Deszcz cz 29

— Czy nie sądzisz, że ten jeden akt może zniszczyć naszą wzajemną miłość zwykłej relacji ojciec-córka?

— Pytasz mnie, ale sam znasz odpowiedź. Gdybyś miał, chociaż najmniejsze wątpliwości, nigdy byś tego nie chciał. Byłeś w organizacji i większość ludzi by to potępiła, ale Diana ani Chloe nigdy tak nie pomyślały. Remi chciał cię usunąć, bo nie pozwoliłeś mu czynić zła, które on pragnął czynić. Nie rozmawiałam z Dianą i nigdy jej nie poznałam, ale wiem, że ona wiedziała, jak jest. To nie była matka, nawet z odrobiną perwersji. Gdyby tu była, nigdy by nie powiedziała nie. Być może świat by to potępił, ale nie ona. Miłość jest dziwna. Bardzo pragnęłam, żebyś mnie nigdy nie zostawiał, ale zrobiłam to, bo uwierzyłam w to, co mi powiedział mistrz. On zobaczył pełne spektrum twojej miłości i gdybym cię zatrzymała, nigdy by to nie zaistniało. A o Chloe się nie obawiaj, Euri-ojciec to jedna z form, które kocha.

— Właśnie przed chwilą o tym mi powiedziała. Dowiedziałem się również, że Aisha mnie kocha. I to już od dawna.

— To miłe, że wszystkie cię kochamy, prawda?

— Tak, ale jestem tym trochę skrępowany.

— My wszystkie jesteśmy, może Rozalinda najmniej, ale i ona cię kocha. Miłość fizyczna ma najmniej wspólnego z prawdziwą miłością, ale ma największą siłę przekazu. Każda z nas, gdyby cię spotkała pojedynczo, czułaby to samo. Na szczęście umiemy sobie z tym poradzić, że jesteśmy razem i tylko czekamy, aż ty to sam zrozumiesz. Wiesz, dlaczego Chloe jest najbardziej poszkodowana?

— Dlaczego?

— Bo jako jedyna z nas nie może zostać twoją żoną, a wszystkie chcemy.

Popatrzyłem na nią uważnie. Gdyby tego nie powiedziała byłbym chyba w stanie zrobić wszystko, o czym mówiły.

— Potrzebujesz relaksu. Co myślisz o tym, żebyśmy wyszły we trzy na miasto, na kilka godzin. Ludzie Rozalindy mają nas na oku.

— Chcesz mnie zostawić z Chloe?

— Tak, inaczej nie czułbyś się komfortowo.

— Dobrze, wiem, że nie wygram z tym. Ale co potem?

— Potem? Drugą będzie Aisha, następna Rozalinda, a na końcu ja.

— Mówisz o tym tak prosto, może tak nie będzie.

— Wiesz, że będzie. Bo jesteś aniołem z nieba.

— Może jestem demonem z piekła?

— Demony nie mają miłości, a ty nie masz niczego innego. Nie robisz niczego dla siebie, ty tylko dajesz.

— Nie chcę byś była na końcu. Wiem, że jej się podobasz i ty czujesz do niej specjalne nastawienie.

— Uratowała mi życie.

— Nie wiem co pomyślisz o mnie, ale w takim razie może zrobimy to we troje. Ty ja i Rosalida.

— Myślę, że to dobry pomysł. To zostawiam cię, kochany. Miejcie dobry czas.

— Pocałowała mnie delikatnie w usta.

Chloe patrzyła we mnie jak w obraz. Przypomniałem sobie rozmowę z Dianą odnośnie do córki i syna. Czyżby miała racje co do niego, a może to tylko zły wpływ Hajze na niego wpłynął? A brat? Nadal w głębi serca próbowałem go wytłumaczyć, że taki stał się przez ojca. Ale Chloe? Nie ujawniała, że mnie tak kocha. Natomiast nie potrafiła ukryć, że mnie pragnie. Wiedziałem, że miałaby przyzwolenie od zony, ale słusznie uważała, że to zależy ode mnie. Zrobiłem to z Rozalindą, ale nadal nie mogłem się przełamać psychicznie lub bardziej duchowo, aby pozwolić sobie spełnić jej marzenie, pragnienie czy spełnienie. Bo fizycznie nie miałem oporów, a nawet chciałem tego. I to mnie martwiło najwięcej. A ona widocznie czytała mają duszę jak zapisaną kartkę.

— Nadal się dręczysz.

Stwierdziła, nie pytała.

— Wiesz czym?

