Mroczny Las

Kolejny poranek, gęsta mgła, wszyscy jeszcze spali; wszyscy oprócz jednej osoby. Damian właśnie zmierzał w stronę lasu, który w tej porannej mgle wyglądał mrocznie, jak w horrorze. Szedł do niego i nie zamierzał już wrócić, chciał tam zakończyć swoje życie. Jednak nie on jedyny wpadł na ten pomysł, było takich już więcej, dużo więcej. Czuł ogromny żal, nawet miał nadzieję, że może pojawi się ktoś dzięki komu porzuci pomysł odebrania sobie życia, jednak nikt taki się nie pojawił, skąpana we mgle wioska spała w najlepsze.

Damian dotarł w końcu do lasu w którym było dość ciemno. Nawet nie przyszło mu do głowy, żeby teraz zawrócić, czuł że musi to zrobić, nie ma innego wyjścia. Przeszedł kawałek dalej, aż znalazł, jego zdaniem, idealne miejsce. „Tutaj będzie dobrze umrzeć", pomyślał sobie i zaczął zawieszać na gałęzi sznur, który ze sobą zabrał. Nie chciał zawrócić. Gdy sznur był już zawieszony, Damian wdrapał się na gałąź i ostatni raz popatrzył na świat z którym właśnie miał się pożegnać. Myślał jedynie o tym, że o to w końcu skończy się koszmar życia i miał nadzieję, że teraz będzie lepiej. Uśmiechnął się i skoczył.

Został znaleziony tego samego dnia przez grupę mężczyzn, którzy w lesie szukali drewna na opał. Nie przestraszyli się, to był tutaj częsty widok, zdaniem niektórych zbyt częsty. Wszyscy w wiosce kojarzyli Damiana, ale w takiej małej wiosce wszyscy dobrze się znali. Wiedzieli, że mężczyzna nie miał żadnej rodziny, mieszkał sam w małym domu i nawet za bardzo do nikogo się nie odzywał. No cóż, nikt nie będzie za nim tęsknił.

Jeszcze tego samego dnia urządzono mu pogrzeb na którym nikt się nie zjawił. Miejscowy ksiądz jednak odprawił mszę za duszę zmarłego, a grabarz zakopał go do ziemi, gdzie miał zostać już do końca świata. Życie toczyło się dalej. Niektórzy mieszkańcy żartowali sobie z niego, ale byli to mieszkańcy, którzy żartowali sobie z każdej śmierci. Do czasu... Pewnego dnia trzy dziewczynki, Wiktoria, Anna i Emilia bawiły się na dworze. Jak na listopad było dość ciepło. Wiktoria była najmłodsza, miała sześć lat, Anna dziewięć, a Emilia dwanaście, pochodziły z jednego domu. Dziewczynki śmiały się i goniły po wiosce, nikt nie zwracał na nie uwagi, dzieci jak to dzieci – lubią się pobawić. W pewnym momencie po prostu zniknęły wszystkim z oczu. Każdy myślał, że na pewno znalazły sobie jakąś nową zabawę i po prostu ukrywają się przed wszystkimi. Początkowo było to nawet zabawne, ale zaczynało robić się coraz ciemniej, a dziewczynek wciąż nie było. Wtedy ich rodzice zaczęli się martwić, szczególnie matka Amanda. Wołała dzieci, ale nikt jej nie odpowiadał. W końcu jeden ze starszych mieszkańców zasugerował, że dziewczynki mogły pójść pobawić się do lasu. Amanda, ojciec dzieci Tomasz i przyjaciel rodziny Arnold weszli do lasu i zaczęli nawoływać dziewczynki. Wciąż nikt nie odpowiadał. Amanda była coraz bardziej zrozpaczona. Wołała tak głośno, że aż rozbolało ją gardło. Jej krzyk, Wiktoria, Emilia, Anna, niósł się po całym lesie, każdy musiał go słyszeć... Ale mimo wszystko odpowiedzi wciąż nie było. W końcu dziewczynki się znalazły, a wtedy Amanda zemdlała, Tomasz ukląkł i zaczął płakać, a Arnold po prostu stał i patrzył na to wszystko w szoku. Dziewczynki wisiały na drzewie, na jednej gałęzi, stykając się ze sobą ciałami. Ich blade twarze były nieruchome, czarne włosy falowały na wietrze, a oczy... Były martwe. Trzy dziewczynki w białych sukienkach, trzy siostry, umarły razem patrząc na pozbawiony życia las i oto wisiały obok siebie, nie zobaczą już zachodu słońca, nie przeżyją kolejnego dnia. O czym mogły myśleć przed śmiercią? Czy były zadowolone z tego, że koszmar życia się skończy? Czy może nie myślały o niczym? Na te pytania nikt nigdy nie znajdzie odpowiedzi. Nie żyły i właśnie wtedy narodził się potwór.

