Miesiące malowane marzeniami - październik

Miesiące malowane marzeniami - październik

Domek babci zawsze był moim ulubionym miejscem na ziemi. Skromna bielutka elewacja, brązowa dachówka, płotek godny kotka itp. Tyle, że bez babci cały rozkoszny urok zacisza gdzieś wyparował. Rzuciłam pracę, oddawszy serce dopasowywaniu budynku do własnych, mieszczańskich potrzeb. Remont nieco mnie wyciszał, zajęcie pomagało brnąć dalej w grę zwaną życiem. Grabiłam zawzięcie opadłe liście, sporządzając myślami listę wydatków. Moje fundusze prezentowały się dosyć smętnie. Sprzedawałam biżuterię, wykonywaną po nocach, tudzież ‘kelnerowałam’ w oddalonej o piętnaście kilometrów restauracji, jednak dochody umożliwiały mi zaledwie bieżącą wegetację. Otrzymałam wprawdzie pieniądze ze spadku, lecz wszystko pochłonął remont. Ciężko jest samotnej kobiecie na wsi. Oj, ciężko. Szczęśliwie, znalazłam Roberta - moją pierwszą miłość z czasów podstawówki i jednocześnie ogólnowsiową złotą rączkę. Świetnie się dogadywaliśmy, więc chętnie przeprowadzał konieczną renowację za symboliczne ‘materiały’. Oczywiście były też minusy naszej współpracy - ciągłe półsłówka wtrącane niby mimochodem, niby żartem, niby nieistotne. Symfonia przypadkowych gestów, orkiestra pytających spojrzeń. Choćby teraz - grabiłam w swoich kompletnie aseksualnych gatkach, czując świdrujący wzrok Roberta na wypiętych pośladkach. Odwróciłam się czysto formalnie, aby pochwycić jego spojrzenie, kłujące spoza obłoku papierosowego dymu.  
- Będziesz miał raka. - mruknęłam, byle tylko odlepić namolne oczy od moich kobiecych atutów, nieumyślnie wyeksponowanych obcisłym sweterkiem.  
- Trudno. Ładna bluzka. - odparł niezrażony.  
- Jak tam twoja narzeczona? Oliwia? - przypomniałam mu mało subtelnie.  
- Oksana. Dobrze. - odburknął, wyraźnie niezadowolony z wmieszania osoby przyszłej żony.  
- Kiedy ślub? - pociągnęłam, chcąc się nieco podroczyć.  
- Wiosną. Chyba że, zrezygnuję wcześniej.
- Czemu?  
- Nie udawaj, Grejsi. - rzucił, niespodziewanie przyzywając szkolne zdrobnienie z czeluści dzieciństwa.  
- Proszę?  
- Podobasz mi się.  
Zamurował mnie kompletnie trzema cegłami słów. Wolałam myśleć o powyższym stwierdzeniu jako słabym dowcipie Strasburgera. Niestety, nie dano mi tej kuszącej możliwości. Owiany legendą grymas wiejskiego maczo nie opuszczał ust Roberta, nadając jego twarzy wyraz absolutnej satysfakcji.  
- Aha… - wydusiłam niepewnie. Dotychczasowe życie nie przygotowało mnie na odpieranie frontalnych ataków mojej umownej atrakcyjności.  
- Słuchaj, Grejsi, jesteś sama, c’nie?  
- Niee…  
- Jakoś nie widzę, żeby cię facet odwiedzał. W remoncie nie pomaga, ani liści nie grabi…
- Pracuje. Ma bardzo odpowiedzialne stanowisko. - odpowiedziałam natychmiast, pospiesznie szykując linię obrony.  
- Pracuje, hah? Korpotruteń?  
- Jest naukowcem. - ucięłam, bezczelnie kradnąc prawa autorskie do Filipa. Przywłaszczyłam go sobie jakby był bohaterem prywatnego fan-fica. ‘My precious…’, cytując Smigola.  
- Och, dużo zarabia?  
- Dużo. - odparłam, przywołując obraz snobistycznego apartamentu, w którym spędziłam niezapomniane chwile.  
- Nie ma czasu dla ciebie, a zaniedbywać taką kobietę to grzech. Śmiertelny. - kontynuował robotnik uparcie.  
- Zajmij się pracą. Moje sprawy sercowe zostaw.  
- Nie mogę ich zostawić. Ciebie zostawić. Nie jestem twoim wiecznie nieobecnym Romeem lub innym Tristanem.  

