Wyszedłem z wozu. Po drodze do biura i w środku ukłoniało mi się kilku ludzi. Odpowiadałem skinieniem głowy. Razem z Hajze, moim dwa lata młodszym, bratem prowadzliśmy korporację. Oficjalnie zajmowaliśmy się sprzedażą terenów i budownictwem fabryk i obiektów rekreacyjnych w Ameryce Północnej i Europie. Nieoficjalnie byliśmy jednym z ogniw najbardziej kryminalnej organizacji na Ziemi pod nazwą Syndykat X. Sprzedawaliśmy broń, narkotyki i zajmowaliśmy się wszystkimi najgorszymi brudami tego świata. Nie dotykałem tylko handlu organami i ludźmi.
Nasze główne biuro znajdowało się na samej górze. Hajze uśmiechnął się na mój widok.
– Korki? – jak zawsze wyglądał bardzo elegancko.
– Nie tak bardzo - rzuciłem mu krótkie spojrzenie.
– Spóźniłeś się dwie minuty. – Dobrze, że się uśmiechnął...
– To chyba pierwszy raz. Tobie się to zdarza dwa razy w tygodniu. – Nie zamierzałem spuścić wzroku i go przepraszać.
Roześmiał się i od razu spoważniał.
– Mamy problem z Yakuza. – Od razu przeszedł do spraw związanych z interesem.
– Japończycy są zawsze uparci. O co tym razem chodzi? – próbowałem kontrolować reakcje, ale poczułem, że mimowolnie zmarszczyłem brwi.
– Chcą dwa procent więcej od zysków we południowo-wschodniej Azji. – Mój brat usiadł na krześle, blisko stołu i wpatrywał się w moją twarz beznamiętnie, ale bębnił lekko palcami po blacie biurka.
– Pewnie Minamoto z tym wyszedł – odparłem.
– Dokładnie i poparł go Hitaru.
– Jest młody i bezczelny. Ich zabawy z panienkami... To zboczeni sadyści. – Znałem ich obyczaje. Te wzniosłe i te inne, których nigdy nie rozumiałem.
– Sadysta to zboczeniec. Nie może być zboczony sadysta – uśmiechnął się.
– Hajze, wiesz, co mam na myśli. – Nie chodziło o to, że mnie poprawił, ale bardziej o sposób, w jaki to zrobił. Często robił kpiącą minę, jakby chciał mi powiedzieć, że wie wszystko lepiej.
– Tak, bracie, ale my też nie jesteśmy aniołkami. – To akurat powiedział całkiem naturalnie.
Poczułem się dziwnie.
– Zastanawiam się, czy się nie wycofać.
Spojrzał na mnie ostro.
– Centralna Rada ci nie pozwoli – widać było, że ta wiadomości mu się nie za bardzo spodobała.
– Pewnie nie. Ty czujesz się w tym dobrze, ja nie za bardzo – odpowiedziałem zgodnie z prawdą.
– Bo jestem kawalerem. To pewnie wpływ Diany – powiedział to natychmiast, czyli pewnie tak uważał.
Zacisnąłem pięść.
– Prosiłem cię, żebyś mi nie wypominał. Ona ma mgliste pojęcie, o tym, co robię.
Przyjął, ponownie lekko bezczelny, wyraz twarzy.
– Aż taką idiotką nie jest, że wierzy, iż sprzedajemy tereny i budujemy ogródki jordanowskie dla dzieci.
– Bracie. To nie ma nic wspólnego z nią. To moja decyzja, ale nie rozmawiajmy o tym. To plany na przyszłość. – Co zamierzasz zrobić z Hitaru? – czułem, że chwilowa złość mi przeszła.
– Dać im jeden procent więcej, żeby się odczepili. Zero uznają za zniewagę, jeśli się zgodzimy na dwa procent, pomyślą, że jesteśmy bezsilni i wkrótce podniosą żądania.
– To okazanie słabości. Daliśmy im te rynki na tacy. Co na to szefowie? – miałem odmienne zdanie.
– Colins jest skłonny się na to zgodzić. Panienka Ramirez jest przeciwna, a Morgan się zastanawia.
– Zaczną szkodzić. Czy mamy alternatywnych ludzi o bardziej ugodowych poglądach niż Hitaru i Minamoto?
Zrobił dziwną minę.
– O co chodzi bracie? – chyba naprawdę nie wiedział.
