Miesiące malowane marzeniami - luty

Miesiące malowane marzeniami - luty

Nadszedł luty, który skuł świat przenikliwym zimnem. Chłód przeziębiał każdy atom, czyniąc wszystko wyjątkowo mało przyjaznym. I dobrze. Czułam się źle, zatem odnajdywałam masochistyczną przyjemność w obrzydliwej aurze. Dziwnym trafem moje ostatnie smuteczki zbiegły się z otwarciem przeze mnie sklepiku internetowego, który radził sobie całkiem nieźle. Nie zarabiałam dużo, niemniej rokowania były obiecujące, a ja zaczynałam rozważać rzucenie kelnerowania. Jako, że miałam dostać wyrok w zawieszeniu, otrzymanie wypowiedzenia stanowiło kwestię czasu. Kto chciałby zatrudniać kobietę z zawiasami? Nawet sprzątaczki muszą posiadać dobrą reputację. Westchnęłam ciężko, skacząc między kanałami niczym jedna z tych znudzonych sąsiadami emerytek. Tak zresztą mogłam się opisać - znudzona, zmęczona, pozbawiona werwy kobieta, żyjąca życiem innych… Najczęściej serialowych bohaterów. Tylko ich reżyserowane istnienia były równie popieprzone jak moje.  

Pod wpływem nagłego impulsu, postanowiłam odwiedzić fryzjera. Zmiana wyglądu powinna pomóc mi w zamknięciu pewnego etapu i rozpoczęciu nowego. Spojrzałam na wiszący w przedsionku szalik. Ciemnoszary, miękki kawałek materiału. Nędzna pozostałość, skamielina po mężczyźnie, który zdołał zranić mnie bardziej niż ktokolwiek. Mówią, że raz złamanego serca nie sposób złamać ponownie, lecz moje stanowiło wyjątek od tej reguły. Dotknęłam tkaniny, przeczesując ją palcami. Ciągle trudno mi było uwierzyć, że odszedł. Ścisnęłam szalik mocniej, zamykając oczy. Zatraciłam się we wspomnieniach, które natychmiast reaktywowały ból. Chwilę spędziłam na bezczynnym tkwieniu pomiędzy czterema ścianami pomieszczenia, oczekując ciosu z niewiadomej strony. To przypominało jakąś cholerną grę w zbijaka, tyle że piłek było sto, a ja jedna. W końcu pozbierałam zmaltretowany umysł do kupy, zmusiłam, aby podjął współpracę  z przeciążonym sercem i ruszyłam przed siebie, pchana siłą rozpędu.  
Fryzjerka powitała mnie sympatycznym uśmiechem znad głowy właśnie czesanej klientki.  

- Co będziemy robić? - zapytał jej współpracownik, posyłając mi przenikliwe spojrzenie. Jego długie, plantynowe włosy stokrotnie przyćmiewały moją, dawno nie odświeżaną, fryzurę. Wojtek nie lubił, gdy przesadnie ingerowałam w wygląd. Dlatego od czasu studiów wciąż nosiłam lwią grzywę w kolorze miodu.  

- Chcę je ściąć. Do ramion albo nawet bardziej... I zmienić kolor. - powiedziałam, zaskoczona podjętą decyzją. Zawsze bałam się wyróżniać, a tymczasem zażądałam diametralnej zmiany nadzwyczaj spokojnym tonem. Usiadłam na fotelu, oddając się we władanie chłopaka. Kolejne trzy godziny spędziłam w akompaniamencie nożyczek oraz rozmieszywanych farb. Efekt definitywnie wart był poświęconego czasu. Zadowolona, postanowiłam uczcić metamorfozę kawą w pobliskiej kafejce.  

- Grejsi! - krzyknął Robert, machając po drugiej stronie ulicy. Odmachałam z uśmiechem. Przebiegł przez chwilowo pustą jezdnię. - Prawie cię nie poznałem. Wyglądasz… Zajebiście wyglądasz.  

