Deszcz cz 31

Po wykładzie i pouczeniach Rozalindy poszliśmy z Koi trenować. Szło nam nieźle. Nasze rany się goiły. Czułem, że moja siła wraca. Brakowało mi jeszcze kilka kilogramów do mojej normalnej wagi sprzed trzech lat. Kobiety dbały o mnie, więc w ciągu trzech tygodni liczyłem na to, że dojdę do kondycji przed tego okropnego czasu.

W końcu zbliżył się wieczór. Chloe spędzała czas z Rozalindą i Aishą, a ja z Koi. Koło jedenastej znalazłem się na materacu z moją miłością.

Zacząłem robić starania, ale delikatnie mnie od tego odwiodła.

— Musisz być wypoczęty.

— To nie zbiera mi sił. Chcę być z tobą blisko.

— Mówiła ci, że poczekam.

— Och, dobrze. O co chodzi z Aishą? Dlaczego sądzi, że was rozumiem, a jej nie.

— Ona sądzi, że byłeś z każdą z nas blisko, a z nią nie.

— Byłem z tobą, zanim poznałem Dianę. Z Rozalindą byłem ze specjalnego powodu. Jak wiesz nie jestem facetem, dla którego seks jest ważny, sama wiesz, że jest dla mnie na ostatnim miejscu. Nie czułaś, że z Chloe do niczego nie doszło?

— Nie? Robiła wrażenie spełnionej.

— Właśnie dlatego. Powiedziałem jej, że z żadna z was się nie ożenię.

— Och.

— Oszukałem, z tobą wezmę ślub, ale musiałem to wszystko odciąć jak mieczem.

— Przed chwilą chciałeś mnie.

— I nadal chcę. Wiem jedno, że z Chloe już nigdy do tego nie dojdzie. Ona jest moją córką, wyszła z moich lędźwi. Możesz mówić mi do końca życia, że jestem aniołem z nieba i że mógłbym, ale ja to widzę inaczej. Kocham ją i jak będzie trzeba oddam za nią życie, ale ojciec nie powinien spać z córką.

Koi patrzyła na mnie uważnie.

— Masz rację, ale gdybyś inaczej uważał, też bym się z tobą zgodziła.

— Czyli nie masz swojego zdania.

— Kocham cię, to dlatego.

— Ja też cię kocham, ale nie rozumiem. Czy ja jestem dla ciebie nadrzędnym prawem jak bóg?

— Tak.

Poczułem się dziwnie, prawdopodobnie nawet Diana tak nie sądziła. Koi widocznie miała dar odgadywania myśli.

— Z pewnością Diana też taka była.

— Nigdy mi tego nie powiedziała, ale faktycznie nie była nigdy zła i zawsze ze mną się zgadzała.

— Bo cię kochała jak ja. Cieszę się z twojej decyzji. Może twoja córka i Koi znajdą kogoś.

— Raczej nie, natomiast będzie szansa, że ktoś znajdzie je. Myślę, że żaden dobry ojciec nie chce by jego córka była lesbijką.

— Wiesz Euri ja sądzę, że Chloe nie jest lesbijką, podobnie jak i Aisha. To dla nich była ucieczka, a potem stało się przyzwyczajeniem. Nie zrozum tego źle, ale Chloe chciała cię, a potem natychmiast by zmieniła nastawienie. To samo z Aishą.

— Być może, ale nie jestem tą właściwą osobą. Wiesz Koi, zapomnieliśmy, że jesteśmy wojownikami. Musimy jak najszybciej sobie to przypomnieć.

— Tak, kochany. W ten sposób uda się akcja. Już o tym myślałam. Widzę już jak wniesiemy bombę, problem jest w tym, by ją zdetonować i wyjść z zamku, a drugi opuścić teren. Roz mówiła, że znajduje się on na terenie wojskowym.

— Tak, ale jest droga, którą przyjeżdżają goście i nigdy ich nikt nie sprawdza.

— Ale jak wybuchnie bomba to może się to zmienić.

— Z pewnością są śmigłowce. To zwykła jednostka piechoty, zanim wyprowadzą broń, będziemy daleko.

— Pójdziemy do Roz, zapytać?

— Dobrze Koi, założę coś.

Koi włożyła szlafrok, a ja spodnie i koszulę.

Popatrzyła na mnie.

— Obawiałeś się pójść w samym szlafroku?

— Nie o to chodzi. Facet nigdy nie powinien zapominać, że jest facetem. Ten pokój traktuje jak sypialnię małżeńską i dlatego chodzę tak przy tobie. Ty natomiast nigdy nie chodzisz przy mnie nago.