– Minamoto przekazał, że wycofają się z żądań pod jednym warunkiem.
– O! Co to za warunek? – przestał uderzać palcami o stół i patrzył na mnie z ciekawością.
– Chce ze mną pojedynku.
– Idiota. – Hajze lekko się napuszył.
– On pochodzi z linii samurajów. Podobno go uraziłem.
– Tym spojrzeniem? – mój brat nie znał Japończyków tak jak ja.
– Dla nich to wystarczający powód, by zabić. Hitaru podjudza go do tego, a wiesz dlaczego?
– Chce sam przejąć gang?
– Dokładnie. To szaleniec. Dla niego interes jest drugorzędny. Nawet jego bliscy współpracownicy się go obawiają.
– On lubi broń palną – powiedziałem spokojnie.
– I tym zrobił sobie wrogów pośród starszych. Może wynajmę kogoś z zewnątrz i wykończymy ich obu? – Hajze nie rozumiał kompletnie ich mentalności.
– Nie jestem za tym. To szaleńcy, ale Azjaci tacy są. Potrzebujemy na tamtym terenie takich ludzi.
– A co z propozycją? Jeżeli odmówisz, uznają cię za tchórza. – Chyba chciał wiedzieć, jak to rozwiąże.
– On nie przekazał mi tego osobiście. To też objaw braku odwagi. Mam coś do załatwienia w Singapurze, może polecę do Tokio, na dwa dni.
– Czyli sądzisz, że wówczas ty jego sprowokujesz do osobistego oświadczenia?
– Być może. Jeżeli to zrobi, przyjmę wyzwanie. Jeżeli nie, nie będzie mógł nadal o tym myśleć ani mówić.
– Nie chciałbym cię stracić, ale również nie będzie to dobrym rozwiązaniem, jeżeli Hitaru zacznie władać – spojrzał na mnie, jak brat powinien.
– Znam kogoś, kto ułatwi nam załatwienie sprawy – nieznacznie kiwnąłem głową, a Hajze popatrzył na mnie uważnie.
– Masz na myśli Koi?
– Zawsze mogłem na nią liczyć.
– Ponieważ nadal ma do ciebie uczucie? Jeżeli Diana się dowie, że jesteś w Tokio, nie będzie zadowolona. Koi jest w klasztorze, a buddyzm nie pozwala zabijać.
– Chcę ją prosić o przysługę, a nie z nią spać. A co do zabijania, jest trochę inaczej. Poza tym Koi nie jest mniszką, tylko tam mieszka. – Nie kontaktowałem się z nią dawno, ale czułem, że mam racje. Po prostu znałem Koi jak nikogo.
Znowu popatrzył w zagadkowy sposób.
– Jakie są Japonki? – nie za bardzo lubiłem jego minę. Czułem, co chce wiedzieć.
– Przecież nie próżnowałeś, kiedy byliśmy tam kilka razy. – Chciałem się wywinąć od odpowiedzi. Hajze był inny niż ja i z pewnością chodziło mu tylko o seks, dlatego nie rozumiałem, dlaczego pyta.
– To były dziwki. Chodzi mi o zwykłą kobietę?
– Przekonaj się sam. Spędziłem, tam prawię połowę życia. Ty tego nie zrozumiesz. Zawiązywanie pasów, parzenie herbaty i te ukłony. Paczuszki i milion różnych zasad. Jesteś zbyt nowoczesny.
– To nie moja wina, że ojciec chciał mnie mieć bliżej, więcej niż ciebie...
Jego słowa sprawiły, że poczułem się źle. Tym razem nie zrobił niczego niewłaściwego, to wspomnienie o ojcu przypomniały mi smutne dzieciństwo.
– Sądzę, że mnie chciał mieć dalej. To ty byłeś ulubieńcem obojga. Zwykle pierworodny ma większe fory.
– Józef był najmłodszy, a ojciec go kochał najbardziej.
Spojrzałem na niego.
– Ty dajesz mi przykład z tej książki! Najmłodszy był Benjamin, jeśli chodzi o ścisłość. – Nie mogłem pojąć, że czytał Biblię.
– Jakkolwiek. Tylko nie daj się zabić.
– Postaram się, a ty nic nie wiesz o Koi, w razie czego.
– Ma się rozumieć. Roger robi party w sobotę. Przyjdziesz?
– Spędzam za mało czasu z dziećmi.
