Trzydzieści trzy lat wcześniej.
Hajze miał cztery, a ja sześć lat. Nie widziałem nigdy uśmiechu na jego twarzy. Nie mówię o moim bracie, tylko o Josephie Parkerze. Moim ojcu. Matka również nie tuliła mnie ani nie całowała. Kiedy okazałem tylko małą oznakę nieposłuszeństwa, dostawałem pasem. Nie zawsze tylko w tyłek. Czasem po plecach, nie raz uderzył mnie w rękę.
– Jesteś mięczakiem, zrobię z ciebie mężczyznę – mówił, kiedy płakałem po laniu.
Ostatni raz uroniłem łzę rok temu. Czy go to zadowoliło? Skąd. Twierdził, że jestem za wrażliwy.
Właściwie to dziwne, skąd to miałem. Zimny głaz i wystraszona, wiecznie smutna kobieta, która bała się oddychać w obecności mojego ojca. Pochodził z Hiszpanii, a dokładnie z najbardziej odmiennej jej części, kraju Basków. Później dowiedziałem się, że był zamieszany w sprawy z terrorystami.
– Nie jestem wrażliwy, jestem twardy – odrzekłem na jego zarzut.
– Nie pyskuj mi. Wiem lepiej. Chcesz oberwać za dyskusję?
– Nie tato.
– Spójrz na Hajze, ma cztery lata i jest lepszy od ciebie. Nie mogę patrzeć na twoje dobre oczy.
– To źle, że chcę być dobry? – zapytałem bez strachu.
– Ten świat jest zły. Nie ma miejsca dla mięczaków. Myślałem, że ty poprowadzisz interesy, kiedy ja już nie będę mógł trzymać broni. Teraz wiem, to twój brat zajmie to miejsce.
– Dobrze, tato.
Pokręcił głową.
– Mężczyzna nie zgadza się jak jakaś panienka. Idź do pokoju, mam ważne sprawy.
Poszedłem. Nie rozumiałem jego postępowania. Kiedy dyskutowałem, bił mnie. Kiedy się zgadzałem, też nie był zadowolony. Ponieważ nie otrzymywałem tego, co pragnąłem, podświadomie, zajmowałem się bratem. Kochałem go, bo był jedyną istotą, która pozwalała się kochać. Broniłem go, przed nawet starszymi ode mnie. W sumie był zadziorny. Lubił psocić. Być może wiedział, że go obronię...
W końcu przyszedł ten dzień.
– Jesteś do niczego. Polecisz do Japonii. Tam są prawdziwi mężczyźni i nauczą ci być jak oni.
– A Hajze?
– Zostanie ze mną. Jest dokładnie taki, jak chcę. Ty taki nigdy nie będziesz.
– Zrobię, jak chcesz, tato.
Zaczął się śmiać.
– A co myślałeś, że mi się sprzeciwisz? Jedziesz za dwa tygodnie i myślę, że cię już nie zobaczę.
Klara Parker siedziała przy stole. Właściwie miała też imię Ewelina, ale ojciec nigdy tak na nią nie mówił. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że zmienili swoje prawdziwe, baskijskie imiona z pewnego powodu. Chyba dostrzegłem łzę na jej policzkach. Musiałem zbyt długo patrzeć i to zwróciło uwagę Josepha Parkera.
– Czego ryczysz? Zostanie ci jeden, lepszy syn. Nigdy nie jesteś zadowolona, a dałem ci wszystko.
I tak nadszedł dzień wylotu. Miałem prawie siedem lat. Bez kilku miesięcy...
Wszyscy w samolocie byli bardzo mili i dziwili się, że taki mały chłopiec sam leci. Pani z obsługi wzięła mnie nawet na kolana i zaczęła czesać moje lekko kręcone włosy.
– Czemu pani to robi? – zapytałem.
– Dlaczego cię czeszę?
– Też, ale głównie, dlaczego wzięła mnie pani na kolana?
Zrobiła zdziwioną minę.
– Mamusia nigdy cię nie brała?
– Nie. Pewnie Joseph Parker nie byłby zadowolony.
– Ty jesteś Euri Parker, pan Joseph to twój tata, dlaczego tak mówisz?
– Pozwalał mi mówić tato, ale najbardziej był najmniej niezadowolony, kiedy nazywałem tatę: pan Joseph Parker.
– Euri, ty dziwnie mówisz. Był najbardziej, najmniej niezadowolony. Co to znaczy?
– Tata nigdy nie był zadowolony. Więc nie mogę powiedzieć, że nie był zadowolony.
