Wszędzie za nim chodziłem, tak na wszelki wypadek. Pobrał próbkę rękojeści.
– To nie oryginalna, ma trochę więcej niż pięćdziesiąt lat.
– Wiem o tym.
– Dwieście funtów, przy odbiorze, tak?
– Muszę trochę poszczerbić swój... Świetna broń – dodał.
– Dobrze.
– Możesz przyjść o czwartej.
– Będę o szóstej.
– Czy wszystko dobrze? Źle wyglądasz...
– Tak, troszkę się źle czuję, ale przejdzie. – powiedziałem to i go pożegnałem go.
Po pięciu minutach jechałem już do domku Kamilli. Kiedy dojechałem, wziąłem łopatę i poszedłem do lasu. Ciemniało, więc odczekałem jeszcze parę minut. Kiedy już zapadła ciemność, ruszyłem. Nie używałem latarki, dobrze poruszałem się w ciemności.
Na szczęście nie dostrzegłem nikogo. Poza mieczem chciałem zakopać czyste sztabki złota, o łącznej wartości około dwudziestu tysięcy dolarów. Po kwadransie wszystko ukryłem w brezencie, zasypałem i pokryłem liśćmi. Leżały tu od zeszłej jesieni i nikt ich nie zbierał. Większość zgniła, ale nie wszystkie. Mieliśmy koniec października i wkrótce nowe wszystko pokryją, pomyślałem.
Dopiero wówczas poszedłem do domku.
,,Właściwie czy to konieczność" - pomyślałem.
Wartość posesji nie przekraczała dwustu tysięcy funtów. W czasie ich nieobecności, nikt tu nie będzie mieszkał, bo nie wspomniała ani o sprzedaży lub wynajmie. Kamilla miała pozytywne nastawienie do tego miejsca. A nie chciałem czekać, aż wrócą. Chciałem usunąć trucizny, nie pomyślałem, że wszystko jest napromieniowane, chociaż bardziej subtelnym promieniowaniem niż radioaktywnym. Powinienem od razu wiedzieć, że kobieta miała bardzo specjalne pole życiowe i nawet taka dawka promieniowania by jej mogła po czasie zaszkodzić. Miałem w planie przygotować im gniazdko zaraz po powrocie, aby mieli gdzie żyć. Dla delikatnej i artystycznej duszy Kamili, centrum Londynu w kondominium nie stanowiło najlepszego wyboru.
,,Być może potem sobie kupią coś innego" - pomyślałem.
Kiedy tylko wszedłem, odczułem złowrogie promieniowanie. Gdybym nie przyjął tej dawki, kiedy ja leczyłem, prawdopodobnie te trucizny nie spowodowałyby niczego w moim organizmie. Teraz to działało na zasadzie przeciwnym do homeopatii. Otworzyłem drzwi i wszedłem do piwnicy. Mimo złowrogiego działania substancji zdołałem ją zlokalizować. Znajdowała się w piecu. I odkryłem dwie. Piec miał sporo lat i jako izolacje użyto azbestu. Codzienne podgrzewanie zrobiło swoje. Szukałem rtęci i też znalazłem. Stary termometr do mierzenia temperatury wody miał pęknięcie. W takim miejscu, że ciepło pieca częściowo zamieniało ciecz w parę, aby potem znowu się skroplić. To wszystko nie miało sensu. Przez tyle lat rtęć powinna wyparować. Czemu Kamilla nie wzięła fachowców? Gdyby całkiem pękł, zorientowałaby się. Małe pęknięcie powodowało, że od wielu lat minimalne opary wchodziły do wod cyklu zamkniętego, które ogrzewała mieszkanie. Zakrawało to na farsę, że przez tyle lat Kamilla nic nie odkryła.
Wyszedłem z budynku kompletnie wyczerpany i osłabiony. Pierwsze co musiałem załatwić jutro, to wezwać specjalną grupę ludzi by usunęli piec i całkowicie zmienili system nagrzewczy.
