Empiria — rozdział 29

Empiria — rozdział 29— Dorodna papaja — powiedział Harvey, z uwagą czytając opis dwudziestego szóstego tygodnia ciąży, a potem parsknął śmiechem. — No nie, czy ty słyszysz, jak to brzmi? Dorodna papaja — powtórzył i znowu się zaśmiał.
— Chyba masz głupawkę — stwierdziłam.
— No bo jak to brzmi? Już nawet imię Jagódka by przeszło w oficjalnym rejestrze, ale wyobraź sobie nazwać dziecko Dorodna Papaja… wtedy chyba nigdy by nie poszła z nikim na randkę, bo wszyscy od razu by parskali śmiechem. I mówię to z całym szacunkiem do Jagódki…  
Wywróciłam oczami.
— Dobra, właśnie pokazałeś, że sam zachowujesz się jak dziecko. To tylko rozmiar, a nie proponowane imię. Może skupmy się na innych cechach? — Zabrałam mu laptopa. — Od teraz będzie umiała otwierać oczka. I reagować na otaczające dźwięki, więc warto do niej więcej mówić…  
— Dorodna papaja reagująca na otaczające dźwięki. — Znowu zaczął się śmiać.
— Naprawdę masz głupawkę.
— Przepraszam. Faktycznie, odbija mi. Po prostu to określenie strasznie mnie rozśmieszyło. — Wziął głęboki oddech. — No dobra, będę już poważny. I będę się zachowywał jak przystało na…  
— Chłopaka mamy dorodnej papai? — podsunęłam, a on ukrył twarz w dłoniach i znowu usłyszałam przytłumiony śmiech. Nie mogłam się powstrzymać i sama parsknęłam śmiechem. — Jesteś głupi. I przerwałeś mi czytanie.
— Przepraszam — wyjąkał, ocierając oczy. — Od teraz nie wymawiamy już słów „dorodny” ani „papaja”. — Znowu zerknął na ekran. — Tu jest napisane, że powinnaś iść na jakieś badania…  
— Już się umówiłam.
— To dobrze. Czymkolwiek jest „badanie wysokości dna macicy”.
— Nie chcesz wiedzieć. — Uśmiechnęłam się z rozbawieniem.
— Chyba nie chcę — zgodził się. — Dobra, miałem iść na zakupy, więc… — Podźwignął się z łóżka. — Co ja tam miałem kupić?
— Jakieś owoce do koktajlu.
— Jakie?
— No nie wiem, może papaję?
— Przestań — powiedział, wyraźnie całym sobą powstrzymując się od śmiechu. — Idę, zanim znowu dostanę głupawki.
Z rozbawieniem wróciłam do czytania książki dla mam, ale wkrótce moją uwagę pochłonęło co innego — od jakiegoś czasu wszędzie wyskakiwały mi filmiki z dziećmi, na które wcześniej prawdopodobnie nie zwróciłabym uwagi, ale teraz nie mogłam się od nich oderwać. Chyba nie miałam nigdy styczności z małymi dziećmi — gdy Olivia się urodziła, byłam za mała, by to pamiętać i świadomie się nią opiekować. Moje doświadczenia z dziećmi zaczynały się i kończyły na dalszych kuzynach, których i tak nie widywałam za często. Teraz rozpływałam się nad filmikami przedstawiającymi nowonarodzone bobasy, ich pierwsze uśmiechy, pierwsze kroki… trafiały się także takie pokazujące uroczych dwu czy trzylatków, które rozbrajały mnie swoją szczerością i jeszcze niczym nieskażoną miłością do otaczającego je świata. Z każdym takim filmikiem coraz bardziej nie mogłam się doczekać, aż sama będę bohaterką takich sytuacji. Oczywiście, zdawałam sobie sprawę, że macierzyństwo wcale nie było takie kolorowe i że pierwsze miesiące będą zapewne wypełnione zmęczeniem, łzami i baby bluesem, ale nie chciałam na razie o tym myśleć. Miałam ze sobą całą armię, gotową do pomocy — Harveya, Julie, Briana, moich rodziców i nawet rodziców Harveya. Jego mama czasami do mnie pisała i pytała o samopoczucie, co zawsze mnie wzruszało. No i chyba mogłam ostatecznie zaliczyć do tego grona nawet Kirę. Tak jak obiecała, wpadła któregoś dnia z ogromną torbą rzeczy po swojej córce, których już nie potrzebowała. Akurat trafiła w moment, kiedy Julie też była w mieszkaniu i przez chwilę mierzyły się spojrzeniami jak jakieś dzikie zwierzęta, ale nic wielkiego się nie wydarzyło. Nie mogłam się nadziwić, ile rzeczy mi przyniosła — mnóstwo body z krótkim i długim rękawem, skarpetki, śpioszki, nawet rękawiczki niedrapki.  
