Czarne i białe cz 2

— Jedziemy ostrożnie. Ja jadę pierwszy. Mama na końcu. Ostrożnie na światłach i przejściach dla pieszych — powiedział Mike.

Po chwili wyjechali.

Na dworze panowała typowa pogoda jak na koniec maja. Przejażdżka się udała bez żadnych niespodzianek. Mieli jedną przerwę na spokojne wypicie płynów. O ósmej dwadzieścia już stali pod garażem.

Pozostało mycie, małe kanapeczki i spanko. Starali się, żeby córki zasypiały przed dziesiątą. Z racji, że miał dziewczynki, wieczornego mycia dopilnowywała żona. Kiedy za dziesięć dziesiąta leżały już w łóżkach, ojciec poszedł dać im buziaki na dobranoc.

— Zmęczone to zasną szybko — zawyrokowała Tracy.

— Wizyta jest o ósmej. To strasznie rano. Może pomyślimy o zmianie dentysty.

— Czemu, Mike? Dlatego, że nie dostrzegł potencjalnej dziury? Nawet nie wiemy co jest powodem? Jest dobrym lekarzem...

— Nie miał wolnej godziny trochę później?

— Nalegałeś jak najszybciej. Miał wolną, w piątek o dziesiątej. Powiedziałeś w pracy?

— Tak, zostawiłem wiadomość dla Georga, że przyjdę później.

— Idziemy do sypialni? — zapytała Tracy.

— Jesteś już śpiąca.

— Nie powiedziałam, że chcę spać — uśmiechnęła się delikatnie.

— Jasne, tylko odczekajmy chwilkę.

— Oczywiście mój rycerzu.

Kiedyś oglądali jakiś film z okresu średniowiecza i żona wspomniała, że chciałaby mieć swojego rycerza. I Mike odrzekłem, ze nim jest. I tak już zostało.

Około jedenastej zaczęli miłosne gody. Tracy przypominała łagodny wiaterek, a innym razem huragan. Dzisiejszego wieczoru tak ją właśnie odebrał.

— Dzisiaj przypominałaś wulkan — szepnął.

— Chyba lubiłeś swoją Wisienkę?

— Zawsze lubię moją Wisienkę — szepnął i pocałował jej usta.

— Jesteś wspaniałym mężem i cudownym ojcem. Kocham cię.

Cóż lepszego mógł usłyszeć?

Budzik darł się niemiłosiernie. Zgasił go całkiem przytomny. Zwykle tak wstawał albo i wcześniej. Musieli wyjść z Susan za piętnaście ósma. O tej porze przyjeżdżał autobus i zaraz potem Tracy jechała do pracy. Pracowała do czwartej i wracała za piętnaście piąta.

— Obudzisz ją o siódmej, chyba wystarczy. Ja przygotuję śniadanie — powiedział.

— Dobrze, kochanie — dostał małego buziaka.

Za dziesięć minut, już ubrany, robił grzanki. Gotował wodę i zaczął robić kanapki do szkoły dla córeczek. Wszystkie trzy jego panny dotarły do kuchni dwadzieścia pięć po siódmej.

— Wyspałyście się słonka? — zapytał.

— Tak daddy — odrzekła Susan.

Lori tylko kiwnęła głową. Podszedł do niej i pogładził ją po głowie.

— Coś nie tak, skarbie?

Popatrzyła na niego.

— Daddy, kochasz mnie bardzo?

Poczułem się dziwnie. Czyżby ona wyczuła tę niedostrzegalną różnicę?

— Oczywiście kochanie! Co ci przyszło do główki?

— Nic, tylko chciałam wiedzieć.

Susan chyba nic nie wyczuła. Spojrzał porozumiewawczo w oczy Tracy.

Jedli pospiesznie śniadanie. Zrobiła się za dwadzieścia ósma.

— No, musimy już lecieć. Po dentyście odwiozę Susan do szkoły — powiedział.

— Dobrze, Mike. Miłego dnia. Kocham cię.