– Przecież możesz przyjść z Dianą i ze swoimi pociechami.
– Znając Rogera, zaprosi kilka panienek. Chloe zrozumie, ale Remi będzie pytał.
– Ile on ma lat? Prawie trzynaście. Z pewnością coś wie o tym.
– Myśmy nie mieli wyboru, ale postanowiłem, że ani Remi ani Chloe nie pójdą w moje ślady.
– Twoje decyzje mogą nie spodobać się w Nowym Jorku. – Chyba pamiętał, że już o tym wspomniał.
– Nie jestem niczyim niewolnikiem.
– Chcę tylko dobrze dla ciebie, bracie – powiedział Hajze.
– Wiem. – Nie za bardzo chciałem o tym wszystkim rozmawiać, ale jego końcowe słowa nieco ukoiły moje serce.
– Wychodzę, mam kilka spraw do załatwienia – rzekł mój brat.
Po chwili go już nie było a ja zostałem sam w pokoju. Z okien rozciągał się widok na Londyn. W tym ogromnym mieście nie mieliśmy wielu słonecznych dni, a dzisiaj właśnie wyjątkowo prześwitywało słońce. W drugim pomieszczeniu siedziała Betty, nasza sekretarka. Większość ludzi w wieżowcu nie miała pojęcia, czym się naprawdę zajmujemy, ale Betty Colman, miała pełne rozeznanie. Lojalna kobieta pracowała dla nas już od ponad trzydziestu lat, czyli jeszcze zaczęła, kiedy rodzice żyli. A w swoim testamencie ojciec zaznaczył, że ma pracować dla nas, a jeżeli nie będzie chciała, ma pobierać pobory. Dziwna decyzja jak na takiego człowieka...
Czy faktycznie sprowadzę na siebie gniew zarządu, jeżeli się wycofam? Obecnie moja pozycja wydawała się nie do ruszenia. Nawet Hajze nie miał takich wpływów jak ja. Nie zawsze i nie we wszystkim się z nim zgadzałem, ale w końcu to był mój brat i gdzieś w środku miałem do niego uczucie.
Ani on, ani ja nie zajmowaliśmy się tak zwaną, mokrą robotą. Od tego mieliśmy ludzi. Cały Syndykat X posiadał rozległą siatkę wykwalifikowanych bandziorów. Panowała hierarchia i porządek. Mieliśmy oczywiście powiązania z policją i niektórymi członkami rządu. Całkiem często korzystali z naszych usług, bo przecież polityka to okropnie brudny interes.
Podejmowałem dość szybko decyzje. Zamierzałem załatwić sprawę z japońskimi gangsterami. Zawsze istniała szansa, że mógłbym jednak przegrać z Minamoto. Szansa na to, że jeżeli przyjadę i się z nimi spotkam, a on nie podejmie wyzwania, była minimalna. Oni nadal bardziej cenili honor niż cokolwiek innego. Nie miałem tylko pewności co do Hitaru. Ten dwudziestoośmioletni Yakuza nie pasował do żadnych standardów. Nie używał prawie nigdy miecza. Bezczelny, odważny, postrzelony. Nieprzewidywalny. Nigdy nie udawał się nigdzie sam. Miał ośmiu oddanych sobie ludzi, w tym jedną kobietę. Miała umiejętności walki wszystkimi rodzajami broni. Stanowiła jednak całkowite przeciwieństwo Koi. Wszyscy się jej obawiali, mimo że przeważnie na jej twarzy panował uśmiech. Hitaru czynił starania, aby ją posiąść, ale ona prawdopodobnie albo nie interesowała się seksem, lub preferowała kobiety. Jednak nikt na pewno tego nie wiedział. W każdym razie nie tolerowała mężczyzn. Robiła chyba tylko ustępstwa dla swojego bossa. Przylgnęła do niej ksywka: Czarna Śmierć. Z powodu bardzo ciemnych tęczówek. Faktycznie miała na imię Tomine Saro.
W Singapurze miałem osobiście sprawdzić kilku wyższych gangsterów. Oczywiście chodziło o lojalność wobec zarządu. Głównym problem robił Wang Hui Sao.