Podejrzenie, że las może być nawiedzony pojawiło się już wcześniej, na dużo wcześniej niż śmierć trzech sióstr. W końcu dlaczego właśnie wszyscy wybierali to miejsce, by odebrać sobie życie?

– Coś przed śmiercią ich tam wzywa – mówiła starsza kobieta Erin, która w wiosce przeżyła już osiemdziesiąt lat – to jest pewne! To na pewno musi być kara za grzechy – mówiła pewna siebie w lokalnej karczmie w której spotykali się wszyscy mieszkańcy.W tym momencie było ich tam więcej niż zwykle, wszyscy spotkali się by przedyskutować ostatnie przerażające wydarzenie.

– Jaki grzech mogły popełnić te dzieci? - odezwał się Arnold poirytowany i zdenerwowany słowami siwej kobiety.

– To może być kara dla ich rodziców! Sam Szatan tam mieszka, wiem że mam rację. Rodziców dziewczynek nie było w karczmie; woleli zostać w domu i tam dać ponieść się smutkowi, który spadł na nich tak nagle.

– No to co powinniśmy zrobić? - odezwał się Adam, mężczyzna po czterdziestce z czarną bródką.

Erin patrzyła na niego przez chwilę bez słowa, jakby zastanawiając się nad jego pytaniem. W końcu jednak odpowiedziała:

– Już nigdy nikt nie może tam wejść.

Przez jakiś czas w mieście był spokój, żadnej śmierci, nikt nie wchodził do lasu i wydawało się, że wszystko już może być dobrze. Dziewczynki zostały pochowane i miały bardzo ładny pogrzeb, ale las stał się teraz o wiele bardziej złym miejscem. Niektórzy mieszkańcy podchodzili tam najbliżej jak się dało i zostawiali koszyki pełne jedzenia. Było tam bardzo wiele owoców, a także chleba. Mieli nadzieję, że dzięki temu potwór z lasu już nigdy nikogo nie wezwie by ktoś popełnił samobójstwo. Wieść o tym rozniosła się daleko poza granice miasta. Pisano o tym w wielu gazetach. „Mieszkańcy Exalonu boją się potwora z lasu", tak brzmiało większość nagłówków. Artykuły opowiadały o samobójstwach, a szczególnie o tym, które tak bardzo zszokowało mieszkańców tej niewielkiej wioski.

Ale nikt za bardzo się tym nie przejmował. Większość pomyślała „Ojej, jakie to straszne", a później odkładali gazetę zapominając o całej sprawie. Z pewnym wyjątkiem. Edmund, mężczyzna mający za sobą już trzydzieści trzy lata czytał gazetę paląc przy tym fajkę. Sprawa dość mocno go zainteresowała, szczególnie że uwielbiał takie zagadki i sam nie jedną już rozwiązał. Niektórzy znali go już od tej strony, że nic nie miało przed nim tajemnic i każdą sprawę mógł wyjaśnić racjonalnie. Teraz siedział w swoim domu na bujanym fotelu i czytał z zainteresowaniem i już wtedy wiedział, że oto znalazł kolejną sprawę, którą należy wyjaśnić. Nie wierzył w żadne potwory, nie straszne były mu duchy, kierował się jedynie logiką. W pewnym momencie odłożył gazetę, wziął małą czarną walizkę, spakował same najbardziej potrzebne rzeczy i wyszedł z domu zamykając drzwi na klucz. Udał się na stację, gdzie czekał na pociąg, który zabierze go jak najbliżej Exalonu. Nie musiał czekać długo, pociąg nadjechał dość szybko i Edmund wsiadł do niego rozsiadając się wygodnie przy oknie.