— Ja ciebie też, najdroższa.

Zobaczył wzrok Lori. Czyżby i o to jej chodziło? To nie było możliwe. Spojrzała tak dziwnie. Postanowił zapytać od razu.

— Coś nie tak, córeczko?

— Czuję się dziwnie, tato.

— Boli cię coś? — zapytała Tracy.

Od razu pomyślał, że chodzi o kobiece sprawy. Ale Lori rozwiała ich wątpliwości.

— To jest raczej taki stan... Boję się.

Obydwoje z żoną popatrzyli na siebie.

— Czego się boisz, kochanie?

— Nie wiem — odrzekła tylko.

— Porozmawiamy wieczorkiem. Teraz tata musi jechać z twoją siostrą do dentysty.

— Dobrze tatusiu. Uważaj.

Podeszła do ojca i mocno go przytuliła. Czuł, że coś jest nie tak, ale nie wiedział co. Pożegnał żonę krótkim pocałunkiem. Zerknął dyskretnie na Lori. Tym razem patrzyła w okno.

— To lecimy.

Jego kobiety pomachały mu na pożegnanie.

Dojechali do doktora Fallgraffa za pięć ósma. Susan wcale się nie bała. Klinika wyglądała czysto. Siedział na dość wygodnym krześle i zaczął oglądać gazety. Córka wyszła z gabinetu za piętnaście dziewiąta. Wyglądała dzielnie i wcale nie wystraszona.

— Z ząbkami córki wszystko dobrze. Czasem nerwy reagują bardzo dziwnie. Miała maleńką dziurkę w całkiem innym miejscu. Bardzo daleko od nerwu. Jeżeli będzie się skarżyć nadal, zrobimy kompleksowe badania.

— To dziwne... Czasem tak jest?

— Bardzo rzadko, ale tak. Nic pan nie płaci.

— Och, naprawdę? Bardzo dziękuję.

O dziewiątej jego odważna córcia siedziała w samochodzie. Miał zapalić samochód, kiedy zadzwoniła jego komórka. Zanim zobaczył kto, pomyślał, że to pewnie Tracy. Na ekranie zobaczył imię Alison.

— Halo. Co się stało Alison?

— Panie Celvinn... Pana żona... Ktoś porwał Lori!

Usłyszał płacz.

— Co ty mówisz Alison! Moja żona pewnie jest już w pracy, a Lori w szkole.

— Nie. Proszę przyjechać. Zawiadomiłam policję. Pani Tracy...o mój Boże!...

Mike wcisnął pedał gazu do podłogi. Sprawdził tylko, czy Susan jest dobrze zapięta. Kiedy dojechał pod dom zobaczył już z daleka grupę ludzi. Dojeżdżał też policyjny wóz. Po chwili drugi i trzeci. Dostrzegł Alison. Podbiegła zapłakana.

— Zostań z Susan. Nie wychodźcie z wozu.

Roztrzęsiony wyskoczył z vana. Po sekundzie znalazł się na wyjeździe z garażu. Tracy leżała w kałuży krwi. Na jej jasnej bluzce w okolicy serca dostrzegł czerwoną plamę. Tracy miała jeszcze bardzo słabe puls. Dostrzegła męża.

— Porwali Lori...

— Kochanie, wszystko będzie dobrze...

— Znajdź ją. Proszę. Kochanie...

Jej oczy zgasły. Poczuł, ze ktoś dotyka jego ramienia. Dwóch sanitariuszy zabrało Tracy na nosze. Widział jak przez mgłę, że próbują coś robić. Ale on wiedział, że to nic nie da. Wstał i nie zważając na oficera policji, podbiegł do wozu. Alison płakała i tuliła Susan.

— Jaki samochód? Kto to zrobił?

— Czarny mercedes, taki większy. Mężczyzna miał trochę mniej lat niż pan. Śniady. Strzelił raz i zabrał Lori. Chyba jej coś dał, bo zaraz wziął jej bezwładne ciało na ręce i odjechał.