Oficjalnie Syndykatem X dowodziła trójka ludzi. Panna Ramirez, około czterdziestoletnia, pochodziła gdzieś z Ameryki Południowe, najpewniej Brazylii. Colins miał około sześćdziesiątki i pochodził z Nowego Jorku. Decydował w sprawach spornych. Trzecią osobą był Morgan. Jakieś dziesięć lat młodszy od Colinsa. Piastował prymat w ilości powiązań ze wszystkimi. Małomówny, szczupły, o jasnej cerze. Nie potrafiłem go rozgryźć.
Osobiście uważałem, że oni tylko reprezentują większą grupę i faktycznie wykonują polecenia i sugestie, tamtych ludzi z cienia.
Rzadko kiedy potrzebowałem obstawy. Nosiłem pistolet, ale nie czułem zagrożenia. Ze wszystkich naszych ludzi, ceniłem najbardziej mojego kierowcę. A to z tego tytułu, że moje dzieci go lubiły. Żona również. Jako jedyny nie miał nic wspólnego z Syndykatem X, po prostu mnie woził czyli pracował wyłącznie dla mnie.
George Fagerland pracowała dla mnie od czasu kiedy wróciłem z Japonii. Od razu przypadliśmy sobie do gustu. Co dziwne, Hajze nie darzył go sympatią, natomiast George nadal odnosił się do mojego brata bez zarzutu.
Zacząłem przeglądać liczne dokumenty. Mimo ery komputerów dużo mieliśmy papierów. Przychodziły do nas przywożone przez specjalnych kurierów. Szansa przechwycenia tych informacji przez innych równała się zeru. Jakkolwiek dla absolutnej pewności wszelkie istotne informacje podawano szyfrem. Dla nieznającego kodu wyglądało to na zwykłe biurowe dokumenty.
Powodem lotu do Singapuru był właściwie jeden człowiek. Pięćdziesięciopięcioletni Chińczyk. Wyglądało na to, że pracuje na dwa fronty i z obu stron pobiera wynagrodzenie. Ogólnie nie ufałem Chińczykom, Wietnamczykom i ludziom z Laosu. Mimo czasowych kłopotów, z Japończykami zawsze potrafiłem się tam dogadać. Być może, ponieważ spędziłem tam znaczną część mojego życia. Rozumiałem ich kulturę i mentalność. Ci, którzy znali mnie, akceptowali moją osobę, jak swojego.
Japończycy się uśmiechają i kłaniają, ale w głębi duszy, gardzą białą rasą. Nadal są niechętnie nastawieni do Chińczyków.
Zrobiła się pora lunchu. Zamierzałem coś zjeść. Kiedy George zabierał Phantoma miałem do dyspozycji kilka aut. Prawie nigdy nie korzystałem z czarnego Jaguara.
Powiedziałem Betty, że wychodzę i nie wiem, czy dzisiaj wrócę. Odwzajemniła mi uśmiech. Podsunęła cztery papiery do podpisania.
Zjechałem windą do podziemnego garażu. Poza Jaguarem miałem do jeszcze dwa auta, SUV Lamborgini. Najnowszego Urusa i trzydziestoletni LM002. Urus miał wiśniowy, metaliczny lakier i ciemnogranatowe skórzane obicie w środku. Niezwykle szybka maszyna, rozpędzająca się do setki w mniej niż cztery sekundy. Diana i dzieci lubiły tym jeździć. Natomiast ja preferowałem żółte LM002. Wzmocniony, oryginalny ponad czterystukonny silnik, podrasowany do sześciuset koni. Powodem było pancerne podwozie. Kuloodporne szyby i drzwi. Specjalne samo napełniające się opony. Wóz nieco przypominał Hamera 1. Sprawdzał się niesamowicie w terenie. Rozpędzał się do setki w mniej niż osiem sekund i jechał tylko dwieście na godzinę. Jego młodszy brat bił go na głowę w osiągach. Mógł jechać powyżej trzystu kilometrów na godzinę.
Te wartości pachniały trochę fantazję. O ile dwieście na godzinę można jechać na prostej drodze, to trzysta tylko na specjalnych trasach.
Wyjechałem na ulicę. W Londynie jest dużo czarnych taksówek. Co uderza, ale tylko dokładnego obserwatora, to ogromna ilość rzeźb smoków. Są pogłoski, że to miasto zamieszkują gady w ludzkich skórach, czyli pozaziemska rasa.
W tej metropolii mieszka wielu Arabów. Najlepszą przyjaciółką Chloe była Aisha.
