Deszcz cz 36

Do salonu weszły Koi, moja córka i Aisha. Oczywiście wszystkie po kolei mnie mocno i ciepło przytuliły.

— Lecimy do Japonii, jak wiesz. Obiecaj mi, że nic ci się nie stanie, tato — szepnęła, Chloe.

— Postaram się, skarbie.

Pocałowała mnie w policzek i oczywiście coś szepnęła.

— Kocham cię i nigdy nie przestanę.

— Ja ciebie też, wiesz o tym. Jak tylko wszystko się uda, przylecę do was.

— A Rozalinda? — zapytała Aisha.

— To będzie od niej zależało — spojrzałem na nią.

— Zobaczymy — odrzekła Brazylijka.

Nie lubiłem pożegnań. Tak naprawę chciałem być z nimi, ale musieliśmy coś zrobić. Oczywiście nadal stałem przy swoim, że jeżeli nie znajdę rozwiązania jak wyprowadzić innych, odwołamy akcję. Wydawało się, że Rozalinda przyjęła to bez słowa.

Za godzinę trójka bliskich mi osób pojechała na lotnisko. Miałem nadzieję, że je wszystkie zobaczę za kilka dni.

— Euri, rozumiem twoją decyzję, mam nadzieję, że coś wymyślisz. — odezwała się Roz.

— Nie wiem. Wiem, że to źli ludzie i gdybyśmy zabili jednego, inni powzięliby wyjątkowe środki ostrożności i uruchomiliby wszystkie dostępne im służby. Wiesz, że inaczej nie mogę, nie jestem terrorystą jak mój ojciec.

— Wiem. Zrobię ci coś do jedzenia i będziesz musiał jechać. Nie spodziewałam się takiego zaangażowania po Melvillu.

— I ja też nie.

Usiadłem na kanapie i próbowałem się zrelaksować, ale nie bardzo to szło. Tylko w takich warunkach mogła mi przyjść mądra myśl. Rozalinda zrobiła pyszne spaghetti z sosem pomidorowym, jarzynami i pieczarkami. Oczywiście dała pieprz i czerwoną paprykę, bo jako mieszkanka Brazylii lubiła ostre przyprawy, ja już próbowałem jej kuchnie i mi dość odpowiadała. Jedliśmy razem.

— Bardzo dziękuję za te pyszności — podziękowałem.

Pomyślałem krótko o Aishy. Wyglądało, że nie powiedziała o naszym bliskim kontakcie ani Chloe, ani nikomu.

— To już jedź. Chłopcy nadal pozostają na posterunku. Wynajęli dom, prawie naprzeciwko rezydencji Melvilla, bo przecież nie mogli cały czas tkwić w vanach.

— Bardzo rozsądna myśl.

Pocałowałem ją krótko w policzek i wyszedłem. Czułem, że za mną patrzy. Dziwiłem się, że Paul nie wykazywał najmniejszej zazdrości. Tak bardzo chciałem, żeby byli razem, ale na razie czułem, że Rozalinda mnie zbyt mocno kocha, by mogła być z kimś innym. Dojechałem do domu Melvilla za czterdzieści minut. Około ósmej ukryłem się w skrytce w szafie, bo taką mi polecił. Trzymałem pistolet w pogotowiu. Za pół godziny dało się słyszeć rozmowy. Na szczęście ochrona lorda Essexa szybko się ulotniła. Usłyszałem kroki.

— Steve, możesz wyjść.

Wyszedłem. Udało się wszystko dobrze.

— Pokażę ci wózek — rzekł Melvill.

Faktycznie, maszyna wspomagająca prace nogi starego lorda, raczej przypominała duży komputer na kółkach. Cztery kółeczka i mnóstwo przycisków i wskaźników. Częściowo elektronicznych, częściowo ze wskazówkami.

— Zastanawiam się gdzie wsadzimy twoją walizeczkę, nie chcę się wtrącać, ale gdzie chcesz umieścić kamerę?

— Prawdopodobnie z przodu. Ma szerokokątny obiektyw i bardzo dużą rozdzielczość.

Melvillpopatrzył na mnie wnikliwie.

