Miesiące malowane marzeniami - grudzień

Miesiące malowane marzeniami - grudzień

Bezśnieżny grudzień był dla mnie miesiącem całkowitego marazmu i zatracania się w błędnym kole wątpliwej jakości romansideł, przetykanych jedzeniem przerażających ilości lodów. Po odwiedzinach Wojtka zwątpiłam we wszystkie dotychczasowe ideały. Nie miałam ani siły ani ochoty na cokolwiek. Znowu dałam się sparaliżować truciźnie, którą mi zaserwował. Poddałam siebie walkowerem jak tamtego dnia, gdy spotkaliśmy się pierwszy raz, w holu uczelni. ‘ Wyglądasz jakbyś potrzebowała przewodnika, mała.’ Tylko, aż, tyle wtedy powiedział, uwiązując mnie tymi słowami niczym bezpańskiego psa. A ja, niby ten pies, zostałam mimo ran, mimo bólu, mimo całego zła, którym obdarzał otoczenie. Głupi, głupi kundel…
Filip nie odbierał moich telefonów, nie odpowiadał na smsy, jego zachowanie idealnie określał, wylansowany przez medyczne paradokumenty, zwrot ‘tracimy go’. Definitywnie unikał kontaktu. Chociaż ja i tak ciągle do niego dzwoniłam, pisałam, nie potrafiąc odejść z godnością, nie pozwalając mu zapomnieć. Dziś, jako że mieliśmy dwudziesty czwarty grudnia, postanowiłam uhonorować go życzeniami. Wstawiłam wodę, aby zalać sproszkowany kisiel. Gapiąc się w telewizor, wpadłam na pewien pomysł. Była przecież pieprzona Wigilia! Porwałam czerwony płaszczyk i zielone śniegowce. Nawet nie zwróciłam uwagi, iż (dorzucając żółte spodnie) wyglądałam jak sygnalizator. Wskoczyłam do starego, babcinego opla. Po intensywnej godzinie jazdy byłam u celu. Szary, nowoczesny apartamentowiec Filipa. Nie zastanowiłam się, czy go zastanę, czy będzie chciał mnie widzieć… Nie. Wjechałam windą, wysiadłam i zastukałam. Ot, zwyczajna, dziecięca prostota działań. Otworzył w szlafroku, z mokrymi włosami, opadającymi na bladą twarz. Serce załomotało mi szybciej, grożąc eksplozją.
  
- Cześć. Nie wyrzucisz zbłąkanego wędrowca w Wigilię, prawda? - wyrzuciłam jednym tchem.  

- Nie powinnaś przychodzić.  

- Dlaczego?  

- Gracja…  

- Nie jesteś sam. - stwierdziłam domyślnie. To było oczywiste! Zerknęłam ponad jego ramieniem, szukając jakiejś długonogiej, egzotycznej piękności, przemykającej chyłkiem w niedbale zapiętej, męskiej koszuli.  

- Nie… Znaczy tak. Jestem sam, ale…

- Więc w czym problem? - mruknęłam, przepychając się obok niego. Na stole stało kilka różnobarwnych butelek oraz brudna szklanka. - Dwanaście potraw gotowe, hm?  

- Będziesz mnie osądzać? - warknął, pospiesznie sprzątając dowody swojego raczkującego alkoholizmu.  

- Nie zamierzałam…  

- Po co przyszłaś?! Czemu nie możesz dać mi spokoju?!  

- Bo cię, kurwa, potrzebuję! - krzyknęłam, tracąc całe opanowanie. To tyle, jeśli chodzi o nieangażowanie się w niemożliwe, pozbawione logiki, związki.  

- Potrzebujesz mnie, czy moich pieniędzy?
  
- Możemy do tego nie wracać? - zapytałam zdrętwiałymi wargami. Zachował się niewłaściwie. Nie powinien wypominać moich grzechów, kiedy nawet policja je wybaczyła.  

- Wróćmy.  

- Nie przyjechałabym gdybym chciała jedynie hajsu. - odparłam. Filip ucichł, analizując mój argument dogłębnie. Ja, tymczasem, przeliczyłam puste butelki. Sześć. Beluga, Belvedere, Absolut, Chopin… Wszystkie te marki, które zwykle stoją na najwyższych półkach i zbierają kurz, oczekując snobistycznego klienta. Mogłam się spodziewać, że Filip nie pija byle szczyn. Wojtek również miał wysublimowany smak. Zawsze wyśmiewał moją niewiedzę oraz brak gustu, aż nauczyłam się być prawdziwą koneserką. Niestety, znalazł wówczas inną słabość, którą bezlitośnie punktował niczym surowy nauczyciel wyłapujący wszelkie błędy ucznia.  

- Jeszcze żadna kobieta nigdy nie wzbudzała we mnie tylu skrajnych emocji. - oświadczył Filip, muskając mój policzek.  

- Dziękuję.

- Nie wiem, czy to komplement.  

- Oby tak.  

