Dla tych co nie czytali.
Deszcz to imię głównego bohatera w tłumaczeniu na język polski. Oryginalne imię pochodzi z baskijskiego. Rodzice Euri byli Baskami, ale on sam urodził się w Angli. Część życia spędzil w Japonii i przyswoił tam język i obyczaje. Opowiadnie jest dramatem lecz zdarzają się sceny erotyczne, o czym będę informował zmianą kategorii. Całość jest raczej dla osób doroslych. Niektóre nazwy, nazwiska i wydarzenia są realne ale jest opowiadnie jest fikcją a jak wytrwały czytelnik dowie się na końcu nawet fantazją.
Deszcz.
Jakiś czas temu
Nie cierpiał, wprost nienawidził, ale to i tak nic nie pomagało, chociaż nie pogarszało, również.
Próbował wsunąć lufę do ust. Zrobił to trzy dni temu. Nacisnął spust dwa razy... i nic. Mimo że magazynek wypełnił pociskami. Kiedy przestał się trząść z emocji, rzucił pistolet na brudną posadzkę, wówczas broń sama wystrzeliła. Nie mógł wcześniej?
Zawsze się zastanawiał, co jest potem. Nic? Ciemność? Płomienie? Zanim nacisnął spust, pomyślał o tych wszystkich, którzy go zdradzili, oszukali i chcieli jego śmierci, kiedy jeszcze był kimś. Czy nadal chcą, kiedy jest już nikim? Nikim? Żeby być nikim, trzeba reprezentować sobą cokolwiek. A on przestał być kimkolwiek i czymkolwiek, już dawno temu.
Jakiś czas potem...
Przeciętny żebrak tego wielkiego miasta śmierdział mniej niż on, właśnie w tej chwili...
Jeszcze miesiąc temu, zanim go doszczętnie ograbiono, miał na sobie podarte ubranie. Teraz jego wychudłe ciało okrywał brezentowy worek. Związał się w pasie, starym sznurem od żelazka. Włosy lepił kurz, smar, zaschnięta krew od ostatniego lania, trochę pomyj i rzygi. Nie jego. Tego, który spał obok. To stało się sześć dni temu. Wówczas zebrał większość wymiocin z głowy i nawet nie powiedział słowa, bo po co? Tamten by nie usłyszał. Spał głęboko i nie miało sensu go budzić.
A teraz wchodził do niezłej klasy restauracji. Miał czym zapłacić. Nie pieniędzmi w gotówce ani tym bardziej kartą, za to przyniósł środek płatniczy, który używano już przed wiekami.
To, co związał, w małym woreczku, wewnątrz swojego wykwintnego odzienia, miało czystość 99, 997. Posiadał jeszcze coś cenniejszego. I dzisiaj chciał się tego pozbyć raz na zawsze. Najpierw chciał się napić, również ostatni raz.
Starczyłoby na ubranie niezłej klasy, mycie i fryzjera, ale jeszcze zostało w nim trochę dawnego charakteru. Właściwie tylko to pozostało teraz, w tym cieniu, dawnego człowieka...
_________________________________________________________
– Czego chcesz włóczęgo – usłyszałem przed drzwiami.
– Macie tu pół wiekową Scotch whiskey, Glenfarclas, chciałem się napić.
– Zjeżdżaj stąd albo wezwę policję. Nie warto cię dotykać, śmierdziuchu.
– Uspokój się dobry człowieku. Dam dziesięć uncji czystego złota, co jest warte więcej niż siedemnaście tysięcy dolarów. Wasza butelka kosztuje tylko dwanaście, więc warto mnie wpuścić.
Wyjąłem prostokąt.ną płytkę szczerego złota.
– Daj to właścicielowi i powiedz o mojej prośbie.
Potężny facet wziął złoto i zniknął w drzwiach. Musiał mieć uczciwość, że nie zabrał tego dla siebie. Po trzech minutach pojawił się
Harry Lobek, właściciel tej bardzo cenionej restauracji.
*
Znajdowałem się na Sheldon Square Regnet's Canal, a restauracja była pływającą łajbą.