– Lecisz do Japonii do rodziny?
– Nie proszę pani. Odbiorą mnie znajomi Yakuza.
Kobieta zmarszczyła brwi?
– To są gangsterzy.
– Tak, proszę pani. Joseph Parker uważa, że jestem zbyt miękki i trzeba ze mnie zrobić mężczyznę.
– Biedne dziecko – szepnęła stewardessa.
– Przepraszam, ale nie jestem biedny, o ile mogę powiedzieć, że jestem wciąż dzieckiem mojego taty. Tata ma dużo pieniędzy. Coś słyszałem, że ma dwa miliony funtów.
Pocałowała mnie w policzek.
– Czemu to pani zrobiła? – zapytałem ponownie.
– Mama cię nigdy nie pocałowała? – zapytała jeszcze bardziej zdziwiona.
– Nie pamiętam. Chyba raz jak, jak Hajze się urodził, a pana Josepha Parkera nie było w domu.
Kobieta ubrana w niebieski strój pocałowała mnie jeszcze raz i przytuliła. Zobaczyłem, że ma łzy w oczach.
– Jest pani smutna?
– Nie – odrzekła i wytarła łzy.
Do końca lotu podchodziła kilka razy i donosiła mi różne smakołyki. Siedziałem i patrzyłem trochę na innych ludzi i w końcu przez okno. Nie widziałem niczego więcej poza błękitem, tylko pod nami dostrzegłem białą ścianę niskich chmur. W końcu zasnąłem, bo lot trwał długo.
Na lotnisku czekałem dość długo na tych Yakuza. Kiedy przyszli po mnie zrozumiałem, że to tacy sami ludzie jak tata, tylko trochę milsi.
Po kilku dniach powiedzieli mi, że zawiozą mnie gdzie indziej.
– Byłem grzeczny, prawda? – powiedziałem lekko zaniepokojony.
Mężczyźni byli fajni. Dużo się śmiali i pili mocny alkohol. Dali mi spróbować. Przez te kilka dni bawiłem się nieźle. Pozwolili mi również postrzelać. I to również sprawiło mi sporą radość.
– A dlaczego mam wyjechać? – odważyłem się zapytać i miałem nawet pewność, że nikt na mnie nie nakrzyczy ani nie uderzy. Tak jak wspomniałem byli dla mnie mili. Ich wytatuowane ciała specjalnie mi nie przeszkadzały, ale nie widziałem w tym nic fajnego.
– Ktoś się tobą zajmie. Nauczy cię wielu przydatnych rzeczy.
I tak pojechałem do Nagoja. Tu już na dworcu czekał na mnie miły pan. Miał na sobie czarne ubranie, wyglądające trochę inaczej niż innych ludzi.
– Jestem Kenshin-Omura – powiedział po angielsku z mocnym akcentem.
– A ja jestem Euri Parker. – odrzekłem i nieznacznie się pokłoniłem. Tamci Yakuza mi powiedzieli, że tak będzie dobrze, jeśli to zrobię, kiedy ten pan po mnie przyjedzie na dworzec.
– Skoro masz tu trochę pobyć, musisz nauczyć się naszego języka.
– Dobrze, będę się starał. Dlaczego ma pan takie dziwne ubranie?
– To kimono. Jestem nauczycielem.
– Będzie mnie pan uczył języka japońskiego?
– Będę cię uczył wszystkiego.
Wsiedliśmy do małego samochodu. Po kilkunastu minutach dojechaliśmy do dziwnej budowli.
– Tu będziesz mieszkał. Nauczę cię, jak musisz postępować. To buddyjski klasztor i w środku nie możesz nosić butów.
– Dobrze proszę pana.
I tak zacząłem mieszkać w klasztorze. Kenshin-Omura był mistrzem sztuk walki, czego mi nie powiedział. Szanowano tu wszystkich i wszystko, nawet muchy, ale mistrza szanowano prawie tak mocno, jak głównego mnicha.
Po tygodniu znałem już wiele zasad i kilkanaście słów. Nauczyłem się myć podłogę i zmywać naczynia. Wszyscy tu byli dla mnie bardzo mili, nawet więcej niż pani Emma z samolotu, z tym że nikt mnie nie brał na kolana i nie całował.
Minął już trzeci tydzień, kiedy do klasztoru przywieziono umierającą dziewczynkę. Jej mam była biedna, ale nie dlatego nie pojechała do szpitala. Ufała Kenshin-Omura, bo miał nadzwyczajne zdolności. Potrafił podobno przywracać do życia.