— Nie jesteś trudny do rozszyfrowania, przynajmniej dla mnie. Chcesz mnie, wiesz, że mama by ci nie powiedziała słowa i wiesz, że jesteś dla mnie spełnieniem, a nadal nie chcesz tego chcieć w duchu.

— Pamiętasz rozmowę po tym? Powiedziałaś, że rozumiesz. Przyznałaś mi rację...

— Miałam trzy lata na rozmyślania. Uznałam od razu, że fantazja o tobie jest niewłaściwa. Obawiałam się, czy żyjesz, potem już wiedziałam, że tak. Nic się nie zmieniło. Kocham i jestem dozgonnie wdzięczna Aishy za uratowanie mi życia, ale nadal cię kocham.

— Nie mam nic przeciw temu, ze mnie kochasz.

Otworzyła swoje wielkie oczy jeszcze bardziej.

— Czyli akceptujesz pełnie mojej miłości do ciebie?

— Oczywiście.

Zaczęła mnie całować, najpierw delikatnie, potem namiętnie. Nie zareagowałem jak poprzednio. Pozwoliłem jej, ale i sam chciałem. Jednak po chwili zaczynałem ją pragnąć. Nie jak Dianę i inaczej niż Koi.

— Przestań Chloe.

— Pobiedziłeś, że akceptujesz, czy ty grasz ze mną? — posmutniała.

— Mówiłaś o miłości, a chcesz kochania.

Usiadła mi na kolanach.

— Może nie rozumiesz. Moja pełnia miłości do ciebie ma to. Wiem, że większość córek nawet nie myśli o tym, raczej byłoby to dla nich obrzydliwe. Wiesz, że mama to czuła do swojego ojca.

Czyli musiały o tym rozmawiać.

— Ale on tego nie chciał.

— Ty chcesz. Gdybym wiedział, że nie chcesz, nawet bym ci nie dała znaków o swoim pragnieniu. Być może za mało dawałam ci odczuć jak bardzo cię kocham, ale tę część bym całkiem ukryła.

— Czyli co? Całujesz mnie, bo chce się z tobą kochać, a tylko ja mam stereotypy i uwarunkowania kulturowe?

— Dokładnie. Od tego czasu jak patrzyłam na was, mam to ze sobą.

Poczułem słabość. Ona pragnęła wszystkiego, a szczególnie tego.

— Nie zmienisz się?

— Spełnię się.

— Nie zmieni to twojego nastawienia do wszystkiego?

— Stanę się bardziej szczęśliwa, ale nadal chodzi o ciebie. Nie chcę ci zrobić krzywdy. Chcę wiedzieć z całą pewnością, że tego chcesz ze mną. Żeby nie było, że stało się to pod wpływem emocji.

Stopniałem całkowicie. Zrobiło mi się jej żal.

— Pamiętasz co powiedziałaś wtedy, odnośnie tego, że chciałaś najpierw dołączyć?

— Tak, ale uznałam, że chcę tego z tobą. Dopiero potem

Uśmiechała się specyficznie.

— Czego się śmiejesz.

— Ja się uśmiecham, bo jesteśmy identyczni. Ja też to pomyślałam, minutę temu. Szkoda, że jej z nami nie ma. To była taka kochana osoba, tylko Koi jest podobna, chociaż inna.

— To prawda.

Patrzyłem na nią. Miała coś zniewalającego w sobie. Poproś teraz, a nie odmówię i zrobię to z rozkoszą, pomyślałem i fala pożądania mnie wprost zalał.

Ona patrzyła mi w oczy i szepnęła.

— Chcesz mnie, prawda?

Nie chcę by było jak ostatnio — rzekłem.

- I ja nie chcę. To nasz dzień.

- Spojrzałem na nią inaczej, z pełnią miłości. Jeszcze przed chwilą byłem gotowy kochać się z nią jak z żoną, a nawet bardziej. Moje wnętrze czuło nawet większe podniecenie, bo miałem przed sobą córkę. Najukochańszą istotę, którą sam począłem. Gdybym sobie tego nie uświadomił, pewnie za chwilę zaczęlibyśmy jak trzy lata temu i nic by nas nie mogło zatrzymać. Ale przyszła mi mała myśl. Maleńka, prawie niedostrzegalna. Miecz. Ta broń nie negocjuje. Jest po to, by rozwiązywać wszelkie wątpliwości, odcinając jedno od drugiego, raz na zawsze.

- Chloe, jestem samurajem, a samuraj tnie mieczem. Otóż mógłbym kochać się ze wszystkimi kobietami, poza matką.

- Rozumiem — szepnęła.