Ledwo doszedłem do samochodu. Dojechałem do domu kompletnie wykończony.
Diana na mój widok zrobiła smutną minę.
– Euri, nie powinieneś był tam jechać.
– Może masz rację, ale wiesz, jaki jestem. Już wiem, co trzeba usunąć i zmienić. Teraz już dojdę do siebie...
Chloe przyszła z góry.
– Tatusiu, co ci jest? – wtuliła się we mnie.
– Nic takiego, wszystko będzie dobrze. – Popatrzyła na nas.
– Wyczuwam coś niedobrego, mogę wiedzieć?
Diana popatrzyła na mnie i na nią.
– Ja jej powiem, a ty się połóż.
– Muszę się umyć, zapal mi kadzidełka w sypialni. Te z zielonego pudełku.
Dowlokłem się do kabiny. Mycie sprawiło mi trudność. Kiedy doszedłem do sypialni, roznosił się już woń dymu. To oczyszczało nie tylko powietrze, ale głównie wzmacniało czi, czyli energię. Weszła Chloe.
– Nie zapukałaś...
– Wybacz, sądziłam, że jesteś ubrany. Widziałam, że zabrałeś szlafrok z łazienki. Mama mi powiedziała. Trzeba być dobrej myśli.
– Też tak myślę.
– Mogę cię przytulić, może cię wzmocnię.
– Dobrze – uśmiechnąłem się.
Poczułem się dobrze, gdy mnie przytuliła.
– Wybacz córeczko, powinienem dawno to zrobić, zanim się urodziłaś. – Po chwili wyszła, a ja się położyłem i zasnąłem od razu jak zabity.
Obudziłem się, a właściwie obudziła mnie żona.
– Jest siódma, jak się czujesz?
– Troszkę lepiej. Powinno być dobrze. Przyjdź do mnie za pół godziny.
Wyszła. Zwlokłem się z łóżka. Zrobiłem poranne czynności i dopiero usiadłem w pozycji do medytacji. Kenshi-Omura nauczył nas, mnie i Koi niezwykle wzmacniającej techniki oddechowej. Wiedziałem, że dopiero po powrocie użyję igieł do akupunktury. Najpierw organizm musiał wyzbyć się wpływu toksyny. Gdybym teraz użył igieł, mógłbym umrzeć. Po dwudziestu minutach czułem się dużo lepiej. Przyszła żona i patrzyła na mnie.
– Będzie dobrze, kochanie.
Miałem wiele małych spraw do załatwienia. Skontaktowałem się z Betty i zawiadomiłem ją, że będę później. Zadzwonił Morrison i przekazał, że śledztwo w sprawie podwójnego zabójstwa nadal stoi w miejscu.
Podziękowałem i prosiłem o przesłanie informacji, jeżeli coś się zmieni.
Ten dzień uznałem za dość smutny. Wieczorem odlecieli do Polinezji Francuskiej, mój przyjaciel George i jego wybranka, Kamilla. Nie miałem z nim długich konwersacji, ale dążyłem go pewnym uczuciem. Uświadomiłem to sobie w całości, kiedy samolot wzniósł się w powietrze.
Nadal czułem się niezupełnie dobrze, ale z drugiej strony cieszyłem się w duchu, że z wybraną Georga, będzie dobrze.
Zamówiłem firmę do usunięcia zatrutej instalacji nagrzewającej w domu ślicznej blondynki. Ci sami ludzie mieli założyć wszystko na nowo. Za dwa dni mieli zacząć. Zapłaciłem z góry, bo wyglądali na uczciwą firmę.
Wieczorem, kiedy już wszystko załatwiłem, a imitacja miecza spoczęła za szkłem, trafiłem do domu.
– Miałem kilka nietypowych zajęć, ale wszystko załatwiłem pozytywnie – powiedziałem, kiedy usiedliśmy w salonie.