– Pani Osaka, nie wiem, czy będę mógł pomóc – rzekł, kiedy ją zobaczył. – To bardzo trudny przypadek i niewiele życia pozostało w ciele pani córki.
– Proszę pomóc, mistrzu. – upadła na kolana.
– Wstań Mariko – położył dłoń na jej głowie.
Dziewczynka miała tyle lat co Hajze, ale była dużo bardziej drobna. Ułożono ją na macie. Obserwowałem, jak mistrz położył dłonie na jej sercu i głowie. W koło paliły się kadzidła. Nagle spojrzał na mnie.
– Podejdź tutaj, Euri.
Zrobiłem to mocno zatroskany.
– Połóż dłoń na jej sercu.
Zrobiłem to, a mistrz Kenshin-Omura położył dłonie na jej skroniach.
– Pomagam?
Uśmiechnął się.
– Masz złotą aurę, to bardzo rzadko się zdarza. Znam dwie osoby, które taką mają.
– Och, kim są.
– Mój mistrz Zao i ty. Dzięki temu mała Koi ożyje.
Byłem tak zaaferowany, że nie zauważyłem, że dziewczynka nie oddycha. Trzymałem dłonie na jej sercu. Upłynęło sporo czasu, może pół godziny, kiedy dziewczynka otworzyła oczy. Spojrzała w koło i dopiero na mistrza, a potem na mnie.
– Watashi wa tengoku ni imashitaga, naze modotte kitanedesu ka?
– Anata wa hatasubeki shimei o motte imasu.
Nie wiedziałem, co powiedzieli, ale się poczułem dobrze.
Dziewczynka spojrzała na mnie.
– Kono otokonoko wa daredesu ka? Tengoku de kare o mimashita.
– Tenshi. Kore wa wathashi to issho no anata no tenshidesu.
– Arigato...anata wa.
Popatrzyłem na mistrza Kenshin.
– Co dziewczynka powiedziała?
– Dziękuje ci, że jesteś – odrzekł mistrz.
– Proszę jej powiedzieć, że będę się nią opiekował. Ma tyle lat co mój mały brat, Hajze.
– Kare wa anata no sewa o shimasu – prawdopodobnie mistrz przekazał jej moje słowa.
Dziewczynka powoli przesunęła dłoń i ujęła moją. Poczułem błogość. Ciepło i coś, czego nie znałem.
Została kilka dni i mistrz dawał jej różne mikstury i wbijał igły. I oczywiście jadła i piła. Na czwarty dzień wstała. Po dwóch dniach zabrała ją mama. Zrobiło mi się smutno. Powiedziałem o tym mistrzowi.
– Szkoda, że pojechała do domu. Była taka miła i dobra.
Kenshin-Omura patrzył na mnie długo.
– Nie zostawisz jej nigdy?
– Nie – odrzekłem bez chwili zastanowienia.
Potem nie rozmawialiśmy o tym. Wykonywałem wszystko, co mówił mistrz. Wieczorem nie mogłem zasnąć, bo nadal czułem ciepło jej dłoni.
A na drugi dzień dziewczynka wróciła. I mistrz powiedział, że już tu zostanie. Jej mama ją często odwiedzała. Kiedy przyszła na drugi dzień długo rozmawiała z mistrzem i spoglądała na mnie co kilka sekund.
W końcu skończyła rozmawiać i podeszła do mnie.
– Arigato, Euri-san.
Zrozumiałem. Uśmiechnęła się tak... cudownie.
– Ame-san. – Powiedziała, kierując słowa do mnie.
Nie wiedziałem, co powiedziała i spojrzałem na mistrza.
– To twoje imię w naszym języku. – rzekł.
– Ładnie brzmi – uśmiechnąłem się do mistrza, a potem do dziewczynki.
– Wathashi wa kino aishimasu. – Powiedziałem, ale chyba coś źle, bo ona spojrzała na mistrza a on na mnie.
– Co chcesz jej powiedzieć? – zapytał Kenshin-Omura.
– Że kiedyś ją pokocham.
Mistrz się uśmiechnął i powiedział.
– Powiedziałeś: Wczoraj pokocham.
Mistrz wziął kawałek papieru i napisał po japońsku i po angielsku.
– Przeczytaj to jej.
– Isuka wathashi wa ananta o aishimasu.
Dziewczynka spojrzała na mnie i zapytała
– Matawa yubo?
– Hai – odrzekłem, bo zrozumiałem.
Wzięła mnie za rękę i długo trzymała.
– Euri-san, możecie się bawić, tylko wróćcie przed wieczorną modlitwą.