- Wcale cię nie znam… Nie mam pojęcia, kiedy mówisz mi prawdę, a kiedy kłamiesz. Nie lubię takich niejasnych sytuacji…  

- Wolisz widzieć wszystko jako czarne bądź białe. Nie dopuszczasz myśli o istnieniu całej skali szarości. - rzuciłam rozgoryczona.  

- Ty oczywiście jesteś tą szarością. - prychnął.  

- Owszem! - wpatrywał się we mnie płonącym wzrokiem. Wyglądał epicko niczym jakiś anioł zemsty. Zapragnęłam go pocałować. Mocno, głęboko… Żadnych półśrodków. Wsunąć język między jego ciepłe wargi, tak, aby móc zbadać ich fakturę. Określić stopień ich miękkości, porównać aksamitność każdej z osobna. On też chwilę o tym myślał. Widziałam to w spojrzeniu, którym obrzucił moje rozchylone usta.  

- Więc się nie dogadamy. - stwierdził, udając obojętność.  

- Filip…

- Wyjdź, proszę. - nakazał, siłą powściągając nerwy.  

- Nie! Nie wyjdę. Nie, dopóki mnie nie wysłuchasz.  

- Mów zatem. - warknął, wymownie opierając rękę o drzwi.  

- Zawiodłam cię, wiem. Ale naprawdę chciałam się zmienić, odciąć od przeszłości… Próbowałam zostać kobietą, którą mógłbyś polubić… Spieprzyłam wszystko, lecz gdybyś dał mi jeszcze jedną szansę… Udowodniłabym, że już cię nie rozczaruję.  

- Od samego początku, budowałaś naszą znajomość na kłamstwie. Nawet imię zmyśliłaś. Jak miałbym ponownie ci zaufać?  

- Filip…  

- Dość! Skończmy ten temat.

- Przestań! Zachowujesz się tak, jakbyś tylko ty był poszkodowany! - wrzasnęłam wściekła.  

- Bo jestem! - odkrzyknął z równą furią.  

- Jesteś żałosnym egoistą, który nie dopuszcza myśli o tym, że ktoś też może mieć ciężko!

- Ach, tak? A ty przyjmujesz pozę wiecznej ofiary, ponieważ nie potrafisz ponosić konsekwencji za swoje działania!  

Uderzyłam go całą dostępną siłą. Chciałam sprawić mu ból, dorównujący mojemu. Chwycił zaczerwieniony policzek zdumiony. Był w szoku. Złapał mnie za rękę szybkim, agresywnym ruchem. Przez sekundę ujrzałam w nim tą samą dzikość, którą przejawiał Wojtek. Przygryzłam wargę, spłoszona jak schwytane w potrzask zwierzę. Puścił mój nadgarstek natychmiast, odzyskując zachwiany spokój. A jednak owo mignięcie drapieżności wystarczyło, abym wybiegła z mieszkania jakby płonęło. Może wyszłam na przewrażliwioną idiotkę. Może nawet nią byłam. Nie umiałam wyłączyć tego okropnego czerwonego światełka, które kazało mi uciekać przy najlżejszym zagrożeniu. Z Wojtkiem zaczęło się podobnie. Od drobnych, władczych gestów, ograniczających moją wolność. Wtedy nie zauważyłam, kiedy trafiłam do jego klatki. Nie zamierzałam znów popełnić takiego zaniedbania. Szłam wzdłuż szarej ulicy, pełniącej rolę głównej aorty pogrążonego w świątecznym letargu miasta. Wiatr szarpał poły malinowego płaszczyka, smagając mnie mocnymi uderzeniami zimna. Dygotałam, przeklinając roztargnienie, przez które zostawiłam swoje rzeczy u Filipa. Nie wróciłabym tam za nic. Wolałam marznąć. Nie dam mu triumfować. Zmęczona z cieknącym jak cholera nosem, padłam na najbliższą ławkę. Chciałam wytrwać chociaż godzinę, nim wrócę pokonana. Siedziałam, podtrzymywana uporem pośród pozbawionych życia drzew. Robiłam się coraz bardziej pociągająca oraz senna. Wiedziałam, że powinnam wstać, lecz ciało odmawiało mi posłuszeństwa.  

- Gracja! - głos Filipa dobiegał nieco przytłumiony, niewyraźny, balansujący po ostatniej linii świadomości. Poczułam tylko, jak obejmuje mnie ciepłymi ramionami. - Co ty najlepszego odpierdalasz?  

- Spaceruję…  

Zdjął czapkę oraz rękawiczki, zabezpieczając moje sparaliżowane chłodem ręce i głowę przed postępującą epoką lodowcową.  

- Jesteś nienormalna. - mruknął pod nosem, podnosząc mnie klasycznym chwytem ‘na księżniczkę’. Półprzytomnie splotłam ręce wokół jego szyi, wtulając twarz w pachnący wełną płaszcz. Niewiele pamiętam z drogi powrotnej. Wniósł mnie do domu, otaczając troskliwą opieką. Przygotował rozgrzewającą kąpiel, pomagając mi zdjąć przeżarte zimnem ubranie. Najpierw czapka, rękawiczki, buty i kurtka, później bluzka, spodnie oraz skarpetki. Mimowolnie jęknęłam, gdy wprawnym ruchem rozpiął haftki stanika.  
- Ciii… - szepnął, zsuwając bieliznę.