— O rany, Kira, to aż za dużo…  
— Przestań — rzuciła ostro, czego właściwie się spodziewałam. — Nie marudź, tylko przyjmij to i podziękuj.  
— Dziękuję, ale…  
— Ale co? Co mam z tym zrobić? Wyrzucić? Chyba lepiej, że ktoś inny na tym skorzysta. Uwierz mi, nie warto kupować nowych ubranek na sam początek, bo i tak wszystkie będą zarzygane. — Rozejrzała się po moim pokoju. — Wybrałaś już łóżeczko?
— Jeszcze nie. Ciągle jest coś do roboty… — westchnęłam. — Na nic nie starcza mi czasu.
— Od czego masz faceta? Chyba od tego, by ci pomógł.
— Harvey dużo mi pomaga, ale ostatecznie to moje dziecko, a nie jego, więc… — zawiesiłam głos — w samą porę, bo usłyszałam otwieranie drzwi wejściowych i po chwili Harvey wszedł do pokoju, marszcząc brwi na widok Kiry. Chyba zapomniałam mu powiedzieć, że wpadnie.
— Cześć — powiedział z zaskoczeniem.
— Cześć — odpowiedziała ona nieco łagodniejszym głosem.
— Wybuchła tu jakaś dziecięca bomba czy otwieracie sklep z rzeczami dla dzieci? — zapytał, omiatając wzrokiem łóżko pełne ubranek.
Kira prychnęła pod nosem.
— Typowe. Ty nawet nie zdajesz sobie sprawy, jak bardzo potrzebne będzie aż tyle ubranek. Może powinieneś kupić sobie jakieś nowe ciuchy, chyba że chcesz chodzić ciągle obśliniony i obrzygany.
Harvey posłał mi spojrzenie w stylu „co ona tu robi?”, a ja tylko się uśmiechnęłam.
— Ma rację — skwitowałam krótko. Ponownie spojrzałam na Kirę. — Naprawdę, stokrotne dzięki. Gdybyś potrzebowała pomocy z czymś, co nie będzie wymagało sporego wysiłku fizycznego czy coś… możesz na mnie liczyć.
Parsknęła krótkim śmiechem.
— Jestem samotną matką. Zdziwiłabyś się, ile rzeczy potrafię sama zrobić. Ale zapamiętam to. Będę już lecieć. — Zabrała torbę i poklepała Harveya po ramieniu. — A ty nie stój tak z tą idiotyczną miną, tylko nadążaj, bo reszta ciąży zleci już błyskawicznie. Na razie.
— Nie mogłaś sobie wybrać innej przyjaciółki? — mruknął, wywracając oczami, gdy Kira wyszła.
— Przypominam ci, że to twoja była dziewczyna i sam masz z nią kontakt — wypomniałam mu ze śmiechem.  
— Tak, ale wy jako przyjaciółki… to bardzo dziwne.
— Bardzo. Ale już ustaliliśmy, że masz się do tego przyzwyczaić. — Omiotłam wzrokiem pokój. — Musimy zacząć tu sprzątać. Część rzeczy trzeba będzie wynieść do salonu albo poprzestawiać, żeby zmieściło się łóżeczko…  
— Damy radę. — Nagle coś jakby mu się przypomniało. — Więc, zanim Kira mnie rozproszyła, chciałem coś ci dać. — Uśmiechnął się. — Jesteś gotowa?
— Znowu coś mi kupiłeś? — jęknęłam. — Harvey… ten blender w zupełności mi wystarczył.
— Ale wiem, że chciałaś coś jeszcze. — Wyszedł z pokoju i po chwili wrócił ze sporych rozmiarów kartonem. — I nie martw się, bo to czysto praktyczna rzecz. — Zaczął zdzierać taśmę z góry i po chwili szarpania się z kartonem wyciągnął ze środka owinięty folią rogal do spania — biały w różowe gwiazdki. — No i co? Nie powiesz mi, że nie jesteś zadowolona.
— Oczywiście, że jestem! — Z zachwytem wyciągnęłam rękę, by dotknąć rogala. — Już od dawna chciałam go mieć, ale… stwierdziłam, że obędę się bez niego.
— A ja stwierdziłem, że się nie obejdziesz. Podobno super się z nim śpi, więc nie mogę obiecać, że nie będę ci go czasem podkradał, ale… — urwał, bo wstałam i mocno go pocałowałam.  
— Dziękuję. To wspaniały prezent. Ty jesteś wspaniały.  
Uśmiechnął się szeroko, obejmując mnie.
— Wspaniały może nie, ale staram się.  