Harry miał jasną cerę z licznymi piegami na ciele, charakterystycznego wyglądu skóry przeciętnego tubylca tej wyspy.
Lekko kręcone włosy i niebieskie, żywe oczy, tego trzydziestokilkuletniego mężczyzny, patrzyły ze zdziwieniem na moją nędzną posturę.
– Czego chcesz, człowieku? – zapytał miło – dam ci coś do jedzenia i znikaj. – Chciał oddać mi moje złoto.
– Pański bramkarz nie przekazał prośby? Macie tu szkocką, za dwanaście tysięcy. Chcę się napić. Mam przy sobie dziesięć uncji czystego złota.
Harry popatrzył na mnie.
– Tu są szacowni goście. Zdobyłem nagrodę. Najpierw się umyj i ubierz.
– Chcę ci dać pięć tysięcy napiwku, dlaczego odmawiasz?
Niepotrzebnie pytałem. Gnijący trup wygląda gorzej niż ja, teraz.
Patrzył nadal wnikliwie na mniw i metal, chyba się zastanawiał.
– Musisz się umyć i ubrać. Mam ubranie i łazienkę. Inaczej nic z tego.
– Dobrze. Rozumiem – chyba doceniłem w nim stanowczość.
Popatrzył na mnie jeszcze raz.
– Masz pieniądze?
– Może jestem brudnym żebrakiem, ale nie kłamię.
– Dobrze, wierzę ci, a jeżeli oszukujesz, to pożałujesz.
Uśmiechnąłem się, chociaż już dawno zapomniałem, co znaczy radość.
– To znaczy, że mi nie wierzysz. – Wyjąłem całe złoto.
Mięśniowiec poruszył się nerwowo, a Harry tylko skinął głową, że zezwala mi wejść.
– Blake, zaprowadź pana wejściem dla pracowników.
Lobek zniknął, a Blake pokazał mi drugie drzwi.
Cóż, musiałem się umyć. Słyszałem przekleństwa z ust napakowanego bramkarza. Pewnie chodziło mu o sprzątnięcie po mnie. Zwykle nie szata zdobi człowieka, ale w moim przypadku, to co na zewnątrz wyglądało nawet lepiej, niż to co w środku. Chyba nie można było upaść niżej.
Domycie moich włosów, trochę trwało. Po trzech porcjach szamponu czarne lekko pofalowane włosy spoczęły, na wychudzonych barkach. Spojrzałem na miecz ukryty w brezencie. Był warty więcej niż złoto. Dużo więcej. Gdyby wiedzieli, co mam, pewnie nie pozwoliliby wcale mi wejść i musiałbym wiać, by nie być aresztowany, na co nie miałem dzisiaj ochoty. Blake nieomieszkał zapytać co mam w tym zawiniątku, ale dałem mu prawdziwą odpowiedź, że nie jest to miecz króla Arthura. Pewnie uznał, że jest to coś wartościowego, przynajmniej dla mnie i przestał się interesować.
Osiłek przyniósł bordową koszulę, czarne spodnie z wełny i pasek. Oczywiście Blake dostarczył również: szampon, nową gąbkę, mydło i biały ręcznik. Nie mieli butów, ale dla mnie nie stanowiło to problemu.
Spojrzałem w lustro. To ja?
Tylko oczy pozostały niezmienne, teraz pełne żalu i smutku.
Trzydzieści minut później siedziałem już za stołem.
– Mogę zabrać pańską paczkę? – zapytała kelnerka.
– Nie. To bardzo ważne dla mnie.
– Dobrze, proszę pana. Proszę dać znak, kiedy będzie pan gotowy z zamówieniem.
Dostrzegłem siniec na jej ramieniu. Poza tym lekki obrzęk, pod prawym okiem, mimo że próbowała go ukryć pod warstwą kremu i pudru. Dziewczyna była przeciętnej urody, ale starałam się widzieć jej wnętrze. Z wyglądu, blisko trzydziestki. Sporo przeszła i jak do tej pory los nie obchodził się z nią zbyt łaskawie. Jak z prawie każdym. Nie musiałem być geniuszem, żeby się domyślić pochodzenia jej sińców. Kobiet często są z takimi facetami, którzy nie potrafią trzymać rąk przy sobie i dowartościowują się przy zwykle słabszej od siebie kobiecie. A ona wciąż wierzy, że ten skurwiel się w końcu zmieni, lub chce odejść, ale brakuje jej siły, bo została z niej już dawno ograbiona.