***

Nachalność Roberta dała mi do myślenia. Musiałam go jakoś spławić, a mężczyzna raczej nie zamierzał wierzyć w moją opowieść bez namacalnych dowodów. Potrzebowałam Filipa. Tylko jak miałam go tutaj ściągnąć? O co poprosić? Odezwać się niespodziewanie po dwóch tygodniach i zapytać, czy nie zechciałby udawać mojego chłopaka przez jeden weekend? Brzmiało idiotycznie. Załadowałam kolejny worek liśćmi.  
- Dokąd chcesz te kafelki? - zawołał Robert.  
- Nad zalew.  
- Ok. - mruknął, zabierając się do pracy. Dokończyłam grabienie, całkowicie uszczęśliwiona efektami kilkugodzinnych starań. Wykopałam uschłe rośliny z ogródka. Róże owinęłam chochołami, a gałęzie poprzycinałam, zgodnie z instrukcją babci. Obecnie tworzyły kuliste kształty na koronach drzew. Pomimo jesieni, ogródek prezentował się wspaniale. Zmęczona usiadłam na ganku, rozpamiętując ostatnie spotkanie z Filipem.

Przywiózł mnie tutaj późnym wieczorem. ‘Zostań’, poprosiłam. Patrzył parę sekund w milczeniu, po czym zaatakował ciepłymi wargami moje bezbronne usta. Rozchyliłam je pod naporem jego pasji, zaplatając dłonie wokół karku mężczyzny. Nasz pocałunek skrywał pierwiastek niczym nieuzasadnionego tragizmu. Ładunek emocjonalny większy niż u pani Steel. ‘Co ty ze mną robisz?’, wymamrotał niewyraźnie. Drżałam jak osika, pragnąc go za wszelką cenę zatrzymać. ‘Bez zobowiązań’, powiedziałam wbrew swoim zasadom. ‘Nie, nie mogę. Trzymaj się, uporządkuj swoje sprawy, ja… Ja muszę jechać.’  

I pojechał. Nagle ‘sprzyzwoiciał’, albo znudziłam go niedostatkiem uroku osobistego. Jeden kij. Dość, że więcej się nie odezwał. Widocznie, zostałam obdarzona darem rozpieprzania wszystkiego, czego dotknęłam. Ech… Gdzie zrobiłam błąd? Cholera, zawsze kończyło się identycznie. Nieuleczalny brak umiejętności utrzymania prawidłowej relacji. Tymczasem, nadchodził ponury, zasnuty chmurami wieczór, wyprany z gwiazd dokładnie, niczym po użyciu Perwollu. Ciężka noc dla romantyków - ciemna, pusta, cicha, słowem iście thillerowa, . Na domiar złego siedziałam sama w pełnym wspomnień domu, który każdym przedmiotem przypominał babcię. Robert zabrał swoje graty i pojechał do Oliwii, Oksany lub Otylii. Niepotrzebne skreślić. Wyjazdem przywrócił harmonię samotności, spokój kobiecego gniazdka. Kończyłam właśnie serię bransoletek z piasku pustyni, popijając czekoladowy likier, kiedy ekran telefonu zajaśniał. Dioda powiadomień ujadała niebieskim światełkiem jak wściekły pies. ‘Filip!’, pomyślałam, gwałtownie budząc zahibernowaną głęboko nadzieję. Lecz, ku niewypowiedzianemu żalowi, czekało mnie bolesne rozczarowanie. Kolejne. Iza pytała, czy może wpaść na weekend. ‘Wpadaj’, odpisałam z pełnym zawodu westchnieniem. Zasnęłam nad łańcuszkiem, bagatelizując spadające koraliki. Byłam już tak wykończona, że prosta czynność zapakowania nieprzytomnego ciała do łóżka, przekraczała moje możliwości.  