– To tylko pozostało najważniejsze – rzekła Diana.
– Tak. Kiedy dolecę i skończę z nimi spotkanie, dam znać.
– Lecisz dopiero w czwartek?
– Tak. Jutro wraca Hajze. I ostatecznie wyczuję, jakie jest jego nastawienie do mojego odejścia. On jest inny niż ja. Zapytałem, czy jest ze mną, czy przeciw a on unika odpowiedzi. A chciałbym to wiedzieć.
– Gdyby był z tobą, powiedziałby ci. Skoro tego nie zrobił, to jest przeciwny.
– Mam nadzieje, że nie jest przeciwko mnie – odrzekłem lekko zasmucony.
_____________________________________________________________________
Pożegnanie z rodziną nastąpiło wieczorem w środę. Zarówno Diana, jak i Chloe były trochę zmartwione zewnętrznie, a w środku chyba bardziej. U Remiego nie dostrzegłem tych oznak, ale on często ukrywał uczucia. Potem kiedy dzieci już poszły spać, mieliśmy z żoną miłe chwile. Potem leżeliśmy przykryci cienką kołdrą. Ja na plecach, ona wsparta na boku, patrzyła na moją twarz. Gładziła moje włosy. Lubiła to robić, a dla mnie stanowiło to pieszczotę, bardziej duchową niż cielesną. Uśmiechnęła się.
– Co się stało? – wyczułem bowiem, że jej uśmiech dotyczy całkiem innej sprawy niż mój wyjazd, co oczywiście rozumiałem, ale również nie obejmował tego, co mieliśmy przed chwilą.
– Ech, nic takiego. Pomyślałam o czymś.
– To powiedz, bo się nie domyślę. – Wturlała się na mnie, wsparła tors na łokciach i popatrzyła mi w oczy.
– Pomyślałam o Chloe.
– W jakim sensie?
– Że zarówno mnie, jak i ciebie, pocałowała.
Poczułem się dziwnie. Czyżby przypuszczała? Nie czułem się ani winny, ani że zrobiłem coś złego, mimo że powinienem. Minęło już kilka dni od tego wydarzenia, a nie zauważyłem żadnego negatywnego oddźwięku u mojej córki. Wyglądało, że stało się dokładnie to, co jej brakowało do spełnienia, chociaż przecież do kulminacji nie doszło. Byłem złym ojcem i w pewnym sensie spotkały mnie tego konsekwencje, bo jakkolwiek nie uważałem, że to było w porządku, co się stało.
Następne zdanie Diany, nie świadczyło, że cokolwiek podejrzewa.
– Mamy niezwykłą córkę.
– Tak. Czasem myślę, że ona cię pragnie, jak ja. – Powiedziała to lekko, czyżby to nie miało dla niej znaczenia? Nie chciałem zaprzeczać, bo to by było kłamstwo z mojej strony, ponieważ wiedziałem, że to prawda. Miałem niepowtarzalną okazję, by dowiedzieć się, co moja cudowna żona myśli o tym. Miałem pewność, że Chloe jej nic nie powiedział, ponieważ Diana z pewnością by mi to przekazała.
– Też to wiem, ale to jest złe.
Popatrzyła na mnie spokojnie.
– Nic co pochodzi z miłości, nie jest złe.
– Pragnienie jest żądzą ciała, więc nie pochodzi z miłości.
– Twoje pragnienie mnie, jest żądzą czy pochodzi z miłości?
– Z miłości.
– Skąd wiesz, że jej nie?
– Bo jestem jej ojcem, a ojca nie można pragnąć.
Diana patrzyła mi głęboko w oczy.
– Czy jestem złą istotą, czy dobrą? – zapytała.
– Jesteś uosobieniem dobra.
– Pragnęłam swojego ojca cztery lata.
– Och! Kiedy my... pierwszy raz, byłaś dziewicą.