- I poza tobą. Ale podobno jesteś poszkodowana.

- Tak, jako jedyna nie mogę za ciebie wyjść.

- Pomogę ci, nie będziesz więcej poszkodowana.

- To wspaniale, Euri.

- Nie będę spał z żadna z was, właśnie dlatego, że mnie pragniesz. Nawet z Koi, którą kochałem, zanim poznałem Dianę i kocham nadal.

- Znaczy? - zamrugała rzęsami i na jej ślicznej buzi pojawiło się niezrozumienie i zakłopotanie.

- To było cięcie miecza. Nie mogę ci zabronić mnie kochać i nie mogę ci zabronić mnie pragnąć. Ale ja nie dotknę żadnej z was. Ożeniłem się z Dianą i tak już zostanie. Nie będę miał innej kobiety. Zrobiłem to z Rozalindą, ale wówczas jeszcze byłem z Dianą. Jeżeli bym mógł, powiedziałbym jej, ale nie mogę. Jak one wszystkie wrócą, powiem im to, co tobie. Być może Koi będzie przykro, ale i ona zrozumie. Ona pierwsza zrozumie.

Chloe patrzyła na mnie i wyglądało, że zrozumiała. Tym razem na zawsze.

- Będę cię zawsze kochać i pewnie pragnąć, ale rozumiem.

- Miecz nie rozumie, miecz zabija. Tym razem uratował wiele żyć.

Usiadłem na fotelu i patrzyłem w okno, jedyne co widziałem to twarz Diany.

Chloe poszła po komórkę i zadzwoniła do Aisy.

— Możecie przyjść.

Siedzieliśmy razem z córka jak dwa gołąbki. Za trzydzieści minut przyjechały kobiety i Aisha. Oczywiście Aisha też była kobietą, ale z uwagi na różnicę wieku, tak pomyślałem.

— Co kupiłyście dobrego? — zapytała Chloe.

— Dużo dobrych rzeczy dla Euri — powiedziała Rozalinda i pogładziła mnie po policzku — zmizerniał przez te lata.

Zdziwiłem się trochę jej reakcją, chociaż wiedziałem, że Koi tak by nigdy nie zrobiła przy wszystkich. Podziwiałem jej zachowanie, bo znacznie odbiegało od tego, jak by postępowała Japonka, a już, szczególnie że żyła praktycznie w buddyjskim klasztorze.

Wszystkie poszły do kuchni, tylko Koi została ze mną. Pocałowała mnie delikatnie.

— Dobrze?

— Tak.

— To się cieszę.

— Jesteś cudowna. Masz największe prawo mieć mnie dla siebie, a nie robisz nawet wrażenia, że o tym wiesz.

— Amo — san, jesteś tylko swój, że tak powiem. Twoja żona też taka była, prawda?

— Była cudowną istotą. Nigdy nie miała o nic pretensji. Kiedy ją poznałem, czułem się oszukany i odtrącony przez ciebie, dlatego uciekłem w jej ramiona. A potem podobnie jak z tobą, miałem chwilę zwątpienia, wówczas mnie zatrzymała.

Koi wtuliła się we mnie i szepnęła.

— Już wiesz, że nie mogłam, a bardzo chciałam cię zatrzymać, mimo że wiedziałam co będzie.

— To wszystko, bo uwierzyłaś mistrzowi?

— Nie tylko. Tego potrzebowałeś dla siebie.

— Myślę, że bez tego nie miałbym Diany, Chloe i Remiego, a teraz została mi tylko ona.

— Tak czasem jest na tym świecie. Ale dostrzeż i inne pozytywy. Uszczęśliwiłeś Chloe tym, że żyjesz, wpłynąłeś na Rozalindę...

— I tak jak się to skończy, wrócę do Japonii z tobą.

— A co z córką?

— Jest dorosła. Zrobi co zechce.

— A jeżeli też zechce z nami mieszkać w klasztorze?

— Ma wybór.

— Wówczas będzie blisko.

Spojrzałem na nią.

— To nie jest żądza, teraz to wiem.

— Taka jak dzisiaj?

Spojrzałem na nią. Uśmiechnęła się.

— Japonka też czasem żartuje.

— Aha, bo trochę się zdziwiłem.

— Masz jeszcze inne zadania do spełnienia. Znaczy te same, tylko z innymi osobami.

— Sądzisz, że jestem aż tak atrakcyjny?

— Amo — san. Twoja atrakcyjność jest wielowymiarowa. Część fizyczna jest tylko częścią.

— Nie bardzo rozumiem.

Pocałowała mnie w nos.