Gdy pociąg ruszył Edmund patrząc przez okno zastanawiał się co może go spotkać na miejscu i jacy będą mieszkańcy. Dobrze zdawał sobie sprawę, że dla niektórych nie był mile widziany, zwłaszcza dla tych, który na strachu i nieszczęściu innych potrafili się nieźle wzbogacić. Jednak jego ciekawość nigdy nie pozwalała mu odpuścić i wiedział, że tak samo będzie tym razem. Musiał poznać prawdę, za wszelką cenę.

Pociąg zatrzymał się w Balionie, mieście graniczącym z Exalonem, więc resztę drogi przebył na piechotę, by mógł po drodze zebrać myśli i przeanalizować wszystko co udało mu się do tej pory dowiedzieć. Informacji nie posiadał za wiele, ale wiedział przynajmniej od czego chce zacząć śledztwo. Gdy dotarł w końcu na miejsce było już południe. Od razu zauważył las o którym czytał w gazecie i wyobraził sobie jak ponuro musiał on wyglądać otoczony mgłą. Zauważył szyld Karczmy i poszedł w tamtym kierunku uznając, że większość mieszkańców musi się tam znajdować, skoro ulice są puste. Gdy tylko wszedł do środka wszyscy spojrzeli na niego zaskoczeni, rzadko zjawiał się w Exalonie ktoś obcy. Patrzyli na tego mężczyznę, w czarnym płaszczu i czarnym meloniku na głowie i niektórzy poczuli lekki lęk.

– Dzień dobry – przywitał się wchodząc do środka – Nazywam się Edmund i mam zamiar wyjaśnić sprawę rzekomego potwora zamieszkującego ten las. Teraz patrzyli na niego już z podziwem.

– Jesteś tym Edmundem, który wyjaśnił sprawę dziecka porwanego przez duchy? - zapytał jeden z mężczyzn.

– Dokładnie, tym samym. A skoro już o tym mowa, to musi pan wiedzieć, że to nie duchy były odpowiedzialne za zaginięcie dziecka, tylko ojciec, który pobił córkę na śmierć, a później wymyślił całą tę bajeczkę w którą niektórzy, niestety uwierzyli. Jak się pan w ogóle zwie? - zapytał Edmund siadając przy barze.

– Arnold – odpowiedział mu mężczyzna podchodząc bliżej.

– Arnold... A więc jesteś jedną z osób, która znalazła dziewczynki w lesie – nie było to pytanie, lecz stwierdzenie.

– Owszem... Nigdy nie zapomnę tego przerażającego widoku...

– Nie dziwię się, istotnie musiało być to straszne, jednak... Wszystko da się racjonalnie wyjaśnić i właśnie po to tutaj przyjechałem. Mogę was zapewnić, że żaden potwór nie istnieje.

– A więc uważa pan, że te dziewczynki... Zrobiły sobie to same? - zapytała kobieta, która do rozmawiających mężczyzn podeszła z końca baru. Była w średnim wieku i patrzyła na Edmunda wzrokiem mówiącym, że nie bardzo mu ufa.

– Tego nie powiedziałem. Dowiem się co się stało, możecie być tego pewni. A na razie... Panie Arnoldzie, czy byłby pan tak miły i zaprowadził mnie na miejsce w którym wydarzyła się ta tragedia? Chciałbym je obejrzeć. Arnold patrzył na Edmunda, jakby nie do końca rozumiał to, co przed chwilą usłyszał.

