Reguła zabijania cz. 21

− A jednak zapytała, a ja nie mogłem jej oszukać.
− To, co ja, tylko bardziej w sferze papierkowej, ale wcześniej robili dokładnie co ja.
Spojrzałem na nią, żeby zobaczyć jak to odebrała, ale niczego nie dostrzegłem.
− Tak myślałam, dziwne, ale to dobrzy ludzie. Czułam tak, a ty obawiałeś się mojego pytania, prawda?
− Tak, to prawda. Czuję się z tobą tak dobrze. Zapytam cię coś, nie sądzę, że na to za wcześnie. Wiem, że to na razie nie jest możliwe, ale jeżeliby się to stało i znalazłbym się z tobą w tamtym czasie i spotkałbym Clarę, chciałbyś być ze mną i z nią?
Sądziłem, że będzie się nad tym długo zastanawiać, ale odpowiedziała od razu.
− Kocham cię, ty kochasz ją i ona ciebie. Wiesz, co by się wówczas stało? Ona by pokochała mnie a ja ją. Właściwie źle powiedziałam. Ja już ją kocham. Oczywiście wiesz, co mam na myśli. Jestem pewny, że ona ma do mnie podobne nastawienie.
Znowu powiedziała o Clarze jakby gdzieś była. To było niesamowite. Pojechałem z nią do łazienki.  
− Możesz mnie rozebrać. Wiem, że nie wyglądam atrakcyjnie.
− Julio, już ci mówiłem. Jak będziesz to w kółko powtarzać to ci dam klapsa. Jesteś dla mnie piękna. A żebyś się nie martwiła, za kilka miesięcy będziesz jak poprzednio.
− To wówczas już będę mogła się z tobą kochać, o ile oczywiście zechcesz.
Nawet Clary bym nie podejrzewał o takie wyznanie.  
− To mężczyźni podobno myślą o seksie.
Zarumienia się lekko.
− Zawsze byłam skromna. W stosunku do męża starałam się, bo jak wiesz, nie było to super małżeństwo, ale z tobą jest inaczej. Nie powiem, że kiedy zobaczyłam cię przez wizjerek zaczęłam pragnąć, ale jak już wszedłeś, na pewno.
− Mówiłaś, że mnie wówczas zaczęłaś kochać...
− Trudno powiedzieć co było pierwsze, chyba razem − znowu się zarumieniła.
− Tak, będę chciał, ale musisz najpierw wydobrzeć. To podobno trwa trzy miesiące.
− To będą trudne trzy miesiące − szepnęła z uśmiechem.
I wówczas powiedziałem coś, o co bym się nie podejrzewał.
− W takim razie żałuję, że cię nie poznałem dziesięć lat temu.
Pocałowała mnie w usta.
Zdjąłem z niej to, co miała na sobie, czyli lekką sukienkę z cienkiej bawełny i wjechałem do kabiny.
− Może wezmę prysznic?
− Jutro. Teraz wykorzystam gąbkę.
Siedziała spokojnie i pozwalała się myć. Potem delikatnie ja wycierałem. Już prawie wszystkie symptomy po urodzeniu Petera, zanikły, co było bardzo dobrym znakiem. Musiałem bardzo uważać kiedy dotykałem piersi, bo były obolałe.  
Wrodziliśmy do pokoju, maluszek się budził. Zmieniłem pieluszkę i tez delikatnie przetarłem jego ciałko. Z największą ostrożnością zadbałem o jego pupkę, dobrze, że Fred kupił, co trzeba. Z niemowlaczkiem trzeba postępować bardzo ostrożnie.  
− Z dziewczynkę trzeba jeszcze bardziej uważać − rzekła.
− Co masz na myśli.?
− Wyciera się pupkę w jednym kierunku.
− Och, oczywiście, to logiczne.
− Dla ciebie, nie każdy mężczyzna to wie. Pokarmię go.
− Powiem dobranoc moim przyjaciołom.
− Dobrze, pożegnaj ich ode mnie i podziękuj za wszystko. Postaram się sprawiać coraz mniej kłopotu.
− Nie sprawiasz żadnego.
Wszedłem do salonu, obaj śledzili ekrany komputerów. Porozmawialiśmy chwilkę i powiedziałem im dobranoc. Wróciłem do Julii i czekałem jak skończy karmienie. Usiadłem obok. Peter spojrzał na mnie i delikatnie dotknął mojego ramienia, swoją maleńką rączką.  
− Myśli, że jesteś jego tatą − powiedziała to bez smutku, raczej z subtelną radością.