– Dobrze, mistrzu – odrzekłem grzecznie.
Znowu na mnie popatrzył i zawołał, żebym podszedł bliżej.
– Opiekuj się nią. Ona jest specjalna i jej imię jest tym, czym ona jest.
– A co znaczy jej imię?
– Miłość.
Poczułem się dobrze. Pierwszy raz w życiu.
Bawiłem się z Koi każdego dnia, kiedy padał deszcz, bawiliśmy się w świątyni. Uczyłem się japońskiego i ich obyczajów. Minęło pięć lat. Koi uczyła się sztuk walki razem ze mną.
Pozwolono nam pojechać do Tokio. Byłem już dość dobry w walce na miecze, strzelaniu z łuku i walce wręcz, ale wciąż pozostawałem młodzieńcem. Namówiłem Koi, że odwiedzimy moich przyjaciół. Nie mówiłem jej, że to Yakuza. I ta wyprawa o mało nie zakończyła się dla nas tragicznie. Przypomniałem sobie adres, ale wyszliśmy o jedną stację metra za wcześnie. Zamiast jechać dalej, szliśmy. Dawno już zaszło słońce. W innym kraju ktoś by zwrócił uwagę, że doje dzieci idzie ulica po zmroku. Nie w Tokio i to w takiej dzielnicy. Poznawałem okolicę na wyczucie, bo trochę się zmieniło. Zobaczyliśmy rannego młodzieńca. Leżał na chodniku, ale na nasz widok próbował wstać. Miał zakrwawioną białą koszulę. Zanim zdołałem zapytać, co mu jest, dostrzegłem, że goni go dwóch ludzi z mieczami.
W Japonii noszenie miecza było od dawna zabronione, wiec z pewnością to byli bandyci. Coś jak Yakuza, ale gorsi. Nadal wielu przestępców nie znosiło broni palnej. Widocznie ci do nich należeli.
– Ty śmieciu, zaraz rozetnę ci łeb – krzyczał jeden.
– Nie zabijajcie mnie. Mój ojciec zapłaci – błagał młodzieniec.
Ukląkł, a zbiry stały dwa metry obok.
– Już zapłacił, to czemu masz żyć? – zaśmiał się drugi.
Koi uchwyciła mnie za rękę, bo wyczuła, co chce zrobić, ale spojrzałem na nią i zrozumiała.
– Hej, ty synu kulawego osła, jakiś taki odważny, że zabijesz bezbronnego? – zawołałem niezbyt miło.
Obaj spojrzeli na nas.
– Spadaj gówniarzu.
– Nie możemy go zostawić żywego, bo on nas widział – powiedział drugi cicho i spojrzał na mnie
Dostrzegli Koi.
– Patrz, jest i mała. Zabijmy ich obu, a małą weźmiemy ze sobą, takie młode są najlepsze.
Tamten przyłożył ostrze na szyi młodzieńca, a drugi zaczął podchodzić do nas.
– Teraz się zabawimy. A ciebie zabiję na końcu, bezczelny młokosie.
Koi spojrzała na mnie.
– Pomóc ci? – zapytała cicho.
– Zostań, dam radę. To nędzne śmiecie, niewarci nawet trzymać takich tandetnych mieczy.
Wstałem i osłoniłem Koi.
– Nie boisz się młokosie, czy cię strach sparaliżował – zapytał ten, który podszedł.
– Dzisiaj jest twój dobry dzień, bo pójdziesz do piekła – odpowiedziałem niedbale.
Zaatakował ostro. Chciał mnie ciąć w głowę, ale już trzy lata temu Kenshin-Omura nauczył mnie jak bronić się przed mieczem. Z mistrzem byłoby gorzej, ale żaden mistrz nie walczyłby z bezbronnym. Walka trwał sekundę. Zrobiłem unik i uderzyłem go w szyję, wbijając wyprostowane palce w jabłko Adama, dla pewności założyłem dźwignię na nadgarstek dłoni, którą trzymał miecz. Zanim padł na ziemie martwy, trzymałem już jego miecz. Drugi zobaczył, że ma do czynienia z kimś, kto zna trochę szermierkę.
– Nie zbliżaj się, bo go zabiję! – krzyknął.
– I tak chcieliście go zabić – rzekłem spokojnie.
Gdyby rzucił miecz, żyłby. Może zrobił to ze strachu. Umiał walczyć dużo lepiej niż tamten, ale i tak jego zdolności nie mogły się równać z moimi.