Uśmiechnęła się.

— Chciałbyś?

— Lepiej chodźmy już do Roz.  

Wiedziałem, że ta odzywka nie pasowała ani do Japonki, ani mieszkanki klasztoru buddyjskiego. Gdyby teraz stanęła przede mną nago, pewnie nie poszlibyśmy do Brazylijki.

Koi zapukała.

— Może śpi — szepnąłem.

Po chwili drzwi się otworzyły. Nawet nie była ubrana do spania.

— Hej, wejdźcie — wskazała ręka pokój.

Dostrzegłem broń na poduszce.

— Śpisz z pistoletem? — zapytałem.

— Przyzwyczajenie. Paul jest blisko, ale mimo to mam zawsze broń.

— Kim jest Paul — zapytała Koi.

— Moją prawą ręką.

— Kocha cię?

Brazylijka popatrzyła na nią uważnie.

— Widziałaś go? Skąd wiesz?

— Jestem Shinobi non mono, widzę więcej niż inni. Dziwię się, że Tomine Saro cię nie widziała, bo ja tak.

— Coś takiego? A skąd wiesz, że mnie kocha?

— To czuję.

— Być może masz rację. Próbuję nie dopuszczać tej myśli. Jedyny facet, który mnie interesuje to Euri. Przyszliście, bo?

— Nie w tym celu — rzekłem.

— A szkoda, w takim razie czym mogę jeszcze służyć.

— Chcieliśmy porozmawiać o szczegółach. Czy jest tam lądowisko dla helikopterów?

Dostrzegłem błysk w jej oczach.

— To da się zrobić. Powinnam pomyśleć, jak odkryją wybuch, mogą zablokować drogę.

— Ten, kto tam dowodzi powinien się ucieszyć.

— Myślę, że nie tylko on. Pewnie będzie wiał. Zabijemy wielu, ale inni zostaną i zaczną szukać winnych. Sądzę, że pułkownik załatwi nam śmigłowiec.

— Musimy to zgrać czasowo. Pozostaje kwestia jak wyjdziemy, żeby nie zginąć.

— Będę musiał poprosić moich chłopaków. To da się zrobić.

— Wejdą do środka?

— Nie chciałabym. Ale na zewnątrz będą pomocni. Głupio by było zdetonować bombę i zginąć, zanim wybuchnie.

— Musimy zrobić to i wyjść, zanim ktokolwiek coś odkryje.

— Staruch się nie kapnie?

— Przygotujesz mu coś na zrelaksowanie. Starzy ludzie czasem robią drzemki. Od czasu jak ma protezę ogranicza pobudzające środki.

Rozalinda posmutniała.

— Co się stało.

— Wygląda na to, że zostanę w środku.

Podszedłem do niej i ją mocno objąłem.

— Musi być jakiś mechanizm, nieelektroniczny.

— Chcesz zamontować lont albo zastosować budzik — uśmiechnęła się miło.

— Mam człowieka, który zrobił podróbkę miecza. Ma zdolności pirotechniczne, coś wymyśli.

I wówczas przyszła mi genialna myśl.

— Wiem kto zdetonuje bombę.

— Kto? — Koi i Rozalinda popatrzyły na mnie zaciekawione.

— Lord Essex—Cumberton.

— Chyba żartujesz, Euri — twarz Rozalindy nie pozostawiała złudzeń, że sądzi, iż to dobry żart.

— Wcale nie. Oddale się i kiedy będzie mnie potrzebował, zadzwoni. Musi mieć coś.

— Planuję podmienić Melvilla dzień wcześniej, może nam powie jak się porozumiewa ze starym.

— Będziemy mieli mało czasu, ale zawsze cos.

Wstaliśmy i chcieliśmy wyjść.

— Cieszę się, że jesteście ze mną. — rzekła.

Podszedłem do niej pocałowałem ją w usta, ale krótko.

— A to za co? — zdziwiła się.

— Za Koi.

Popatrzyła na mnie.

— Nie wiem co się stało, ale zmieniłeś się i jesteś jeszcze bardziej pociągający.

Koi widocznie nie chciała, żeby Brazylijka powiedziała coś więcej i też ją pocałowała.

— Dlaczego? — teraz już była kompletnie zdziwiona.

— To za uratowanie życia.

— Nie musiałaś.

— Chciałam. Euri jutro wam wszystkim coś ogłosi. Wiem, o co chodzi i podjęłam decyzję.