— Steve. Porwaliście mnie i uśpiliście, potem dałem chyba ci odczuć, że jestem całkowicie współpracujący. Zaufałem ci i dałem klucze, ale ty nie jesteś ze mną szczery.

— Co masz na myśli, Melvill — poczułem nieprzyjemne mrowienie na plecach.

— To nie jest kamera. — odrzekł spokojnie.

— A co myślisz, że to jest.

— Bomba, tylko nie wiem jaka.

Zachowywał się bardzo spokojnie, inaczej prawdopodobnie wyjąłbym pistolet. Zdecydowałem się powiedzieć mu prawdę.

— To jest bomba atomowa o sile rażenia, zero osiem kiloton trotylu.

Pokiwał tylko głową.

— Twoja firma też pewnie nie sprzedawała ziemi. Ten zamach, bo pewnie tak było, spowodowali ludzie z twojej branży?

Skoro opowiedziałem mu najważniejsze, czy mogłem mu powiedzieć więcej.

— Byłem przedstawicielem największej zorganizowanej kryminalnej organizacji, ale właśni ci ludzie, których zamierzam zabić są najgorszymi na ziemi.

— Wszyscy zginą w promieniu stu metrów. Ściany zamku niewiele im pomogą.

— Chcę zabić te bestie, bo mają na sumieniu wiele tysięcy istnień ludzkich, jednak nie chcę zabijać innych. Jeżeli nie uda mi się wymyślić co zrobić, żeby ich odciągnąć, zaniecham.

— Są inni, ale faktycznie, jutro będzie sama śmietanka gadów. Wiesz, że nie są w pełni ludźmi?

— Nie? Sądziłem, że to po prostu bardzo bogaci i źli ludzie.

— Niezupełnie. Mają ujemną grupę Rh, ale to nie wszystko. W większości to gady w ludzkich powłokach.

— Skąd się wzięli?

— Są tu tysiące lat. Z tego, co wiem przybyli siedemdziesiąt pięć tysięcy lat temu po zniszczeniu ich planety w gwiazdozbiorze Drako, tak oni to wiedzą. Widziałem kilka razy jak przeistaczają się w gady, na dwóch nogach. Mają prawie trzy metry. Jeżeli chcesz, pomogę ci.

— W czym mi możesz pomóc? — zapytałem zdziwiony.

— Wiesz co to jest pole Schumanna?

— Nie.

— To częstotliwość promieniowania Ziemi. Siedem i osiemdziesiąt cztery setne herca. Wytworzenie fali infradźwiękowej o częstotliwości sześciu herców spowoduje zakłócenia u ludzi i ci będą pragnęli opuścić to miejsce. Jeżeli twoi ludzie umieszczą dodatkowe nadajniki o mocy kilkuset wat przy wejściu z zamku, wszyscy uciekną poza promień rażenia. Jeżeli chcesz możemy ograniczyć moc bomby. I w ten sposób wszyscy w środku zginą, a na zewnątrz, jeżeli szybko się oddalą, dostaną tylko wysoką i średnią dawkę promieniowania.

— To bardzo nowoczesna bomba. Już promieniowanie zostało ograniczone. Powstanie tylko fala uderzeniowa i błysk światła. Oczywiście impuls elektromagnetyczny na kilka sekund. Będą musieli wiać na piechotę, bo samochody zostaną uszkodzone impulsem elektromagnetycznym. Jak zdołam zdobyć generatory wytwarzające te wibracje, brak mi czasu? A akcja jest jutro.

— Steve, ja mam takie generatory. I wiesz co? Skoro powiedziałeś prawdę, nie będziesz musiał wchodzić do środka. Ja to zrobię za ciebie.

Tego się nie spodziewałem. Jakie motywy nim kierowały? Czy mogłem na to pozwolić?

— Jakie motywy tobą kierują? — zapytałem.

— Nie przepadam za nimi. Nie kieruje mną zemsta czy nienawiść. Chcę zrobić coś dobrego dla ludzi.

— Zapalnik jest manualny. W zamku jest wewnętrzna komunikacja, ale WF nie działa. Będziesz miał trzy minuty na opuszczenie budowli.

— Czy pomożecie mi na zewnątrz, jeżeli mi się uda wyjść?