- Dzięki. Jak tam przygotowania ślubne? - zapytałam uprzejmie, zakręcając pasemko włosów wokół palca. Miało piękny odcień brązu z nutką złota.  

- To ty nie wiesz? Wszyscy o tym mówią. - wytrzeszczył oczy zdumiony.  

- Wybacz, nie słucham plotek.  

- Odwołałem ślub.  

- Och…  

- Nie chcę być z kimś, kogo nie kocham.  

- Słusznie. - wymamrotałam słabo, czując się w pewien sposób winna. Może niepotrzebnie. Może nie przeze mnie zerwali. Ostatecznie, świat nie kręcił się wokół moich spraw.  

- Robiłem ten cholerny remont i zrozumiałem, że czekałem na ciebie… Grejsi, proszę, jeśli dałabyś mi szansę… - więc jednak. Moja wina, moja bardzo wielka wina.  

- Mieliśmy już swoją szansę. Nie wyszło nam. - przerwałam oschle, bojąc się dalszego ciągu jego wypowiedzi.  

- Grejsi, byliśmy wtedy dziećmi… - próbuje tłumaczyć mężczyzna.  

- Dziećmi, które chciały spędzić resztę życia razem. Naprawdę chciałam... - odparłam, czując wzbierający płacz. Upokorzenie tamtego dnia wróciło, rozdrapując starą ranę, której istnienie bagatelizowałam. Przypomniałam sobie wszystkie szczegóły. Stałam w holu urzędu, wystrojona niczym księżniczka. Długa, biała suknia strasznie cisnęła w ramionach, jednocześnie rekompensując niewygody bajeczną prezencją. Czekałam tak gorliwie, jak tylko może czekać głupie dziewiętnastoletnie dziewczę na księcia z bajki. Mijały kolejne sekundy, minuty… Każde otwarcie drzwi przywracało mi nadzieję, przystrajając twarz szerokim uśmiechem. Urzędnik zawołał niecierpliwie, a ja poprosiłam o jeszcze parę minut. Pozornie beztrosko żartowałam z gośćmi, próbując poskromić panikę. Ktoś poszedł zadzwonić, lecz mój książę nie odbierał. Urzędnik zapytał ponownie ‘czy już możemy?’. Wówczas wszystko wokół uległo rozmyciu, została wyłącznie znienawidzona biel, wszędzie pieprzona biel, przechodząca w sztuczną litość gości. Patrząc po ilości wyrażonego współczucia, ślub mógłby konkurować z niejednym pogrzebem.  

- Grejsi, stchórzyłem wtedy, wiem…  

- Gówno wiesz, Robert! To nie ciebie wyśmiewano po kątach! To nie musiałeś tam stać! - wypaliłam ze złością. Dziwne, ale dotychczas nigdy nie poruszaliśmy tego tematu. Przez dziesięć lat kwestia niedoszłego ślubu zarastała kolejnymi warstwami niedomówień, budując między nami mur.  

- Masz rację. Gówno wiem. Wiem tylko, że szybko sobie znalazłaś pocieszyciela. - oświadczył chłodno.  

- O czym ty mówisz?  

- O tym studenciku, z którym się puszczałaś miesiąc po dniu naszego ślubu.

- Nie było żadnego ślubu!  

- I to był powód?  

-Tak, to był powód! - zapadła nagła cisza. Nie zostało nic, co można by dodać.  

- Przyjechałem tam… Do ciebie… - wyznał ze spuszczoną głową. Podniosłam na niego zaskoczony wzrok, nerwowo szperając w pamięci.  

- Niby kiedy?  

- Nie wiesz, bo leżałaś naćpana w przepoconej pościeli! Twój kochaś mnie wpuścił. Pokazał cię jak jakieś trofeum. Wszędzie śmierdziało alkoholem, rzygać mi się chciało… Kurwa, wystarczył ci miesiąc, żeby sięgnąć dna! - wykrzyknął, chwytając moje ramię.  

