Jak w raju 4

4. Claudia
Sen zaczął się na najwyższym piętrze przeszklonego wieżowca. Spoglądała z góry na miasto tętniące życiem. Długie sznury samochodów, gdzieniegdzie zielona plama kępy drzew, szum przejeżdżających pociągów i żadnych przechodniów. Czemu nie ma żadnych pieszych? Nagle poczuła charakterystyczne swędzenie na karku. Obróciła się. Jednak za nią nikogo nie było. Usłyszała tylko głos.
-Skacz. – Wypowiedziane miękko, niemal jak pieszczota.
Wraz z wybrzmieniem słowa zniknęły otaczające ją szyby. Posłuchała głosu. Bezwolnie ruszyła w kierunku krawędzi budynku. Jej umysł krzyczał, żeby się zatrzymała, jednak ciało nie słuchało. Z oczu zaczęły jej kapać łzy. Wciąż próbowała stanąć. Bezskutecznie. Właśnie skończył jej się grunt pod nogami. Spadała.
Gwałtownie otworzyła oczy i spróbowała się podnieść, ale jakaś siła przytrzymała ją w leżącej pozycji. Już pomyślała, że to dalsza część koszmaru, gdy usłyszała ciche pochrapywanie. Zaklęła pod nosem.
-Do kurwy nędzy, zabieraj łapy, Benedict! – Krzyknęła wciąż rozemocjonowana. Miała przyspieszony, urywany oddech.
     Chłopak się poruszył, rozluźniając przy tym uchwyt. Claudia od razu odepchnęła jego rękę i odsunęła się na odległość wyciągniętego ramienia. Z jej gardła wydobył się szloch. Dopiero ten dźwięk sprawił, że Benedict nagle się zerwał do pozycji siedzącej. Wzrokiem zlustrował niewielką przestrzeń aż dostrzegł zdenerwowaną dziewczynę.
-Claudia? Co się dzieje? – Zapytał, a zmarszczone brwi utworzyły bruzdę na jego czole.
-Nic – zająknęła się. – To tylko zły sen. – Nie chciała przyznać jak bardzo się przestraszyła. Śmiertelnym strachem napełniło ją poczucie braku kontroli nad swoimi decyzjami. Musiała czuć, że panuje nad sytuacją nawet gdy chodziło o najprostsze rzeczy związane z codziennością. Kontrola jest wszystkim. Daje poczucie bezpieczeństwa.
-Chcesz o tym pogadać? – W głosie rebelianta usłyszała troskę i nieznane dotąd miękkie tony.  
-Nie – odchrząknęła, bo poczuła, ze w jej gardle wzbiera kolejny szloch. – Dzięki, ale to nic takiego. – Dodała po chwili.
     Niespodziewanie, poczuła jak chłopak w dosyć niezdarny sposób próbuje ją przytulić. Sama się zdziwiła, że mu na to pozwoliła. Mało tego. Też go objęła ramionami. Chwilę trwali w uścisku aż ona się odsunęła. Zażenowana spoglądała w ziemię. Zrobiło się niezręcznie.
Przez te kilka dni, które spędzili wspólnie w podziemnej pieczarze, sporo się miedzy zmieniło. Claudia zaczęła postrzegać Benedicta w zupełnie inny sposób niż dotychczas. Już nie był w jej oczach tylko bezmyślnym buntownikiem. Poznała nieco jego motywy i nawet rozumiała postawę tego umięśnionego blondyna. Jej umysł burzył się na określenie przyjaciel, ale była skłonna uznać go za sojusznika. Obydwoje znajdowali w trudnej sytuacji i chociaż stali po różnych stronach barykady, to teraz musieli zawrzeć pewne porozumienie. Nie łudziła się będzie ono długotrwałe. Sama planowała oddać rebelianta w ręce dowódców, gdy tylko wróci do bazy. O ile jej wcześniej nie zastrzelą. Jednak dopóki tkwili w tej kryjówce nie było innego wyjścia – trzeba się było dogadywać. Akurat na rozmowy mieli dużo czasu. Benedict leczył skręconą kostkę, więc nie mógł pokonywać długich dystansów, a Claudia z jakiegoś powodu nie miała serca zostawić go samego. Nie lubiła swojej empatii. Zawsze sądziła, że przez nią jest słabsza, że nie jest tak dobrą strażniczką jak reszta.