– Nie mówię, że do czegoś doszło. Ja chciałam, on nie. Pocałowałam go dwa razy w usta tak jak Chloe ciebie.
– Dlaczego tego chciałaś?
– Był dla mnie uosobieniem dobra, marginesowo uważałam go za ideał mężczyzny.
– To nie powinno się zdarzyć, to niszczy.
– Wiem, co czujesz, ale się mylisz. Tkwisz w stereotypach. Złe jest zmuszanie, namawianie zwiedzenie, wykorzystanie. Znam moją córkę, ona nie ma w sobie krzty zła.
Byłem bliski zapytać, czy by zezwoliła, ale nie musiałem pytać, bo wiedziałem, jaką usłyszę odpowiedź. Zapytałem o coś, czego Diana nie mogła wiedzieć.
– Dlaczego Chloe pragnie Aishe?
– Bo ją kocha.
– Dobrze, dlaczego ją kocha w ten sposób, że jest tam pragnienie.
– Pytasz tak, ale masz jeszcze inne pytanie i to od momentu jak się dowiedziałeś, że mnie pocałowała, a właściwie, że się z nią pocałowałam, bo to miało inny przebieg niż w twoim wypadku. Ona cię pocałowała, a ty to zaakceptowałeś, że mną było inaczej. Chcesz wiedzieć, czy Chloe chciała ze mną tego, czego pragnie z tobą. I chcesz wiedzieć, czy ja tego chcę. Obie odpowiedzi są negatywne. Ona pragnie Aishę z miłości, a kocha ją tak, bo to daje jej namiastkę tego, czego pragnie od ciebie. Ona cię pragnię od trzech lat, a Aisha ma najwięcej twoich cech z osób, które są w jej otoczeniu. Różnica między tobą a mną jest taka, że ja ją kocham i nie pragnę, a ty ją kochasz i pragniesz.
Znowu nie mogłem zaprzeczyć i zapytałem o coś, czego nie wiedziałem, a czułem, że Diana to wie.
– Dlaczego ją pragnę?
Odpowiedziała natychmiast, jakby to było dla niej oczywiste.
– Jest w niej coś, czego nie ma we mnie, a jest to pieczęcią, która zamyka i powoduje twoją miłość do mnie kompletną.
Ty tylko dlatego nie chciałeś, bo uważasz, że to niemoralne i złe. Wiedziałeś już wówczas, że ja nigdy bym tego nie potępiła.
– Czułaś?
– Zaraz jak do tego doszło, siedząc obok Remiego. Moja miłość do ciebie jest kompletna. Jej do ciebie i twoja do niej potrzebuje tylko jednego, by taka się stała.
– Gdyby tak było...
– Nie porównuj siebie z nikim. To w twoim i jej wypadku nie jest złem, jest dobrocią. Chciałeś wiedzieć, to ci powiedziałam. Ty nie potrzebujesz mojej zgody, potrzebujesz swojej. Pamiętasz, jak na początku sądziłeś, że chcesz odejść z tej piekielnej organizacji, bo chcesz to zrobić dla nas? Potem zrozumiałeś, że możesz to zrobić tylko dla siebie, wówczas i dla nas.
Gdybym nie dodał głupoty, jaką powiedziałem, pewnie zakończylibyśmy temat.
– Mogłabyś pocałować się z Remim, ja raczej nie?
Jej oczy zmieniły się natychmiast. Zeszła ze mnie i położyła się na plecach. Zrozumiałem, że palnąłem głupstwo i chciałem jak najszybciej z tego wyjść.
– Przepraszam kochanie, palnąłem głupotę, wcale o tym nie myślę.
Coś w tym nie grało. Nie znałem faktycznie całkiem mojej żony. Ponownie wsparła się na łokciu i zobaczyłem w jej oczach niepokój, o ile nie strach.