— Chcecie wziąć ślub przed akcją?

— Raczej potem, a obecne ogłoszenie będzie dotyczyć czegoś innego.

Wzięła mnie za rękę i wyszliśmy. Nic nie rozumiałem i musiałem zapytać.

Zrobiłem to, kiedy weszliśmy do naszego pokoju.

— O co chodzi Koi?

— Nie wiesz?

— Nie.

Uśmiechnęła się ślicznie.

— Stado wilków jest idealne zorganizowane, nawet wielkie korporacje, te dobre, uczą się od naukowców badających zachowania wilków w celu podniesienia maksymalnych zysków jednakowo dla siebie, a także swoich pracowników.

— Tak...

— Otóż szefem stada jest Basior. Nazywa się go wilkiem alfa. Natomiast jego partnerka, Wedera jest wilczycą alfą. Oboje pełnią kluczową funkcję w stadzie. Czasem się zdarzy, że samiec alfa jest ranny, wówczas ona pełni jego rolę i swoją.

Zrozumiałem.

— Nie jestem ranny.

— Wiem, ale dla dobra stada, muszę się poświęcić.

— Musisz?

— Powinnam i chcę. Pewnie zwróciłeś na coś uwagę.

Docierało do mnie powoli.

— Tylko ty jesteś hetero.

— Dobry wniosek i jednocześnie fałszywy. One wszystkie są tylko sytuacja, życiowe doświadczenie i inne okoliczności sprawiły, że tak nie jest. W zupełności rozumiem i popieram twoja decyzje, ale jestem odpowiedzialna za stado. Mamy tu być miesiąc do akcji.

— Koi, Rozalinda kocha swojego zastępcę, ty mnie.Chloe z pewnością kogoś pozna podobnie i Aisha.

— Pamiętasz siebie w ciągu trzech lat? Nie żyłeś, ale coś nie dało ci umrzeć. Zaufaj mi, że wiem co robię. I jedno sprostowanie, to Paul kocha Rozalindę, być może ona kiedyś pokocha jego.

Uderzyła mnie oczywista prawda.

— Ty nie robisz tego dla siebie, tylko dla dobra stada.

— Dokładnie. Chodzi tylko o to, czy ty to akceptujesz.

— Potrzebujesz mojego przyzwolenia?

— Oczywiście wiem, jakie jest twoje zdanie i odczucie, ale tak.

— Masz moja zgodę Wedero — rzekłem.

— Wiedziałam. Teraz śpijmy, a od jutro trening. Musimy być w najlepszej kondycji.

— Dobrze, kochanie. Musi się nam udać. Mam tylko jedną wątpliwość i zarazem pytanie. Jeżeli Melvill nam pomoże, a pewnie tak, co z nim zrobimy potem.

— Darujemy mu życie inaczej bylibyśmy tak samo źli, jak tamci.

— Ale on nie jest dobrym człowiekiem.

Popatrzyła na mnie wnikliwie.

— Ale może się stać, prawda?

Zrozumiałem. Koi była naprawdę miłością. Tylko dobro i prawda może zmienić człowieka, a widocznie Melvill nim był, przynajmniej w oczach Koi. Odszedłem w objęcia snu.

Obudziłem się, kiedy jeszcze było ciemno, ale mojej umiłowanej nie było obok. Siedziała w japońskim siadzie i medytowała. Wstałem cicho i zrobiłem poranną toaletę. Dołączyłem do niej. Musiałem oczyścić umysł z wątpliwości.

Wstaliśmy razem i zaczęliśmy trening. Po kilku minutach przypomniałem sobie wszystko, kiedy byliśmy młodzi. Teraz nie tylko ja stałem się na powrót wojownikiem, ale i moja miłość. Uświadomiłem sobie, że nie zwycięstwo nad Shinobi było największe tylko pokonanie czegoś, co dotyczyło mnie i Chloe. U Koi było to coś innego. Musiała zaakceptować, że przegrała z Czarną śmiercią. Po raz kolejny zrozumiałem, że ciężkie przeżycia Rozalindy sprawiły, że była z nas najsilniejsza.

Ćwiczyliśmy dwie godziny i pewnie robilibyśmy to dłużej, ale moja córka pokazała się w drzwiach.

Patrzyła chwilkę, bo chyba widziała to pierwszy raz. Każda broń jest groźna, ale najważniejsze jest ciało, a w ciele, duch.

— Wyglądaliście świetnie. Czy i ja bym mogła się tego uczyć?