– Mam... Mamy wejść do lasu? Ale... Tam jest niebezpiecznie – głos mu drżał.

– Niczego tam nie ma, może być pan pewny, jednak jeżeli to pana nie przekonuje to... - wyciągnął z kieszeni srebrny łańcuszek – Mam tu przedmiot, który odstrasza potwory, więc nic panu nie grozi. Arnold niepewnie zbliżył się do Edmunda i wziął od niego łańcuszek od razu zakładając go na szyję. Edmund doskonale wiedział w jaki sposób postępować z przerażonymi ludźmi, tacy skłonni byli uwierzyć we wszystko.

– Idziemy? - zapytał Edmund.  

Arnold tylko skinął głową i już po chwili dwaj mężczyźni wyszli z karczmy na chłodne jesienne powietrze.

Na miejsce zbrodni obaj mężczyźni dotarli dość szybko; nie było ono zbyt głęboko w lesie. Arnold był bardzo niespokojny, co jakiś czas rozglądał się jakby spodziewając się nagle jakiegoś zagrożenia. Edmund był spokojny i sprawiał wrażenie, jakby zupełnie niczym się nie przejmował.  W rzeczywistości było jednak inaczej. Edmund odczuwał w tym lesie niepokój, w ogóle nie podobało mu się to miejsce, a jak pomyślał sobie o tym ile osób popełniło tu samobójstwo chciał wyjść z niego jak najszybciej. Ale na zewnątrz nie dawał niczego po sobie poznać. Był spokojny i opanowany, powoli i dokładnie oglądał miejsce zbrodni, każdy szczegół się liczył.

– Możemy już stąd iść? - zapytał nagle Arnold niespokojnie wciąż się rozglądając.

– Za chwilę – odpowiedział tylko Edmund oglądając miejsce zbrodni – widzisz to? - pokazał palcem na obdarte drzewo.

Arnold spojrzał nie bardzo wiedząc o co chodzi.

– To ślad świadczący o tym, że dziewczynki weszły same na drzewo, nikt im w tym nie pomagał – mówił dalej Edmund – z waszych relacji wynika, że wisiały bardzo blisko siebie, a najmłodsza, Wiktoria... Nie mogła sama się zabić, ktoś musiał jej pomóc.

– Tak! - krzyknął nagle Arnold – to potwór, mówiliśmy!

– Nie ma tu śladu żadnego potwora. Taki stwór na pewno nie zniknąłby zupełnie niezauważony, więc to nie mógł być on. Moja teoria jest taka, że Wiktorii po prostu pomogły siostry. Chciały umrzeć wszystkie trzy. Pytanie tylko.... Dlaczego?

– To... Niemożliwe – kręcił głową Arnold – zupełnie bezsensu. Dlaczego niby te dzieciaki chciałyby umrzeć? Były szczęśliwe, zadowolone z życia... Nie mogły tego zrobić, to potwór!

– Przemierzyłem wiele krain i widziałem wiele rzeczy – mówił Edmund spokojnie – nigdzie jednak nie natrafiłem na żadnego potwora i wszystkie wydarzenia dało się racjonalnie wyjaśnić. Tak samo jest tutaj. Nie wiem czemu te dziewczynki postanowiły się zabić, ale się dowiem. Zawsze jest jakieś wytłumaczenie, drogi Arnoldzie. Arnold tylko patrzył na Edmunda bez słowa, bo sam nie wiedział co powiedzieć, był zbyt zaskoczony teorią mężczyzny.

– Możemy wracać – przerwał ciszę Edmund – a kiedy dotrzemy na miejsce pokaż mi gdzie mieszkają rodzice dziewczynek. Bardzo chciałbym z nimi porozmawiać.

– Dobrze – odparł Arnold i było to jedyne wypowiedziane przez niego słowo podczas drogi powrotnej.

