Deszcz cz 27

— Nie. I to jest dziwne. Chętnie zabiłabym go osobiście, jedyne co mnie powstrzymywało, że jest to twój brat. Co się stało w twoim domu, częściowo wiem. Aisha czuła niebezpieczeństwo i z narażeniem życia uratowała sparaliżowaną trucizną Chloe, ale nie wiemy co się stało z resztą.

— Diana odzyskała jakimś cudem władzę w ciele i chciała powstrzymać Remiego. On w szamotaninie wystrzelił i zranił śmiertelnie matką. Nie widziałem niestety skruchy i żalu. Sądziłem, że był to wynik stresu, teraz po wysłuchaniu ciebie, myślę, że jednak Remi nie był dobry. Hajze zastrzelił go na moich oczach i powiedział dokładnie to, co ty, że nie może ryzykować, bo skoro Remi to zrobił, nic go nie powstrzyma, później. Nie wiem kto zabił Hajze. Jest ktoś, kto mnie uratował, ale nie po to bym żył, tylko bym bardziej cierpiał. Przypuszczam, że ta sama osoba zabiła Terrego i Simona. Niestety nie mam pojęcia kim jest ten osobnik i dlaczego to robi.

— Skoro już wam wszystko opowiedziałam, powrócę do mojego planu. Chcę zabić tych prawdziwych, złych ludzi, którzy zarządzają Syndykatem. Mam inne adresy w innych miejscach. Zacznę od najważniejszego, tutaj.

Pokazała na mapie Anglii, zamek.

— Będziesz najbardziej poszukiwanym terrorystą na świecie — odrzekłem.

— Oficjalnie i tak nie żyję, więc wcale mnie to nie wzrusza. Mam możliwość wejść w posiadanie bomby atomowej o sile sześciu kiloton. Zamek jest w lesie i w promieniu pięciu kilometrów nie mieszkają ludzie. Spróbuję wejść i zostawić ładunek, jeżeli nie da się inaczej, sama zdetonuję na miejscu.

— Nie chcesz żyć, po tym, kiedy przekonałaś się, że nie chcesz już czynić zła? — zapytała Koi.

— Tym oczyszczę częściowo swoje zbrodnie.

— Nie zgadzam się — rzekłem.

— I ja również nie jestem za tym — powiedziała Japonka.

— Powiedziałam, że jeżeli nie chcecie mi pomóc, zrobię to sama. Mam kilkanaście osób, którym mogę ufać. Pieniądze ich nie zmienią.

— Możesz zostawić to i wrócić z nami do Japonii. Zło i tak będzie istnieć, nawet jeżeli zabijesz wszystkich złych ludzi, inni ich zastąpią. Taka jest ludzka natura.

— Nie zdołam zabić wszystkich, ale chciałabym usunąć tych naprawdę złych.

— Przemyśl to. Pomogę ci — rzekłem.

Koi spojrzał na mnie zdziwiona. Odkryłem jej myśl i powiedziałem.

— Nie musisz tego robić tylko dla mnie.

— Chcę być z tobą. Gdzie ty tam ja. Wierz mi, nie chciałam cię stracić wtedy, ale takie było przeznaczenie. Teraz już się wypełniło i mogę robić co nakazuje mi serce.

Poczułem dziwne odczucie w miejscu, o którym wspomniała.

— Czyli chciałaś mnie wtedy zatrzymać?

— Oczywiście, przecież cię kochałam.

— Kochasz go cały czas tak samo? — zapytała Rozalinda.

— Tak.

— Ma facet szczęście. Wszystkie go kochamy, ale będzie spał tylko z jedną.

Zrobiłem minę. Nie bardzo chciałem o tym rozmawiać ani nawet o tym słyszeć.

— Jak się to stało, że wiedziałyście o mnie? — zapytałem.

— Równolegle, nie znając siebie, próbowałyśmy cię bronić. Spotkałyśmy się miesiąc temu. Ja chciałam od razu działać, ale Koi mnie powstrzymywała. Powiedziała, że musisz sam postanowić.

— Co miałem postanowić?

— Że chcesz żyć. Przecież chciałeś umrzeć.

— Miecz mnie powstrzymał. Być może dusze wszystkich samurajów nie chciały, abym ginął jak słabeusz.

— Nie jestem mocna w te klocki, o czym mówisz, ale cieszę się, że żyjesz, Euri.

Rozalinda podeszła do mnie i przytuliła mnie mocno. Czułem, że chciała czegoś więcej, ale umiała się powstrzymać i nie tylko z powodu obecności Koi.

— A co z moją córką i Aishą? Musimy zapewnić im bezpieczeństwo — rzekłem.