***

Zbudziłam się w mocno dojrzałe, wręcz przejrzałe, południe. Zimne, jesienne słońce kąsało zlepione snem powieki, przytrzymując je zamknięte jeszcze o moment dłużej. Wpół zdechły telefon informował, iż dwanaście godzin temu wystartowała sobota.  
- Nosz kurwa… - jęknęłam, widząc remontowe pobojowisko i własny, wpółstarty makijaż. - Fuck!  
Poczłapałam do lodówki, która pustką powiększyła moją wściekłość. Iza mogła przyjechać lada moment, a ja tkwiłam w czarnej dupie. Nie wiedziałam nawet od czego zacząć. Od domu, siebie czy sklepu? W końcu postanowiłam ogarnąć najpierw to pole bitwy, eufemistycznie nazywane pokojem gościnnym, przy okazji sprzątając korytarz i minimalnie porządkując kuchnię. Potem wpadłam pod prysznic, błyskawicznie szorując przepocone ciało. Ledwo spłukałam szampon, gdy rozległo się pukanie. Zawinęłam ręcznik na wzór rzymskiej togi. Boso zbiegłam ku drzwiom, znacząc drogę mokrymi śladami niczym duch topielicy. Otworzyłam i… zdrętwiałam kompletnie.  
- Cześć. - powiedział Filip z lekko drwiącym uśmieszkiem. Widocznie rozbawiła go moja konsternacja.  
- Hej, co tu robisz? - zapytałam zaskoczona, czując gęsią skórkę, pełznącą wzdłuż odsłoniętych ramion.
- Przywiozłem Izę, jej auto padło… Hipotetycznie. - wyjaśnił obojętnym tonem.  
- Hipotetycznie?  
- Bawi się w swatkę. Niemniej, szczerze przyznam, że wyjątkowo ucieszyła mnie perspektywa spotkania z tobą. - oświadczył, zniżając głos do niebezpieczne pobudzającego szeptu.  
- Potrzebowałeś aż Izy, by przyjechać? - ironizowałam, upatrując w pyskówkach ratunku przed samą sobą.  
- Była dobrym pretekstem, gdybyś nie miała ochoty… No wiesz. - ‘na ciebie zawsze mam ochotę’, pomyślałam, siłą zatrzymując te słowa w krtani.
- Wejdziesz? - zaproponowałam cicho. Drżałam ni to z zimna ni z podjarania. - Nie, nie będę wam przeszkadzał.  
- Nie będziesz! - wciągnęłam go do środka, zapominając o Izie, zapominając o świecie itd. Został. Zjedliśmy wspólnie przygotowane spaghetti. Później oglądaliśmy jakiś randomowy film, komentując wszelki błąd montażu, jaki zdołaliśmy wyłapać. Ciągle niedowierzałam, że jest tutaj, że siedzi obok mnie, beztrosko przerzuciwszy rękę przez oparcie kanapy. Gest tak rozkosznie domowy… Niemal widziałam nas razem z gromadką marudzących berbeci, zjednoczonych przed ‘Kevinem’. Mocne pukanie wtargnęło w nasze ognisko jak nieproszony gość.  
- Otworzę. - oznajmił Filip, zabierając ramię. Poczułam lodowatą pustkę, wręcz dziurę powstałą w wyssanym z obecności powietrzu.  