— Z całą pewnością, przyleci helikopter. Będzie tylko sześć osób, z tobą siedem.

— Dziękuję za zaufanie.

—To ja dziękuję. Umiesz strzelać?

—Trochę.

— Potrafisz załadować kule? Tam można wejść z bronią?

— Nie, nawet ochrona nie ma. Może się gady boją, że ktoś ich ustrzeli.

Przyszedł mi pomysł. W ten sposób przekonam się całkowicie, że Melvill jest po naszej stronie.

— Pokażę ci.

Wyjąłem pistolet. Miałem Glucka 42. Odłączyłem magazynek. Opróżniłem magazynek i włożyłem kule z powrotem. Pokazałem mu powoli, wszystkie czynności powtórzyłem powoli trzykrotnie i dałem mu pistolet. Tylko na mnie spojrzał. Robił to samo bardzo powoli. Ani razu nie skierował lufy w moim kierunku.

— Jak mi poszło — oddał mi pistolet.

— Jak na pierwszy raz, nieźle.

Melvill miał szósty zmysł lub być może to wyglądało zbyt otwarcie.

— Chciałeś mnie sprawdzić po raz kolejny?

— Raczej się przekonać, bo ci zaufałem już wczoraj.

— To już wiesz. Bierzmy się do pracy, bo czas ucieka.

Melvill okazał się inny niż o nim mieliśmy informacje. Tylko zainteresowania seksualne... Ale gdyby ktoś wiedział o moich doświadczeniach. Fakt, nigdy, przenigdy bym nie kokietował córki. W życiu też nie miałem pragnienia do niej ani do młodych osób. Tylko nie umiałem odpowiednio z nią postąpić, miałem na myśli Chloe. Z Aishą, całkiem inna historia. W sumie zwyciężyły podobne motywy co i z Rozalinda. Spełnienie pragnienia. W wypadku córki pewnie też by to miało miejsce, jedyne co mnie hamowało to właśnie fakt, że to moja córka.  

Facet miał smykałkę mechaniczną, popartą wiedzą. Zrobiliśmy próbę z tymi niskimi częstotliwościami. Nie było to przyjemne i faktycznie chciało się uciekać.

— Czy infradźwięki są szkodliwe?

— Skierowane i w zależności od mocy, tak. Mogą spowodować uszkodzenia mechaniczne w ciele. W tej formie, którą wytwarza generator, działają na psychikę bardziej niż na ciało. Ich działanie jest bardzo zróżnicowane i czasem ułamku herca, ma znaczenie.

— Czyli twierdzisz, że działanie tych fal może zadziałać na ludzi, a na tamtych nie?

— Tak, ponieważ próbowałem. Mówiłem ci, że wpadłem w sidła. Sądziłem najpierw, że dzięki temu będę miał szanse poznawać chłopców, ale jak bardziej doszedłem co tamci robią, to mnie bardzo poruszyło i zacząłem myśleć jak im zaszkodzić. Czy to możliwe, że dlatego się poznaliśmy?

— Nie wiem. Rozmawiałem z tą kobietą, która była ze mną wczoraj i powiedziałem jej, że jeżeli nie wymyślę czegoś, by uchronić innych, to odwołamy akcję. Też nie byłem święty. Nie masz pojęcia kim byłem.

— Nie będę wiedział, jak mi nie powiesz dokładnie, ale czuje jedno. Jesteś bardzo dobrym człowiekiem. Być może zacznę walczyć ze sobą, by pokonać to moje zboczenie.

— Uważasz, że jesteś zboczony?

Melvill popatrzył na mnie inaczej.

— Właśnie przed chwilą to sobie uświadomiłem. I stało się to dzięki tobie.

— Nie uważasz, że będziemy mordercami?

— Zabijając wcielone diabły? Nie sadzę. Pewnie ich jest wielu, ale przynajmniej osłabimy zło. Gdyby inni ludzie przestali być chciwi, łatwo by ich wszystkich można by było się pozbyć. Myślę, że nie zło jest najgorsze na tym świecie tylko jego akceptowanie, a wynika ono z ignorancji.