Zauważyłem, praktycznie zawsze podobną sytuację, kiedy odbierałem dzieci. Jeśli po Aishe przyjeżdżała matka, nie miewa burki. Kiedy ojciec, zakładała. Prawdopodobnie matka miała bardziej liberalne nastawienie, a Ahmed, ojciec Aishy, bardziej konserwatywne.
Ruch w tym mieście jest praktycznie zawsze i dojazd gdziekolwiek, zajmuje sporo czasu...
Zajęło mi prawie pół godziny, by przejechać siedem kilometrów. Niebywałe, ale nie znosiłem metra ani autobusów.
Jadałem w Intercontinental hotel. Jedzenie mieli znakomite. Cena za noc zaczynała się od ponad trzystu funtów. Odwiedziłem kilka hoteli, gdzie cena noclegu przekraczała tysiąc, ale tu właśnie bardzo odpowiadała mi kuchnia. Nie udawałem milionera, chociaż nim byłem. Zawsze dokonywałem wyborów zgodnych z rozsądkiem.
Wyszedłem z restauracji i zastanawiałem się gdzie się udać, kiedy zadzwoniła moja komórka. Dzwoniła Diana.
– Co się stało, kochanie? – zapytałem z troską.
Żona prawie nigdy do mnie nie dzwoniła w czasie moich godzin pracy, chyba że coś się stało i to naprawdę ważnego.
– Wybacz, że cię niepokoję – wyczułem w jej głosie zaniepokojenie, a nawet strach.
– Nic nie szkodzi. Jestem na mieście. Boisz się czegoś? – zapytałem spokojnie.
– Nie chciałam niepokoić Georga. Jest po drugiej, a dzieci mogą skończyć kilka minut po trzeciej...
– Diano, co się stało? – powiedziałem nieco ostrzej.
– Od godziny stoi czarny Mercedes przed naszym parkanem. Najpierw nie zwróciłam uwagi, ale... Poszłam na górę i zza zasłonki obserwowałam przez lornetkę. Szyby mieli lekko uchylone i robili to samo.
– Zawiadomiłaś policję? – moje myśli przyspieszyły.
– Chciałam, ale coś mi szeptało, by tego nie robić.
– Dobrze, zaraz przyjadę. Prawdopodobnie zajmie mi to piętnaście minut. Sprawdź kamery, może dostrzeżesz numery tablic.
– Dobrze Euri, tak zrobię. Wybacz.
– Ależ kochanie. Nie przepraszaj. Zaraz będę. – Czułem, że adrenalina zaczyna krążyć w żyłach.
Podbiegłem do wozu. Dałem chłopcu parkingowemu dwadzieścia funtów i ruszyłem ostro. Położyłem na dach niebieskie, migające światło. Jechałem szybko i używałem często sygnału.
Co to miało znaczyć? Prowokacja? To nie mogła być policja. Służby specjalne, również nie. Kto? I ważniejsze dlaczego? Dojechałem na naszą ulicę po dwunastu minutach. Musieli mnie dostrzec, bo ruszyli, ale zajechałem im drogę. Skoro wiedzieli, że to ja, znaczy, mieli informacje, jakim wozem jeżdżę. Wyszedłem z wozu. Kierowca trzymał kierownicę, pasażer miał pistolet i mierzył we mnie.
– Zjeżdżaj – syknął.
Czy naprawdę sądzili, że się wystraszę pistoletu? Spojrzałem na obu. Biali. Wyglądali, że nie są z Londynu.
– Czego tu sterczycie i obserwujecie mój dom? – zapytałem nieco głośniej.
– Nie boisz się, że cię zabiję? – zapytał pasażer.
Zapamiętałem numery tablic. Ci dwaj już mieli poważne kłopoty. Czy o tym nie wiedzieli?
– Chcieliście wiać, więc wiecie, czym jeżdżę. Wiedzieliście, że jest tylko żona w domu. Kto was przysłał? – Z mojego tonu głosu powinni wiedzieć, że mają ostatnią szansę, by wyjść z tego bez wielkich guzów.
To nie byli zwykli goście. Twarz tego, co we mnie mierzył, nie zmieniła się ani o trochę.
– Odejdź albo strzelę – powiedział to spokojnie.
– Wiesz, kim jestem i mierzysz we mnie? I tak się dowiem, kto was kryje. Widzę w twoich oczach, że nie strzelisz, ale i tak zrobiłeś wielki błąd i mocno tego pożałujesz – powiedziałem cicho.