                                          Dwa dni później

Julia błyskawicznie dochodziła do siebie. Następnego wstała i trochę chodziła, chciała więcej, ale jej łagodnie zabroniłem. A tego następnego dnia już nie mogłem. Chciała pomagać i robić wszystko, co zwykle, ale miała moją pomoc, więc nie musiała. Robiliśmy we trójkę obiad, a maluszek spał obok w łóżeczku. Fred pojechał dwie godziny temu po wyniki DNA, bo jego przyjaciel poprosił, żeby przyjechał i odebrał osobiście.
− Długo go nie ma − rzekł Samuel.
− To daleko stąd? − zapytała Julia
− Powinien wrócić godzinę temu − odrzekł Sam − dam mu jeszcze kwadrans, a jak nie wróci do tego czasu, to zadzwonię.
Na szczęście przybył za dziesięć minut. Wszyscy byli ciekawi, a on tylko na nas patrzył i nic nie mówił.
− Mów w końcu − ponaglił go Rozen.
− Wszyscy siedzą? − popatrzył na nas,
− A co? Wiadomość zwali nas z nóg? − zapytałem z uśmiechem.
− To zależy od oczekiwań. Zacznę od pani − spojrzał na Julię.
− Coś nie tak?
− Och, nie. Wszystko w najlepszym porządku. Typ kaukaski, siedemdziesiąt trzy procent, dwadzieścia sześć wschodni i reszta po troszeczku. Nie stwierdzono chorób dziedzicznych ani innych niedociągnięć. Czysta ziemianka.
− Żartujesz, są inni? − uśmiechnęła się Julia.
− Cierpliwości. Co byście chcieli wiedzieć najpierw.
− Mój zmarły mąż?
− Dostałem próbkę. Brak uszkodzeń w łańcuchu DNA. Sześćdziesiąt dwa procent rasa kaukaska, dwadzieścia indiańska, dwanaście afrykańska i reszta azjatycka. Pół procent innych. Również brak ras pozaziemskich.
− Fred, proszę − powtórzyła Julia.
− Nie mówię tego bez potrzeby.
Spojrzeliśmy na niego zdziwieni.
− To może ja teraz − poprosiłem.
− Podobnie jak Julia, z tym że masz pięć procent genów pochodzenia pozaziemskiego.
− Czyli? − zapytałem spokojnie.
− Nie wiedza skąd, ale nie są ziemskie. Jesteś z pewnością synem Julii.
− To niemożliwe − szepnęła Julia.
− Sprawdzali trzy razy − odrekł Fred
− A Peter − zapytałem lekko poddenerwowany.
− Ma skład jak matka i ty. To twój syn, ma dwa i pół procent genów pozaziemskich.
− Chwileczkę, poznałem Julię jak była kilka dni przed rozwiazaniem.
− Badania robiono trzy razy, pomyłka jest wykluczona. Z pewnością nie ma nic wspólnego z jej zmarłym mężem.
− To jakto wytumaczyć ? − zapytała spokojnie brunetk, jednak ja nie miałem takiego opnowania.
Patrzyli na mnie.
− Chyba mi wierzycie? − zapytałem.
− Oczywiście, Scott − Julia dotknęła mojej dłoni.
− Ponieważ to był wyjątek w historii, musiałem o tym powiedzieć. Badali komórki na konflikt. Możecie mieć dzieci, ile chcecie.
− To może dziwne, ale mam wytłumaczenie tego wszystkiego – rzekłem.
− To nas oświeć − rzekł za wszystkich Samuel.
− To sprawka Roberta Russella. Pobrał moje nasienie i zapłodnił Julię in-vitro.
− Kiedy? − zapytała spokojnie.
− W odpowiednim czasie. Oczywiście nie można stwierdzić, że zabity mąż Julii był bezpłodny?
− Owszem, można − odrzekł Fred,
− Co takiego, przecież nie żyje − rzekła lekko poddenerwowana, młoda matka.
− Sześć lat temu robił badania. Całkowita bezpłodność. Czyli wiedział to przed ślubem. Traktował cię inaczej kiedy zaszłaś w ciążę? − zapytała Fred.
Julia przełknęła ślinę.
− Stał się jeszcze bardziej obojętny, chociaż nigdy mi nie zrobił sceny zazdrości. Potrzebował pieniędzy, a ja mu nie zabraniałam czyścić nasze wspólne konto.
− Wiedziałaś, że zabiera pieniądze i nic nie mówiłaś? − zdziwił się Samuel.
− Robiłam uwagi, ale mówił, że wszystko odda, następnym razem. W ósmym miesiącu oddał, ale potem znowu pieniądze zniknęły. Dobrze, że miałam drugie konto, o którym nie wiedział. Tam miałam pieniądze na porodu − otarła łzę.
− Dlaczego Robert to robi? − zastanowiłem się głośno.
−  Rozważmy wszystkie fakty − zaczął Fred − Wszedłeś do naszego czasu w 2010, na dwa dni. W tym czasie mogło się to stać. Robert Russel pobrał od ciebie nasienie, czyli zrobił to celowo. Prawdopodobnie wiedział, że przyszły mąż Julii jest bezpłodny, ale skąd to wiedział, że zostanie jej mężem, tego już naprawdę nie wiem. Zostawił ci kartę bankową z sumą trzystu tysięcy. Prawdopodobnie, nie, z całą pewnością wiedział, że jesteś matką Scotta −  zwrócił się na chwilę do Julii. Dał się znaleźć i zabić. Jest jedno wielkie pytanie. Dlaczego to zrobił?
− Większe jest inne − rzekłem − skoro to wszystko mógł, kim jest? Tym kosmitą, którego pięć procent genów mam w sobie?
− Tego się pewnie nie dowiemy nigdy − stwierdził Sam.
− To wszystko jest pewnie bardzo ważne, ale dla mnie najważniejsze jest coś innego − rzekła matka Petera. Kocham Scotta.
Poczułem się wzruszony.
− Też cię kocham Julio.
Julia przytuliła się do mnie i delikatnie mnie pocałowała w policzek.
− Skoro Robert Russell jest nadzwyczajnym kosmitą, to wie, że Scott kocha również Clarę i chcą być razem.
− Może, Julio. Tym bardziej, że już wie, iż ty to zaakceptowałaś. − szepnąłem.