— Skąd wiesz? — zapytał trzeźwo.

— Miałam iść na drugą lekcję. Właśnie wychodziłam z domu i popatrzyłam w kierunku pana domu. Tak mi przykro.

Zaczęła płakać. Do Suburbana podszedł oficer.

— Jestem porucznik Dorian Carmel. Chciałbym zadać kilka pytań.

Zamiast odpowiedzieć coś policjantowi, Mike odwrócił się do Alison.

— Zaopiekuj się Susan.

Odwrócił się do oficera.

— Niech pan zapewni im ochronę. Ktoś chciał porwać właśnie Lori. Proszę nie dopuścić, by mojej drugiej córce i opiekunce coś się stało. Alison, pan oficer się wami zajmie. Ja muszę szukać mojej Lori. Obiecałem żonie.

Nie wiadomo dlaczego Alison wysiadła z wozu, z Susan na rękach.

— Córeczko. Znajdę twoją siostrę — rzekł.

Zanim Dorian zdołał zareagować, Mike ruszył z piskiem opon.

*

Ta planeta jest pełna bólu. Widzę to cały czas. W dnie i w nocy. Nie miałem wyboru. Odebrałem dech życia od Tracy. W tej samej sekundzie na całej Ziemi umarło trzy osoby. Zostawiłem moją duchową część na stanowisku. Ale sam zrobiłem coś co się jeszcze nie zdarzyło w histori świata. I z jakiegoś powodu On to zaakceptował. Czy zrobiło mi się żal Mike’a albo Susan? Czy w końcu Lori? Nie. Ale z jakiegoś powodu, którego sam do końca nie rozumiałem, postanowiłem mu pomóc. W tej właśnie chwili sprzeciwiłem się mojemu jedynemu prawu, które zawsze przestrzegałem. Ale jak już stwierdziłem wcześniej, On to zaakceptował. Mike nie miał najmniejszych szans znaleźć córki. Wiedział od Alison, że porywacz jechał mercedesem. Mógł to być model sel lub s. 430, 500 czy 550. Nie miał najmniejszych szans. Cała policja San Francisco miała minimalne szanse. W tym momencie, kiedy się zdecydowałem, Lori znajdowała się już w innym wozie, a ten jechał do portu. Człowiek, który wykonał zlecenie zrobił co powinien. Został ze wspólnikami ich niecnego planu w domu. Czarny Lexus 570 LX jechał w kierunku portu. Zanim do tego doszło, wymiany żywego towaru odbyła się w garażu. Tylko jedna kamera zarejestrowała jak mercedes 500 sel wjeżdża do garażu i ta sama zapisała na dysku jak czarny Lexus z niego wyjeżdża.

Czarny Suburban jechał jak szalony. Do pierwszych świateł. Mike doszedł już do zmysłów. Nie miał pojęcia gdzie ma jechać. Dodatkowo zostawił córkę policjantom. Do jego głowy dotarła myśl, że jest bez szans.

— Boże, pomóż mi. Proszę.

Może Pan wiedział o tym. Pewnie, że tak. Ale ludzie proszą go o coś w każdej sekundzie. Obiecują Mu milion rzeczy. Niektórzy dotrzymują obietnic, inni nie. On ma swój plan i nie jest z tych, co zmieniają postanowienia. Mogłem dotrzeć do Lexusa. Miałem moc by spowodować by kierowca nacisnął hamulec. Potem mogłem spowodować, że naciśnie klakson, a jego ciało dozna paraliżu. Mogłem zrobić inaczej. Jeszcze prościej. Mogłem przekazać cała i zdrową Lori w ręce strapionego ojca. Nie mogłem wrócić życia, jej matce. To wiedziałem od razu. Bo ja zwykle od wielu wielu tysięcy lat odbierałem je, a nie przywracałem. To mógł zrobić tylko On. Ale nie zrobił i dopuścił. Czasem wiedziałem, jaki jest jego plan, ale tylko czasem... Nie teraz.