— Owszem, wspaniały. Nie poradziłabym sobie bez ciebie. Nawet nie wiesz… jak bardzo różnisz się od Gavina. — Nie chciałam o nim wspominać, ale już było za późno. — Nawet kiedy byłam z nim, nigdy nie przestałam o tobie myśleć — przyznałam. — Myślałeś, że kochałam go bardziej niż ciebie, ale to nieprawda. Zmanipulował mnie, a ja… nie widziałam po prostu innej opcji, innego wyjścia. Byłam przekonana, że mnie nie kochasz. Nic mnie już nie obchodziło, a Gavin wydawał się bezpieczną opcją…
Bezpieczną. Jak ironicznie to teraz brzmiało.
— Wiem — powiedział delikatnie, siadając na łóżku i pociągając mnie za sobą. — Nigdy nie powinienem mieć do ciebie pretensji. Sam się o to prosiłem.
— Byłeś szantażowany, co miałeś zrobić?
— Być mądrzejszy. Albo powiedzieć ci wcześniej, żeby Kira nie miała podstaw do szantażu. Ale… już nieważne. — Westchnął. — Byłem ślepy. Uwziąłem się sam na siebie i myślałem, że Gavin jednak ma w sobie jakąś cząstkę człowieka… oboje się pomyliliśmy. Nie ma sensu sobie tego wyrzucać. Ale właściwie dobrze, że o nim wspomniałaś, bo chciałem cię o coś zapytać.
— Zamieniam się w słuch.
— Czy… — Wyraźnie bił się z myślami. — Czy małżeństwo… cała instytucja małżeństwa, ba, same zaręczyny… czy to wszystko straciło już dla ciebie sens?  
Zmarszczyłam brwi, zaskoczona.
— Nie wiem. Nie zastanawiałam się nad tym… — Dlaczego mnie o to pytał? — Ale co za różnica? Sam mówiłeś, że ty nie widzisz w tym sensu. — Wróciłam pamięcią do dni, kiedy przerabialiśmy pytania z kart i dopiero się poznawaliśmy. — Że to tylko formalność z bardzo kosztowną imprezą.  
— Tak, ale ty mówiłaś, że ci się to podoba, że chciałabyś wielkie wesele… i zastanawiam się, czy to nadal jest aktualne.
Czy za jego słowami kryła się jakaś propozycja? Przecież było za wcześnie na takie ustalenia. Dopiero nie chcieliśmy ustalać żadnych konkretów…  
Tak, kiedyś byłam fanką idei białej sukni, spaceru do ołtarza. Chciałam wielkie wesele, które napawałoby mnie szczęściem. Wszystko to dostałam — oprócz szczęścia. Bo moje wesele, choć wystawne, było początkiem mojego piekła. Nie wiedziałam, czy chciałabym przez to przechodzić jeszcze raz. Z właściwą osobą pewnie byłoby inaczej, ale czy przykre wspomnienia nie przyćmiłyby radości?  
— Nie mam pojęcia — przyznałam. — Małżeństwo kojarzy mi się teraz z czymś okropnym, ale myślę, że i tak zrobiłam spory krok do przodu. To nie tak, że boję się teraz innych mężczyzn albo z góry skreślam wszystko, co kojarzy mi się z Gavinem. Owszem, bałam się, i to nawet całego świata, ale wiem, że nie każdy jest zły. I nie każde doświadczenie jest takie samo. Myślę, że nawet gdyby Gavin nie pokazał swojej prawdziwej twarzy, i tak wszystko by mi się źle kojarzyło… dlatego, że to nie była dobra decyzja. Gdy mi się oświadczył, a ja się zgodziłam… od razu poczułam panikę — przyznałam. Chyba po raz pierwszy komukolwiek o tym mówiłam. — Ale zdusiłam to, bo sobie wmawiałam, że będę szczęśliwa. A wracając do twojego pytania… nie wiem. Ale nie skreślam tego. — Spojrzałam na niego z boku. — Dlaczego pytasz?
— Bez powodu. — Przeniósł spojrzenie na karton. — No dobra, skoro prezent się podoba i nie będziemy go zwracać, to idę to wynieść.
Odprowadziłam go wzrokiem, uśmiechając się pod nosem. Wątpiłam, żeby pytał bez powodu. Tak, było grubo za wcześnie, żeby rozmawiać o przyszłości, ale samo to, że zadał mi takie pytanie chyba świadczyło o tym, że jednak chciał ją ze mną wiązać. I tym razem nie czułam paniki — wręcz przeciwnie.