Mogłem ciąć inaczej. W tors, w głowę, w szyję. Chciałem, aby żył i już nigdy nie podniósł na nikogo ręki. Odbiłem z dziecinną łatwością jego cios. Mogłem uskoczyć, ale zrobiłem to specjalnie by pozbawić go dłoni. Zawył okropnie i ...zemdlał. Spojrzałem na Koi.
– Zablokuj krwawienie.
Podeszła blada i rozerwała mu koszulę i tamowała krew. Ranny młodzieniec, pewnie niespełna dwudziestoletni, był w szoku.
– Porwali mnie i chcieli okupu. Ojciec zapłacił prawie dwa miliony jenów, a oni i tak chcieli mnie zabić. Było ich sześciu. Jednego uderzyłem w głowę, kasetką... Zaraz tu będą.
– Ukryjcie się – powiedziałem do niego i Koi.
Poszkodowany już miał zabezpieczona ranę. Po chwili w małą ślepą uliczkę wpadło trzech gości. Jeden z nich miał pistolet, a dwóch miecze. Dostrzegli leżącego bez dłoni i po chwili drugiego, a mogli to zobaczyć, bo świeciły latarnie.
Najważniejsze w walce to wyprzedzić myśli przeciwnika. Koi kucała bezpieczna, za metalowym kontenerem na śmieci. Ten z pistoletem zaczął we mnie strzelać, ale ja, zamiast uciekać, biegłem do niego. Zygzakiem, wyczuwając percepcję kul. Skończyły mu się naboje. Dwaj kompani byli zaszokowani i stali jak kamienne posągi. Ciąłem mężczyznę w pierś. Miecz nie był taki zły. Nie karczemny złom, w każdym razie. Uznałem, że po tym uderzeniu prawdopodobnie będzie żył, o ile otrzyma dobrą pomoc. Pozostali zaatakowali mnie szaleńczo. To kolejny błąd. Prawdziwy samuraj nigdy by tak nie zrobił. A skoro nimi nie byli, nie powinni dotykać broni. Po trzech sekundach było po walce. Pierwszy miał przeciętą aortę, z której sikały strumienie krwi. Drugiego przebiłem w okolicy trzustki.
Wróciłem do Koi.
– Masz jakąś komórkę? – zapytałem młodzieńca.
– Zabrali mi. Ten chyba wkładał do kieszeni.
Podszedł do tego z przebitym brzuchem. Z drżeniem rąk przeszukał mu kieszenie. Znalazł.
– Dzwoń po tatusia. Żadnej policji.
Koi wyszła z ukrycia. Po chwili chłopak uzyskał połączenie.
– Tato, jestem.
Po chwili chłopak zorientował się, gdzie jesteśmy, ale musieliśmy stąd odejść, bo prawdopodobnie usłyszano strzały i spodziewałem się policji. Koi miał blada jak ściana twarz.
– Nie musiałeś ich zabijać – powiedziała bez gniewu, chociaż nieco się bała, co zauważyłem.
– Jednego oszczędziłem – odrzekłem spokojnie.
Po dwóch kwadransach przyjechał ojciec, Mercedesem S 600. Czyli mieliśmy do czynienia z japońskim człowiekiem interesów, który porzucił częściowo japońską tradycję i prawdopodobnie robił interesy z Amerykanami i Europejczykami.
Chłopak szybko opowiedział zajście. Mężczyzna ukłonił się trzy razy w moim kierunku.
– Jestem twoim dłużnikiem, chłopcze.
– Jest w porządku. Niech pan zadzwoni do żony, pewnie się martwi o syna.
– Tak zrobię. Nie jesteś Japończykiem. Co robicie sami w nocy? To niebezpieczna dzielnica.
– Chciałem odwiedzić moich przyjaciół Yakuza.
Facet zbladł.
– To byli Yakuza – wskazał na dwa trupy i rannego mężczyznę. – A tak w ogóle, jak im dałeś radę, nie masz czternastu lat? – zapytał.
Zaśmiałem się głośno, nie udzielając wyjaśnienia odnośnie do moich umiejętności w sztuce drogi miecza.
– To były śmiecie. Yakuza ma honor. Proszę nas podrzucić dwie ulice dalej. Załatwię panu lepszą ochronę, a poprzednią proszę zwolnić. Kiedyś nie za takie uchybienie popełniano seppuku. Proszę zostawić mi wizytówkę. Nie chcę policji. Mistrz Kenshin-Omura byłby bardzo niezadowolony
– I tak będzie, Euri – szepnęła Koi.