Znalazłem się tuż przed wozem Mike’a. Zapaliło się zielone światło, a on ciągle stał. Rozległy się sygnały klaksonów. W końcu mnie dostrzegł. Wyglądałem na trzydzieści lat. Zwykły mężczyzna w dobrej kondycji. Ani specjalnie przystojny, ani bardzo brzydki. Ot zwykły człowiek, który zmarł dwie sekundy wcześniej w wyniku wybuchu bomby o dziesięć tysięcy kilometrów stąd, w Jemenie.

— Mogę wsiąść? — zapytałem.

— Szukam mojego dziecka. Ktoś mi porwał moją córeczkę. Wcześniej zastrzelił moją żonę. Nie wiem gdzie jej szukać!

— A chcesz ją znaleźć?

— Tak. Poza tym żona prosiła mnie o to w swoim ostatnim słowie. Prosiłem Boga...

— To nigdy nie zaszkodzi. Wiesz kto zabił twoją żonę?

— Nie mam pojęcia. Opiekunka moich córek widziała czarnego mercedesa. Mężczyzna strzelił raz. Zabrał córkę.

— Jedź, bo zastawiasz drogę. Będziesz musiał użyć innego samochodu, bo ten wkrótce zatrzyma policja. Druga córka jest bezpieczna?

— Tak, zostawiłem ją z Alison. Pod opieką detektywa Doriana Carmela.

— Porucznik Carmel to uczciwy glina. Będzie je dobrze pilnował.

Mike spojrzał na mnie. Jak na człowieka w silnym szoku reagował doskonale.

— Nie mówiłem, że jest porucznikiem. Skąd pan wie?

— Znam go trochę — odrzekłam.

Spodziewałem się dalszych pytań.

— Dlaczego zatrzymała się pan przed moim wozem?

— Chciałem porozmawiać.

— To dziwne. Sekundę wcześniej prosiłem Boga o pomoc.

— Już to mówiłeś. Jedź do portu. Co robisz zarobkowo?

Wiedziałem, że odpowie prawdę, ale musiałem zagaić rozmowę. Miałem inne, bardziej osobiste pytania.

Ruszył.

— Port jest wielki. Ty coś wiesz, prawda?

— Nie odpowiedziałeś na pytanie.

— Jestem mechanikiem samochodowym.

— Czyli masz dostęp do używanych samochodów. Ale pewnie tam już pojechali. Umiesz ukraść samochód?

— Nigdy nie kradłem żadnego.

— Tak, prawda. A w ogóle kradłeś?

— Nigdy... Czasem brałem winogron w dużym sklepie.

— Rozumiem. Widzisz ten stary Buick La Sabre. Ten tam, niebieski.

— Tak, widzę.

— Łatwo taki uruchomić, ale może ktoś zostawił kluczyki.

Mike podjechał blisko niebieskiego Buicka z 1990 roku.

— Ale jeżeli ktoś będzie go potrzebował, a ja mu go zabiorę?

Spojrzałem na niego.

— Twój wóz zatrzymają za kilka minut. Poza tym jest szansa, ze porywacz wie, jaki masz samochód. Poczekaj. Masz w wozie laptop?

— Mam, skąd wiesz?

— Zapytałem.

— I co dalej?

— Mam kontakty z policją. Sprawdzę na internecie numery i zobaczymy czy właściciel będzie potrzebował samochodu.

— Takie rzeczy można sprawdzić?

— Policja korzysta z internetu, również. Potrzebny jest tylko kod dostępu.

— A ty go znasz.

— Tak.

Mike sięgnął laptop z tylnego siedzenia.

— Moja biedna Tracy. Bardzo ją kocham. Boże. Moja Lori...

— Rozumiem, że masz trudne chwile. Włącz komputer.

AlexAthame

opublikował opowiadanie w kategorii dramat i kryminalne, użył 2098 słów i 12514 znaków.

Dodaj komentarz

Zaloguj się aby dodać komentarz. Nie masz konta? Załóż darmowe konto