W końcu wzięliśmy się poważnie za przemeblowywanie mojego pokoju. Gdy już kupiliśmy łóżeczko, Harvey i Julie pomogli mi przesunąć moje łóżko ze środka pokoju do ściany, po drugiej stronie zostawiając szafkę nocną, komodę oraz łóżeczko i przewijak. Roślinę podłogową w doniczce wynieśliśmy do salonu, podobnie jak szafę, na którą już nie starczyło miejsca. Nie przeszkadzało mi to, bo najważniejsze były ubranka dla dziecka, które zmieściły się w komodzie i w szufladach pod przewijakiem. Było trochę ciasno, ale do wytrzymania. Na razie to było dobre rozwiązanie. Nie mogłam się powstrzymać i kupiłam trochę naklejek, by sprawić, że pokój będzie wyglądał bardziej dziecięco. W razie czego można było je łatwo odkleić, nie niszcząc przy tym ściany — szare i różowe gwiazdki, różowe kokardki, szarego słonika śpiącego na różowym księżycu i lecącego różowym balonem. Powoli oswajałam się z myślą, że będę miała córeczkę. Nagle kolor różowy zaczął mi się bardzo podobać, choć wcześniej podchodziłam do niego raczej ostrożnie. Nawet sobie kupiłam parę różowych rzeczy, w myślach już ciesząc się na tworzenie podobnych zestawów ubrań. Nie chciałam na razie zakładać ich do pracy, ale nadarzyła się inna okazja — urodziny Briana, na które zaprosił także mnie i Harveya. Miałam ograniczone możliwości, jeśli chodziło o ubrania, a wieczory powoli zaczynały robić się chłodne, ale udało mi się zrobić fajną stylizację — założyłam jedyne czarne spodnie, w które jeszcze się mieściłam, bo brzuch zaczynał mi rosnąć w zastraszającym tempie; do tego luźną różową koszulkę, czarną marynarkę oraz przełamujące tę czerń różowe trampki, do tego różowa torebka. Całość wyglądała tak ładnie, że przez dobre parę minut nie odchodziłam od lustra. Miałam nadzieję, że dzisiaj będę miała chwilę oddechu. Coraz częściej bolały mnie plecy, a także żebra, które czasami dostawały kopniaka. Właściwie dopiero teraz zaczynało do mnie w pełni docierać, że naprawdę byłam w ciąży i czasem odczuwałam ruchy kolejnej istoty, co było absolutnie niesamowite. Na razie jeszcze nikim się z tym nie dzieliłam; chciałam, by na razie to uczucie pozostało tylko moje.
Ponieważ szliśmy do restauracji, zdecydowałam się upiąć włosy, by nie właziły mi w twarz podczas jedzenia, a później spędziłam dobre kilkanaście minut nad makijażem — prawie zapomniałam, jak to się robiło. Najczęściej wystarczało mi wytuszowanie rzęs, ale dzisiaj czułam się dobrze i chciałam to pokazać. Podkreśliłam oczy i usta; ledwo skończyłam, Harvey cmoknął mnie w świeżo pomalowany policzek i wyraźnie chciał pocałować też co innego.
— Ej, dopiero skończyłam się malować. — Odpędziłam go ruchem ręki.
— Wiem, dlatego chcę cię pocałować — oświadczył z miną niegrzecznego dziecka.
— Nie po to się pomalowałam raz na ruski rok, żebyś to teraz zniszczył. — Wstałam i wyprostowałam się ostrożnie. — Jak wyglądam?
— Pięknie. — Przyciągnął mnie do siebie. — Aż się odechciewa wychodzić z mieszkania.
— Tak? A co byśmy robili, gdybyśmy zostali?
— Myślę, że wiesz. — Trącił mój nos swoim, a ja się uśmiechnęłam.
— Zostało nam pewnie tylko kilka takich razów, bo ta panna… — Wskazałam na swój brzuch. — Zaczyna zajmować bardzo dużo miejsca.  
— Ta panna umie już rozróżniać twój głos, więc uważaj, co mówisz.
Mój uśmiech się poszerzył.
— Czyżbyś nadal czytał opisy każdego tygodnia ciąży?
— Oczywiście. — Zerknął na zegarek. — Dobra, chodźmy, bo się spóźnimy.
Godzinę później siedzieliśmy już w przepięknym ogródku pod rozłożystymi drzewami, wypełnionym światłami wyłaniającymi się spośród roślin, co dawało wspaniały klimat. Brian obejmował Julie ramieniem, podobnie jak Harvey mnie i w duchu uznałam, że to dopiero była wspaniała podwójna randka. Wszyscy wydawali się szczęśliwi — nawet ja. Ostatnio nie mieliśmy za dużo czasu, by posiedzieć całą czwórką, więc starałam się odsunąć od siebie wszystkie zmartwienia i masę spraw, które musiałam jeszcze załatwić i po prostu cieszyć się chwilą.  
Gdy wróciliśmy i z westchnieniem opadłam na łóżko, Harvey musnął mój policzek i rzucił:
— To wyjście i to, co mówiłaś… dało mi trochę do myślenia.
— To znaczy? Co konkretnie mówiłam?
— Że zostało nam pewnie tylko kilka takich razów. I nie tylko tego. W ogóle zostało nam mało czasu tylko we dwoje, więc uznałem, że powinniśmy wybrać się na randkę.