Dyskutowali na różne tematy, zazwyczaj zgodnie trzymając się tych uniwersalnych – polityki, pogody, seksu - i omijając te najtrudniejsze oraz przygnębiające. Dużo mówili też o Gabrielle, jej bliźniaczce. Claudia już nie pamiętała jak doszło do tego, że jej siostra wraz z matką trafiły do rebeliantów. Ojciec nie lubił o tym opowiadać, więc ona nie naciskała. Właśnie dlatego nie chciała Benedictowi opowiedzieć o swoim koszmarze. Nie umiała się otworzyć przed kimś na tyle, żeby opowiedzieć mu o swoich najskrytszych lękach, bo nikt nigdy jej tego nie nauczył. Dodatkowo, on nieustannie doprowadzał ją do szału. Fakt, nigdy nie była zbyt cierpliwa. Zazwyczaj najpierw działała, a potem myślała, ale mimo to niewiele osób potrafiło sprawić, że rzucała się na nie z pazurami. Odegnała niepotrzebne myśli. Sprawiały, że działała nieefektywnie. Pora się skupić na działaniu. Spojrzała na Benedicta.
-Nie wiem jak ty, ale ja już na pewno nie zasnę. Idę się przewietrzyć. – Odrzuciła na bok śpiwór, którym była przykryta. Wstała i ruszyła do wyjścia.
-Czekaj! Idę z tobą. Mam już dość siedzenia w tej norze. Nie jestem cholernym borsukiem. – mrugnął do niej porozumiewawczo. Po raz pierwszy tego dnia uśmiechnęła się. Nie zaprotestowała na jego pomysł wyjścia na zewnątrz. Widać uznał, że już jest w stanie chodzić.
     Las nieodmiennie skąpany był w soczystej zieleni. Claudię przez chwilę nawiedziła myśl, że mogłaby z tych liści wycisnąć esencję, duszę natury. Wystarczyłoby je zerwać i… Skąd u niej takie pomysły? Czyżby za długo siedziała pod ziemią?
-Nie możemy się zbytnio oddalać. Od ucieczki minęło już pięć dni, ale ciągle mogą tu krążyć patrole straży. Jeśli się na jakiś natkniemy z dala od kryjówki, to nie będziemy mieli żadnych szans. – Powiedziała, kierując swoje kroki na północ. W każdym razie tak jej się wydawało. Korony drzew były bardzo gęste, więc ciężko było jej określić położenie słońca. Benedict szedł tuż za nią.
-Nie wydaje mi się, żeby strażnikom chciało się ruszyć ich burżujskie tyłki na przeczesywanie hektarów lasu w poszukiwaniu rebelianta i dezerterującej panienki. – Prychnął z nieopisaną pogardą słyszalną w głosie.
-Nigdy. Przenigdy. Nie. Nazywaj. Mnie. Panienką. Jasne? – Sylabizowała każdy kolejny wyraz, zupełnie nie zważając na wypowiedziane wcześniej przez niego słowa. Wciąż udawało się jej zachować spokój. Znacznie lepiej niż ten chłoptaś wiedziała jak działa straż. Nie usłyszała żadnej riposty ostrej jak dobre curry, więc się odwróciła myśląc, że jej towarzysz padł trupem gdzieś po drodze. Zobaczyła jednak, że wciąż za nią idzie żwawym krokiem. Wzruszył ramionami, uniósł oczy do nieba i zapytał:
-Czy panienka sobie czegoś życzy? – I nie wytrzymała. Przed oczyma zaczęły jej przeskakiwać czerwone plamy.  Z krzykiem godnym starożytnych barbarzyńców rzuciła się na niego z pięściami i powaliła na ziemię. Nie potrafiła się opanować. Uderzała na oślep, dając ujście swojej furii. Problem polegał na tym, że Benedict nie był bezbronny, więc już po chwili to ona była przygwożdżona do wilgotnego podłoża. Usiadł na niej okrakiem, a jej nadgarstki przygniótł do ziemi nad jej głową. Teraz już wiedziała czemu był poszukiwany w całym Sektorze Centralnym. Skoro tak szybko i sprawnie umiał poradzić sobie z wyszkoloną strażniczką- za jaką się uważała- to musiał stanowić spore zagrożenie dla bezpieczeństwa w państwie.