- Wojtek był błędem, przyznaję, ale potrzebowałam go. Przywrócił mi pewność siebie, pomógł zapomnieć… - powiedziałam cicho.  

- Byłem twoim pierwszym facetem, Grejsi. To bolało. Bardzo, kuźwa, bolało!  

- Robert… - nie umiałam pojąć, że pod maską prostego fachowca, który remontuje dom dawnej narzeczonej, kryło się tak wiele emocji. Nasza rozmowa była budzeniem uśpionego wulkanu. Niespodziewanie dla nas obojga, zaczął gorącymi wargami napierać stanowczo na moje, aż w końcu skapitulowałam, rozchylając usta. Przypomnieliśmy sobie smak naszych nieśmiałych pieszczot sprzed lat. Odepchnęłam go gwałtownie, zmierzając szybko w kierunku domu jak nakręcony robocik.

- Grejsi! - krzyknął za mną mężczyzna. Przyśpieszyłam kroku, lecz dogonił mnie z łatwością. - Nie pozwolę ci teraz odejść.  

- Nie dbam o twoje pozwolenie. - wymamrotałam, skręcając w boczną uliczkę. Robert maszerował obok z zaciętym wyrazem twarzy. Zatrzymaliśmy się przed furtką. Niecierpliwie wepchnęłam klucz do zamka, walcząc z opornym metalem. Słynna złośliwość rzeczy martwych zadziałała bezbłędnie, niwecząc wszelakie wysiłki, mające na celu otwarcie bramki. Dłonie Roberta ostrożnie objęły moje. Delikatnie przekręcił klucz, a ten mały zdrajca otworzył furtkę posłusznie. Weszłam, on za mną. Odwróciłam się, próbując ostatniego zaprzeczenia, ostatniej deski ratunku, przed upadkiem w otchłań. - Nie możemy…  

Dwa słowa, które miały powstrzymać rozpędzony ciąg przyczynowo-skutkowy. Teraz wiem, że ten żałosny protest ułamka świadomości nie był w stanie przeciwstawić się reszcie.  

- Musimy, Grejsi… - wyszeptał, całując moją szyję. Splotłam dłonie za karkiem Roberta, oplatając go nogami w pasie, jak wtedy, gdy robiliśmy to po raz pierwszy. Przygarnął mnie ramieniem, równocześnie usiłując otworzyć drzwi. Jęknęłam, kiedy niemal wpadliśmy do środka. Zdzierał pospiesznie kolejne części mojej garderoby, aż nie zostało nic prócz nagiej skóry. Przesunął palcami wzdłuż wrażliwego podbrzusza. Miał silne, szorstkie ręce. Inne niż Filip. Nie wiem dlaczego, zaczęłam ich porównywać. Robert zsunął spodnie, a ja wciąż myślałam o Filipie, czyniąc go trzecim uczestnikiem naszej miłości. Mężczyzna wszedł we mnie głęboko. Westchnęłam, zamykając oczy. Wyobrażałam sobie inne ciało, inne ruchy, nawet inny zapach… Nigdy wcześniej nie przeżyłam czegoś takiego. Mój umysł opanowała jakaś cholerna abstrakcja, której nie potrafiłam ani wymazać ani obejść. Robert doszedł z głośnym jękiem. Objęłam go mocno, wbiwszy paznokcie w umięśnione barki.  

- Filip…! - krzyknęłam, osiągając kompletnie nieoczekiwane spełnienie.  

- Coś ty powiedziała? - zapytał wkurwionym tonem. Niechętnie zogniskowałam zamglony wzrok na, napiętej niczym maska, twarzy mężczyzny.

- Ja…  

- Ty żałosna zdziro! Nawet nie masz się, kurwa, odwagi przyznać!  

- Robert, cholera, przepraszam… - dukałam bez przekonania. Szczerze mówiąc, nie bardzo wiedziałam, co mogłabym powiedzieć.  