— Chloe była bezpieczna trzy lata, bo uznana jest za zmarłą. Na razie nikt nie szuka Aishy. Ahmed i Fatima wrócili do Egiptu. Wiemy gdzie są, a oni raczej nie u nikogo na celowniku. Porozumiem się z moimi ludźmi i będą mieli je na oku.

— Mam lepszy pomysł. Najbezpieczniejsze są w klasztorze w Nagano. Poza tym Yakuza nie da im zrobić krzywdy. Chodzi tylko o miecz. Oczywiście jest nadal twój, ale powinien być na ziemi, z której powstał.

— Mam do ciebie pytanie, Koi — zapytała Brazylijka — prywatnie też tak myślisz? Najważniejszy jest dla ciebie miecz?

— Nie. Nic nie jest dla mnie tak drogie, jak Ame — san.

— Deszcz, jesteś szczęściarzem — szepnęła Rozalida.

— Kocham go, ale jeżeli nie możesz bez tego żyć, a on sie zgodzi, możesz go mieć jeszcze raz.

Chciałem zaprotestować, ale sama Rodriguez mnie wyręczyła.

— Wybacz mi Koi. Po prostu ciężko mi utrzymać moje hormony na wodzy. Oczywiście, że go chcę, ale jest twój i teraz tylko twój. Postaram się nie okazywać tego. Teraz mam ładną buzię i poza tym, dzięki niemu nawróciłam się na chłopów. Tylko gdzie znajdę takiego jak on? — uśmiechnęła się uroczo.

— Nie wiem co we mnie widzicie takiego — rzekłem.

— Ananta wa tengoku kara no tenshidesu, sore ge riyudesu..

— Coś tam jest z aniołem, ale nie zrozumiałam. — rzekła Rosalinda.

— Powiedziałam, że jest aniołem z nieba i dlatego tak jest.

— On nie jest człowiekiem? — zapytała Brazylijka.

— Z ciała tak, z ducha nie.

— Nie rozumiem — rzekłem.

— Pamiętasz co powiedziałam jak otworzyłam oczy?

— Byłaś wówczas małym dzieckiem.

— To nic. Byłam tam i widziałam tam ciebie. Dlatego tak powiedziałam.

— Wiesz, że to ponad moje zrozumienie — odrzekłem.

— Wiem, ale pytałeś, to ci powiedziałam.

— Co tam robią nasze młode — zapytała Rosalinda — pójdę zobaczyć. Miejcie czas dla siebie.

Wyszła. Koi bez słowa wtuliła się we mnie.

— Chce być znowu małą dziewczynką i puszczać z tobą latawce, pamiętasz jak to robiliśmy, Ame — san?

— Nigdy nie zapomniałem, watashi no ai.( moja miłości)

Delikatnie mnie pocałowała i siedzieliśmy tak kilkanaście minut, bez ruchu.

— Pójdę zobaczyć córkę — powiedziałem cicho do Koi.

— Oczywiście Euri, byliście tak długo w oddaleniu.

— Myślałem, że nie żyje. To tak jakby się urodziła na nowo, dla mnie.

— Rozumiem. Posiedzę i pomedytuję, a potem poćwiczę.

— Dobrze, Koi.

Wyszedłem cicho zamykając drzwi. Siedziały we trójkę, a kiedy mnie dostrzegły Rosalinda wstała i wzięła za rękę Aishę.

— Chodź, pewnie chcą pogadać.

Egipcjanka spojrzała na mnie miło i poszła z Rozalindą. Nie wyglądała źle w europejskim ubraniu. Pierwszy raz widziałem ją w spódnicy. Duża i mocna dziewczyna, pomyślałem. Od czasu jak się zobaczyliśmy wczoraj, nieustannie miałem w sercu myśl, że zawdzięczam jej coś najcenniejszego, Chloe.

— Hej — szepnąłem, kiedy zostaliśmy sami.

— Hej — odrzekła Chloe i od razu wtuliła się we mnie.

— Nie mieliśmy jak pogadać — zacząłem.

— Tak, a mamy o czym.

— Tak, kochanie.

Popatrzyła na mnie.

— To taki nowy start, nie sądzisz?

— Tak, właśnie przed chwilą pomyślałem, że dla mnie narodziłaś się na nowo.

— To możemy zacząć od nowa. Kochałam cię, mimo że mi cię brakowało. A potem wiesz...

Nigdy nie powiedziałam mamie...

— To nic — kochanie.

Wzięła mnie za rękę.

— Ona wiedziała. Jakieś dwa tygodnie później, chciałam powiedzieć. Zdołałam tylko wydukać, że kiedy byli w kinie ja i ty i tyle dała mi powiedzieć. Stwierdziła, że czuje i wie, że dobrze się stało, że się nie stało. Dodała, że wszystko rozumie i mnie kocha.

