Pamiętnik zagubionej #1

Z trudem oddychałam, gdy wspięłam się na drugie piętro mojego gimnazjum. Nabrałam powietrza i uśmiechnęłam się, by ukryć zmęczenie. Byłam gruba, to fakt. I chociaż nienawidziłam tego, przyzwyczaiłam się. Podeszłam pod swoją klasę i odgarnęłam swoje włosy sięgające ramion. Miałam do nich dwojaki stosunek. Z jednej strony uwielbiałam je, bo wraz z przejściem do innej szkoły (piętro wyżej) ścięłam je, by zacząć od nowa, a z drugiej tęskniłam za włosami po pas, które z premedytacją utraciłam. Przywitałam dziewczyny z klasy i usiadłam obok nich pod parapetem. Nie byłam zbytnio lubiana. Dzieci wielokrotnie się ze mnie naśmiewały, chociaż nie przeszkadzało im to prosić o zadania domowe.
– Kasia... – zaczęła Krysia. – Dasz odpisać zadanie domowe? Wiem, że masz.
Krysia była moją przyjaciółką. A przynajmniej ja ją za nią uważałam. Była dla mnie najmilsza i nie pamiętam, żeby się ze mnie naśmiewała. Bawiłyśmy się czasem, więc nie miałam pretensji, kiedy prosiła o odpisanie zadania. Poza tym wiedziałam, że słabo się uczy i ma trudności z nauczeniem się nowego materiału.
– Jasne – odpowiedziałam i zaczęłam szukać w plecaku odpowiedniego zeszytu. Gdy go znalazłam, podałam go dziewczynie, a ta natychmiast wzięła się za przepisywanie. Chwilę później inne dziewczyny przepisywały również z nią. Wiedziałam, że to się tak skończy. To było normalnością nawet w podstawówce.
W sumie do tej pory od czasu podstawówki niewiele się zmieniło. Jedynie przeszliśmy piętro wyżej, dostaliśmy nowych nauczyciel i doszło kilka osób z równoległej klasy. Taki urok szkół na wsi. Przynajmniej nauczyciele wiedzieli co się po nas spodziewać. No, po prawie wszystkich nas, ponieważ do klasy „B" doszło kilka osób z sąsiedniej szkoły.
Zadzwonił dzwonek, a ja schowałam zeszyt, który oddały mi dziewczyny. Wstałyśmy, gdy nauczyciel podszedł do klasy i weszłyśmy, gdy tylko drzwi się otworzyły. Od razu skierowałam się do tylnego rzędu. Miałam ponad 170cm wzrostu, więc siłą rzeczy tam było moje miejsce. Na szczęście siedziałam z Krysią.
Jako pierwsza była fizyka panem Mateuszem, który uczył również informatyki jak i techniki. Był miły, ale i wymagający. Oceniał sprawiedliwie, dlatego ten przedmiot jedynie nie lubiłam, zamiast nienawidzić.
Moja klasa była... Dość normalna jak na tamte czasy. Telefony komórkowe zdarzały się rzadko ( byłam jedną z nielicznych, które je mieli), chociaż powoli zaczęły stawać się popularne. Jak to na wsi, każdy każdego znał i wiedział o nim dość sporo. Większość z tych wiadomości pochodziła z plotek, ale nikogo to nie obchodziło. Oprócz mnie, były jeszcze Ania i Marcelina, które naprawdę dobrze się uczyły. Można było powiedzieć, że we trzy byłyśmy w top 3 najlepiej uczących się w klasie. Nieświadomie rywalizowałyśmy ze sobą, cieszyłyśmy się, gdy zostałyśmy lepszą ocenę od innych. Prawie cała reszta była na poziomie normalnego ucznia, który większych problemów nie miał. Jedynie kilka osób miało naprawdę problemy z nauką i zdawaniem klas, tak jak Krysia. W tych kilku osobach znalazł się chłopak, który chyba mnie nienawidził i nie wiedziałam dlaczego. Uwielbiał mi dokuczać i wyzywać mnie. Oczywiście miał na to pełne poparcie, rzadko kiedy ktoś sprzeciwił się jakimkolwiek działaniom w moją stronę. Nauczyciele na moje skargi jedynie zrobili krótkie kazanie, albo powiedzieli, że tak nie można i tyle. Koniec ich interwencji. Bo przecież go pouczyli, prawda?
Na lekcjach kompletnie nic się nie działo. Ignorowałam zaczepki, a w duszy modliłam się, żeby jak najszybciej wrócić do domu. Po ostatnim dzwonku spakowałam się i szybko zeszłam na niższe piętro. W jednej z klas uczyła moja mama. Codziennie po lekcjach chodziłam do niej, żeby wziąć trochę rzeczy i zanieść do domu. Chciałam, żeby było jej lżej. I poniekąd było to ode mnie wymagane. Tym razem żadna mama nie została, żeby porozmawiać o swoim dziecku. Miałam szczęście, że nie musiałam czekać. Wzięłam reklamówkę i ruszyłam do szatni, żeby się ubrać. Był początek października, więc nie nosiłam kurtki, jedynie bluzę, którą i tak miałam przy sobie w klasie. Chociaż Krysia mieszkała 3 domy ode mnie, to nie wracałam z nią. Nigdy nie zastanawiałam się dlaczego. Tak po prostu było i już. Mama nie bała się mnie puszczać samej. Mieszkaliśmy na wsi, gdzie każdy każdego znał, a droga nie była zbyt długa, niecały kilometr. Zawsze zazdrościłam dzieciom, które wracały w grupkach, rozmawiały i śmiały się. Ja zawsze wracałam sama, albo z mamą. Po kilku latach przyzwyczaiłam się.
Po drodze jak zawsze wstąpiłam do babci. To jej zawsze mogłam się wygadać. Narzekałam na rodziców, na brata, na szkołę, na znajomych... A ona mnie nie krytykowała. Zawsze mnie rozumiała i pocieszała. Siedziałam u niej dopóki mama nie szła z pracy i nie wstąpiła po mnie. Nie miałam własnego klucza do domu, więc zawsze czekałam. Wyjątkiem były dni, kiedy to mama wracała wcześniej z pracy, chociaż i wtedy lubiłam odwiedzać babcię. Tam czułam się dobrze. Mogłam być sobą, nikt mnie nie krytykował.

Dodaj komentarz