Czy chciałem jeść? Nie z bardzo, ale w końcu otworzyłem kartę. Wystarczył rzut oka. Głównie owoce morza, na które nie miałem ochoty.
Podniosłem rękę. Dziewczyna podeszła szybko i jej smutną buzię okrył sztuczny uśmiech.
– Tak, proszę pana? – chyba wyczuła, że jesteśmy obserwowani.
– Sałata z sosem szefa i śledź w oleju. I ta butelka Uśmiechnął się krótko. wskazałem na szkocką, stojącą na małej drewnianej półeczce, wysoko, nad środkiem baru.
– Dobrze proszę pana, tylko nie jestem pewna, czy jest na sprzedaż. Podobno też dość dużo kosztuje Słyszałam, że dwanaście tysięcy funtów...
Wdziałem, że Harry spogląda na mnie ukradkiem w wejściu do kuchni. Podszedł.
– Dlaczego to robisz? To kupa forsy. Nie rozumiem.
– I tak niech zostanie. Dopilnuj, żeby napiwek, czyli różnicę ceny kruszcu i butelki, dostała ta dziewczyna, która mnie obsługuje.
Uśmiechnął się krótko.
– Zadbam o to. – Uśmiechnął się krótko, a ja popatrzyłem na niego wnikliwie.
– Wiem, co masz na myśli, ale jesteś w błędzie. Ten jej chłopak... nie jest dla niej odpowiedni. Możesz jej pomóc? – Przez jego twarz przebiegło szybko, kilka uczuć. W końcu przyjął maskę obojętności.
– Nie zajmuję się osobistymi sprawami personelu. – Stał obok i wyglądało z boku, iż rozmawia z szanownym gościem.
W moim pół umarłym ciele nadal tliło się człowieczeństwo i empatia, więc jego wypowiedź nie za bardzo mnie zadowoliła.
– A myślałem, że jesteś równym gościem. Szkoda. Jeszcze cztery lata temu sam bym się tym zajął. Teraz... Idź już, chcę być chwilę sam.
– Dostrzegłem wyraz niezadowolenia na jego twarzy, ale zrozumiał.
Zostałem sam, ale czy na pewno? Oczywiście, że nie. Moje demony siedziały tuż obok i robiły wrażenie zadowolonych. Spojrzałem na wodę, tę za oknem.
To ciekawa substancja. Bez niej nie ma życia. Może być oazą spokoju lub też szalejącym żywiołem. Podobnie jak każdy człowiek...
Czas chyba przestał płynąć, przynajmniej dla mnie. Ustały myśli. Nawet smutek i żal nie gościł przez chwilę w moim wychudłym i zaniedbanym ciele. Trwało to już prawie trzy lata.
Maggie, bo takie imię napisano na firmowym fartuszku, przyniosła sałatkę i śledzia. Uśmiechnęła się znowu smutno.
– Butelkę zaraz przyniosę.
Kiwnąłem głową. Chciała odejść, ale chwyciłem jej dłoń.
– Kochasz go? To jest istotne pytanie, chociaż chyba znam odpowiedź. – Lobek nie chciał pomóc, a fakt, że zamierzałem dzisiaj odejść z tego świata nie wpłynął, iż stałem się bezduszną istotą.
Jej rzęsy zatrzepotały i strach okrył jej lico. To znaczyło, że jest, gorzej niż myślałem. Szkoda, że dzisiaj umrę, inaczej załatwiłbym to, jak dawniej.
– Nie rozumiem, o co panu chodzi!
– Dobrze rozumiesz. Jeżeli możesz, to go zostaw. Zostawię ci sporo pieniędzy. W sam raz na lepszy start.
Wyrwała dłoń i oddaliła się spiesznie. Chyba jej nie powiedział, drań. Pomyślałem oczywiście o Harrym. Muszę dopilnować, by dostała tę forsę, a może i jeszcze coś więcej.