— Co za cudowna istota — poczułem, że mam w oczach łzy.

Chloe też miała.

— Czy musiało się to stać? Gdyby nie Aisha, nie byłoby mnie tutaj. Nawet jak znajdę kiedyś faceta, zawsze będziesz w moim sercu.

— Czyli ułożyło ci się to w środku?

— Tak, co nie znaczy, że coś się między nią a mną, zmieniło. Wiem, że ona też to czuje i niestety ty jesteś tym facetem.

Uśmiechnąłem się nieco zawstydzony.

— Ty się rumienisz, tato? — zapytała zdziwiona.

— Wszystkie mnie kochacie i pragniecie. Nawet ty.

— Może pogadam z Rozalidą i zrobimy to razem, podołasz?

Popatrzyłem na nią poważnie.

— Nie powinnaś tak żartować.

— Wiesz, że to możliwe. Tak, żartuje i wiem, że nie powinnam. Każda z nas jest inna. Koi jest najbardziej duchowa, a Rosalinda najbardziej fizyczna. Ale żadnej z nas nie przeszkadza cię kochać. Mam to gdzieś głęboko, ale oczywiście nie będziesz miał ze mną kłopotów. Czy naprawdę sądzisz, że w normalnych warunkach tamto wtedy, gdyby doszło do skutku, mogłoby zniszczyć nasze szczęście?

— Być może. Wiesz co pomyślałem teraz?

— Chyba wiem. Pomyślałeś, że wolałbyś by to się stało i żeby Diana i Remi żyli. Czy masz nienawiść do Hajze?

— Nie, ale on do tego doprowadził, co prawda największą winę ponoszę ja. Gdybym był dobrym ojcem, nigdy by się to nie stało.

Chwyciła mnie z ramiona.

— Tato, mylisz się.

— W czym?

— Byłeś dobrym ojcem. Diana cię kochała i ja. Tylko tak wtedy powiedziałam. Chciałam cię, bo was widziałam. To, że nie byłeś ze mną, kiedy inne spędzały czas z ojcami, nie miało znaczenia. Nie sądzę, że mogłabym cię więcej kochać, gdybyś był wobec swojej oceny doskonały. Trudno mi to powiedzieć, ale być może Remi miał innego ducha niż my. Może odziedziczył geny po dziadku, te duchowe...

— Nie mogę się usprawiedliwiać...

— Nie możesz wciąż się oskarżać. Chciałeś mnie przekonać, że skoro pragnęłam mężczyzny to nie będę z Aishą. Wiem, że będę ją kochać do końca życia czy z nią będę, czy nie. Co do ciebie, ja ci mówię, że nie jesteś niczemu winny. Hajze był zły, a Remi to zaakceptował, bo nas nie kochał. Nic nie mogłeś zmienić.

— Chloe, wszystko ma wpływ na wszystko.

— Prawda, ale albo się mam miłość, albo nie. Stryj udawał fajnego faceta, a był zły. Możesz mówić co chcesz, a jak tak uważam. Wcześniej nie widziałam, że Remi jest taki sam. Dałam mu miłość, a mama go naprawdę kochała nie mniej niż mnie, a może więcej. Ale nie umarła nieszczęśliwa. Nie miałam możliwości widzieć jej ostatniego spojrzenia, ale mam pewność co do tego.

Znowu poczułem łzy.

— To prawda. Umarła z miłością w oczach i nie tylko do mnie, ale i do Remiego.

— Tak naprawdę, ci co mają miłość są szczęśliwi bez względu na wszystko, a ci, co jej nie mają, są ciągle w mroku.

— Być może masz rację. Na razie czuje się winny, chociaż inaczej niż poprzednio. Koi mi pomaga i ty oczywiście też.

— Postaram się być już najlepszą córką na świecie.

— Jesteś.

— Dziękuję. Co myślisz o pomyśle Rozalindy?

— Jest szalony, ale rozumiem. Natomiast Koi z nią się nie zgadza.

— Czyli się przyłączysz? — zapytała z lekkim strachem w oczach.

— Jeszcze nie wiem.

— Nie chcę cię stracić. Mam Aishę, ale ty jesteś dla mnie specjalny. Może to dziwnie zabrzmi, ale jesteś najważniejszy. Mama była również, ale jej już nie ma. Dlatego wszystko, co czułam do niej, przelałam w ciebie.

— Człowiek musi być sobą. Nie może robić coś dla kogoś, nawet jeżeli jest to najukochańsza osoba.

Zobaczyłem jej łzy.

— Nie chcę cię znowu stracić.

