kawał dobrej roboty.  

- Waszej roboty!  

- Zakończyliśmy sprawę. - powtórzył niczym automat. Może zresztą nim był. Nie zauważyłam żadnych emocji pod sztywną maską policyjnego androida.  

- Opłaciło się? - zapytałam przez łzy. Tym razem nie odpowiedział, wymijając mnie obojętnie. Szarpnęłam go za ramię. - Opłaciło się ryzykować życiem niewinnej osoby?!  

- Proszę się uspokoić. Pójdę po lekarza. - odparł funkcjonariusz spokojnie, zupełnie niewzruszony moją histerią. Zapewne przywykł do takich scen, tak jak rybacy przywykli do smrodu martwych ryb. Zacisnęłam powieki z całych sił, aż pod nimi pojawiły się pomarańczowe kręgi. Miałam ochotę wyć. W furii uderzyłam pięścią o ścianę. Ból kłykci podziałał orzeźwiająco, przywracając mi utraconą wcześniej jasność myślenia.  

- Proszę pani… Wszystko dobrze? - podniosłam wzrok na młodego lekarza o nadzwyczaj profesjonalnym uśmiechu. Kolejny android, nie rozumiejący ludzkich tragedii.  

- Tak. Wszystko dobrze. Chciałabym go odwiedzić… - wskazałam blok operacyjny.  

- Naturalnie, kiedy tylko skończymy.  

- Co mu jest? Czy to poważne? - zapytałam z niepokojem.  

- Nie mogę powiedzieć. Proponuję, żeby napiła się pani czegoś ciepłego i posiedziała w kafejce na dole. To jeszcze potrwa. - poradził uprzejmie.  

- Tak… W porządku. - mruknęłam, chcąc uniknąć kolejnej bezsensownej szarpaniny, którą skończyłoby podanie mi uspokajających prochów jak jakiejś wariatce. Gryzłam zawzięcie oblanego różowym lukrem donata, obserwując, doskonale stąd widoczną, rejestrację. Dostrzegłam Izę, która nerwowo gestykulowała przed niewzruszoną pielęgniarką. Wstałam chwiejnie, idąc w kierunku kobiety. Obcisła sukienka wyraźnie eksponowała chorobliwą wręcz chudość mojej przyjaciółki. Czy naprawdę tak dawno się nie widziałyśmy? Widocznie, byłam zajęta sobą do takiego stopnia, że nie zauważyłam jej cierpienia. Dotknęłam delikatnie ręki Izy, modląc się, aby nie znikła pod naciskiem moich palców. - Izzy…  

- Hej, co tu robisz? - rzuciła z udawaną radością i entuzjazmem.  

- Słyszałam o Filipie. Od policji. Chciałam go zobaczyć. Co się tam stało, Iza? - zapytałam, odtwarzając w głowie poranne zamieszanie. Śledczy zadzwonił, aby mnie poinformować o ujęciu Wojtka, podczas zjazdu absolwentów. Wspomniał, że akcja zakończyła się pełnym powodzeniem dzięki Filipowi, który ranny trafił do szpitala. Oczywiście, niby pod wpływem magicznego zaklęcia, natychmiast przyjechałam jak ostatnia kretynka.  

- Wojtek z nim rozmawiał. Kłócili się… Nie słyszałam dokładnie. Potem przyjechała policja… Nie wiem skąd, bo nie było zasięgu, a wszystkie telefony oddaliśmy pierwszego dnia do pudełka po butach. - wyjaśniała Iza krótkimi zdaniami.  

- Filip miał  pager. Musieli go dać, żeby ich wezwał… - wtrąciłam domyślnie.  

- Możliwe. Wojtek zaczął w pewnym momencie strzelać… To było straszne. Filip krzyczał… Gracja, ja nie chcę tego wspominać. Przepraszam. - wyminęła mnie szybko. Chwyciłam ją za łokieć.  

- Jeszcze jedno, Izzy. Filip. Ostrzegałaś przed nim… Dlaczego?  
Byłam zdeterminowana, aby wyjaśnić całą tę dziwną historię. Kobieta westchnęła ciężko, jakby nie umiejąc zebrać słów.  