Podziwiałam jego opanowanie, bo ja zaczęłam snuć przedziwne, dyktowane gorączką fantazje. Wolno odmarzałam niczym topniejący bałwan. Po paru minutach leżenia w ciepłej wodzie zdołałam użyć ręcznika i ubrać luźne szorty, uzupełnione równie luźną koszulką. Filip czekał w kuchni z parującą filiżanką jakiegoś antygrypowego syfu, który połknęłam dwoma olbrzymimi haustami, ignorując poparzony przełyk.  

- Dziękuję. - wydusiłam, odstawiając puste naczynie. Czułam irytujący ból w okolicach zatok, a czaszka zdawała się być zalana betonem. Fantastycznie. Tego mi tylko brakowało. Nad moim życiem wisiało ostatnio jakieś fatum.  

- Źle wyglądasz. - skomentował Filip, za co miałam go ochotę udusić. Jasne, nie wyglądałam jak Miss Atomic Bomb, ale to nie oznaczało, że może być aż tak bezpośredni. Powinien dać mi jakieś poletko złudzeń. - Chodź tutaj.
Pociągnął mnie stanowczo w stronę sypialni, gdzie wtulona w kołdrę zasnęłam niemal od razu.  

- Zostaniesz? - poprosiłam, nim całkiem odpłynęłam.  

***

Zbudziłam się z nieznośną suchością w ustach. Przez wpół zamknięte drzwi dobiegał szmer telewizji. Wyjrzałam ostrożnie. Filip siedział na kanapie, popijając herbatę. Podglądałam go nieśmiało, kradnąc ten widok dla siebie. Myślałam o nim, o nas, o tym, co razem przeżyliśmy. Nadal stanowił zagadkę. Był niczym szalona wariacja kostki Rubika - niemożliwy do ułożenia, skomplikowany, enigmatyczny… Wyczuwałam obecność jego ciemnej strony i wiedziałam, że to bardzo bardzo ciemna strona, mogąca z łatwością okryć mnie nieprzeniknionym mrokiem. Chował przed światem wiele sekretów, których planował długo nie wyjawiać. Przypominał Wojtka, jednocześnie będąc zupełnie inny. A ja? Bałam się znów wpakować w podobną relację. Nie chciałam cierpieć. Nie zniosłabym tego kolejny raz. Nie potrafiłam oddać siebie w ręce mężczyzny, sterującego mną jak marionetką. Zrezygnować z cudem odzyskanej niepodległości. Właściwie, jeszcze nie odzyskanej.  

Ale Filip był inny… Pragnęłam w to wierzyć. Ze wszystkich sił.  

- Wyspana? - zapytał, odwracając głowę. Mój umysł opanowały wizje tego, jak pobiegam, rzucając się w jego rozwarte ramiona, a on znaczy moje ciało szlakiem mokrych pocałunków, zapewniając, że przywracam mu wiarę w miłość.

- Yhm. - odpowiedziałam schrypniętym od anginy głosem.

1 263 czyt.
100%266
Somebody

opublikowała opowiadanie w kategorii dramat i miłosne, użyła 1825 słów i 10740 znaków, zaktualizowała 7 cze 2018

Komentarze (6)

Zaloguj się aby dodawać komentarze. Nie masz konta? Załóż darmowe konto
  • Iks

    Iks 5 cze 2018

    Kolejny rewelacyjny tekst, choć mało optymistyczny. Taka wigilia, palce lizać i to bynajmniej nie po karpiu czy pierogach. Cóż można powiedzieć. Może to... jesteś Somebody szaloną wariacją egzotycznego kwiatu. Kusisz, wabisz linijkami i akapitami, a my (Czytelnicy) niczym omamione owady brniemy coraz głębiej, nie czując, kiedy stajemy się ofiarami kolejnych odcinków. Brawo.

  • AuRoRa

    AuRoRa 19 maj 2018

    Świetne, gra słów, opisy, przemyślenia Gracji, swoją drogą oryginalna wigilia

  • sadstory

    sadstory 15 kwi 2018

    Ślicznie  

  • Duygu

    Duygu 14 kwi 2018

    To opowiadanie jest coraz lepsze, kochana! Jesteś dla mnie mistrzem!     Wspaniale wykreowani bohaterowie, przecudowna akcja. Ah, Gracja i Filip walczą, jak tylko mogą. Trudna jest ich miłość, ale piękna. Trzymam za nich kciuki  

  • Black

    Black 14 kwi 2018

    Aż mi się ciśnie na usta:  o choroba   Bardzo, bardzo podoba mi się ten  rozdział  

  • agnes1709

    agnes1709 14 kwi 2018

    Ale i tak go nie lubię