Czarne i białe cz 4

Ojciec zielonookiej dziewczynko zadziałał szybko. Otworzył bagażnik. Wziął kierowcę Lexusa na ręce i zaniósł go pod wjazd do garażu. Co za facet z niego! Wrócił po broń i rzucił obok. Rozwiązał go. Tamten spojrzał oniemiały. Miał dużo więcej sumienia od mordercy żony Mike’a. Wstał. Zabrał broń i strzelił w zamek od drzwi. Po pół minucie usłyszeliśmy dwa strzały.

— Jedziemy do domu.

Mike posłuchał.

— Będę z tobą nadal. W nieco inny sposób.

— To znaczy?

— W mojej naturalnej postaci.

— Miałeś mnie poduczyć.

— Zrobię to. Będziesz mnie słyszał. Nawet jak się pomylisz i się odezwiesz, nikt nie usłyszy. Robię to ze względu na Lori i drugą twoją córeczkę. Sprawiłeś się super. Pomogę ci, a ty zrobisz coś dla mnie.

Stałem się niewidzialny.

— Jesteś tu? — zapytał.

— Cały czas.

Lori się obudziła.

— Tatusiu!

Zaczęła płakać.

— Tatuś cię odnalazł, już ci nic nie grozi.

— Mamusia....

— Odeszła w dobre miejsce.

Lori cały czas płakała.

— Kochanie, bardzo bym chciał cię przytulić, ale musimy odjechać z tego miejsca. Pojedziemy do domu.

— Dobrze, tatusiu. Czy Susan jest bezpieczna?

— Tak kochanie. Już będzie dobrze.

— Nigdy już nie będzie tak samo. Mamusia umarła. Ten zły pan ją zastrzelił.

— Tak kochanie, ale mamusia jest teraz w dobrym miejscu, musisz uwierzyć tatusiowi.

— Wierzę ci.

Przysłuchiwałem się w ciszy, tej rozmowie.

Tymczasem pod dom, gdzie przed chwilą parkowaliśmy, dojechał jeep mercedes. Model G 550. Lubili czarne kolory. No cóż, ciemność przyciąga ciemność. Czasami.

Martin Klacht strzelił do Laplassa. Ten jeszcze żył. Dostał jedną kulę w bardzo bolesne miejsce w okolicy żołądka. Kierowca Lexusa nie wiedział, w jaki sposób go zatrzymano jak dziecko. Pluł sobie w brodę, że się wówczas zatrzymał na szosie, ale to należało już do przeszłości. Wiedział, że ludzie z jachtu nie będą pytać. Martin zastanawiał się, ilu ich przyjedzie i z jaką bronią. Sądził, że ktoś z ludzi z San Francisco, sypnął. Miał nadzieję, że uda mu się załatwić gości, dla których była przesyłka.

Tamci też nie byli idiotami. Nie chcieli zabierać wszystkich, ktoś musiał pilnować ich bossa, oraz trzy małe istot, zamkniętych pod pokładem.

Martin dobrze strzelał. Nadal nie mógł darować sobie, że się zatrzymał. Nie wiedział, że przesądziłem sprawę już na samym początku. Gdyby się nie zatrzymał, pomógłbym mu w tym. Tylko prawdopodobnie jego serce by tego nie wytrzymało. A tak, zdobył dodatkowe punkty.

Przyjechali we dwójkę. Jeden zobaczył otwarte drzwi do domu. Drugi poszedł od tyłu budynku. Gdyby ich było trzech... Martin zastrzelił jednego zaraz przy wejściu. Poszedł do mercedesa, którym przyjechali i schował się na tylne siedzenie. Czuł, że ma pięć minut. Bo jak słusznie przypuszczał, za chwilę zjawi się tu kilka radiowozów. Tamten w domu też o tym wiedział. Zobaczył trupy i śmiertelnie rannego Jacque. Skrócił mu cierpienia, strzałem w czoło. Wyszedł przednimi drzwiami, uprzednio się rozejrzawszy. Poszedł do wozu. Zginął w momencie, kiedy usiadł za kierownicą. Martin wyrzucił go na bruk. Przetarł krew z szyby i ruszył. Zrobił błąd, że odebrał wiadomość z jachtu. Po chwili śliczny model G 550 rozleciał się na kawałki. Gdyby uciekł S 430, który stał w garażu, miał więcej szans. Podałem tę wiadomość dla Mike'a.