- Na samym początku, kiedy przyszłaś do zakładu, zarządzałam kadrami. - zaczęła niepewnie. - Coś mi nie pasowało w twoich dokumentach. Postanowiłam rozwiać wątpliwości u znajomego policjanta. Okazało się, że to fałszywki, a ty masz powiązania z Wojtkiem. Śledczy wzięli cię pod obserwację, czekając aż się skontaktujecie. - zawiesiła głos, pobrzmiewający wyrzutami sumienia. Miałam gdzieś jej poczucie winy. - Zdążyłam cię polubić. Naprawdę. Dlatego zaproponowałam ci mieszkanie u mnie, gdy straciłaś własne. Potem trafiłyśmy na Filipa. Spanikowałam. Kazałam mu się od ciebie odczepić. To był błąd… On zaczął drążyć… W końcu dowiedział się o tobie i Wojtku. Nie chciałam, żeby cię skrzywdził, dlatego wolałam to przerwać, zanim…  

- Więc wiedziałaś, kim jestem…  - odparłam cicho. Czułam wściekłość. Każda cząsteczka mojego ciała krzyczała w nieokiełznanej pasji. - Cały ten czas…  

Iza spuściła wzrok zakłopotana. Nienawidziłam jej w tej chwili. A Filip? Czy Filip mógł rzeczywiście chcieć mnie wyłącznie, by ustrzelić Wojtka? To miałoby sens. Wyjaśniało, czemu ktoś spoza mojej ligi okazał mi tyle atencji. Oboje zadrwili z moich uczuć. Stanowiłam jedynie środek do celu. Środek bezwartościowy niczym plastikowa torba. Chociaż nie, nawet za reklamówkę trzeba zapłacić, a mnie wystarczyło po prostu wziąć. Pobiegłam ku wyjściu z desperacją wabionej światłem ćmy.  

- Poczekaj! - zawołała Iza, ale ja już otworzyłam drzwi, czując anemiczny podmuch wiosny na policzkach. Nie wiedziałam, co dalej robić. Siadłam, obierając betonowe schody szpitala za krzesło. Wcisnęłam głowę w kolana, zwinąwszy się jak jeż. Szkoda tylko, że brakło mi kolców do obrony przed całym światem. - Gracja…  
Iza  położyła dłoń na moich zgiętych plecach krzepiącym gestem.  

- Odejdź. - powiedziałam, gardząc jej fałszywą litością.  

- Jesteś moją przyjaciółką. Nie traktowałam cię inaczej i nie traktuję. - zapewniła cicho, siadając obok.  

- Zniszczysz sobie kieckę.  

- Co tam kiecka. - mruknęła beztrosko, szukając mojego wzroku. Patrzyłyśmy na siebie bez słowa. Skinęłam niemo głową. Uściskała mnie słodko-gorzkim przytulasem, zawierającym więcej słów niż rafaello.

***

Poczekałam w szpitalu  do wieczora. Dopiero wówczas Filip się wybudził z narkozy i  mogłam go odwiedzić. Weszłam nieco onieśmielona. Leżał na jednym z czterech łóżek, obrócony ku ścianie. Przysunęłam sobie obrotowy taboret, nie bardzo wiedząc, jak zacząć rozmowę. Ostatecznie, wybrałam najprostszy możliwy wariant.

- Hej… - nie odpowiedział. Dotknęłam lekko jego ramienia. - Jak się czujesz?  

- Jak ktoś, kto dostał dwa postrzały oraz perspektywę zostania inwalidą. - odparł ze złością.  

- Nie będziesz inwalidą. Rehabilitacja…  

- Nie potrzebuję matki Teresy ani innej świętej! Po co w ogóle przychodziłaś? Nic nas przecież nie łączy! - wykrzyknął, raniąc mnie do żywego.  

- Chciałam cię zobaczyć. - wymamrotałam cicho, próbując usprawiedliwiać jego opryskliwość odniesionymi obrażeniami.  

- Po co?! Żeby triumfować? Żeby drwić? Żeby zaspokoić chorą ciekawość? Proszę bardzo. Oberwałem w kolano! Do końca życia będę, w najlepszym wypadku, utykał! Zdechnę sam, bo wszyscy będą mnie omijać jako kalekę, żyjącego za ich pieniądze! I chuj z tym, że to nie będzie prawda, ponieważ do mojej pracy nie potrzebuję sprawności fizycznej! Oni zawsze wiedzą lepiej… - wybuchnął, totalnie załamany. Balansował na granicy łez, na skraju przepaści.  

- Pomogę ci. Nie zostawię…  

- Zamierzasz mi udowodnić, jaka jesteś wspaniała?! Tak, kurwa, jesteś zajebiście dobrą osobą! Jesteś lepsza niż ja! Wystarczy?! Czy jeszcze ci mało?! - przerwał brutalnie moją wypowiedź. Zaczęłam płakać. Bezgłośnie, aby nie zauważył. Z trudem opanowałam się po upływie jakiejś minuty.  

- Kiedy wychodzisz? Przyjadę po ciebie.  