— Bo nie jesteś kobietą.

— Aha, teraz rozumiem, dlaczego nie rozumiem.

Zastanawiałem się, czy jej powiedzieć, że nie doszło do niczego z Chloe i nigdy nie dojdzie, ale uznałem, że nie jest to najwłaściwszy czas. Być może nie zrozumiałaby, właśnie dlatego, że ja jestem mężczyzną. Prawdziwym mężczyzną.

— Od jutra zaczniemy ostrzej ćwiczyć. Musisz nabrać sił.

— Masz rację. Wygospodarujemy jeden pokój.

— Nasz. Oddamy im łóżko, a zostawimy tylko materac, co nam więcej potrzeba?

— Masz rację. Miałem piękny dom, dużo pieniędzy, trzy luksusowe samochody, fortepian. Teraz mam tylko Chloe.

— Masz dużo więcej. Masz naszą miłość i każda z nas oddałaby życie za ciebie.

— Poważnie mówisz?

— Najzupełniej. Poza tym jesteś nadal bogaty. Twoje pieniądze są tam, gdzie je zostawiłeś. I nie zapomnij o swoim przyjacielu i jego ślicznej żonie.

— Wzięli ślub?

— Rok temu. Rozalinda wie, gdzie mieszkają. Trójka jej ludzi ma na nich oko. Są bezpieczni.

— Wiedzą, że żyję?

— Nie wiedzą co z tobą, wiedzą, że żyjesz, ale nie wiedzą gdzie i jak. Niestety musi to jeszcze pozostać w ich niewiedzy dla naszego i ich bezpieczeństwa.

Aisha przyszła z kuchni.

— Zaraz będzie jedzenie. Zrobiłam sushi jak mnie uczyłaś — zwróciła się do Koi.

— To dobrze, Aisha— san. W ten sposób codziennie Euri będzie zjadał z jedzeniem naszą miłość do niego i szybciej się wzmocni.

Odczułem to emocjonalnie co powiedziała Koi. Naprawdę była kochana.

— Ma dodatkową miłość od Diany. Podwójną, bo jedną jej część ja daje, a drugą Chloe.

— Jesteś bardzo kochana, Aisho, dziękuję.

Uśmiechnęła się tylko.

Usiedliśmy i zaczęliśmy jeść. Nigdy nie czułem się tak dobrze, jak teraz. Nie chodziło tylko o to, że moja córka żyje. Chodziło o to, że miałem obok siebie cztery kochające mnie osoby. Dbały o mnie i troszczyły się jak najbardziej mogły. Do pełni szczęścia, jeżeli chodzi o wszystko, brakowało mi dwóch spraw. Chciałbym, żeby ty była Diana, moja kochana żona i para moich przyjaciół, George i jego ukochana Camilla. Pierwszy raz pomyślałem, że za swoje złe czyny nie powinni się tu znaleźć mój syn Remi i mój brat, Hajze. Bo coraz bardziej do mnie docierało, że pomimo iż Hajze namawiał i wpływał na młodego Remiego, to on, nawet jeżeli nie dostał wystarczającej dawki miłości ode mnie, z pewnością otrzymał ją od matki. Ale niestety nie miałem złudzeń, że kiedykolwiek zobaczę Dianę w jej ludzkim ciele, co do mojego byłego kierowcy i dozgonnego przyjaciela i subtelnej Camilli, miałem nadzieję ich zobaczyć. Jakoś zacząłem wierzyć, że teraz mój los zacznie się odmieniać. Postępowałem źle, przez większość życia. Miałem małe wyrzuty sumienia z powodu tych bandziorów w Japonii, za to żałowałem całkowicie, że byłem szefem fili Syndykatu X w Londynie. Potem spadły na mnie nieszczęścia. Zginęła moja żona i syn i sądziłem, że córka również. Ktoś mnie uratował, ale tylko w celu, żebym więcej cierpiał. Z jakichś powodów niedane mi było się zastrzelić, mimo że próbowałem dwukrotnie. Potem przez trzy lata właściwie nie żyłem i kiedy w końcu postanowiłem zakończyć życie, wszystko się zaczęło odmieniać. Okazało się, że Koi jest ze mną. Chloe została uratowana przez Aishę i teraz wszystkie kochające mnie osoby były ode mnie w promieniu kilku metrów.

AlexAthame

opublikował opowiadanie w kategorii dramat i kryminalne, użył 2608 słów i 14447 znaków, zaktualizował 14 wrz 2020.

Dodaj komentarz

Zaloguj się aby dodać komentarz. Nie masz konta? Załóż darmowe konto