– Mistrz Kenshin-Omura, ten z klasztoru Osu Kannon w Nagoya? – zapytał ojciec młodzieńca.
– Tak, zna go pan?
– Chciałbym. Odwiedzę was. Dziękuję.
Za pięć minut byliśmy na miejscu.
– Nie możesz tak – szepnęła Koi z lekkim wyrzutem w głosie.
Nie byłem kompletnym idiotą i wiedziałem, o co jej chodzi.
– Postaram się – uśmiechnąłem się, ale ona nadal nie wyglądała na zbyt uszczęśliwioną.
Moi pierwsi znajomi z Japonii wcale mnie nie poznali. Byli raczej mocno zdziwieni co dwoje dzieci od nich chce, ale kiedy wyjaśniłem, zaprosili mnie i Koi do środka. Opowiedziałem im co sie stało.
– To śmiecie. Próbują z nami rywalizować, a teraz się podszywają. To się skończy dla nich źle – powiedział jeden z nich.
– Ten gość potrzebuje dobrej ochrony. Ponoć ojciec dał dwa miliony. Pieniądze wzięli, a i tak chcieli zabić mu syna.
– Dałeś radę! Zuch z ciebie. Dać znać ojcu?
Poczułem zimno w okolicy serca.
– On mnie wysłał, to sam powinien zabrać, proszę go nie zawiadamiać.
Mój rozmówca kiwnął głową na znak zgody.
– Tu w Japonii nie całujemy dzieci, ale je kochamy. Oczywiście nie wszyscy. Załatwione, Euri-san.
– Podobno po waszemu jestem Amo-san.
– O! Zastanawiałem się, co znaczy twoje imię. Mogłem się domyślić, przecież wiem, skąd jest Joseph Parker. On nie jest taki zły.
– Tylko nie ma serca – szepnęła Koi.
– Znasz go, mała? – zapytał Yakuza.
– Nie, ale widzę duszę Euri.
– Ma już włoski? – zapytał się ze śmiechem, Otomo Hari, bo z nim rozmawiałem.
Pochodził z klanu Otomo, ale dawno odszedł od tradycji przodków.
– Masz szczęście, że jesteś moim druhem. Drugi raz jak obrazisz Koi, odetnę ci język.
Hari się zmieszał.
– Wybacz.
Koi podeszła do mnie i odciągnęła na stronę.
– Amo-san, to nie jest obraza. Wytłumaczę ci później.
– On mówił o twoim Haji oka!
– Wytłumaczę – zarumieniła się lekko.
Byłem trochę zły na Otomo Hari, ale Koi mnie uspokoiła. Jeszcze musiałem się wiele uczyć o tym dziwnym kraju. W rezultacie wyjechaliśmy rano z powrotem do Nagoya.
Kiedy wróciliśmy, mistrz nie był zadowolony. Nic mu nie mówiliśmy, ale on wiedział i tak. W jaki sposób nie miałem pojęcia
– Euri-san, nie po to cię uczę walki, byś zabijał.
– Oni chcieli zabić człowieka, zgwałcić Koi i zabić mnie. Co miałem zrobić?
– To moja wina, nie powinienem was puszczać samych.
– Ale zrobiłeś to, mistrzu!
– Bo tak miało być. Nie jest łatwo zwyciężyć przeznaczenie.
Do wieczora nic do mnie nie mówił.
Następnego dnia zaczęliśmy dzień, jakby nic się nie stało. I tak powoli zapomniałem o tym wszystkim. Koi wytłumaczyła mi niektóre aspekty. Mimo że miała dziewięć lat, wiedział dużo o tym, czym różni się Japonia od reszty świata. Można to ująć dwoma słowami. Perwersja i hipokryzja. Po tygodniu przemyśleń obiecałem Kenshin-Omura nie zabić już nikogo więcej w Japonii. Bo sądziłem, że tu zostanę do końca życia.
Dzień później przybyła delegacja. Przyleciał z Tokio ojciec młodzieńca, którego uratowałem.
Hiroshi Itoyama był czołowym producentem sprzętu elektronicznego. Powód jego wizyty był oczywisty.
Rozmawiał długo z Kenshin-Omura. Dopiero potem z nami.