— Nie stracisz, przyrzekam i dotrzymam.

— Ale i tak będę się bała.

— Strach wypływa z innego źródła. Jest w środku, nie na zewnątrz.

— Nie rozumiem.

— Albo się ma strach, albo nie. Człowiek nie powinien się bać. Wówczas się nie boi, bez względu na wszystko.

— To trochę trudne do pojęcia, ale skoro tak mówisz, to pewnie tak jest.

— Jeżeli to razem zrobimy, ty i Aisha polecicie wcześniej do Japonii.

— Wykluczone. Polecimy razem.

— To już postanowione.

— Tato, nie chcę się z tobą spierać. Nigdzie nie polecę bez ciebie. A Aisha będzie ze mną, to wiem. Poza tym ona jest bardzo odważna, pewnie nie ustępuje w tym ani tobie, ani nikomu z was, tylko ja jestem tchórzem.

— Boisz się?

— Tylko o ciebie. Może nie dokładnie o ciebie, jak o to, że nie chcę cię stracić. Jestem dorosła, zresztą już byłam od czterech lat, a teraz bym chciała znowu być mała. I chciałbym być z tobą, bo wiem, że z mamą nie mogę być.

— Wczoraj przed zaśnięciem, Koi mi wyznała, że chciałby być mała i puszczać ze mną latawce.

— Zupełnie ją rozumiem. Musi cię bardzo kochać.

— Tak. Ja ją też kocham. Nigdy nie przestałem, powiedziałem o tym Dianie zaraz jak się poznaliśmy i ona to rozumiała.

— Mama była cudowną osobą, szkoda, że jej nie ma wśród nas.

— W ciele. Jest w moim sercu i wierzę, że kiedyś będziemy znowu razem.

— Tak, ale skoro kochasz Koi, to jak to będzie?

— Będziemy wszyscy razem.

— Odwieczne pytanie. Sądzisz, że Remi i Hajze będą też tam?

— Wiem, do czego zmierzasz. Nie wiem.

— Mogłabym to zaakceptować, gdyby mi wytłumaczyli, dlaczego to zrobili i musieliby żałować, ale bardziej czuję, że tak nie jest. Sądzę, że tylko ludzie, którzy mają miłość będą, a ci, co jej nie mają, nie będą.

— To są dwie koncepcje filozoficzne, a właściwie trzy. Ateiści uważają, że nic nie ma. Jest życie, kiedy się kończy, nic nie ma. Ci, co wierzą w Boga dzielą się na tych, co wierzą w reinkarnację albo jej brak. Każda z teorii ma mocne strony, jak i słabe. Ja nie wierzę w reinkarnację, lecz również nie wierzę w wieczne potępienie, natomiast wierze w wieczną radość.

— Musimy żyć teraz. I musimy być najlepsi jak możemy. A co będzie potem, nie jest od nas zależne.

— W tym sensie jak mówisz, wszystko jest zależne od nas.

— Chodzi mi o to, że nie możemy zmienić czegoś, co jest. Natomiast pytanie jest, dlaczego postępujemy tak, a nie inaczej. Chciałam się z tobą kochać. Wierz mi, nawet Aishy tak nie pragnęłam w jednej czwartej. Nie dopuściłeś do tego i jestem ci wdzięczna. Z drugiej strony nie uważam, że popełniłabym zbrodnie, bo chciałam tego z miłości.

— Chloe, dobrze, że się to nie stało. Mówiłem ci, że chciałem. Ale człowiek ma świadomość i dla tego nie robi wszystkiego, co chce. Jesteś wolna od tego?

— Prawie. Chyba masz rację. Rozmawiałam o tym z Aishą. Ona mi powiedziała, że nie potrafi sobie wyobrazić, że mogłaby pragnąć Ahmeda. Natomiast nie ma żadnego problemu pragnąć mnie i chciałby tego z tobą.

— Dlatego trochę dziwnie się czuję z wami. Każda z was chciałby ze mną tego. A jedyną, która ze mną będzie, jest Koi.

AlexAthame

opublikował opowiadanie w kategorii dramat i kryminalne, użył 2626 słów i 14652 znaków.

1 komentarz

Zaloguj się aby dodać komentarz. Nie masz konta? Załóż darmowe konto

  • Choc

    Witam.
    Tym razem ,miód i cukier.
    Ale pewnie ,zbliża się burza.

  • AlexAthame

    @Choc Nie tak szybko.Jakkolwiek już nic złego nie spotka nikogo z nich. Euri będzie miał nadal problem z faktem, że wszystkie mieszkające z nim kobiety go kochają i pragną. Raczej z tym drugim, ale jak to chłop, polegnie.