- Ojciec miał rację. Niedaleko pada jabłko od jabłoni! Jesteś taką samą dziwką jak twoja matka! - rzucił rozsierdzony. Ten chwyt był zdecydowanie poniżej pasa.  

- Wyjdź. - nakazałam sztucznie spokojnym głosem. Popatrzył z furią, nie wykonując żadnego ruchu. - Wynoś się!  

- Nie będę słuchał twoich rozkazów. - wycedził głosem pełnym niewypowiedzianej groźby. Złapał mój nadgarstek, boleśnie go wykręcając. Przez kilka niesamowicie długich sekund myślałam, że mnie zabije. - Suka! Pierdolona suka!  

Zapiął spodnie i wyszedł, głośno zatrzaskując drzwi - odwieczną ofiarę nieporozumień. Odetchnęłam z ulgą, choć nadal cała się trzęsłam. Serce waliło mi tak mocno jakby miało wysadzić żebra. Zamiast skurczy mięśnia, odczuwałam jedynie uderzenia młota pneumatycznego. Napiłam się zimnej kranówki, opłukując policzki rozpalone niby siedem kręgów piekieł. Potrzebowałam Filipa. Kurewsko potrzebowałam. Strasznie ckliwie to brzmiało, ale zrobiłabym absolutnie wszystko, by z nim być.

Absolutnie. Wszystko.  



°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°
Udało mi się dodać część nieco wcześniej, z czego jestem dumna. Niestety, zapewne wydały się jakieś, spowodowane pośpiechem (i moim nieogarnięciem) błędy. Mam nadzieję, że nie utrudniły zbytnio lektury. Dziękuję serdecznie osobie, która wysłała mi okładkę do opowiadania. Pozdrawiam 💛

956 czyt.
100%2010
Somebody

opublikowała opowiadanie w kategorii dramat i miłosne, użyła 1853 słów i 11007 znaków

Komentarze (10)

Zaloguj się aby dodawać komentarze. Nie masz konta? Załóż darmowe konto
  • Iks

    Iks 6 czerwca

    Misternie pleciesz bransoletę tej historii. Koralik do koralika, a jeden ciekawszy od drugiego. Ciekawym wielce co nam zaserwujesz dokładając ostatni z nich. Czy w tej bransolecie znajdzie się choć trochę barw jaśniejszych, czy będzie mroczna i szara? P.S. Rozumiem, że część już była napisana, gdy składałem reklamację, ale teraz pojechałaś po bandzie z tym Robertem. .

  • AuRoRa

    AuRoRa 19 maja

    Powracająca przeszłość, tyle emocji, czyta się i jest niedosyt. Może faktycznie warto przemyśleć napisanie książki. Czytelników by nie brakowało.

  • agnes1709

    agnes1709 18 maja

    *nie zbiera, przepraszam. ale małą, rozwalasz mnie, rozpierdalasz!!!! dzięki, tyklo mało

  • agnes1709

    agnes1709 18 maja

    czemu moje szare tyle zbiera... a ta się staram

  • agnes1709

    agnes1709 18 maja

    WYWALIŁAŚ, ALE Z AKAPITAMI... ALE WAL AKAPITY.. PYSZNIE, DZIĘKUJĘ!!! przytul::

  • Black

    Black 16 maja

    Wspaniała część Pięknie plączesz losy głównej bohaterki i jestem zaskoczona czytając każdy rozdział. Same zalety. Ale jest jedna wada, za mało! Mogłabym czytać twoje dzieła bez końca, czyta się je lekko, ale są na naprawdę wysokim poziomie. PS. Jak matura?

  • Nikkitta

    Nikkitta 16 maja

    Cudo

  • Czytelniczka1996

    Czytelniczka1996 15 maja ip:94254180

    Uwielbiam tą historię. Jesteś świetna

  • Duygu

    Duygu 14 maja

    Wspaniała część, niesamowicie zaskakująca! Ciekawy zwrot akcji. Jestem ciekawa jak to będzie dalej z naszą bohaterką Pragnę mieć na swojej półce twoją książkę, kochana