Dostrzegłem, że o czymś rozmawia z właścicielem. Rozchmurzyła się i spojrzała na mnie, tym razem z uśmiechem... Cóż, niecodziennie dostaje się pięć tysięcy napiwku.
Po minucie przyniosła na małej tacy pudełko z mahoniowego drzewa i kryształową szklankę.
– Przepraszam pana. To nie takie proste, o czym pan wspomniał, ale spróbuję. Bardzo dziękuję.
Kiwnąłem głową.
– Mam nalać? – dostrzegłem, że dłonie dziewczyny lekko drżą, być może z emocji.
Miałem nadzieję, że zrobi ten krok i się wyprowadzi jeszcze dzisiejszej nocy. Popatrzyłem na nią.
– Dam radę.
Zostawiłem troszkę sałatki i jednego śledzia. Wytarłem dłonie białą ściereczką, którą Maggie przyniosła wcześniej i dopiero otworzyłem pudełko. Chyba jednak dobrze, że się odświeżyłem.
Czy warto było wydać taką wartość na trzy szklanki trunku? Może i nie, ale każdy ma jakieś zasady. Nawet takie nic jak ja.
Kilku gości dostrzegło, co piję. Dyskutowali. Czułem złoto w kieszeni spodni. Harry dobrze zrobił, że nie zawiadomił nikogo. Wiedział, że nie mogłem tego ukraść, bo i skąd.
Zacząłem pić. Wrzuciłem jedną kostkę lodu do szklanki. Powinienem był nie dawać żadnej... I tak zrobiłem, przy następnej.
Druga porcja miała zdecydowanie lepszy aromat, zarówno smakowy, jak i zapachowy. Od kilku lat nie miałem alkoholu o takiej klasie w swoich ustach. Rzadki bukiet, smak hiszpańskiej beczki, pomieszany z aromatem owoców i tytoniu. Tylko znawca zdołałby odróżnić smak tego trunku od choćby, Johny Walkera z czarnym paskiem, za dwie stówki.
Kiedy skończyłem drugą szklankę, obrazy zaczęły się lekko rozlewać.
– Wysikam dwanaście tysięcy – mruknąłem do siebie. – Jestem skończonym idiotą.
W połowie trzeciej szklanki zacząłem tracić orientację.
I wówczas przypomniałem sobie, co się stało trzy lata temu i od razu wytrzeźwiałem. Ciałem szarpnęły skurcze. Bardzo nieprzyjemne, wprost bolesne. Diana, Chloe, Remi. Wszyscy nie żyją... Powinienem go wówczas zabić, ale przecież to był mój brat. Potem, już ktoś inny go zabił, a żniwo śmierci zaczęło zataczać coraz szersze kręgi. Osiągnęło apogeum i ustało.
Nie mogłem dłużej o tym wspominać. Wypiłem resztę trunku. Dokonały smak i aromat przykrył beznadzieję mojego żywota. Podniosłem dłoń i Maggie podeszła szybko.
– Wołaj Harrego i zostań tutaj, kiedy przyjdziecie.
Posłusznie poszła do kuchni i po chwili wrócili razem.
– Coś nie tak, proszę pana? – zapytał.
– Teraz jestem panem, a wcześniej byliśmy na ty, Harry. Dlaczego? – Znowu dostrzegłem, jak jego kości policzkowe poruszyły się nerwowo, ale nie udzielił odpowiedzi na proste pytanie. Jedyne, na co się zdobył to wykrętne usprawiedliwienie.
– Nie wiem jak ma pan na imię.
– To lepiej. Zapomniałem i to też lepiej. Chcę, byś dał dziewczynie pięć tysięcy. Jeżeli ją oszukasz, dopilnuję, żeby ktoś spalił ci doszczętnie, tę łajbę. Czy dobrze zrozumiałeś?
– Jest pan nieuprzejmy. Ja jestem uczciwy.
Uśmiechnąłem się ponownie i kiwnąłem głową na znak zgody.
– Odlicz sobie za ubranie. – powiedziałem tylko.