— Na randkę — powtórzyłam. To słowo dziwnie brzmiało — może dlatego, że my nigdy nie byliśmy na żadnej oficjalnej randce. Nasze randki to było siedzenie z whisky, pizzą i kartami z pytaniami.  
— Owszem. Taką prawdziwą i totalnie romantyczną, zanim ten romantyzm całkiem uleci i zamieni się w dziecięce wymioty.
— To dopiero romantyczne zdanie — skwitowałam, a Harvey parsknął śmiechem.  
— W mojej głowie brzmiało dużo lepiej. To co? Masz ochotę?
Oczywiście, że miałam, dlatego gdy tylko oboje mieliśmy wolny wieczór, pojechaliśmy do pobliskiej restauracji — ja ubrana oczywiście w różową sukienkę hiszpankę z puszystymi rękawami, w której mój brzuch wyglądał całkiem uroczo. Czułam się nieco dziwnie, będąc z Harveyem w restauracji, bo chyba już za bardzo przywykłam do tego, że ciągle siedzieliśmy w domu, ale podobało mi się to. Podobało mi się to, jak normalne i piękne mogło być zwyczajne wyjście do restauracji. Chyba było to po mnie widać, bo Harvey w pewnym momencie powiedział:
— Wiem, że już ci to mówiłem… ale wyglądasz naprawdę pięknie. I promieniejesz. Ciąża ci służy.
Lekko się zarumieniłam.
— Nie w momentach, kiedy mała kopie mnie po żebrach — odpowiedziałam pół żartem, pół serio. Nakryłam jego rękę swoją. — Dziękuję. Chyba wreszcie zaczynam się nią cieszyć. I tym, że wszystko jest dobrze.
— Nawet nie wiesz, jaka to dla mnie ulga, widzieć cię taką.
Cieszyłam się, że dla niego to była ulga, bo dla mnie też. Czułam się… jakbym wróciła do swojego dawnego życia, jednocześnie rozpoczynając nowe. Czułam się jak miks tamtej Aurory z obecną — tak jakbym magicznie pominęła ten najgorszy etap. Może to był wpływ terapii, może ciąży, a może Harveya — albo wszystkiego naraz. Wiedziałam, że on mnie nie zostawi. Że przy nim będę bezpieczna.  
I że bez względu na to, jak bardzo chcieliśmy być ostrożni z naszą relacją i sztywnymi zasadami, on będzie kochał Jagódkę — Olivię — tak samo mocno jak ja.

Ósmy miesiąc dawał mi w kość. O ile wcześniej brzuch był raczej małych rozmiarów, teraz było mi ciężko oddychać, poruszać się, prostować, właściwie wszystko sprawiało mi trudność. Miałam wrażenie, że byłam w ciąży już od zawsze i że tak już zostanie. Mała ciągle skakała mi po pęcherzu, kopała w żebra; nogi nadal mi puchły i coraz częściej miałam zadyszkę, nawet jeśli nie robiłam niczego fizycznie obciążającego. Starałam się chodzić do pracy, kiedy miałam dobre dni, ale i tak poruszałam się znacznie wolniej niż zwykle — za wolno, więc w końcu Darren powiedział, że mam siedzieć w mieszkaniu, bo tutaj nie będzie ze mnie pożytku. Trochę ciężko było mi się niejako pożegnać z kawiarnią, zwłaszcza że stali klienci cieszyli się z mojej ciąży tak jakby byli moją rodziną i słuchanie tylu gratulacji oraz ciepłych słów bardzo pomagało. Nie wyobrażałam sobie, że nagle stąd wyjdę i wrócę za nie wiadomo jaki czas. Darren miał jednak rację, nie było ze mnie pożytku; dodatkowo istniało ryzyko, że się poślizgnę albo zrobię sobie krzywdę w inny sposób. Gdy Pam stłukła szklankę, od razu zastanowiło mnie, co by było, gdybym akurat nie zapanowała nad nogami i upadła na to szkło — ta myśl ostatecznie przekonała mnie, by rzeczywiście wyluzować, siedzieć w domu i przygotowywać się na poród, zarówno fizycznie, jak i psychicznie.
Nadal miałam na głowie sporo rzeczy — pilnowanie terminów badań i USG, kompletowanie wyprawki, ćwiczenia, bo oprócz ćwiczeń mięśni Kegla postanowiłam też uprawiać jogę dla ciężarnych, by wzmocnić kręgosłup. Musiałam też wybrać szpital i dopiąć wszystko na ostatni guzik. Sen z powiek spędzała mi kwestia przewiezienia dziecka ze szpitala do domu. Wydawało się naturalne, że zwykle robił to partner, ale mój przypadek nie był jak inne. Nie chciałam też, by Harvey poczuł się przez to źle, by przypomniał się mu wypadek. Ostatecznie poprosiłam o to rodziców. Denerwowałam się przez większość czasu i już sama nie wiedziałam czym konkretnie — samym porodem czy może tymi przygotowaniami, które już mnie wykańczały. Tak bardzo chciałam już urodzić, mieć to za sobą i w końcu powitać Olivię na świecie. Na szczęście mała była ustawiona w dobrej pozycji i wszystko wskazywało na to, że poród przebiegnie bez większych komplikacji.