– Wiem, że ma dwanaście lat. Wiem, że jestem jego matką. Nie sądź, że jestem perwersyjna, po tym, co powiem. Gdyby był inny i miał jakiś problem, a to miałoby pomóc, zrobiłabym to. Remi jest inny.
– Co znaczy, inny? – zapytałem, zapominając na chwilę o tym, o co zapytałem w żarach.
– Ma dwanaście lat. Na pozór nie można mu nic zarzucić. W domu ani w szkole, ale ja się go obawiam. Cały czas.
Poczułem dziwne prądy w ciele.
– Obawiasz się go?
– Jest moim synem i kocham go, ale jest w nim coś dziwnego. Jestem z nim częściej niż ty, on ma w sobie coś złowrogiego, mrocznego...
– Co mówisz! – uniosłem nieco głos – to dobry dzieciak!
– Powiedziałam to jako jego matka, która go kocha, zrób z tym, co chcesz. Gdyby mój pocałunek miał to zło w nim zniszczyć, robiłabym to codziennie.
Usłyszałem mocne wyznanie.
– Być może powiedział coś naśladując Hajze...
– Nie za bardzo ufam Hajze. To chwiejny człowiek zrobi wiele dla kariery, ale nie obawiam się go tak jak naszego Remiego.
Poczułem gęsią skórkę.
– Boże dlaczego!
– Nie wiem, kochanie. To serce matki mi podszeptuje. Ty może zaniedbałeś, ale zrobiłeś to nieświadomie. Ja nie zawiodłam. Byłam zawsze na miejscu, nigdy nie szczędziłam mu serca. Wychowałam, jak najlepiej potrafiłam.
– Czyli w głębi serca masz do mnie żal, że zawiodłem?
Objęła mnie i szepnęła.
– Euri, kochanie. W moim sercu jest do ciebie tylko miłość. Jesteś dobrym człowiekiem. Myślisz, że nie wiem, że byłeś blisko z Chloe? Wiem. Znam cię i znam ją. Wszystko, co robimy, ma konsekwencje, ale nie wzruszy to mojej miłości do Ciebie. Powtarzam, jesteś dobrym człowiekiem i od teraz zrobisz wszystko, by to wiedzieć samemu. Kocham cię i nigdy w ciebie nie zwątpię.
Czułem, jak topnieje. Co za cudowna istota leżała obok mnie. O ile wcześniej może tkwiły we mnie szczątkowe wątpliwości co do decyzji odejścia z organizacji, teraz zniknęły.
– Zrobię wszystko by naprawić błędy i zaniedbania. Od teraz nic nie pozostanie dla mnie ważniejsze niż wasze szczęście.
– Euri, kochanie. Ja jestem szczęśliwa. Nawet nie wiesz jak. Od pierwszej chwili cię pokochałam i nie zwątpiłam w ciebie. Działaj i nie martw się o nic.
Chciałem coś powiedzieć, ale zobaczyłem, że zasnęła. Jak mogła tak szybko? Obserwowałem jej spokojną twarz i słyszałem powolny i głęboki oddech. Patrzyłem na śliczną twarz Diany mimo prawie całkowitej ciemności i po chwili odpłynąłem w objęcia snu.
__________________________________________________________________________
Samolot wystartował planowo z lotniska Heathrow. Zwykle czas samego lotu to sześć i pół godziny, z oczekiwaniem na obu lotniskach daje trochę mniej niż osiem godzin. Wyszedłem po odprawie na lotnisku JF Kennedy dwie godziny później niż wyleciałem. Wynikało to z sześciogodzinnej różnicy czasu między strefami. W czasie powrotu czas się dodawała. Nie spodziewałem się nikogo na lotnisku, ale zostałem miło zaskoczony. Dostrzegłem Colinsa.
Znałem go może trochę lepiej niż Morgana i Rodrigues.
Larry Colins wiele się nie zmienił od ostatniego spotkania, może doszło kilka zmarszczek i przybyło kilkanaście siwych włosów na głowie.