– To podarunek od firmy – odrzekł sucho.
– W takim razie postaraj się jej pomóc. W końcu dla ciebie pracuje. W tym cholernym życiu trzeba być człowiekiem. Nigdy nie wiesz, co może przynieść następny dzień.
Wyłożyłem złoto na stół. Oczy Maggie zrobiły się duże. Natomiast Harry rzucił wzrokiem po sali i nakrył szybko lśniący metal, bawełnianą ściereczką.
– Trunek przedni. Żegnajcie. – Wstałem i przez chwilę miałem trudności z utrzymaniem równowagi.
– Ma pan mocną głowę, proszę pana. Jeszcze raz dziękuję – szepnęła Maggie.
Nie odezwałem się. Powoli sięgnąłem po zawinięty brezentem, przedmiot.
– Czy to coś cennego? – zapytał Harry.
– To całe moje zasrane życie. Warte pięć milionów, trzy lata temu i nadal tyle jest, a ja może dostanę dzisiaj trzy. Potem oddam te pieniądze komuś potrzebującemu.
Ruszyłem do wyjścia.
__________________________________________
Wiatr od Sekwany nieco mnie orzeźwił. Spojrzałem na zachmurzone niebo.
– Nigdy nie ma słońca w tym mieście – szepnąłem do siebie.
Ruszyłem do Maxa Kruga. Popatrzyłem w koło. Nikogo. Nie chodziło, że nie widziałem przechodniów ani samochodów. Nie widziałem ICH!
Zajęło mi prawie godzinę, by dojść do sklepiku Maxa. Pewnie spał. Wiedziałem jedno, kiedy się dowie co mam dla niego, przestanie być zły o to, że przerwałem mu, dopiero zaczęty sen.
Cztery lata temu wziąłbym za miecz i pięć milionów, a może i pół miliona więcej. Dzisiaj? Nie miałem prawa go nikomu dać, a sprzedać mogłem tylko Krugowi.
Po czwartym razie, kiedy nacisnąłem miedziany guzik dzwonka, zobaczyłem, że zapalają się światła w jednym z pokoi na piętrze. Potrzebował siedmiu minut, żeby zejść.
Człowiek, który nie nosi zegarka, po pewnym czasie wie, ile go minęło, z dokładnością do minuty.
– Czego tam! Jest jedenasta!
Chyba mnie poznał mimo długich włosów i brody.
– Euri, to ty?
– Nie, twoja babcia. Otwieraj. Mam to dla ciebie.
Rzucił okiem na długi przedmiot zawinięty w brezent. Bez słowa poszedł do środka, a ja podążyłem za nim. Doszedł do swojego gabinetu.
W swoim antykwariacie miał różne cacka. Wazy greckie, skarby z Egiptu i obrazy z epoki Ming. Strzelby z okresu Napoleońskiego i zbroje od XII do XVII wieku.
– Chcę zobaczyć. – Pewnie z podniecenia miał nienaturalnie duże źrenice, raczej nie zażywał niczego przed snem, bo to nie miałoby najmniejszego sensu.
Rozwinąłem i położyłem miecz na orzechowym biurku z XVIII wieku. W całym sklepie panował charakterystyczny zapach lekkiej stęchlizny.
Patrzył długo, zanim dotknął. Miecz miał cztery wieki i był przez jakiś czas własnością samego cesarza. Tylko dwa miecze na świecie miały większą wartość.
– Musiałem się upewnić. Chodziły słuchy, że go skradziono. Dam dwa miliony – powiedział niepewnie.
Spojrzałem na niego krótko.
– Zabrali kopię. Nie jesteś dyletantem i nie wziąłbyś podróbki za sto funtów. Od kiedy przestałem ufać Hajze, podmieniłem – zacisnąłem moje dłonie aż do bólu, na dźwięk imienia brata. – Przeszyłem go wzrokiem, aż sie nieco skulił. – To, że jestem trupem, nie znaczy, że postradałem zmysły.
– Umarli nie myślą. – Wysilił się na żart, a ja nic nie odrzekłem i tylko zacząłem zwijać miecz brezent.
– Dam trzy, ale ani centa więcej.