— Morderca twojej żony, zginął. Jedź prosto do domu.

— Dziękuję — powiedział.

— Wystarczy jak pomyślisz — rzekłem do jego wnętrza.

< Dobrze — odparł w myślach > ( *< > będzie określał wymianę myśli Mike’a i mnie )

< Co mam robić? >

< Jedź do domu. W domu zadzwonisz z komórki Lori na policję. Podam ci dokładne informacje. Inaczej nie złapią jachtu >

< A co z tymi trzema dziewczynkami? >

< Zobaczymy, jeżeli policja się postara, nie zginą. Zrozum, pomagam tobie. Nie mogę pomagać wszystkim >

< Rozumiem>

— Kochanie, tam z tyłu znajdziesz wodę i kanapkę.

— Nie będę jadła, ale się napiję. Na pewno Susan jest bezpieczna?

— Tak, kochanie. Ci, którzy cię skrzywdzili, już nikogo nie skrzywdzą.

Lori posiadała dość inteligencji. Zrozumiała.

— Daddy, dlaczego?!

— Nie wiem kochanie, ale przysięgam ci, że się dowiem.

< Mike, postaraj się nie przysięgać. Ponieważ wówczas ja czuję się zobowiązany. Teraz pomogę ci spełnić i to przyrzeczenie >

< Złapiemy wszystkich{PHP}

< Tylko tych, którzy są w to zamieszani bezpośrednio. Ja oczywiście wiem kim oni są, ale nie będę cię nawet naprowadzał. Przejdziesz dobry trening. Zrobię z ciebie doskonałego agenta >

< Kto by pomyślał, że Pan Bóg wysłucha mnie i przyśle anioła >

Nie chciałem na razie wyprowadzać go z błędu, co do mojej tożsamości.

Dojechaliśmy po jakimś do miejsca gdzie mieszkał. Tak jak można się było spodziewać przy domu Mike’a stały trzy wozy policyjne. Stróże prawa okazali trochę serca i rozumu.

— Mike Celvenn?

— Tak, to ja.

— Musimy porozmawiać.... Jakim cudem jest z panem córka?

— Znalazłem porywaczy. Morderca i kierowca Lexusa nie żyją. Muszę natychmiast rozmawiać z porucznikiem Dorianem Carmelem.

— Czy możemy wejść do domu, panie Celvenn?

— Tak. Gdzie jest moja młodsza córka Susan i jej opiekunka, Alison Nox?

— Są na posterunku. Proszę rozmawiać. Porucznik Carmel jest po drugiej stronie.

Zacząłem podawać Mike’owi informacje.

— Proszę posłuchać poruczniku Carmel. Wszystko potem wyjaśnię. Koło Golden Gate stoi srebrny, luksusowy jacht. Na jego pokładzie jest ośmiu bardzo mocno uzbrojonych ludzi. Pod pokładem są trzy porwane dziewczynki. Musicie go złapać jacht w Gulf of the Farallones, zanim odpłynie za linię wód terytorialnych. Trzy łodzie pościgowe i dwa helikoptery powinny wystarczyć. Uważajcie na działo. Mogą strzelać, ale jest na to tylko jedna czwarta szansy. Ogłoście przez radio, że jeżeli zabiją zakładniczki, wszyscy zginą. Jeżeli nie, puścicie ich wolno.

— Pan zwariował, Celvenn. Nie mogę im tego obiecać!

— Inaczej będzie miał pan na sumieniu trzy niewinne dusze. Proszę mi zaufać. Jest pan zdziwiony, że odzyskałem Lori, prawda?

— To jest cud. Nigdy...

— Proszę to zrobić. Sam ma pan chłopca i dziewczynkę.

— Tak. Skąd pan wie? Koniecznie musimy porozmawiać.

— Oczywiście. Ale później. Zabójca i jeszcze sześciu ludzi zamieszanych w sprawę pozabijało się nawzajem. Ta informacja powinna pomóc odpowiednim siłom na podjęcie właściwej decyzji. I proszę nie obawiać się, że pułkownik Lorenc z głównej będzie miał inne zdanie. Proszę zapamiętać i przemyśleć ostatnią informację.

Mike przekazał dokładnie. Weszliśmy do domu. Lori wzdrygnęła się na widok plamy krwi.