Podczas gdy Arnold z Edmundem przebywali w lesie pozostali mieszkańcy wioski dyskutowali na  temat pojawienia się nieznajomego. Wielu uważało, że mężczyzna przyniósł ze sobą tylko kłopoty i potwór z lasu stanie się jeszcze bardziej niebezpieczny. Inni uważali natomiast, że tajemnicza postać może przynieść im odpowiedzi, bo nikt tak naprawdę nie wiedział dlaczego potwór w ogóle zabija. Na razie każda z grup zdecydowała, że pozwolą Edmundowi prowadzić śledztwo, a jeśli sprawa wymknie się spod kontroli od razu wyrzucą go z wioski. Z tego pomysłu wszyscy byli zadowoleni i teraz pozostało im już tylko czekać na dalszy rozwój sytuacji.

Gdy tylko obaj mężczyźni wyszli z lasu, Arnold od razu poczuł się bardziej pewny siebie. Ulżyło mu tak bardzo, że mało co nie rozpłakał się ze szczęścia. Wydawało się, że przestał zauważać obecność Edmunda, ale ten tylko stał spokojnie czekając, aż Arnold całkiem przyjdzie do siebie. Gdy zauważył, że mężczyzna czuje się już lepiej po raz kolejny zapytał o adres zamieszkania rodziców dziewczynek. Arnold wytłumaczył mu całą drogę najlepiej jak potrafił i dodatkowo stwierdził, że nigdy więcej już nie wejdzie do tego przerażającego lasu. Edmund podziękował za pomoc i chwilę później był już w domu rodziców dziewczynek, gdzie nie został zbyt pokojowy przywitany.

– Przeżywamy żałobę, bardzo cierpimy! - krzyczał ojciec dziewczynek podczas gdy Edmund stał przed drzwiami i czekał spokojnie, aż mężczyzna się uspokoi – nie jesteś nam do niczego potrzebny, więc najlepiej będzie jak pójdziesz sobie tam skąd przybyłeś!

– Panie Tomaszu, chcę po prostu wyjaśnić tę sprawę – mówił Edmund spokojnie – nie jest pan ciekawy co się stało z pana dziećmi? Dlaczego to zrobiły?

– Doskonale wiem co się stało. To ten potwór z lasu. Zabił je dla ich czystych i niewinnych dusz. Taka jest prawda, a jak nie przestaniesz pan szukać nie wiadomo czego zginą kolejni ludzie – mówił Tomasz już trochę bardziej spokojnie z czego Edmund był bardzo zadowolony.

– W lesie nie spotkałem się z żadnymi śladami tego stwora, więc być może wyjaśnienie jest

zupełnie inne. Tomasz patrzył na obcego mężczyznę. Dotarło do niego, że raczej nie odpuści i lepiej z nim współpracować, żeby się go pozbyć.

– Czego pan chce? - zapytał spokojnie Tomasz.

– Po prostu porozmawiać.

Poszli razem do salonu w którym już siedziała Amanda, matka dziewczynek. Gdy Edmund usiadł na krześle przy stole kobieta patrzyła na niego nieufnie, jakby przerażona. W pokoju było dość mrocznie, z jakiegoś powodu jedyne okno było zasłonięte czerwoną zasłoną. Edmund jednak nie  przejmował się tym. Przyszedł tutaj zadać kilka pytań, reszta go nie interesowała.

– Proszę mi powiedzieć – zwrócił się do małżeństwa, które usiadło blisko siebie przy stole – jakie były dziewczynki tego dnia?

– Jak zwykle, bardzo radosne – odparła Amanda i po jej policzku popłynęła łza – śmiały się jak zwykle, bawiły ze sobą. Było jak zawsze... Aż do momentu, kiedy nagle zniknęły.

– Dziewczynki miały jakieś koleżanki? - pytał wciąż spokojnie Edmund.

– Oczywiście, jak każde dzieci. Chodziły do szkoły, być może tego dnia też z kimś się bawiły

– mówiła Amanda. Tomasz tylko słuchał wszystkiego bez słowa.

– Z kim mogły się bawić? Miały jakąś... Najlepszą przyjaciółkę?