– Jak lot? – podał mi dłoń na przywitanie.
– Dziękuję, dobrze. Miło, że przyjechałeś, po dezertera.
Spojrzał na mnie. Zupełnie naturalnie.
– O tym pogadamy na miejscu. Dzieci zdrowe?
Zaskoczył mnie! Człowiek, z zarządu najbardziej niemiłego interesu na świece, pyta o rodzinę?
– Wszyscy zdrowi. Twoi?
– W najlepszym porządku. Wierz mi, też mam naciski, ale dopiero po emeryturze o tym pomyślimy z pozostałymi.
– Sądziłem, że to dożywocie.
Oczywiście wyczułem aluzję. Chodziło mu o to, że powinienem wysunąć prośbę, a nie stawiać ich niejako przed faktem dokonanym. Czyżby nie było tak źle?
– Powinno być – wysilił się na uśmiech.
Doszliśmy do samochodu. Duży czarny SUV. Yukon. Takimi wozami jeździ nawet prezydent. W naszym wypadku jechaliśmy w środku, z przodu i z tyłu asekurowani przez identyczne wozy. Dla pewności nie zawsze ważna osoba jechała w środku. Nie zdarzyło się jeszcze od trzydziestu pięciu lat, by dokonano choćby próby zamachu. Gmach zarządu znajdował się na Brooklynie, na ironię gmach Syndykatu znajdował się dwie ulicy od zarządu tak zwanego Koła kierowniczego Świadków Jehowy. Która organizacja robiła więcej szkody dla świata, co do tego nie miałem pewności.
Dojechaliśmy. W czasie niedługiej jazdy widziałem zmiany w architekturze miasta, które nigdy nie śpi. Rozmawialiśmy o wszystkim poza dotyczącym celu mojego przyjazdu.
Sala, w której obradowali, wyglądała, jak każda zwykła. Mieli tu podziemne bunkry, ale wywiad zarządu nie podejrzewał ataku czy żadnego zagrożenia. Na tym niezbyt pięknym świecie, sama góra jakiegokolwiek wielkiego interesu zazębiała się z inną górą. Nasz chronili politycy i sądy i wielkie korporacje. Wielu ludzi zastanawia się, jak to jest, że handel narkotykami istnieje, prostytucja, czy inne formy nowoczesnego niewolnictwa. A odpowiedź jest niezwykle prosta. Przynosi dochody. Szary obywatel USA jest więcej wart niż podobny z Lesotho. Jakkolwiek rocznie znika osiemset tysięcy amerykańskich obywateli. Niektóre statystyki przerażają.
Wielka sala, mogąca pomieścić trzy tuziny ludzi wyglądała opustoszała. Za wielkim stołem w ciemnym kolorze z wygodnymi fotelami w koło, udekorowana tylko lustrami, siedziała dwójka ludzi. Harry Morgan i Rozalinda Rodriguez.
Usiedliśmy. Na stole stała woda i szklanki. Czyli nie przygotowali dla mnie bankietu, uśmiechnąłem się w duszy.
– Proszę siadać – rzekł Morgan.
– Dziękuję.
Czy Rozalinda rzeczywiście przypominała szpetną kobietę, jak określał mój brat? Dla mnie nie. Mimo średniego wieku posiadała niezłą figurę. Musiała o siebie dbać. Nieco gorzej przedstawiała się sprawa z jej twarzą. Jeszcze z czasów młodości, gdzie zaczynała w pewnym brazylijskim gangu, odziedziczyła liczne blizny, a co dziwne, nie próbowała ich usunąć poprzez operacje plastyczne. Wszystkie pochodziły od ostrzy, czy noży nie wiedziałem. Rozcięty policzek, szrama na czole i trzecie znamię musiał pozostawić nóż, który rozciął jej wargę i część brody. Oczy miała brązowe i bystre. Poza tym, jeżeli ktoś zaakceptował blizny, wyglądała przeciętnie. Ani pięknie, ani koszmarnie. Wyczuła, że jej się przyglądam. Kilkakrotnie odwiedziłem Nowy Jork, ale w większości spotykałem Larrego i raz Morgana, nigdy osobiście Rodriguez. Jak wspomniał Hajze i młody Yakuza, Rozalinda miała opinię wiedźmy i powszechnie sądzono, że jest gorsza od samego diabła.