Zszedłem na chodnik, a oni odjechali.
Zanim dotarłem do domu, połączyłem się ze znajomym policjantem. Podałem mu numery tablic samochodu ludzi, którzy obserwowali dom. Obiecał zadzwonić jak najszybciej, kiedy się dowie więcej. Miałem liczne układy i kontakty. Właściwie moja praca przypominała bardziej urzędnika i koordynator niż gangstera. Większość średnich i dużych grup przestępczych Londynu wiedziała o istnieniu Syndykatu, chociaż niektórzy uważali to za bajkę, i sądzili, że coś takiego nie istnieje. Jakkolwiek znano mnie i nie musiałem się obawiać o swoje życie albo zdrowie. Z drobnym rabusiem sam bym sobie dał radę, a zawsze istniała też policja. Nie potrzebowałem ochrony, bo i przed kim. Z władzami miałem układy, a druga strona mnie respektowała. Dlatego, kiedy zadzwoniła Diana, wiedziałem, że to ktoś z wewnątrz i prawdę mówiąc, podejrzewałem brata. Tylko to, co zrobił, nie świadczyło o nim dobrze i dotknęło mego serca.
Ruszyłem moim SUV i po minucie wszedłem do domu. Jeszcze w garażu pomyślałem o czymś istotnym. Dlaczego żona nie zawiadomiła policji? Czyżby wiedziała coś więcej o mnie, niż sądziłem?
Diana miała lekko bledszą skórę na twarzy niż zwykle.
– Dziwne. Ktoś ich nasłał. Jeden z nich mierzył do mnie. Dowiem się i załatwię tę sprawę.
– Nie potrzebujemy ochrony? – zapytała cicho.
– Nic nam nie grozi, kochanie. Wyjaśnię – próbowałem ją uspokoić.
– To pewnie chodzi o twoją pracę – powiedziała to zupełnie naturalnie.
– Prowadzę interesy międzynarodowe. Kto miałby interes ingerować w sprawy zakupu i sprzedaży ziemi i sprawy budowlane, szczególnie jeżeli są za granicami wyspy?
Diana popatrzyła na mnie smutno.
– Euri, nie wiem, dokładnie co robisz, ale wiem, że nie sprzedajesz i nie kupujesz ziemi.
Poczułem się dziwnie.
– Nie chcę, byś wiedziała, co robię. To rodzinny interes, ale się wycofam. Dla ciebie, Chloe i Remiego. – Nie było sensu dalej kłamać. Nie wiedziałem, co wie, lecz z pewnością nie zamierzałem nagle jej wszystkiego mówić.
Na dźwięk imienia syna, drgnęła. Dostrzegłem to.
– Skąd wiesz, że nie sprzedaję ziemi? – Jej reakcja coś mi uświadomiła i zamierzałem sprawdzić, czy mam rację.
– Będziesz na niego zły. Sama nie wiem, skąd on to wie... – Z jej oczu emanowała tylko miłość, miała pewność, że nie będę na nią zły. Nie dawała nigdy powodu, była zawsze aniołem. Dosłownie i w przenośni.
– Remi ci powiedział? – zdziwiłem się, chociaż znowu trop prowadził do tej samej osoby.
– Tak, kilka miesięcy temu. Powiedział, że chce robić to, co ty.
Zacząłem myśleć jak komputer. Kto powiedział mojemu synowi? To mogła być tylko jedna osoba. Hajze. Dlaczego to zrobił? I w jednej chwili moje dłonie się zacisnęły. Czyżby za dzisiejszą wizytą stał również on? Wiedziałem, że muszę z nim to wyjaśnić. Raz na zawsze.
Przytuliłem Dianę i pocałowałem ją w czoło. Spojrzała mi w oczy, potem na zegarek.
– Za mało czasu, kochanie. – Wiedziałem, co ma na myśli.
Miała trzydzieści pięć lat i nadal była piękna. Chyba ją trochę zaniedbywałem. Ją trochę, a dzieci zupełnie. Gdybym wiedział, jakie to przyniesie konsekwencje...
Pocałowałem ją krótko w usta. Momentalnie poczułem dreszcz rozkoszy. Uwielbiałem jej ciało, ale ostatnio faktycznie trochę zawaliłem. A Diana nigdy się nie narzucała ani tym bardziej nie narzekała. Ani w tych, ani w innych sprawach. Poczułem, że komórka wibruje. Pewnie otrzymałem właśnie wiadomość od porucznika Morrisona.