– Tak, Klaudię. Jest w wieku Anny, chodzą do tej samej klasy, ale wszystkie moje córki bardzo ją lubiły i często spędzały ze sobą dużo czasu.

Edmund pokiwał głową. Musiał zbadać ten trop.

– A wy macie jakichś wrogów? - zapytał spoglądając na nich.

Tym razem Tomasz zerwał się zdenerwowany ze swojego miejsca.

– Jestem tutaj szanowanym obywatelem, a pan twierdzi, że ktoś mógłby z jakiegoś powodu zabić moje dzieci?! Jest pan bezczelny!

– Próbuję tylko ustalić co takiego mogło się stać – Edmund wciąż był spokojny i opanowany.

– Spokojnie, kochanie – powiedziała cicho Amanda – nie denerwuj się, pan chce dobrze –uśmiechnęła się lekko.

– Lepiej niech pan już stąd idzie – powiedział Tomasz siadając uspokojony.

– Jeszcze jedno... Chciałbym zajrzeć do pokoju dziewczynek.

Zgodzili się, choć dość niepewnie. Wejście do pokoju prowadziło na górę po drewnianych schodach. W środku wszystkie trzy łóżka stały przy ścianie obok siebie. W pokoju było dość jasno, dało się tutaj poczuć przyjemną i pozytywną atmosferę. Po drugiej stronie pokoju stała szafka w której pełno było różnych lalek, którymi za życia musiały bawić się dziewczynki. Pokój był bardzo zadbany, żadnych zniszczeń, żadnego bałaganu, łóżka idealnie zasłane.

– Nic tu nie było zmieniane od ich śmierci – poinformowała Edmunda matka dziewczynek – nie chcieliśmy nic zmieniać.

– W porządku, rozumiem – powiedział cicho Edmund – dziękuje za pomoc – dodał i za chwilę był już na zewnątrz.

Szedł w stronę domu w którym mieszkała Klaudia ze swoimi rodzicami, gdy zauważył młodą kobietę, która stała i patrzyła w stronę lasu. Nagle odwróciła się do Edmunda zatrzymując go.

– Naprawdę myśli pan, że las jest bezpieczny? - zapytała go kobieta.

– Oczywiście, nie ma tam nic strasznego – odpowiedział Edmund jak zwykle spokojnie.

– Chciałabym w to wierzyć, ale mam wrażenie, że tam naprawdę dzieje się coś złego, tyle było już tam śmierci...- mówiła kobieta, a lekki wiatr rozwiewał jej długie ciemne włosy – choćby te dziewczynki, czy wcześniej Damian. Był czas kiedy nawet się z nim spotykałam – uśmiechnęła się lekko – ale to już przeszłość i prędzej czy później wszyscy umrzemy. Edmund spojrzał na nią wyraźnie zaciekawiony.

– Dlaczego przestałaś się z nim spotykać, jeśli mogę spytać?

Dziewczyna znowu się uśmiechnęła.

– Po prostu, przestał mi się podobać, bo był taki... Dziwny. Zwykle siedział sam w domu, mało kiedy z niego wychodził. Nie miał żadnych przyjaciół, w zasadzie wszyscy się z niego śmiali. Nie chciałam spotykać się z kimś takim, bo miałam wrażenie, że przez to wszystko ze mnie też się śmieją. Więc opuściłam go i tak skończyła się nasza historia.

– Jak długo się z nim spotykałaś?

– Jakieś... Dwa miesiące, może trochę dłużej.

– I co się stało z Damianem po waszym rozstaniu?

– Nic, dalej mieszkał w swoim domu. Ale któregoś dnia jakieś dzieciaki wybiły mu kamieniami okna nazywając dziwakiem, a kilka dni później znaleźli go wiszącego w lesie.

- Myśli pan, że zabił go potwór?

– Myślę, że nawet nie jeden....

Odszedł zostawiając za sobą zaskoczoną dziewczynę, której imienia nawet nie znał. Wyglądała na przestraszoną i zaciekawioną, zastanawiającą się o co mogło chodzić Edmundowi.