Był już październik i niektóre dni były naprawdę chłodne, więc blender chwilowo przestał robić koktajle, a służył bardziej do zup, chociaż moja mama nadal biła wszelkie rekordy w podrzucaniu mi jedzenia i tak naprawdę wcale nie musiałam gotować. Może i dobrze, bo nagle nie miałam do tego cierpliwości. Były dni, że wszyscy musieli chodzić obok mnie na paluszkach, bo miałam już wszystkiego serdecznie dosyć. Chciałam już zobaczyć, dotknąć, poczuć moje dziecko. Czy to było aż tak wiele?
— Zobaczysz, że te ostatnie dni szybko ci zlecą — powiedziała z przekonaniem Julie, gdy robiła nam herbatę. — I jeszcze zatęsknisz za byciem w ciąży.
— Możliwe. — Oparłam się wygodniej o krzesło i skrzywiłam. — Ale teraz tęsknię za czasami, gdy nie bolał mnie kręgosłup.
Dobiegło mnie chrząknięcie z fotela.
— Czyli dobrze zrobiłem, kupując rogala do spania.
— Korzystasz z niego chyba częściej niż ja — prychnęłam.
— Nieprawda — oburzył się Harvey, wstając i podchodząc do stołu. — Ale fakt, mogłem kupić dwa.
— I wtedy w łóżku nie byłoby miejsca już kompletnie na nic.  
— Jeszcze czego, dwa rogale — mruknęła Julie. — To ona jest w ciąży, a nie ty.
— Mówisz tak jakbyś sama go nie podkradała.  
— Tylko dwa razy! Chciałam sprawdzić.
— Taa, jasne — parsknął Harvey. — Tylko dwa. Chyba zapomniałaś o końcówce „dzieścia”.
— Ej! — Walnęła go w ramię. — Wcale nie.
— To ona jest w ciąży, nie ty. — Zaczął parodiować jej głos.
Zrobiło się wesoło. Śmiać mi się chciało z ich słownych przepychanek. Wstałam od stołu, by podejść do lodówki i wtedy stwierdziłam, że czas na małe przedstawienie. Stęknęłam głośno i złapałam się za brzuch. Głosy od razu umilkły.
— Aurora? Co jest?
— Czy ty…  
— Nie wiem — stęknęłam, usiłując się nie roześmiać. — Nagle mnie zabolało i… — Usiłowałam przekonująco jęczeć z bólu.
— Czy ty rodzisz? — pisnęła Julie, a Harvey w sekundę znalazł się obok mnie, blady jak ściana. — Jezus Maria! Mam dzwonić po Briana? Po karetkę? Po twoich rodziców? Czy szukać ręcznika i lać gorącą wodę i… — W tym momencie już nie wytrzymałam i parsknęłam śmiechem.
— Dobrze wiedzieć, że zachowujesz spokój w sytuacjach kryzysowych — powiedziałam z rozbawieniem. Julie spojrzała na mnie oburzona, a Harvey zmrużył oczy.
— Naprawdę robisz sobie z nas w tym momencie jaja?
— Nienawidzę cię — rzuciła Julie, też się w końcu śmiejąc. — Żebyś tego nie pożałowała. Jak naprawdę zaczniesz rodzić, to wtedy ci nie pomogę.
— Pomożesz, pomożesz, już nie udawaj. — Odrzuciłam do tyłu włosy, które ostatnio zaczęły rosnąć jak szalone. — A to tylko niewinny żarcik.
— Kiedyś dostaniemy przez ciebie zawału — burknął Harvey, a ja tylko się uśmiechnęłam.
— A dopiero byliście w świetnych nastrojach do żartów.
— Już nam się odechciało. Wszystko zepsułaś.
— Może i dobrze. Zachowajcie tę energię na potem, kiedy trzeba będzie zmieniać dziecku pieluchy.
— Nie wierzę, naprawdę nie wierzę — mruknęła Julie, idąc w stronę swojego pokoju. — Zemszczę się!
— To nie było zabawne — mruknął Harvey, ale pocałowałam go ze śmiechem.
— Daj się pośmiać teraz, zanim naprawdę będę rodzić.