- Dostałem zaproszenie, wiesz? Na zjazd absolwentów w Tatrach. Od razu pomyślałem, że on tam będzie. - wyznał łamiącym się głosem. Poprzednia ordynarność wyparowała, obiawiając pełnię trawiącej Filipa trucizny. Słuchałam, nie umiejąc odnaleźć antidotum na ową toksynę pierwotnego żalu. - Policja chciała, żebym go sprowokował do zeznań. Marzyłem o tym… Marzyłem… Za to, co zrobił mojej siostrze… Za te dziesięć ciosów nożem… Za to, że nie zdążyłem jej pożegnać… Nie powinienem pozwolić, by szła wtedy sama…  

- Filip, nie wracaj do tego. - poprosiłam bezradnie, gładząc go wzdłuż barku.  

- Wcisnąłem pager, a on spust…  

- Filip, proszę…  

- Dlaczego tu siedzisz? Dlaczego mnie nie olałaś? - zapytał niespodziewanie. - Jeśli chodzi o litość to sobie daruj.  

- Nie, nie chodzi o litość. Powiedz, kiedy wychodzisz?  

- Za tydzień.  

- Przyjdę jutro. Jeżeli dasz mi klucze, przywiozę ci twoje rzeczy.

Nie protestował, więc zabrałam klucze z jego torby i cmoknęłam go na pożegnanie w policzek. Wciąż byłam mocno roztrzęsiona naszą rozmową. Pojechałam do jego mieszkania, skąd zabrałam kilka niezbędników. Nakarmiłam też Winstona oraz Churchila, obserwując ich zwinne ciałka pomykające po klatce. Pomyślałam o kolanie Filipa. Czy rzeczywiście nie odzyska pełni sprawności? Odepchnęłam od siebie tę niepokojącą opcję, choć  spychana na margines świadomości wcale nie znikała. Kolejne dni wyglądały bliźniaczo. Szpital, praca, szpital… Filip podjął rehabilitację, która napawała go coraz większym zgorzknieniem. Nie przypominał żadnego z tych uśmiechniętych niepełnosprawnych, których jest pełno w telewizjach śniadaniowych i filmach dla nastolatków. Stawał się zamknięty w sobie, cyniczny, złośliwy… Momentami nie potrafiłam go znieść. Mimo to ciągle przy nim tkwiłam, nie mogąc wyobrazić sobie innego scenariusza.  

***

W końcu nadszedł dzień wypisu. Filip szedł wolno, wspomagając się kulami. Otworzyłam drzwiczki auta, pomagając mu wsiąść. Kule rzuciłam niedbale na tylne siedzenie. Jechaliśmy w przytłaczającym milczeniu. Miał chyba gorszy dzień. Może nawet lepiej, że nic nie mówił. Wolałam dobijającą ciszę niż jego kąśliwe uwagi. Zaparkowałam pod samą klatką, ale Filip nie wysiadał.  

- Podobno Iza ci powiedziała… - zaczął niepewnie. - Ja myślałem o Wojtku, kiedy byliśmy razem. Znaczy, na początku, potem…  

- Dość! - nie chciałam rozdrapywać ciągle świeżej rany. Nie chciałam słuchać o sobie jako o przydatnym przedmiocie, gażdżecie, przynęcie, czy jakkolwiek inaczej to nazwać.  

- Nie mam nic do zaoferowania. Teraz, z tą nogą… - urwał raptownie.  

- Nie zostawię cię. - zapewniłam, pragnąc  wyjść z emocjonalnego impasu, w który sami się wpędziliśmy.  

- Czasami nienawidzę swojej bezsilności i  jestem niemożliwy. Jak stary, zrzędliwy dziad. - słusznie podsumował. Uśmiechnęłam się pozbawionym radości grymasem.  

- Wiem. To nieistotne.  

- Zasługujesz na więcej.  

- Filip…  

- Zamierzam przejść sam przez ten syf. Bez narażania ciebie… Rozumiesz? - zapytał, a ja poczułam, że nasz dialog dotyczy jakiegoś głębszego wymiaru.  

- Rozumiem. - przytaknęłam.  

- Po wszystkim… Zadzwonię i jeśli będziesz miała ochotę… - pozorne niedomówienia skrywały rozpaczliwe błaganie.  

- Okay, będę czekać. - obiecałam poważnie. Filip dopiero wtedy otworzył samochód, sięgając po kule.  



                      -   Rok później   -  


Dzień mijał spokojnym, wyćwiczonym rutyną rytmem. Ciepłe, wiosenne słońce oświetlało wnętrze mojej pracowni. Kończyłam właśnie malować drewnianą bransoletkę, gdy usłyszałam wibracje. Serce stanęło mi na kilka sekund. Po roku nadal reagowałam tak samo jak w pierwszych dniach. Jedno spojrzenie na wyświetlacz wystarczyło, abym poczuła falę słabości przelewającą się przez całe ciało. Odebrałam dygoczącą dłonią.  