W końcu jednak wzruszyła ramionami i wróciła do domu.

W tym samym czasie Edmund zapukał do kolejnych drzwi, otworzyła mu kobieta w średnim wieku. Jej blond włosy przeplatały już pasma siwizny.

– Chciałbym porozmawiać z pani córką, Klaudią – powiedział Edmund po wymianie wszystkich uprzejmości.

– Bawi się za domem – odparła kobieta lekkim niczym nie przejmującym się tonem – proszę wejść, zaraz ją zawołam – dodała wpuszczając go.

Edmund usiadł w salonie i czekał na Klaudię, która zjawiła się chwilę później. Wyglądała na bardzo radosną dziewczynkę o jasnych włosach, jednak teraz patrzyła na Edmunda dość niepewnie.

– Zostawię was samych – powiedziała matka dziewczynki i zamknęła drzwi.

Salon nie był duży, ale było w nim jaśniej niż w domu rodziców martwych dziewczynek, co Edmundowi odpowiadało.

– Słyszałem, że dobrze znałaś się z Anną, Wiktorią i Emilią... Powiedz, bawiłaś się z nimi tego dnia, kiedy zdarzył się ten straszny wypadek?

– Nie... Wtedy nie... - mówiła Klaudia niepewnie lekko zaciskając dłonie. Spojrzała w stronę drzwi, jakby chciała jak najszybciej wynieść się z tego pokoju.

– Nie musisz się niczego bać, ta rozmowa zostanie między nami, a ja nie mam zamiaru robić ci nic złego – uśmiechnął się Edmund – czy koleżanki wspominały ci, że chcą zrobić coś takiego? - zapytał.

Klaudia znów spojrzała w stronę drzwi nie bardzo chcąc odpowiadać na to pytanie.

– Wszystko w porządku? Czemu nie chcesz ze mną rozmawiać? -

– Bo... Anna nie chciała, żebym komukolwiek o tym opowiadała...

– Mi możesz. Nie jestem stąd, więc niedługo wyjadę i nigdy więcej mnie nie zobaczysz, a ja nikomu nie powtórzę tego co mi teraz powiesz.

– Naprawdę? - Klaudia spojrzała na mężczyznę z nadzieją.

– Naprawdę, więc nie masz się czego bać – uśmiechnął się znów Edmund – no więc... Koleżanki wspominały ci o tym co chcą zrobić? - powtórzył pytanie.

– Tak, wspominały. W lesie dużo razy ktoś się zabijał, więc one pomyślały, że też chcą i to będzie najlepsze rozwiązanie...

– Najlepsze rozwiązanie? - Edmund spojrzał na dziewczynkę zdziwiony – dlaczego? Znów spojrzała na niego niepewnie.

– Możesz mówić, śmiało – zachęcił ją Edmund.

– No więc... One nie miały w domu tak fajnie – zaczęła znów niepewnie – dużo razy mówiły, że tata je bije i... Robi im coś bardzo złego... W nocy... Wchodzi do ich sypialni i śpi razem z nimi. Kładzie się z jedną, a reszta patrzy co... Co robi...

Edmund patrzył na Klaudię zaskoczony.

– I to wszystko powiedziała ci Anna? - zapytał po chwili przerwy.

– Tak, ale jej siostry to potwierdzały. Dlatego mówiły, że najlepiej będzie się zabić, żeby już nie bolało. Ale ja... Ja mówiłam, że to nie jest dobry pomysł i teraz bardzo za nimi tęsknie –powiedziała Klaudia i rozpłakała się.

Edmund podszedł do niej i lekko przytulił dodając dziewczynie otuchy.

– Poprzedniego dnia pożegnały się ze mną, a ja ciągle im mówiłam, żeby tego nie robiły. Ale Anna ciągle powtarzała, że nie ma innego wyjścia. Mała Wiktoria nie bardzo wiedziała o co chodzi, ale one tłumaczyły jej, że tak będzie najlepiej i pomogą jej się zabić jak sama nie będzie umiała. Miałam nadzieje, że tego nie zrobią, ale widziałam jak idą do lasu i... - przerwała nie mogąc dalej mówić przez płacz.