W końcu Harvey pojechał do siebie, bo spędzał u nas tyle czasu, że — jak sam mówił — niedługo zapomni, jak wygląda jego mieszkanie. Lubiłam mieć go obok, ale miał rację, siedział u mnie praktycznie cały czas, więc pożegnaliśmy się w drzwiach. I tak był już wieczór i czułam się nieco senna. Lubiłam spać z Harveyem, ale on zajmował jednak dość dużo miejsca, więc cieszyłam się, że tej nocy będę miała całe łóżko dla siebie. Musiałam iść pod prysznic, ale bolały mnie plecy, więc poszłam się jeszcze na chwilę położyć. Owinęłam się rogalem i przymknęłam oczy. Wtedy poczułam, że mała się obudziła i zaczęła kopać. Skrzywiłam się, bo miałam wrażenie, że zaraz poprzestawia mi wszystkie wnętrzności.
— Przestań. Nie musisz kopać. Jestem tu. — Przyłożyłam rękę do brzucha. — No już. Spokojnie. — Często tak do niej mówiłam, ale najczęściej był obok mnie Harvey albo Julie, a teraz… poczułam się tak, jakbyśmy miały pierwszy moment sam na sam. — Nie mogę się ciebie doczekać — przyznałam, głaszcząc się po brzuchu. Nagle jakby się uspokoiła. Już nie kopała. Tak jakby mnie słuchała. — I nawet jeśli okażesz się podobna do taty… to nic. — Chyba po raz pierwszy powiedziałam o Gavinie „tata”, a nie „ojciec”. Przez króciutką chwilę, może sekundę, poczułam żal, że jednak nie było nam dane stworzenie rodziny. Że to wszystko musiało się akurat tak potoczyć. — Bo wiem, że i tak będziesz śliczna. I zadbam o to, byś była dobra. By niczego ci nie brakowało. I będziemy się razem świetnie bawić. Chciałabym być dla ciebie kimś więcej niż tylko mamą. Chciałabym być twoją przyjaciółką. Mam nadzieję, że nam to wyjdzie. Że uda mi się zastąpić ci tatę… zrobię, co w mojej mocy. Obiecuję.  
Oczywiście, nie mogła mnie zrozumieć; mogła jedynie rozpoznać mój głos, ale i tak poczułam się, jakby zrozumiała każde słowo, bo nagle się uspokoiła i udało mi się nawet na chwilę zasnąć. Gdy się obudziłam, była dziewiąta wieczorem, ale czułam się gotowa do ponownego snu. Z jękiem podźwignęłam się na nogi, bo musiałam iść się jeszcze umyć. Słyszałam, jak Julie rozmawiała w pokoju z Brianem. Napisałam Harveyowi wiadomość, że ucięłam sobie drzemkę i zaraz idę znowu spać, po czym wzięłam piżamę i ruszyłam w stronę łazienki. Nie wiedzieć czemu, myśli uciekały mi w stronę Gavina. Tego, jak w łazience na Kostaryce powiedział mi, że jestem piękna. Kiedy jeszcze myślałam, że nasze małżeństwo da się uratować.  
Weszłam pod ciepły strumień wody, nadal nie mogąc się nadziwić, jak wielki był mój brzuch w porównaniu do reszty ciała. Czułam się senna, a ciepła woda dodatkowo mnie usypiała. Chciałam jak najszybciej znowu się położyć.
Może to była właśnie winna tej senności, a może wielkiego brzucha, a może tego, że nadal myślałam o Gavinie, ale wszystkie myśli uciekły z mojej głowy w momencie, gdy poślizgnęłam się na śliskiej od wody posadzce prysznica i upadłam. Huk zranił moje uszy i zaalarmował Julie, która natychmiast przybiegła i zaczęła się dobijać do drzwi łazienki, ale prawie tego nie słyszałam. Coś chrupnęło mi w lewym nadgarstku, na którym rozpaczliwie próbowałam się podeprzeć. Serce mało nie wyskoczyło mi z piersi. Ból jeszcze do mnie nie docierał, docierało za to co innego.
Upadłam. W ósmym miesiącu ciąży.

— Nie powinienem był wychodzić — mamrotał Harvey, ściskając mnie mocno za rękę — tę, która nie bolała.
— Przestań. Nic by to nie dało. To tylko i wyłącznie moja wina — powiedziałam, wzdychając i krzywiąc się z bólu. Lewy nadgarstek spuchł mi tak, że wolałam nawet na niego nie patrzeć. — Nie wiem, jak to się stało…  
— Proszę się nie obwiniać — powiedziała ciepłym tonem lekarka, która oglądała rentgen mojej ręki i miała zaraz włożyć mi nadgarstek w gips. — Ciężko zachować równowagę w ósmym miesiącu ciąży. Na pewno nie chce pani niczego na ból?
— Nie. — Potrząsnęłam głową. — Wytrzymam.  
W tym momencie otworzyły się drzwi i do środka weszła wysoka kobieta o rudawych włosach. Chciałam jej od razu powiedzieć, co się stało, ale ortopeda zrobiła to za mnie.  
— …upadek pod prysznicem, złamany nadgarstek. Pacjentka odmawia przyjęcia leków przeciwbólowych.  