     Szarpnęła się, usiłując odzyskać wolność ale bezskutecznie. Już miała coś powiedzieć, ale… Czy jego oczy zawsze były tak intensywne, z zawadiackim błyskiem? Próbowała odegnać bezsensowne myśli i odzyskać kontrolę nad sytuacją. Na próżno. Nagle zaczęła odczuwać wszystko ze zdwojoną mocą. Jego dłonie z długimi palcami zaciśnięte na jej nadgarstkach, zapach rozkładających się liści, na których leżała, delikatny wiatr smagający jej policzki, jego uda dociskające jej ciało. Gdyby była bardziej subtelna pewnie by się zarumieniła na myśli, które pojawiły się w jej głowie. Serce zaczęło szybciej kołatać. Czy to złudzenie czy on naprawdę się pochylił w jej stronę?
-Proszę, proszę… Sekretna schadzka strażniczki i rebelianta? Kochankowie ponad podziałami. – Usłyszała gardłowy śmiech. - Stolica będzie huczeć od plotek. – Gdzieś za plecami Benedicta rozległ się szalenie arogancki głos.
     Tym razem skutecznie zrzuciła z siebie swojego towarzysza. Momentalnie poderwała się na nogi i otaksowała przybysza wzrokiem. Niemal westchnęła z ulgi, gdy zauważyła, że nie jest to strażnik tylko zwykły mieszkaniec Surstedu, stolicy Sektora Centralnego i tym samym całego Państwa. Był wysokim szczupłym szatynem. Bozia podarowała mu pociągłą twarz z trójkątnym podbródkiem i oczyma o dziwnym kolorze. Przystojny, stwierdziła sama przed sobą.  
-Kim jesteś? – Spytała nieznoszącym sprzeciwu głosem, otrzepując sobie spodnie z ziemi i liści.
-Kimś kto może ci bardzo zaszkodzić, strażniczko. – Odpowiedział i z niewyćwiczoną wyższością na nią spojrzał. Zdziwiła się, ponieważ nieznajomy był wyjątkowo młody. Mógł być nawet jej rówieśnikiem. Wysokie, wpływowe stanowiska nie były powierzane tak młodym osobom. Jego postawa wydała jej się tym bardziej absurdalna, że strażnicy cieszyli się powszechnym szacunkiem nawet u dowództwa. Nagle w jej głowie zaświeciła się ostrzegawcza lampka. Było tylko jedno wytłumaczenie dla zachowania tego chłopaka.
-Claudia, kto to jest? – Benedict był niespokojny. Rzuciła na niego okiem. Dłoń już trzymał na rękojeści noża, który wcisnął sobie za pasek. Sursted  
-Nie jestem pewna – powiedziała i z powrotem zwróciła się do nieznajomego – ale zastanawia mnie co dziecko jednego z dowódców robi w środku lasu, z dala od Surstedu? – Z zadowoleniem patrzyła na zdziwienie malujące się na twarzy chłopaka.
-Niezła jesteś – przyznał niechętnie. – Ale mógłbym ci zadać to samo pytanie. Prowadzasz się z tym…?- Z obrzydzeniem spojrzał na Benedicta, prawdopodobnie nie mogąc znaleźć wystarczająco obelżywego określenia. Jej towarzysz już otwierał usta, zapewne żeby rzucić w kierunku przybysza wiązankę przezwisk i przekleństw, ale Claudia była szybsza.