– Poprawię się dziś wieczorem – szepnąłem.
Uśmiechnęła się krótko.
– Sądzisz, że pozwolą ci się wycofać? – W jej spojrzeniu zobaczyłem troskę o mnie, zaniepokojenie i jednocześnie nadzieję, że dam radę. Które z tych odczuć górowało, tego nie mogłem odczuć. Mogłem zapytać, ale uznałem, że im mniej będę o tym mówił, tym uzna, że nie jest to aż takie trudne do załatwienia.
– Będą musieli – powiedziałem cicho, z nadzieją, że ją nieco uspokoję.
– Ktoś do ciebie dzwonił, prawda? - Pewnie uznała, że nie ma sensu zadawać więcej pytań w poprzedniej kwestii.
– To pewnie znajomy policjant. Zaraz się dowiem, kto za tym stoi, chociaż już się domyślam. Przepraszam.
Czułem się odpowiedzialny, że naraziłem ją na strach. Te wszystkie sprawy, które się nawarstwiły, wynikały tylko z mojej winy i nikogo więcej.
Jasne! Większość ludzi w sytuacji jakichkolwiek kłopotów szuka winy w innych, ale jest to po prostu tchórzostwo.
– Dobrze skarbie. Zacznę przygotowywać obiad. George zostanie na posiłek?
– Chciałbym, ale nie wiem, czy da się namówić.
– Przecież nie ma rodziny... – Spojrzała na mnie łagodnie, pełnym ufności wzrokiem.
Zawsze tak prowadziła ze mną rozmowę. Subtelnie, bardzo delikatnie. Nigdy nie czułem, że ma o coś żal. W tym wypadku miała staranie o człowieka, którego ceniłem i mu ufałem jak mało komu.
– Właśnie chyba ostatnio kogoś poznał. Lubisz go, prawda?
– Tak. Jest bardzo oddany. Chloe go lubi i Remi również. Tylko... – znowu zauważyłem ten mały smutek w jej pięknych oczach.
– Tak, wiem – wiedziałem, co chciała powiedzieć.
Poczułem ciężar na sercu. Dlaczego to robisz, bracie?...
Diana poszła do kuchni, a ja otworzyłem wiadomość. Szybko zadzwoniłem do odpowiedniego człowieka. Podałem mu informację, którą otrzymałem od Morrisona. Wierzyłem, że w ciągu kilku godzin wszystko się wyjaśni, czyli moje przeczucia zostaną poparte dowodami.
Wszedłem do kuchni i bez słów zacząłem pomagać Dianie.
Skończyliśmy wszystko pięć minut przed przyjazdem dzieci. Mieliśmy gościa. Aisha.
Chloe podbiegła do mnie i pocałowała mnie w policzek, dopiero potem przywitała podobnie, mamę. Remi przytulił się do nas, ale zrobił to krótko i tak trochę z obowiązku.
– Aisha zostanie do wieczora, dobrze? – powiedziała córka.
To nie było pytanie, raczej brzmiało jak oświadczenie danego faktu.
– Nie ma sprawy – rzekłem, w końcu nigdy jej niczego bym nie odmówił, a prosiła rzadko.
Waśnie!... Kiedy miała prosić, skoro nigdy prawie mnie nie widziała?
Diana popatrzyła na córkę.
– Dobrze by było, gdybyś uprzedziła nas wcześniej.
Aisha spojrzała szybko na córkę.
– Mówiłaś, że powiedziałaś! – na twarzy nastolatki dostrzegłem lekkie zaskoczenie.
– Jest w porządku, Ai – powiedziała z uśmechem.
Moja córka z pewnością nie poczuła się niczemu winna. Nie popełniła jakiegoś przewinienia, więc czemu miałby się przejmować? Nie sprawiała problemów, a z żoną były niemal w przyjacielskich stosunkach. O tym, że ja jej zwrócę uwagę, z pewnością nawet nie myślała. I słusznie. Jeżeli ojca nigdy nie ma w domu, to raczej nie powinien się wtrącać w wychowanie swoich dzieci.
Popatrzyłem na nich.
– Gdzie George?
– Został w wozie, w garażu. – powiedziała Chloe.