— Chcę tylko wiedzieć, czy z dzieckiem wszystko w porządku — powiedziałam, ze stresu i bólu niemal połykając słowa. — Wcześniej kopała, a później, gdy upadłam… albo się nie rusza, albo ja tego nie czuję.
— Czy uderzyła się pani w brzuch przy upadku? — zapytała, wyciskając mi żel na brzuch.
— Nie wiem. Wydaje mi się, że nie, ale to się stało tak szybko… nie jestem pewna, nie potrafię powiedzieć.  
— Proszę nie panikować. Możliwe, że po prostu śpi. Zaraz to sprawdzimy.
Byłam zamroczona bólem nadgarstka i szokiem, ale ciepły ton tych kobiet mnie uspokajał, tak samo jak ich uśmiechy i spojrzenie. Harvey był blady jak ściana. Julie, czekająca na korytarzu, pewnie odchodziła od zmysłów. Jak dobrze, że była w mieszkaniu. Gdybym była sama, minęłoby pewnie dużo więcej czasu zanim byłabym w stanie dotrzeć do szpitala. Skrzywiłam się i jęknęłam, gdy ortopeda zaczęła nakładać gips na mój złamany nadgarstek, ale i tak odczuwałam ulgę, że skończyło się tylko na tym.
I wtedy zauważyłam, że kobieta wykonująca USG bardzo długo patrzyła na ekran, a jej profesjonalny uśmiech znikał z sekundy na sekundę. Ogarnął mnie taki strach, że nie byłam w stanie wykrztusić słowa. Wbiłam w nią gorączkowe spojrzenie, błagając w duchu, by w końcu się uśmiechnęła i obróciła monitor w moją stronę, by pokazać, jak dziecko się rusza, włączyć odgłos bicia serca, ale ona tego nie zrobiła.  
— Tak bardzo mi przykro — wykrztusiła po chwili, przenosząc na mnie wzrok. — Nastąpiło obumarcie płodu…  
Miałam wrażenie, że ruch jej warg nie pasował do słów, które wypowiadała. Nic tu nie pasowało. To nie mogła być prawda.
— Co? — wykrztusiłam, kręcąc głową. — Nie, to niemożliwe. Upadłam, ale… przecież upadłam na rękę. Ona żyje. Dopiero co mnie kopała!
— Bardzo mi przykro — powtórzyła, a jej głos się trząsł. — Pani dziecko zmarło.  

— Przyj. Jeszcze trochę…
— Nie mogę. Błagam, nie zmuszajcie mnie…  
— Aurora… musisz przeć.
Moim ciałem wstrząsały szlochy i skurcze. Myśli mi się wymykały, nie byłam w stanie skupić się na jednej, a co dopiero na tym, żeby przeć. Nie mogłam. Dlaczego wymagały tego ode mnie, tak jakbym wiedziała, jak to robić? Bo uczyłam się, jak urodzić żywe dziecko. Żywe, które po opuszczeniu mojego ciała nabierze powietrza w płuca i krzyknie, a ja będę mogła je tulić, aż znowu poczuje się bezpiecznie. Nikt nie uczył mnie, jak się przygotować na to. Jak urodzić dziecko, które nie krzyknie, które nie będzie płakać, bo już umarło.
— Już prawie, wytrzymaj jeszcze trochę…  
Łkałam tak, że prawie nie widziałam sali, nie widziałam pani położnej, nie czułam tego, że miałam rozłożone nogi, nie czułam bólu nadgarstka ani dotyku dłoni Harveya na moim ramieniu. Nie czułam niczego oprócz tego rozdzierającego bólu i strachu. Podświadomie czekałam na krzyk, choć wiedziałam, że go nie usłyszę. Zaczęłam pospiesznie ocierać łzy, gdy zobaczyłam, że ktoś podaje mi małe zawiniątko. Wzięłam je w ramiona i przeżyłam szok.
Bo to nie była dziewczynka. To był chłopiec. Chłopiec, który miał zamknięte oczy, ale i tak gołym okiem było widać, że był idealną mieszanką Gavina i mnie. Był… przepiękny. A ja nie potrafiłam nawet na niego spojrzeć, by widoku nie zamazywały mi łzy, które ciągle napływały. Moje dziecko. Mój synek, który nawet nie zobaczył mamy ani taty.
Myliłam się.
Moje piekło dopiero się zaczęło.

candy

opublikowała opowiadanie w kategorii dramat i miłosne, użyła 5769 słów i 32420 znaków.

1 komentarz

 
  • aile

    Aż nie wiem co napisać 😳 Zakończenia na pewno się nie spodziewałam i podświadomie chyba liczę, że to tylko sen - tak jak ten z powrotem Gavina w poprzedniej części 🙈

  • candy

    @aile niestety, tym razem to nie sen