Jego słowa mnie zaskoczyły. Diana i w pewien sposób Chloe dawały mi delikatnie do zrozumienia, że mógłbym być inny, ale spokojnie czekały na moją decyzję. Dobrze, że ją podjąłem. Jak wielką miłość miała do mnie Diana. Zawsze doceniamy coś, po fakcie. Nigdy nie powiedziała złego słowa. Co za cudowna istota z niej była.

Melvill pomógł mi zamontować bombę. Kiedy to zrobił zaczął majsterkować, by zbudować te generatory. To nie wyglądało na cud, on musiał mieć już wcześniej plan, ponieważ miał wszystkie potrzebne zespoły. Doceniłem to, co robił. Pozostała jeszcze jedna sprawa. Kolejny człowiek nazwał mnie dobrym. Czyżbym był jedyną osobą niemająca o sobie takiego zdania? Oczywiście dostrzegłem różnicę pomiędzy poprzednim Euri Parkerem a obecnym. Czy w obecnym stanie postąpiłbym podobnie jak kiedy miałem dwanaście lat? Prawdopodobnie tak. W walce się nie oszczędza, szczególnie tych, którzy chcą zabijać czy zrobić jeszcze gorszą rzecz. Bo czy gwałt dziewięcioletniego dziecka nie jest czymś gorszym? Być może postąpiłbym troszeczkę inaczej w innych sprawach. Na ogół różnica między poprzednią wersją mnie a obecną, dotyczyła tylko sprawy z Syndykatem X. Bez względu na to, jak wielki był mój żal, nie mogłem wskrzesić ani Diany, ani Ramiego. Pomyślałem o zwłokach. Wcześniej nigdy o tym nie myślałem. Gdzie ich pochowano? Bo musiały zostać jakieś kawałki. Być może Rozalinda coś o tym wiedziała, bo gdyby Koi miała jakieś informacje, z pewnością by mi o tym powiedziała.

Wyglądało na to, że Melvill podejmie największe ryzyko. Musiałem o tym zawiadomić Brazylijkę.

Ponownie jak poprzednio, nie chciałem tego dzwonić z jego domu.

— Muszę porozmawiać z ludźmi o zmianie planu.

— Ta kobieta jest szefem akcji?

— Tak.

— Myślę, że możesz dzwonić.

— Wolałbym nie z twojego domu.

— Nie bardzo rozumiem dlaczego ale masz prawo. Daj mi jeszcze z godzinę, to skończę generatory i wówczas zostawię je w garażu. Pomożesz mi przenieść?

— Oczywiście. Czy tamci co po ciebie przyjadą nie będą węszyć?

— Wiedzą, że jestem naukowcem i mam różne graty. Mam nadzieję, że twój szef się zgodzi. Wszystko się układa idealnie. Essex nic nie odkryje, a ty będziesz bezpieczny.

— Mam nadzieję, że tobie się również uda. Tylko jak zareagują ludzie, kiedy wszyscy wyjdą? I co się stanie jak spośród nich jednak będzie człowiekiem, w tym dobrym sensie.

Naukowiec się uśmiechnął.

— O to się nie musisz martwić, żaden z nich nie jest. Ktoś co robi takie rzeczy, nie powinien żyć.

Popatrzyłem na niego. Mówił całkiem poważnieCoś, coco wydawało się prawie niemożliwie, okazało się tak proste. Zawsze istniała szansa niepowodzenia, ale w tym wypadku, minimalna. Po siedemdziesięciu minutach cztery generatory o mocy trzystu wat każdy znalazłyły się w garażu.

— Możesz iść. Przejdź kawałek, a potem zamów taksówkę. Kod jest 1378. Ostatnio nie włączałem alarmu, ale rano to zrobię — wręczył mi klucze.

— Dobrze, będziemy gotowi. Bomba wybuchnie piętnaście po dziewiątej wieczorem. Włącz generator o dziewiątej. My włączymy nasze, pięć minut później, inaczej nikt nie wyjdzie.

— Masz rację. Miałemem ci to właśnie powiedzieć. Powiesz mi jak masz na imię, bo może widzimy się po raz ostatni?

— Zabierzemy cię helikopterem.

— Mam nadzieję, ale jest różnie.

— Jestem Euri.

— Euri? Nietypowe imię. Coś oznacza?

— Po baskijsku, deszcz.