– Chwileczkę – powiedziałem do wszystkich kobiet, bo Remi zaszył się w swoim pokoju.
Wszedłem do garażu. George rozmawiał z kimś. Kiedy mnie zobaczył, powiedział coś rozmówcy i przerwał połączenie. Otworzył drzwi wozu.
– Właśnie miałem zapytać, czy jestem nadal potrzebny. – Prawie zawsze miał nienaganny, oficjalny ton.
Bardzo chciałem, żeby to się zmieniło, ale przecież nie mogłem go zmusić.
– Chciałbym, żebyś z nami zjadł obiad. – powiedziałem to dość łagodnie, aby nie odczuł, że to polecenie, raczej prośba z głębi serca.
– Och, naprawdę dziękuję. – Mogłem się spodziewać odmowy, ale wyczułem, że jest to raczej grzecznościowe z jego strony i jeśli powtórzę prośbę, to się zgodzi.
– Proszę cię, byś to zrobił – rzekłem jeszcze milej i pewnie musiał wyczuć, że mi na tym zależy, bo tak rzeczywiście było.
Oczywiście brałem pod uwagę, że i Diana by się tym ucieszyła.
Widziałem, że się zastanawia.
– Rozmawiałeś z Kamilą? – Nie chciałem, żeby trwała cisza. Próbowałem prowadzić z nim rozmowę, by odczuł, że nie jestem tylko jego szefem i że naprawdę odbieram go jak przyjaciela.
Kiwnął głową. To, że nie był zbyt wylewny, wiedziałem już dawno, w zasadzie od początku naszej współpracy.
– Potem będziesz wolny – rzekłem spokojnie – Będziecie mieli czas do rana. – Powiedziałem to i od razu pomyślałem, że wtrącam się w prywatne życie, co z pewnością pochwiało nietaktem.
– To niezupełnie tak – zmieszał się, ale nie odczułem, że poczuł się urażony.
– Rozumiem przyjacielu. To chyba coś poważnego. Mam nadzieję, że nas nie opuścisz – zaakcentowałem ostatnie słowo. Odczułem, że nareszcie rozmowa zrobiła się mniej oficjalna.
– Oczywiście, że nie. Lubię pana i pańską rodzinę – zobaczyłem krótki grymas na jego twarzy.
Zrobiłem krok w kierunku wozu. George wyszedł. Patrzyłem na jego twarz, a konkretnie w oczy i otworzyłem ramiona. Po chwili staliśmy w uścisku.
– Mam chyba wroga i to boli. – Zdecydowałem się przed nim otworzyć, bo to jak chwilę wcześniej zareagował, świadczyło, że moje najbardziej prywatne troski go obchodzą, tak przynajmniej go odebrałem.
– Może się to da jeszcze naprawić – odrzekł cicho.
– Trzeba mieć nadzieję – rzekł ciszej i spojrzał na mnie.
– Zostanę, ale wyjątkowo dzisiaj. – Powiedział tak, ale wierzyłem, że to znowu była tylko taka oficjalna zapowiedź i da się ponownie zaprosić. O wspólnej wizycie jego i poznanej kobiety nawet jeszcze nie myślałem.
– Rozumiem. Wiedz tylko, że traktuje cię jak przyjaciela.
– Ja również, pana, panie Parker.
– Parker? – zrobiłem minę.
– Nie wypada mi inaczej, Euri. – odrzekł uprzejmie.
Był tak dobrze ułożony i zawsze akuratny. Nie znałem go aż tak głęboko, ale robił wrażenie bardzo ciepłego i godnego zaufania człowieka. Pewnie też się cenił i być może dlatego tak długo nikogo nie miał, bo czekał na odpowiednią osobę, a skoro tak, Kamila musiała być wyjątkowa.
Uśmiechnąłem się szczerze.
– Chodźmy, obiad na stole. I od tej chwili mów mi po imieniu. Nie jesteś tylko moim kierowcą, ale głównie moim przyjacielem. – Wskazałem ręką, by poszedł pierwszy.
Dopiero w tej samej chwili sobie uświadomiłem, że dość osobistą rozmowę przeprowadziliśmy w lekko oświetlonym garażu.
Materiał znajduje się w poczekalni.
Prosimy o łapkę i komentarz!
Dodaj komentarz
Zaloguj się aby dodać komentarz. Nie masz konta? Załóż konto za darmo.