– Zawdzięczam, ci więcej niż myślisz, Euri-san. Ten miecz był kiedyś własnością cesarza Ito. Dał go mojemu dziadkowi, a ja daje go tobie. Cesarz Mihinomiya Hirohito posiadł miecz, który ponoć jest bezcenny. Najdroższy miecz samurajski sprzedano na aukcji za ponad czterysta tysięcy, ale w Japonii nie sprzedaje się takich mieczy. Ten wykuł sam Hattari Hanzo i władał nim pierwszy szogun rodu Tokugawa, który dzierżył władzę przez dwa wieki. Za pomoc w bitwie pod Mikatagahara, gdzie szogun Tokugawa ledwo uszedł z życiem, wynagrodził sowicie legendarnego płatnerza i prekursora nowoczesnej ninja, zwanych prawidłowo shinobi lub shinobi no mono. Hattori w ramach podarunku ze swojej strony podarował Tokogawie miecz. I ten oto miecz darowuje tobie. Dziękuję raz jeszcze. Twoi protegowani, młody człowieku, są drodzy, ale obiecali, że nigdy już nie zagrozi nikt mojemu synowi. Załatwiłem sprawę tych zabójców. Ten bez dłoni został zabity, pewnie przez swoich byłych kompanów, w obawie by nie wydał reszty.
Spędził z nami jeszcze dwie godziny.
Po jego wyjeździe mistrz Kenshin-Omura długo siedział i milczał. W końcu się odezwał.
– To wielki honor, dla ciebie. Nigdy nie pozbywaj się tego miecza. Na nim jest zapisane prawie trzysta lat historii Nipponu.
– Dobrze mistrzu. Muszę się wiele jeszcze nauczyć. Zabijanie jest łatwe. Chce walczyć, ale nie zabijać. Pamiętam, że ożywiłeś Koi, mógłbyś i mnie tego nauczyć?
– Nie, Euri-san. Koi żyje dzięki tobie. To ty ją ożywiłeś. Można to zrobić tylko w szczególnych wypadkach. Ona umarła, ale miała żyć. Będę cię uczył. To trzeba, pojąć sercem. Ja wiem, kiedy i kogo mogę uleczać. W życiu nic nie jest przypadkowe. Twój przyjazd, jej choroba. A nawet te zabójstwa, których dokonałeś. Nie powinieneś był tego robić, ale z drugiej strony, nie mogło być inaczej.
Nie rozumiałem wówczas jego słów i musiało minąć wiele czasu, aż je w końcu pojąłem. Tymczasem rosłem i dojrzewałem, a Koi obok mnie. Pewnej wiosny, kiedy miała dwanaście lat, a ja szesnaście pierwszy raz się pocałowaliśmy. Teraz było tylko kwestia czasu kiedy pójdziemy w tym dalej. W klasztorze, w czasie treningu, byliśmy innymi ludźmi, niż wówczas kiedy szliśmy za rękę oglądać płynące liście po rzece, patrzeć na deszcz, czy wzburzony ocean. Do oceanu było z siedemdziesiąt kilometrów, ale kilka razy tam pojechaliśmy. Po jakimś czasie naszym miejscem spotkań stał się jej dom. Jej mama pozostała wdową i pracowała. Kiedy nie było jej w domu, czasem tu przychodziliśmy.
I to stało się rok po pierwszym pocałunku. Oczywiście całowaliśmy się i później wie razy. Średnio raz na tydzień. Tego dnia ja siedziałem na dywanie, a Koi robiła sushi.
– Zaparzyłam herbatę i zrobiłam twoje ulubione sushi, wasabi i sos.
– Nie jestem głodny.
Zdziwiła się bardzo.
– A mówiłeś, że jesteś Euri-san.
– Nadal jestem – uśmiechnąłem się, najładniej jak potrafiłem.
Zrozumiała.
– Chcesz to zrobić dzisiaj? – zapytała i nawet się nie zawstydziła.
– W innych krajach czekają do pełnoletności, jak chcesz, poczekam, Koi-san.
– Nie chce czekać. Tylko bądź delikatny.
– Widziałaś?
– Czułam. Wiesz, walczymy... – teraz dostrzegłem rumieniec na jej policzkach.
– Wyglądasz ślicznie, kiedy się rumienisz. Jesteś bardzo wstydliwa.
– Wcale nie! – jakieś dziwne ogniki zapaliły się w jej oczach.
– Jesteś, wiem. – Mówiłem to z czystej przekory. Gdyby tak było, jak mówiłem, już na samym początku dyskusji o tych sprawach by się zawstydziła.
– Zaraz się przekonasz, że nie. – Wcale nie prowadziłem z nią tej rozmowy, żeby ją do czegoś nakłonić. Byłem z nią bardzo uczciwy i szanowałem ją tak samo, jak mistrza Kenshin-Omura.
– Czekam. – Powinienem był przestać, ale skoro zacząłem...