               Dwadzieścia sześć lat później w tym pierwszym czasie.

Pobiegłem do maszyny i nastawiłem czas. Po chwili zniknąłem w czasie. W tej samej chwili kilkanaście metrów dalej, trójka obserwowała na monitorze lecącą rakietę z głowicą wodorową. W chwile potem wybuchła i zostawiła wielki lej na kilka kilometrów.  
− Wystarczy tej stymulacji. To zły pomysł. − rzekł Robert Russel. − Raz kozia śmierć, tak mawiają ziemianie.
Clara, Thomas i Corsa obserwowali rakietę.
− Boże, żeby się udało Scottowi, niech, chociaż on żyje.
Po chwili wzięli się za ręce i czekali na nieuchronne. Ale rakieta spadła i zaryła się w śnieg. Odczekali, wstrzymując oddech.
−  Nie wybuchła − szepnęła Corsa.
−  To dziwne, bo moje nieomylne maszyny stwierdziły zapoczątkowanie reakcji. − odrzekł Thomas.
Nie skończył swoich słów kiedy w pokoju pojawił się człowiek w białym kombinezonie. Miał białe jak śnieg włosy, opaloną cerę na twarzy i jasnobłękitne oczy.
−  Znam pana − rzekł Thomas.
−  I ja również pamiętam pana z ośrodka Arka. Russell, Albert. Nie, jakoś inaczej miał pan na imię −  rzekła Corsa.
−  Ja też pana pamiętam, był pan w komisji, która badała wybuch, kiedy moi rodzice zginęli. −  szepnęła Clara.
−  Żyją. Śpią. Widzicie, dlatego wybrałem Scotta, on by pamiętał, że jestem Robert.
−  Czy to pan sprawił, że bomba nie wybuchła? − zapytała Thomas.
−  Tak, ja mogłem to zrobić i zrobiłem.
−  Pan się nie zmienił, tylko miał pan blond włosy, dwadzieścia lat temu. − odezwał się Thomas.
−  Musiałem wcześniej ufarbować, zawsze miałem białe.
Clara patrzyła na niego z zaciekawieniem.
− To pan wstawił mi ten program, kim pan jest?
− To prosta odpowiedź, ale na razie coś wam zaproponuję. Najpierw jednak mam słowo do ciebie Claro.
− Co będzie z moim Ramzesem?
Roześmiał się serdecznie.
−  Jesteście niesamowici, ludzie. Poczekaj.
Zniknął, tak normalnie zniknął, ale pojawił się za chwilkę z kotem w ręku. W drugim miał torbę. Ramzes mruczał miło.
−  Nie wiem, czy załatwi się w śnieg. Thomas jest zdolny, spreparujesz mu syntetyczny piach, prawda chłopcze?
−  Skoro może pan tyle, niech pan sprowadzi tu Scotta − poprosiła Clara, ignorując jego wypowiedź.
−  Właśnie o tym chciałem porozmawiać, ale tylko z tobą Claro.

AlexAthame

opublikował opowiadanie w kategorii science fiction i thrillery, użył 1907 słów i 11322 znaków, zaktualizował 4 gru 2020.

2 komentarze

Zaloguj się aby dodać komentarz. Nie masz konta? Załóż darmowe konto

  • AlexAthame

    @Almach99 Dowiesz się.Motyw bedzie podobny jak Fukushu-sha Tylko tu zrobilem inaczej.

  • Almach99

    I dopiero teraz zrobilo sie ciekawie. Kim jest Rusell. I jak to sie stalo, ze Scott ma 5% genow pozaziemskich?

  • AlexAthame

    @Almach99 Dowiesz się.Motyw bedzie podobny jak Fukushu-sha Tylko tu zrobilem inaczej.

  • Almach99

    @AlexAthame skojarzenie z Gabrielem to juz mialem kilka odcinkow wczesniej. Jak i zwiazek z 2 kobietami

  • AlexAthame

    @Almach99 Tu bedzie troszkę inaczej.