-On mi tylko dostarcza informacje. – Skłamała nawet się nie zająknąwszy. – To tajna misja.  
-Oczywiście… - Niedowierzanie w jego głosie było niemal namacalne. Pewnie w całym mieście już szukają dezerterki. Chłopak nie mógł być głupi, więc połączył fakty i wiedział z kim ma do czynienia. Nagle dotarło do niej jak żałosna była jej próba kłamstwa. Claudia przełknęła przekleństwo cisnące jej się na usta. – Nie będę zatem przeszkadzał w konspiracji. Pójdę już.
-Nie. – Twardo stwierdził Benedict. Spojrzał na nią wyzywająco. – Naprawdę chcesz go wypuścić? Tak po prostu? – Odpowiedziała na wyzwanie czające się w jego oczach podobnym spojrzeniem.
-Możesz uciszyć swojego psa? – Nieznajomy się zirytował.
-On ma rację. Pójdziesz z nami. – Jej pewność siebie i władczy ton powoli wracały. Nie mogła pozwolić, żeby ten chłopak wrócił do miasta i opowiedział komu trzeba, że ją widział. W dodatku w towarzystwie rebelianta.
-Czy mogę w takim razie się dowiedzieć dokąd zmierzacie? – Zadał pytanie tak, że zabrzmiało niemal kurtuazyjnie. Zbił tym Claudię z tropu. W zasadzie to gdzie oni szli? Przed siebie? Pokręciła głową, nie dowierzając w swoją krótkowzroczność. Sytuację uratował Benedict.
-Do jednostki partyzanckiej oczywiście, a co myślałeś, burżuju? – Spojrzała na niego ze zdziwieniem. Jak to do jednostki? Czy on mówił poważnie? Naprawdę zamierzał ich tam zaprowadzić? Chyba zauważył targające nią rozterki, bo wzniósł oczy do niebios w niemej prośbie o pomoc. Z powrotem skierował swój wzrok na nią.
-Oboje dobrze wiemy, że marna z ciebie strażniczka. Poza tym twoja siostra tam jest. Ile jej nie widziałaś? Dziesięć lat?
-Dwanaście. – Szepnęła raczej do siebie, niż do któregoś z towarzyszących jej mężczyzn. Benec udał, że nie usłyszał co powiedziała i kontynuował swoją wypowiedź.
- A on? Co zrobi sam? Baza jest zbyt dobrze strzeżona, żeby się wymknął. –Nagle do niej dotarło, że Benedict może mieć rację. Nawet jeśli rebelianci ją uwiężą, to będzie tam bezpieczniejsza niż gdyby wróciła do miasta.  A wysoki szatyn, rzeczywiście nie przypominał odpowiednika Jamesa Bonda.  
-Poza tym, mój ojciec to palant. W sumie to chciałbym zobaczyć jego minę jak się dowie, że dołączyłem do rebeliantów. – Po tych słowach wyszczerzył zęby w uśmiechu. A Claudia musiała przyznać sama przed sobą, że mimowolnie zaczynała go lubić. – A tak w ogóle, to Adam jestem.  
Dziewczyna się zdziwiła, że nie wpadła na pomysł, by go o to zapytać. Co się z nią dzisiaj dzieje? Czemu jest taka zdezorientowana i powolna? Przelotnie spojrzała na rebelianta, bo to w końcu była jego wina. Szybko jednak odzyskała rezon i przedstawiła siebie oraz Benedicta. Odrobina kurtuazji i już byli gotowi do drogi.
     Ruszyli natychmiast. Postanowili nie wracać do zimnej i wilgotnej pieczary. Droga miała być krótka, a oni nie zostawili tam nic cennego czy przydatnego. Benedict przejął dowodzenie, bo tylko on wiedział jak dotrzeć do bazy. Szli w milczeniu. Claudia tylko co jakiś czas podawała współrzędne ich położenia, które odczytywała z gps wchodzącego w podstawowe wyposażenie każdego strażnika. Zgodnie z obietnicą blondyna podróż nie była długa ani czasochłonna. Z informacji przesłanych przez satelitę wynikało, że przeszli niecałe dziesięć kilometrów. Zajęło im to nieco ponad dwie godziny. Dla dziewczyny nie był to żaden wyczyn, ale za plecami co jakiś słyszała niezadowolone pomrukiwania Adama.