– Patrzyła na mnie brązowymi oczami, które wprost uwielbiałem. Lubiłem kolor i zapach je czarnych włosów, skóry. Chyba lubiłem w niej wszystko.
– Zamknij oczy. – Faktycznie chyba się nie wstydziła, bo nie dostrzegłem nawet śladu po poprzednim rumieńcu. Dziwny blask w jej oczach się nasilił, a ja poczułem się dziwnie. Pierwszy raz tak dziwnie.
– Dobrze – odpowiedziałem krótko
Zamknąłem i czekałem. Kiedy wzrok nie działa, inne zmysły przejmują działanie. Usłyszałem szelest zdejmowanego ubrania i zapach jej ciała.
– Możesz otworzyć oczy.
Stała naga, ale zasłaniała swoje malutkie piersi i łono.
– A jednak się wstydzisz – powiedziałem z czystej przekory.
Zobaczyłem ogniki w jej oczach. Teraz wyglądało, jakby palił się tam żywy ogień.
– Jestem bardziej odważna niż ty. Z pewnością się nie rozbierzesz. – Zabrała dłonie z łona i piersi i podparła piąstki pod boki i patrzyła na mnie z wyczekiwaniem.
– Pewnie, że nie. Chcę, żebyś ty to zrobiła.
Spojrzała na mnie inaczej. Poważniej i miała na twarzy... coś innego.
– Będziesz ze mną zawsze? – Nie mogłem mieć pewności, ale wydało mi się, że jej twarz zajaśniała.
– Wiesz, że tak. Kocham cię, Koi – powiedziałem to całkiem poważnie.
– I ja ciebie kocham. W końcu zawdzięczam ci życie.
Zabrała dłonie z bioder i mogłem patrzeć na jej drobne, ale śliczne ciałko. Wcześnie patrzyłem tylko w jej oczy.
– Już wtedy miałam włoski, ale bardzo mało – szepnęła.
Podeszła i zaczęła mnie rozbierać. Czułem, jak coś we mnie wzrasta. To było z pewnością o zabarwieniu duchowym. Jakbym czekał na przyzwolenie z niewiadomego źródła. Z trudnością walczyłem ze sobą, by nie zacząć jej dotykać, ale dotrwałem do końca.
– Euri, naprawdę musisz być delikatny – szepnęła, patrząc na moją intymność. Jestem wojownikiem jak ty, ale teraz masz przed sobą tylko kobietę, która cię kocha więcej niż swoje życie.
I byłem. Co prawda nie do końca. Uwielbiałem jej zapach. I smak. Całowałem ją wszędzie. Ona zresztą mnie również. Nie była do końca rozwinięta, a ja chyba tak. Tak naprawdę nie miałem porównania. Wyglądała jak kobieta. Z powodu wielkości mojego organu wiedziałem, że naprawdę muszę być czuły. Z pozbawieniem wianuszka poszło nieźle. Tylko skrzywiła buzię. Odczekałem, chociaż z trudnością, bo dawała mi znaki wyrazami twarzy jak długo mam czekać, aby kontynuować. Delikatnie się wysunęła i patrzyła z miłością na moją twarz...
* Do 2023 roku dozwolony wiek na współżycie wynosił w Japonii trzynaście lat. Po roku 2023 podwyższono do 16 lat. Stary przepis obowiązywał od 1907 roku. Wcześniej zależało to od wielu spraw. Kwestia honoru była zawsze ważna na pięciu wyspach i w tych sprawach jeśli ktoś coś zaniedbał, mógł stracić życie. Japonia nie jest krajem z tego świata. Większość ludzi kiedy pytamy: Ty to zrobiłeś, a osoba nie bardzo w to wierzy, pyta: Ja? I pokazuje okolice serca czterema palcami. ( Pewnie nigdy na to nie zwróciłeś uwagi, czytelniku) Japończyk czy Japonka wskazuje przy takim pytaniu palcem wskazującym skroń z prawej strony.
PS. Celowo nie tłumaczyłem słów małej, ożywionej Koi-san. Słowa, które wypowiedziała zaraz kiedy ożyła są kluczem do całego opowiadania. Kilka osób wie, że Euri jest : Ten kara no tenshi, tylko on tego nie wie, a kiedy mu o tym ludzie mówią, nie wierzy. W końcu się przekona. Za jakieś 150 stron.
Materiał znajduje się w poczekalni.
Prosimy o łapkę i komentarz!
Dodaj komentarz
Zaloguj się aby dodać komentarz. Nie masz konta? Załóż konto za darmo.