- Grejsi! - usłyszałam Roberta. Niby rażona piorunem opuściłam pokój, odprowadzana zaniepokojonym spojrzeniem Izy. Mój wspaniały fachowiec stał, bełkotając coś po pijaku. Filip przytrzymywał go poirytowany. - Grejsi, ja cię kofffam… Kofffam cie, fiesz?  
- Robert, jesteś pijany.
- Grejsi…  
- Idź stąd. - rozkazałam wściekła. Nie chciałam, by przerywał mój wymarzony, wyśniony, fantastyczny weekend.  
- To tfój naukofiec? Fajny… - poklepał Filipa po plecach. - Ale ja jestem fffajniejszy…
- Przede wszystkim jesteś nawalony. - wtrącił Filip, stanowczo wypychając Roberta za drzwi. Zaskoczyła mnie brutalność, z jaką tego dokonał.  
- Grejsi! - zawołał rozpaczliwie mężczyzna, szarpiąc klamkę.  
- Spieprzaj! - odkrzyknął mój gość. Odwrócił się lekko zaczerwieniony ze złości. Oczy lśniły mu utajoną furią. - Kim był ten kretyn?  
- Dawny znajomy. Remontuje dom. - odparłam, oceniając nowe, gangsterskie wcielenie Filipa. Rola filmowego twardziela czyniła go jeszcze bardziej magnetyzującym.  
- Nie życzę sobie, żeby cię nachodził.  
- Czemu się tym przejmujesz?  
- To raczej dosyć oczywiste, nie sądzisz?
Nie odpowiedziałam, nagle zawstydzona, onieśmielona, zgaszona niczym świeca. Podobnie zresztą oblana ciekłym woskiem ekscytacji. Pocałował mnie powoli, delektując się aksamitnym dotykiem warg, stopniowo zamieniając pieszczotę w namiętne wyznanie. Słowa były zbędne, nawet przeszkadzały, a świat dookoła zanikał rozmyty mgłą bliskości. Pragnęłam zatrzymać ten moment na wieki. Mogłabym tak żyć - uwięziona wewnątrz tych kilku sekund szczęścia. Mogłabym. Wróciliśmy do pochłoniętej filmem Izy, wtuleni w siebie jak niepoważne dzieciaki. Porzuciliśmy ją wkrótce, uciekając nienasyceni, okryci wyłącznie bladym światłem księżyca.  
- Ze zobowiązaniami. - wyszeptał, zanim oboje zapadliśmy się w niezmąconą rozkosz, której dźwięki musieliśmy tłumić. Znów dygotałam, miotana przyjemnością, obok jego rozgrzanego ciała. Deja vu? Nie, teraz było inaczej. Czułam, że jest inaczej. Obrysowałam tatuaż Filipa palcem, próbując zapamiętać kręty szlak czarnego
tuszu.  
- Opowiedz mi o nim. - poprosiłam, wodząc wzdłuż linii zodiakalnych bliźniąt.  
- To pamiątka po siostrze. Bliźniaczce. - oświadczył niechętnie. Zrozumiałam, że nie ma ochoty kontynuować tematu tatuażu. Odpuściłam, słuchając miarowego bicia jego serca. Zaczął delikatnie gładzić mnie po włosach, przeczesując pasma palcami. Zasnęłam, całkowicie ukojona i bezpieczna. Dawno nie było dane mi wypoczywać w takim spokoju. Jeden mężczyzna wystarczył, by ukrócić moją kobiecą histerię. Zygmunt Freud niewątpliwie byłby dumny.  