– Wcześniej oferowałeś, pięć i tyle jest minimalnie warty.
– Wcześniej, mieliśmy inną sytuację. Gdyby wówczas cię znaleźli...
– Ale im się nie udało. Wyświadczyli mi przysługę zabijając Hajze...
– Sam go nie potrafiłeś zabić, wiem to. Zdradził cię, bo się bał...
– Gdyby mi powiedział, teraz by żył. Podobnie Diana, Chloe i Remi. – Poczułem, jak łza toczy się w dół po policzku i spada z łoskotem na marmury z Padwy.
– Poczekaj, pójdę do sejfu. Co z robisz z tą forsą? – dostrzegłem, że zmienił wyraz twarzy.
Nie zależało mi by wzbudzać w nim litość.
– Nie twój interes. – Musiałem go przekonać, że łzy pociekły przyadkiem.
Odszedł, a ja zostałem sam. Słyszałem szepty. To oni mnie wołali. Najpóźniej jutro będę z nimi. Wiedziałem, że dwa miejsca potrzebują dotacji, a rząd im odmówił. Szpital i przytułek dla ubogich.
Usłyszałem coś. Max wrócił z torbą.
– Tu jest równo pięć milionów. W używanych studolarówkach.
Nie doceniłem Maxa, jednak dał mi uczciwą cenę. Spojrzałem na wizerunek Benjamina Franklina. Uśmiechał się lekko, jakby kpił. A może mi się tylko wydawało. W każdym razie z pewnością miał włosy nieco krótsze od moich.
Max wyciągnął dłoń po miecz... Ponownie usłyszałem szelest. Teraz już nie miałem wątpliwości. Gdyby nie wypity trunek, już wcześniej bym się zorientował.
– Max! Zabieraj pieniądze i bierz broń, ONI tu zaraz będą. Nie opuszczaj domu!
Zobaczyłem oczy człowieka, który wiedział, że może zaraz umrzeć.
– Nie mam z tym nic wspólnego – wyszeptał.
– Wierzę ci, ale oni nie pytają. Wypiłem całą butelkę dobrej szkockiej, więc nie wiem, czy dam radę. Trzy lata bez snu, jedzenia i treningu. Łatwo mnie nie wezmą. Głupcy, jutro i tak miałem odejść...
Ponad trzy lata wcześniej.
Stalowoniebieski Rolls Royce Phantom zatrzymał się przed trzydziestopiętrowym gmachem w samym sercu Londynu.
Kierowca popatrzył na boki.
– Dojechaliśmy, panie Parker.
– Widzę, George. Nie będę cię już potrzebował. Odbierzesz Chloe i Remiego ze szkoły, piętnaście po trzeciej. Diana będzie z przyjaciółką na mieście. Powinna wrócić do domu, kilka minut po piątej. Pograj z Remi w szachy, jest niezły.
– A panienka Chloe?
– Ma szesnaście lat. Raczej nie będzie chciała z tobą rozmawiać ani w nic grać.
– Przeciwnie, panie Parker. Pańska córka jest bardzo miła i chętnie gawędzi. To prawda, że obecnie nastolatki są nieco inne, niż kiedy ja byłem w jej wieku. Ona jest bardzo dorosła na swój wiek.
– Tak, świat się zmienia w szybkim tempie. Podążamy w ślepy zaułek... Dobrze, jeżeli córka zechce, pograjcie w coś razem. Żona jest punktualna i powinna wrócić na czas.
– Dobrze, proszę pana – Spojrzał na mnie krótko, zupełnie naturalnie, ale z zachowniem szacunku.
Wiedział, że jest jednym z niewielu, których nazywałem przyjacielem. Co on do mnie czuł, nie do końca zdołałem nigdy odkryć.
Materiał znajduje się w poczekalni.
Prosimy o łapkę i komentarz!
1 komentarz
Zaloguj się aby dodać komentarz. Nie masz konta? Załóż konto za darmo.
Pumciak
Kiedyś czytałem to opowiadanie
Sapphire77
@Pumciak Czytałeś pierwsze zdanie? Kiedyś publikowałem, ale jest sporo nowych czytelnikow.