– Nie jestem zbyt piękna, co? – patrzyła wzrokiem kobiety, która niczego i nikogo się nie bała.
– Gdybyś zrobiła zabiegi, dużo by pomogło. Poza tym jesteś przeciętnej urody, ale widać, że dbasz o ciało.
Zobaczyłem dziwny rodzaj uśmiechu.
– Dziękuję za szczerość, większość o to zapytanych kłamie w żywe oczy, przekonując mnie, że jestem ładna, a w duszy mają mnie za maszkarę. Jestem zła i czasem okrutna, dla tych, co bardzo tego pragną.
– Nie przyleciałem, żeby rozmawiać o twojej urodzie – rzekłem może zbyt ostro i sucho.
Dziwne, że umiałem również rozmawiać z kobietami, nieco z pozycji siły, a tylko z jedną nie wiedziałem, jak sobie dać radę. Oczywiście dotyczyło to mojego oczka w głowie i źródła rozterek. Chloe.
Morgan się zmieszał, a Colins zmarszczył brwi, ale brunetka gładko przemknęła ostrą odpowiedź.
– Istotnie. Ponoć chcesz nas opuścić.
– Tak. Postanowiłem zostawić kierownictwo w Londynie, bez względu na konsekwencje.
– Czyli nie boisz się śmierci? – zapytała, nawet nie zmieniając wyrazu twarzy, czyli z uśmiechem.
– Wojownik nie boi się śmierci.
Uśmiechnęła się szczerze.
– Jesteś prawdziwym facetem. Szkoda, że masz żonę, nie gustujesz w brzydulach a ja... wole kobiety.
Znów zobaczyłem nieco skwaszone miny u dwóch mężczyzn.
– Ponoć Larry ma głos decydujący, ale zainteresowani wiedzą, że tak nie jest. Znacie moje stanowisko, chcę wiedzieć, co zostało postanowione w mojej sprawie.
– Przyjmujemy twoją rezygnację. Twój brat się ucieszy, zawsze chciał rządzić sam. Nie będziemy cię niepokoić.
Poczułem ulgę. Czyli jestem wolny, a George i Kamilla odlecieli na darmo? A Diana i dzieci nie muszą się martwić. W takim razie czemu kazali Hajze nakazać tym dwóm obserwować nasz dom?
Musiałem o tym wspomnieć.
– Wizyta Terrego i Simona miała czemuś służyć, prawda?
– Istotnie, chcieliśmy sprawdzić twoją reakcję. Czy twój brat ich kazał zabić? – zapytała wprost.
– Aż takim głupcem nie jest. Dziwne, że nikt nie wie, kto to zrobił. A sprawca, o ile był to tylko jeden człowiek i posiadał zarówno cechy zawodowca, jak i z pewnością miał skłonności sadystyczne.
– Tak, dostaliśmy raport – wtrącił Colins.
– Czyli to wszystko? – zapytałem.
– Tak. Pozostaje cześć łatwiejsza. Chyba nie myślisz, że potraktujemy tak oschle człowieka, który wiele lat nam służył. Proponuję obiad, dobry alkohol i klub do wyboru.
– Pierwsze przyjmuję. Nie jestem typem odwiedzającym miejsca rozrywkowe.
Materiał znajduje się w poczekalni.
Prosimy o łapkę i komentarz!
Dodaj komentarz
Zaloguj się aby dodać komentarz. Nie masz konta? Załóż konto za darmo.