— Panie sierżancie. Proszę dopilnować by tej plamy nie było jutro.

— Proszę wybaczyć panie Celvenn, ale to są ślady przestępstwa...

Sierżant Larrson odebrał meldunek.

— Znaleziono pański Suburban. Czyj jest ten samochód?

— Ukradłem. Jest nienaruszony. Proszę przerosić tego starszego człowieka. Jeżeli zechce, może mnie pozwać.

Mike wszedł do domu z córką.

— Tatusiu, bardzo się teraz boję. Nie chcę tu być.

— Dobrze, kochanie. Jak tylko przyjedzie Susan i Alison, pojedziemy do hotelu.

— Tatusiu!

Mała wpadła w jego objęcia. Cicho płakała. Mike tylko gładził jej włosy. Otworzył lodówkę i dał córce soku. Mała patrzyła pustym wzrokiem na wszystko.

— To wszystko będzie mi przypominać mamę.

— Wiem skarbie. Jeżeli zechcesz, sprzedamy dom. Tylko kto go kupi?

— Nie wiem, daddy. Dlaczego?

— Kochanie, już ci mówiłem. Mnie też jest trudno. Wiesz, że bardzo kochałem mamusię.

— Wiem. Ale mówiłeś, że jest w dobrym miejscu. Ona nas widzi, a my jej nie.

Cóż, nie tak się sprawy miały, ale nie chciałem się wtrącać.

— Musisz coś zjeść, skarbie.

— Na razie nie mogę i nie chcę.

— A w hotelu?

— Może.

Usłyszałem samochód Carmela. W chwile później i Mike go usłyszał. Do domu wbiegła Susan. Rozpłakała się, lecz kiedy zobaczyła siostrę, uśmiechnęła się przez łzy.

— Lori!

Przytuliła się do niej mocno. Obie płakały. Po chwili podeszły do ojca. Mike miał siłę. Podniósł je obie. Całował ich buzie. One tuliły go i gładziły mu włosy. Carmel stał spokojnie. To dobrze o nim świadczyło. W końcu Mike postawił córki na ziemię. Alison stała blisko drzwi.

— Chcemy jechać do hotelu. Czy Alison jest bezpieczna?

— Skoro wszyscy oni nie żyją, myślę, że tak. Ale i tak ona i jej rodzice, i tak dostaną ochronę.

Mike zwrócił twarz w kierunku dziewczyny.

— Dziękuję ci Alison.

Ona podeszła i wtuliła się w jego szeroki tors.

— Tak mi przykro, panie Celvenn.

— Mów mi Mike, jeżeli chcesz. Jesteś dla mnie jak rodzina.

— Pan dla mnie też. Kocham Lori i Susan. Dobrze, że ją pan odzyskał.

— Bóg mi pomógł.

W zasadzie zgodził się na moją interwencję. Cóż, nie mogłem spodziewać się laurów dla siebie. Takie życie.

— Ali, możesz się chwilkę zająć dziewczynkami? Muszę porozmawiać z porucznikiem.

— Możemy być w salonie razem z wami? — zapytała dziewczyna.

— Tak.

Carmelowi nie za bardzo podobała się ta decyzja.

— Proszę się zgodzić — poprosił Mike.

— Dobrze. Jak się to panu udało? To nie jest możliwe!

— Jak pan widzi, jest. Wiem, że mi pan nie uwierzy. Pomodliłem się do Boga i przysłał anioła. Jest tu, ale z pewnych osobistych powodów, jest niewidzialny.

— Come on! — powiedział głośno porucznik — sądzi pan, że w to uwierzę?

No cóż, musiałem zrobić jeszcze jeden wyjątek. Odezwałem się do Carmela.

< Nie jestem aniołem, ale to jest dla niego tymczasowe wytłumaczenie. To ja podałem informację przez niego i lepiej, żeby wszystko się udało. W najbliższych dniach Mike będzie robił dziwne rzeczy. Pana proszę abyście mu dali spokój >

Carmel aż podskoczył. Zablokowałem wszystkie jego słowa. Przez chwilę zachowywał się jak ryba wyrzucona nagle z wody.

— O kurwa! Wierzę panu, Mike. To mi wystarczy.

— Proszę zważać na słowa. Tu są dzieci — rzekł spokojnie Mike.

— Przepraszam — wydukał Dorian.

— Mój wybawiciel będzie mi pomagał znaleźć wszystkich winnych. Będę pana informował na bieżąco.