- Halo? - wydusiłam.

- Gracja? Cześć. Pamiętasz mnie jeszcze? - zachrypnięty głos Filipa wywołał elektryzujący dreszcz.  

- Myślałam, że nigdy nie zadzwonisz.  

- Miałem małe trudności, ale już jest dobrze.  

- To… Dobrze. - stwierdziłam nieśmiało. Rozmowa z nim była czymś surrealistycznym. Czekałam tak długo aż czekanie stało się celem samym w sobie. A teraz, gdy dobiegło końca, moja egzystencja zaznała nagłej pustki. Byłam niczym strażnik czasu, któremu po stuleciach wręczono dymisję.  

- Chciałbym cię zobaczyć.  

- W porządku. - mruknęłam, próbując utrzymać emocje w ryzach.  

- Gracja, jeżeli zdołałaś ułożyć sobie życie beze mnie, to może lepiej zapomnijmy o naszej znajomości. - rzucił zachowawczo. Jego ton lekko drżał. Czyżby z obawą?  

- Nie… Ja także chcę cię zobaczyć. - zdecydowałam ledwo słyszalnym głosem. Świat wokół mnie wirował szaleńczo. Wszystkie wspomnienia wróciły gwałtownie, przywracając mi utracone nadzieje i mrzonki.  



* We’re just two lost souls
swimming in a fish bowl
Year after year  
Running over the same old ground  
And how we found  
The same old fears  
Wish you were here… “

(Pink Floyd - Wish you were here)  

KONIEC  


Dziękuję wszystkim czytającym, którzy dobrnęli do końca tego opowiadania. Szczególnie dziękuję osobom, które pozostawiły po sobie ślad w postaci łapki/komentarza. Byliście dla mnie wielkim wsparciem! Będę miała teraz trochę luźniejszy okres, bo weny niestety brak:) Poza tym moje życie osobiste wymaga w tej chwili większej uwagi, więc w najbliższym czasie planuję przerwę w publikacjach. Jeśli będę coś wrzucać, to zapewne one-shoty, drabble etc. Pozdrawiam serdecznie, Sbd

1 141 czyt.
96%267
Somebody

opublikowała opowiadanie w kategorii dramat i miłosne, użyła 2433 słów i 14001 znaków

Komentarze (7)

Zaloguj się aby dodawać komentarze. Nie masz konta? Załóż darmowe konto
  • Iks

    Iks 6 cze 2018

    No, proszę skończyłaś nawet w maju. Znów Twoi bohaterowie są poharatani. Niemniej jednak powstał half-happy-end. Taki słodko-gorzki epilog. I chyba doskonale wybrałaś. Pełen happy-end wprowadzałby lekki dysonans, a pójście w złe zakończenie. Hmm... iloma smutkami i nieszczęściami można szprycować swoich bohaterów? Dziękuję Ci bardzo, ze wiele miłych chwil z lekturą Twoich tekstów.  
    I znów P.S:        
    Pozdrawiam.  
    X.

  • Black

    Black 30 maj 2018

    Świetne zakończenie. A dlaczego? Bo się wkurzyłam. Jak to, to już? Właśnie to już, pięknie i we właściwym momencie. Życzę Ci, żeby wszystko w życiu prywatnym się poukładało. Będę czytać wszystko, ale komentarze zdarzy mi się dodawać z pewnym opóźnieniem, jak teraz     

  • ja1709niezalogowana

    ja1709niezalogowana 29 maj 2018 ip:94254246

    A kwiecień, maj i czerwiec to gdzie, pytać ja? Sbd skróciła rok, Sbd na prezydenta!!! Życzę powrotu weny i poukładania spraw

  • Almach99

    Almach99 29 maj 2018

    Mialem nadzieje Na cos dluzszego. Zakonczenie ciekawe. Tak, to dobre okreslenie, smutne, radosne, pelne nadziei...

  • AuRoRa

    AuRoRa 28 maj 2018

    Dobrze, że dali sobie jeszcze jedną szansę. Czytało się z zaciekawieniem, rozbawieniem, a nawet obawami i smutkiem. Może kiedyś znów zdecydujesz się  wrzucić dłuższe opowiadanie, bo to było ciekawe, a bohaterowie nie mieli lekko

  • Izabella

    Izabella 27 maj 2018

    Nooo... Zakończenie wspaniałe. Trochę szkoda, że koniec, bo wyjątkowo bohaterów polubiłam 😞Podziękowania dla Autorki

  • Duygu

    Duygu 26 maj 2018

    Cudownie!    Dobrze, że tak się skończyło    Uwielbiam to opowiadanie, nieraz mnie zaskoczyło i są w nim ciekawi bohaterowie. Wspaniałe piszesz, kochana     Uwielbiam cię!