— Deszcz. To dobre imię w Londynie. Ale są miejsca, gdzie więcej pada. W Wietnamie czy Malezji.

— Dzięki Melvill, powodzenia.

— To ja dziękuję, że dzięki tobie będę mógł zrobić coś dobrego. Chciałbym poznać kobietę tylko jak ją odczuję. To chyba niemożliwe, żeby nastąpiła taka zmiana w tak krótkim czasie, co myślisz?

— Wszystko jest możliwe. Idę.

Wyszedłem. Zostawiłem bombę atomową w domu człowieka, którego porwaliśmy i praktycznie go nie znałem. Dziwne, ale zaufałem mu całkiem. Za pięćdziesiąt minut byłem w domu. Rozalindy nie było. Zadzwoniłem.

— Co się stało? — zapytała.

— Przyjedź do naszego domu, jeżeli możesz albo ja dojadę gdzie jesteś.

— Przyjadę za dwadzieścia minut.

Nie miałem nic lepszego do roboty wiec zacząłem medytować. Moja córka i moja Koi były w powietrzu. Prawdopodobnie dowiedzą się z mediów o tym, co tu się stanie, chyba że nic o tym nie powiedzą. Ale raczej to się nie da ukryć. Chociaż... To jest teren wojskowy. Ponad sto pięćdziesiąt najbardziej wpływowych gadów zginie. To powinno pociągnąć za sobą innych. Może wpadną na ten pomysł i wykończą resztę.

Roz przyjechała wcześniej.

— Co tu robisz, Euri?

— Zmiana planu. Melvill zabierze bombę. Zbudował cztery generatory po trzysta wat, każdy. Wytwarzają fale niskiej częstotliwości, około sześciu herców. Jeden słabszy generator jest w wózku, gdzie jest bomba. Według Melvilla te fale działają na ludzi odstraszająco i nie mogą być blisko generatora, natomiast gady nie czują. Cztery generatory są w garażu. Rozmieścimy je w czterech wozach. Dzięki temu ludzie wyjdą z zamku, a potem uciekną dalej niż promień rażenia.

Patrzyła na mnie zaskoczona.

— Zaufałeś mu? Skoro tak, to pewnie miałeś powód.

— Miałem. Okrył sam, że to nie kamera. Potem pokazałem mu jak się ładuje pistolet. Wyczuł, że to test. Zabierzemy go do helikoptera.

— Jestem w szoku. Ale akcja będzie kontynuowana. Mam nadzieję, że wszystko się uda.

— I ja tak myślę.
— To będziesz nocował w domu?
— Wolę spać we własnym łóżku niż w Melvilla, ale wiesz co? Zaskoczył mnie. Uznał, że jest zbokiem i zaczął myśleć jak poznać kobietę.
— To naprawdę mnie zaskoczyłeś. Taka zmiana...
— Tak. — popatrzyłem na nią, bo patrzyła w specyficzny sposób.


— Co się stało? — zapytałem.


— Pomyślałam...wiesz, że możemy zginąć. W akcjach różnie bywa.


— Tak, nawet Melvill mi to powiedział i poprosił bym wyjawił mu swoje imię.


— I zrobiłeś to?


— Tak.


— Wiem, że nie jesteś naiwny. Znaczy, że naprawdę mu zaufałeś.
   Podesza bliżej. Oczywiscie, że odczułem. Ciężko mi by było nie odczuć.  
— Wiem, że byłeś z Aishą.
— Powiedziała ci?
— Nie, ale kobiety mają zmysł.  
— Sądzisz, że Koi i Chloe to również wiedzą?
— Oczywiście.
— Tak. Złamałem słowo.
— Zrobiłeś to dla Chloe, albo z powodu Chloe. Ona to zrozumiała.
— Do czego zmierzasz?
— Wiesz do czego.
— Mamy akcję. Wojownicy przed akcją nie śpią ze swoimi kobietami.
— Twoją kobietą jest Koi.
Jej usta znalazły się na moich.

AlexAthame

opublikował opowiadanie w kategorii dramat i kryminalne, użył 2909 słów i 16952 znaków.

Dodaj komentarz

Zaloguj się aby dodać komentarz. Nie masz konta? Załóż darmowe konto