— Jeżeli potrzebuje pan broń, da się załatwić pozwolenie.

Dałem do zrozumienie Mike’owi, że to nie będzie konieczne.

— Nie. To zbyteczne. Czasem ręce wystarczą.

— W takim razie chyba nie będę dłużej przeszkadzał. Rozumie pan, że nie będę mógł tego powiedzieć innym.

— Coś pan wymyśli. Proszę uważać na pułkownika Lorenca. I jego zaufanych.

Carmel nie był głupi. Zrozumiał.

— Mam nadzieję, że odzyskamy porwane, całe i zdrowe. Są porwania. Mieliśmy kilka poszlak.

— To dzisiaj będziecie mieli więcej. Zamieszani w to ludzie zaczną się bać i z tego powodu, robić błędy.

— Tak. Jest pan doskonały, Panie Celvenn.

— To nie ja. To on.

— Oczywiście. Dam znać.

Porucznik dał rozkazy swoim podwładnym. Sierżant Larrson podszedł do Mike’a.

— Porucznik polecił odesłać Buicka na miejsce. Po zbadaniu. Za pół godziny dostanie pan z powrotem swój van.

— Chcemy pojechać do hotelu.

— Oczywiście. Wybraliśmy dobry. Ritz—Carlton na 600 Stockton st. Pokoje po 550 $ za noc. Oczywiście miasto zapłaci. Blisko California st i Pine st. Zawiezie pana i pańskie córki, wóz policyjny.

— Pojadę swoim vanem. Możecie jechać obok, jeżeli musicie.

— Musimy. Będziecie chronieni przez dwa samochody, to jest czterech naszych ludzi.

— Porozmawiam z Carmelem. To raczej utrudni mi pracę.

— Z uwagi na sytuację, nie może pan na razie pracować.

Mike sam zrozumiał, ale nie zamierzał się tłumaczyć sierżantowi.

— Dobrze, weźmiemy trochę rzeczy i jak Suburban przyjedzie, będziemy jechać. A i jeszcze jedno. Za kilka dni będziemy chcieli zobaczyć ciało. Ale to ustalę z córkami.

— Oczywiście, panie Celvenn. Proszę przyjąć wyrazy współczucia od całej policji.

— Dziękuję.

Oczywiście tylko ja wiedziałem, że nie cała policja je wyraża. Zrobiłem i tak wiele. Podjąłem już decyzję co i kiedy powiem Mike’owi. Teraz nie chciałem im przeszkadzać. Wiedziałem już, że akcja się powiodła. Zdziwieni przestępcy nie wierzyli, że mogą spokojnie odjechać. Wierzyłem w Mike’a. Cóż, czekał go trening. Ale rozmiary, jakie obejmie i ta sprawa, musiał sam ogarnąć. Niestety, tylko ja wiedziałem, że takich sytuacji jest tysiące. Miałem w moim jestestwie plan. A skoro ja go miałem, Pan już o tym wiedział. I czekał. A moja cierpliwość uciekała jak woda z dziurawego bukłaka.

W końcu przywieźli Suburban. Mike i jego dziewczynki mieli już spakowani i zabrali najpotrzebniejsze rzeczy do trzech walizek. Z racji sprawy, Mike nie mógł pracować, a Lori i Susan nie mogły na razie chodzić do szkoły. W normalnych warunkach przyjęłyby to z radością. A tak? Ruszyli w obstawie policji do hotelu i wkrótce tam dotarli.

Mike dostał z powrotem komórkę i laptopa. Miał mnóstwo wiadomości. Od rodziny, z pracy. Szczególnie ciepły otrzymał od Jane.

<< Hej Mike. Nie wiesz jak bardzo mi przykro. Płakałam prawie godzinę. W końcu stary mnie posłał do domu. Wczoraj zachowałam się nieodpowiednio. Wybacz. Jeżeli będziesz coś wiedział, daj znać. Jane >>

<>

Otrzymał szybką odpowiedź.

<< Cieszę się. Nie wrócimy już życia Tracy, ale dobrze, że masz swoje skarby>>

AlexAthame

opublikował opowiadanie w kategorii dramat i kryminalne, użył 2353 słów i 13953 znaków.

Dodaj komentarz

Zaloguj się aby dodać komentarz. Nie masz konta? Załóż darmowe konto