***

Wstałam wcześnie, mogąc podziwiać własnego śpiącego królewicza.  
Wyglądał uroczo z niesfornymi kosmykami, zasłaniającymi czoło. Narzuciłam niedbale szlafrok, zamierzając uprzątnąć wczorajszy syf i przyrządzić sztampową jajecznicę. Zmyłam naczynia, nucąc jakiś bezsensowny kawałek dla zakochanych. Co mogło pójść źle? No właśnie. Kiedy zobaczyłam wydzwaniający nieznany numer, doświadczyłam pierwszego ukłucia niepokoju. Mimo to odebrałam.  
- Cześć, kotku. - usłyszałam głos, który dopiero zdążyłam zapomnieć.
- Skąd znasz mój numer?  
- Przecież wiesz, że zawsze cię znajdę, kochanie. - odparł z doskonale słyszalnym sarkazmem.  
- Czego chcesz? - warknęłam, czując niesprecyzowany chłód.  
- Masz ciekawych znajomych… Bardzo ciekawych. A przy okazji, znalazłaś moje pieniądze? - zapytał złudnie uprzejmym tonem. Zadrżałam.  
- Zabrałeś już wszystko.  
- Oj, nieładnie tak kłamać, misiu.  
- Przysięgam! Nic nie zostało! - krzyknęłam, łykając łzy. Po drugiej stronie zapadła martwa cisza.  
Koniec połączenia.  
Koniec spokoju.  
Koniec mnie.
Opadłam bezradnie na krzesło, wstrząsana szlochem. Moje życie przypominało trwałością karciany domek. Papierowa egzystencja papierowej dziewczyny, zdmuchiwana nieubłaganą wichurą losu. Nienawidziłam października. Nienawidziłam wszystkich poprzednich miesięcy, stanowiących żałosną imitację normalności. Malowane marzeniami prysły niczym mydlane bańki pod naporem rzeczywistości.

1 161 czyt.
100%236
Somebody

opublikowała opowiadanie w kategorii dramat i miłosne, użyła 2206 słów i 13508 znaków, zaktualizowała 7 cze 2018

Komentarze (6)

Zaloguj się aby dodawać komentarze. Nie masz konta? Załóż darmowe konto
  • Iks

    Iks 5 cze 2018

    Kolejna misterna robota, Somebody. To spory talent, nie używając sensacji, strachów i tego typu ulepszeń stworzyć coś co zaciekawia. Oczywiście, za strzępami tekstu kryje się tajemnica, ale na razie się  wykluwa. I dobrze, bo relacje miedzy bohaterami wychodzą Ci tak dobrze, że nie musisz się spieszyć z fajerwerkami. Bardzo, bardzo przyjemnie się Ciebie czyta. Koffam to po prostu.   P.S. Jedna uwaga. Nie czyń następnym razem jakiegoś dupka Robertem. Zgadnij, dlaczego?  

  • AuRoRa

    AuRoRa 16 maj 2018

    Gracja nie ma lekko, dobra akcja z tym Rafałem jak zapukał Podobają mi się również opisy przyrody, oddają jesienny nastrój

  • agnes1709

    agnes1709 24 mar 2018

    Rewela, jak zawsze, tylko tego Filipa to powinnaś pogonić na cztery wiatry. Koleś strasznie działa mi na nerwy od czasu swojego występku. Albo dawaj go do mnie, są tam odpowiednie osoby, które nauczą go kultury?

  • Black

    Black 21 mar 2018

    Nic mądrego nie przychodzi mi do głowy... Mogę tylko powiedzieć, że jest wyśmienicie. I to nawiązanie do dziadziusia Freud'a Chyba się zakochałam, w tobie, twoim opowiadaniu -niepotrzebne skreślić   

  • sadstory

    sadstory 20 mar 2018

    Przeczytałam od początku i jestem zachwycona. Trochę się bałam, ze przesłodzisz, ale wygląda na naprawdę świetną historię

  • Duygu

    Duygu 20 mar 2018

    Umiliłaś mi ostatnią lekcję, dziękuję    Świetna akcja, kocham twoje porównania w opowiadaniach. Oby Robert zniknął z życia Gracji! Filip pokazał pazurki, mrrr...   Ma ciekawy charakter. Czuję, że jeszcze nie raz nas zaskoczy...