– Dlaczego nikomu o tym nie powiedziałaś? - zapytał Edmund.

– Bo Anna... Anna zabroniła. Mówiła, że jak powiem to będę miała kłopoty, że jej ojciec mnie dorwie i też zada mi ból. One ciągle myślały, że nie ma nadziei. Czy dało się je uratować? -

Spojrzała na Edmunda wyczekując odpowiedzi.

– Tak – odparł tylko i znów objął płaczącą dziewczynkę.

Był już wieczór, kiedy zdenerwowany Edmund wyszedł z domu po rozmowie z Klaudią. Zobaczył wtedy coś co zszokowało go jeszcze bardziej. Oto wszyscy ludzie w wiosce klęczeli przed lasem modląc się do potwora. Przynieśli mu dary, które składały się na posiłek, a nawet pieniądze.

Wszyscy wypowiadali słowa modlitwy „Będziemy ci posłuszni, zrobimy co każesz, ale nie zabieraj więcej naszych dusz, nie każ nam odchodzić przedwcześnie z tego świata, nie zabijaj nas".

Powtarzali to cały czas zarówno starcy jak i dzieci, wszyscy modlili się do potwora o to, żeby dał im spokój. Edmund patrzył na to wszystko zszokowany, ale wiedział że musi coś zrobić z tym szaleństwem. Przecisnął się przez klęczących mieszkańców i stanął przed nimi.

– Ludzie! - krzyknął i wszyscy nagle się uciszyli – Nie ma żadnego potwora i nigdy nie było!

- Mieszkańcy spojrzeli po sobie zaskoczeni tą nagłą przemową.

– Nikt w tym lesie nie zabił się przez potwora, który tam mieszka, tylko przez was – kontynuował Edmund – tak, to wasza wina. Damian popełnił samobójstwo, bo był wyśmiewany i samotny, a siostry... Bo były molestowane przez swojego ojca. Macie więcej krwi na rękach, to wy jesteście potworami! - krzyczał Edmund.

– Dosyć tego! - wrzasnął ktoś z tłumu – to wcale nie tak! To wszystko wina potwora, on kazał im się zabić, my nie mieliśmy z tym nic wspólnego! - po słowach mężczyzny dało się słyszeć chór zgadzającego się z nim tłumu.

– Poznałem prawdę, wiem co się stało – mówił Edmund – Tomasz powinien ponieść karę za to co zrobił swoim dzieciom!

– Ja nic nie zrobiłem – odezwał się wspomniany mężczyzna – znacie mnie, wiecie że nie byłbym do czegoś takiego zdolny. Moje córeczki zabił ten obrzydliwy potwór, żeby zabrać ich niewinne duszę... Wierzycie mi, czy wolicie słuchać bluźnierstwa jakiegoś przybłędy?! - krzyknął i cały tłum podniósł się z ziemi.

– Zabić go, żeby nie sprowadził na nas klątwy! - zawołała Erin i ludzie krzyknęli ucieszeni ruszając na Edmunda.

Mężczyzna próbował uciekać, ale oni byli szybsi. Próbował ich przekonać, żeby nie robili mu krzywdy, ale oni go nie słuchali. Bili i kopali go, nie mógł się uwolnić. Bili go nawet wtedy, gdy był  już martwy. Przestali dopiero wtedy, gdy jego twarz nie przypominała już twarzy tylko krwawą miazgę.

– Ofiara dla potwora! - zawołała Erin i tłum odsunął się od Edmunda po czym wszyscy wrócili szczęśliwi do swoich domów. Cieszyli się, bo teraz potwór na pewno da im spokój, skoro został zaspokojony kolejną ludzką ofiarą.

1 komentarz

 
  • AnonimS

    AnonimS · 25 września

    Dobrze napisane.