— Każdy może. Niestety zachód zniszczył ducha, teraz się liczy, tylko żeby komuś przywalić.

— Być może w klasztorze poznam ducha, bo pewnie go nie mam.

— Każdy ma, Chloe. Każdy. A ten duch czeka tylko by go obudzić.

— Pewnie masz rację. Przyszłam powiedzieć, że jest śniadanie.

— Dziękujemy — odrzekła Japonka — zaraz będziemy.

Po kwadransie już siedzieliśmy ze wszystkimi przy stole.

— Kto dzisiaj wyrusza na miasto? — zapytała Rozalinda.

— Ja zabieram dziewczyny — rzekłem.

— Wszystkie jesteśmy dziewczynami — odrzekła Roz.

— Wybaczcie za nieścisłość, miałem na myśli córkę i Aishe.

Rozalinda spojrzała krótko na Koi.

— Kupcie coś do jedzenia, a my zrobimy obiad z tego, co zostało.

— Wstąpię do pewnego człowieka i zapytam o ten zapalnik — spojrzałem na Roz.

— Super. Jak znajdziemy czas poćwiczę Koi jej słabą stronę — pokazała pistolet.

— Może masz rację, powinnam być i w tym dobra.

— Z pewnością miecz ma wartość, ale w pewnych sytuacjach pistolet jest niezawodny.

— Wiem — powiedziała ciszej Japonka.

— Hej, to nie była aluzja. Jej pycha ją zgubiła. Może była i lepsza, ale ją zabiłam i jednej złej osoby mniej. Skończ już z tym rozpamiętywaniem, Koi.

— Już prawie skończyłam. Pozostało mi tylko podziękować za uratowanie życia. Euri dał ci nowe i ty mi dałaś podobnie. Rozumiesz?

— Tak.

Brazylijka wstała i poszła do swojego pokoju.

— Cos nie tak? — zdziwiła się Aisha.

— Wszytko dobrze, nie miała łatwego życia. Dziękujemy za śniadanie.

Koi wstała i poszła do jej pokoju.

— To, co moje drogie, pojedziemy?

— Jasne, będziemy gotowe za kilka minut — odrzekła Chloe.

Chyba pierwszy raz widziałem ją inną.

— Wybaczcie o czymś zapomniałem. Jeszcze chwilka.

Poszedłem do pokoju Rozalindy. Siedziała obok Koi i o czymś rozmawiały.

— Możecie na chwilkę.

Chyba wiedziały. Kiedy wróciły do salonu ogłosiłem im co postanowiłem.

— Być może wiecie i tak. Wiem, że wszystkie mnie kochacie i pragniecie. Prawie byłem bliski, by popełnić błąd i zacząć spełniać wasze pragnienia. W zasadzie hamowała mnie tylko myśl, że Chloe jest moją córką. Ale teraz wiem, że byłby tu duży błąd, nawet jeżeli nie pozostawiłby konsekwencji. Ponieważ Chloe jest moją córką, nigdy i nigdzie nie mógłbym jej wziąć za zonę. Żeby nie czuła się poszkodowana, do czasu jak tu jesteśmy nie będę spał nawet z Koi. I oczywiście z żadną z was. Potem, jeżeli przeżyjemy akcję, zamierzam wziąć Koi za żonę. Wierzę, że Rozalinda weźmie ślub z osoba, która ją kocha. A Chloe i Aisha znajdą odpowiednich partnerów. Byłbym szczęśliwy, gdyby każda was wybrała mężczyznę.

Patrzyłem na ich twarz. Tylko Aisha nie wyglaądała na szczęśliwa, słysząc moje oświadczyny.

— Czy to pewne, Euri? — zapytała.

— Tak.

Pokiwała głową.

— To teraz możemy iść — rzekłem.

— Będziemy gotowe za pięć minut, tatku.

Ubrałem się i czekałem na córkę i Aishe. Koi i Roz zniknęły w pokoju.

AlexAthame

opublikował opowiadanie w kategorii dramat i kryminalne, użył 2441 słów i 13953 znaków.

1 komentarz

 
  • JP

    First off I would like to say superb blog! I had a quick question which  
    I'd like to ask if you don't mind. I was interested to find out how you center yourself and clear  
    your thoughts before writing. I have had difficulty clearing  
    my mind in getting my ideas out. I do enjoy writing however it just seems like the first  
    10 to 15 minutes are wasted simply just trying to figure out how to  
    begin. Any ideas or tips? Thanks! maillot de foot