     Stali na skraju niewielkiej polany. Claudia ze zmarszczonymi brwiami rozglądała się za obiecaną bazą, która miała dać schronienie. Czyżby rebeliant ją oszukał? Zwabił ją młodego mieszkańca stolicy w jakieś zapomniane miejsce, żeby się ich pozbyć? Nie chciała w to wierzyć, jednak wiedza zdobyta na kursie i doświadczenie podpowiadały, że tak właśnie jest.
-Słuchaj Benedict, jeśli naprawdę sądzisz, że jestem na tyle durna, żeby dać ci się zabić, to muszę cię uprzedzić, że… - Urwała, bo jego dłoń zatkała jej usta. Spojrzał jej hardo w oczy, czekając aż się uspokoi. Coś w jego oczach sprawiło że złagodniała. Nie zobaczyła, żeby czaił się w nich bezlitosny morderca. Kiwnęła głową na znak, że już będzie cicho. Przeniósł swoją dłoń z jej twarzy na ramię. Podążyła za nią wzrokiem.  Nie powiedziała ani słowa, ale jej serce niebezpiecznie przyspieszyło. No nie! Znowu?
-Teraz szybko idziecie za mną, jasne? – Zapytał, jednak brzmiało to bardziej jak rozkaz. – Tam jest wejście. – Wskazał palcem w kierunku dużej dziury. - Drugie, bardziej oficjalne znajduje się kilkaset metrów dalej, na zboczu wzniesienia. Taka ciekawostka, a teraz idziemy.
     Ruszył pewnym siebie krokiem. Claudia poczekała aż podąży za nim Adam, a sama zamknęła ten niezbyt długi korowód. W kilka sekund pokonali ostatni odcinek drogi. Poczuła się bezpiecznie dopiero, kiedy Benedict zamknął za nimi drzwi, które sprawiały wrażenie takich, które wytrzymają wszystko.       
-Co teraz? – Była bardzo ciekawa jak przyjmą ją w tym miejscu. Podejrzewała, że było tam całkiem sporo strażników, którzy postanowili stanąć po przeciwnej stronie barykady.
-Teraz się wami zajmę jak prawdziwy gospodarz. Znajdę wam jakieś miejsce do spania, dam coś porządnego do jedzenia i dostęp do prysznica. Z całym szacunkiem Claudia, ale śmierdzisz jak nieboskie stworzenie. – Dała mu kuksańca w żebra, chociaż wiedziała, że ma rację.  
-Kto to mówi Benedict? Twoje własne pchły już dawno od ciebie uciekły. – Znikąd na ich drodze pojawiła się białowłosa piękność. Z uśmiechem i pewnym pobłażaniem patrzyła na blondyna. Następnie przeniosła swój wzrok na Claudię, która poczuła ukłucie zazdrości, gdy zauważyła jej piękne brązowozłote oczy. – Widzę, że przyprowadziłeś nowych rekrutów. Cześć, jestem Margo. – Wyciągnęła w kierunku Claudii smukłą dłoń. Uścisnęła ją. Wtedy śliczna rebeliantka spojrzała na Adama. Przez chwilę na jej twarzy malowało się tylko uprzejme zainteresowanie, jednak szybko pojawiła się konsternacja. Czyli Margo znała Adama, zdążyła pomyśleć Claudia zanim z ust białowłosej nie wymknęło się:
-Co do ku…?!

LittleScarlet

opublikowała opowiadanie w kategorii miłość, użyła 2879 słów i 16585 znaków.

2 komentarze

 
  • Spóźniona

    No no... Mon cherie... Gratuluje :*

  • Malolata1

    ukłony, moja droga.  :dancing: