My albo oni | Rozdział II

My albo oni | Rozdział IINa bogato zdobionym fotelu siedział mężczyzna w podeszłym wieku. Na jego długich, szarych włosach lśniła złota obręcz wysadzana diamentami. Zamyślony głaskał długą brodę, nie zwracając uwagi na rozmowy swoich doradców, zgromadzonych wokół szerokiego stołu.

– Forisie – władca zwrócił się do szczupłego mężczyzny z blizną na policzku – czy wszystko jest już przygotowane?

– Już prawie, panie. Czekamy tylko na sygnał od ostatnich generałów. Ich oddziały lada dzień powinny być przy granicy.

– Dobrze. – Cesarz skinął palcem na jednego ze służących. – Zawołaj posłańca.

– Według moich wyliczeń, powinniśmy dotrzeć do stolicy w przeciągu pół roku – kontynuował Foris. – Zajęcie stolicy to kwestia jednego, może dwóch dni. Nasz wywiad wykonał doskonałą robotę. W środku już czekają agenci, którzy otworzą bramy, gdy tylko dostaną sygnał.

Cesarz czuł narastającą ekscytację. Spełnienie jego marzeń o Wielkim Imperium było już w zasięgu ręki. Z rozmyślań wyrwał go dźwięk otwieranych drzwi. Przed radą stanął postawny mężczyzna w sile wieku. Jego czujne, błękitne oczy obserwowały mężczyzn siedzących przy stole. Stał dłuższą chwilę, nie odzywając się.

– Co to ma znaczyć?! – oburzył się gruby doradca po prawicy imperatora. – Klęknij przed swym cesarzem.

Przybysz zignorował jego słowa. Patrzył tylko na władcę posępnym wzrokiem. Cesarz widział w spojrzeniu mężczyzny coś złowrogiego. Momentalnie poczuł, że robi się mokry od potu, a igiełki strachu przeszyły jego ciało.

– Kim jesteś?! Jak się tu dostałeś? – spytał doradca. – Straż! Zabierzcie stąd tego człowieka – zawołał.

Strażnicy jednak nie nadciągali. W sali zapanowała grobowa cisza. Można było usłyszeć jedynie szmer żyjącego swoim życiem miasta, przedostający się przez grube ściany komnaty.

Intruz odwrócił się i podszedł do ogromnej szafy, którą przesunął bez wysiłku, zasłaniając całkowicie drzwi wyjściowe – jedyną drogę ucieczki. Odwrócił się ponownie w stronę rady i w tej samej chwili na stół bryznęła struga krwi. W pomieszczeniu rozległy się stłumione okrzyki przerażenia. Dębowy blat przed cesarzem zabarwił się na czerwono. Mężczyźni unieśli wzrok na swojego władcę. Cesarz siedział na krześle z odchyloną do tyłu głową. Z jego oczodołu wystawała rękojeść srebrnego sztyletu. Ciało władcy drgało upiornie w śmiertelnych konwulsjach.

W pomieszczeniu zapanował chaos. Sparaliżowani strachem doradcy skulili się na podłodze w oczekiwaniu na nieuniknione. Odważniejsi rzucili się w kierunku małej zbrojowni w rogu pomieszczenia. Dwóch z nich padło po drodze, ugodzonych długimi sztyletami w plecy. Szczupły doradca dopadł do kuszy i wystrzelił w kierunku przybysza. Bełt pomknął przez salę, lecz intruz nawet nie próbował zrobić uniku. Podniósł tylko rękę, łapiąc pocisk w locie. Obrócił go szybko w dłoni i odrzucił w kierunku agresora. Bełt pomknął z prędkością błyskawicy, wbijając się głęboko w jego czoło. Ciało kusznika upadło bezwładnie na podłogę.

Jeden z mężczyzn rzucił się na kolana, by błagać o litość. Zabójca przeszedł obok niego obojętnie, przejeżdżając mu mieczem po gardle jakby od niechcenia. Inny schował się pod stołem, dygocząc z przerażenia. Jego białe spodnie nabrały ciemnego koloru, a po chwili utworzyła się pod nim mokra plama. Odór moczu wypełnił pomieszczenie. Przez twarz intruza przeszedł grymas obrzydzenia. Wskoczył lekko na stół i opuścił gwałtownie miecz, który przebił się przez masywny, dębowy blat. Długie ostrze przeszyło ciało tchórza, przyszpilając go do podłogi. Zabójca zeskoczył zręcznie ze stołu i rozejrzał się dookoła. W pomieszczeniu pozostało jedynie trzech przeciwników. W dłoniach dzierżyli krótkie miecze, które niespokojnie kołysały im się w dłoniach.

– Czego chcesz? Pieniędzy, władzy? Oddamy ci wszystko, czego pragniesz, tylko okaż nam litość – odezwał się drżącym głosem jeden z nich.

Arthur nie odpowiedział. Jednym, długim susem doskoczył do niego, wyrywając mu z ręki broń. Złapał go za szyję i rzucił przez całe pomieszczenie niczym szmacianą kukiełką. Wrzask mężczyzny umilkł nagle, gdy jego ciało uderzyło o ścianę. Jeden z doradców wykorzystał chwilę nieuwagi skrytobójcy. Opuścił miecz na wysokość brzucha i pchnął mocno do przodu, celując w szerokie plecy oponenta. Intruz zawirował w miejscu, zgrabnie unikając ciosu sztychem. Wykorzystał impet obrotu, tnąc doradcę na wysokości krtani. Głowa mężczyzny odłączyła się od ciała, szybując wysoko.

Pozostał już tylko ostatni przeciwnik. Masywny brunet w sile wieku obserwował czujnie przeciwnika. Zabójca ruszył w jego stronę leniwym krokiem. Doradca uniósł ostrze, przygotowany by zadać cios, gdy tylko przeciwnik znajdzie się w jego zasięgu. Arthur zdawał się nie zwracać na to uwagi. Brunet nie zdążył nawet podjąć decyzji o ataku, gdy jego rękę przeszył świdrujący ból. Miecz, który trzymał w dłoni, nagle stracił swoją wagę. Metaliczny dźwięk ostrza, upadającego na podłogę rozbrzmiał w pomieszczeniu. Mężczyzna rzucił się na kolana ze wzrokiem wbitym w kikut swojej ręki, wrzeszcząc z bólu i przerażenia.

Arthur schował miecz do pochwy wiszącej na plecach. Przysunął sobie krzesło i usiadł naprzeciwko okaleczonego mężczyzny.

– O ile się nie mylę, to jesteś imperialnym Ministrem Bezpieczeństwa Wewnętrznego? – zapytał.

– Miej litość, proszę – zignorował jego pytanie doradca.

Zabójca wyszarpnął miecz i skrócił przedramię mężczyzny o kolejne kilka centymetrów. Brunet rzucił się na podłogę, wrzeszcząc z bólu i przyciskając zakrwawiony kikut do piersi.

– Odpowiadaj na moje pytania. Następnym razem urżnę ci drugą dłoń – ostrzegł go beznamiętnym głosem. – Jesteś Ministrem Bezpieczeństwa Wewnętrznego?

– T… Tak – wychrypiał z ogromnym wysiłkiem mężczyzna.

– Cesarz miał pięciu synów, tak?

– Sześciu, panie. Pięciu z prawego łoża i jednego bękarta.

– A to ciekawe.

– Tak, panie. Matką bękarta jest rodzona siostra cesarza. To największa tajemnica państwowa, panie. – Doradca liczył na to, że szczerość uratuje mu życie.

– No tak. W sumie to dosyć typowe. Degeneracja na szczytach władzy – zamyślił się mężczyzna. – Zrób sobie opaskę uciskową, bo zaraz się wykrwawisz.

Sytuacja była absurdalna. Niedoszły kat martwił się o zdrowie swojej ofiary.

Doradca posłusznie zdjął pasek ze spodni jednego z martwych kolegów leżących na podłodze. Próbował zacisnąć go na okaleczonej ręce, ale nieporadnie mu to wychodziło.

– Daj. Pomogę ci – powiedział Arthur, wstając z krzesła.

Kaleki mężczyzna rzucił się przerażony do tyłu.

– Spokojnie. Jak będziesz posłuszny, to może zachowasz życie – wyjaśnił Arthur, w tym samym czasie mocno zaciskając mu pasek na przedramieniu.

– Ilu synów będzie rościć sobie prawo do tronu? – dopytywał zabójca.

– Wszyscy.

– Ktoś jeszcze poza nimi?

– Dwaj bracia cesarza i pewnie kilku generałów.

– A ty? Po czyjej staniesz stronie? – Arthur wpatrywał się w ofiarę. W jego oczach niespodziewanie pojawiło się zaciekawienie.

– Po żadnej. Ucieknę stąd czym prędzej. Imperium jest już stracone. Ten kraj ogarnie wojna domowa.

– Czyli z wielkiej ofensywy nici?

– Jedyna ofensywa, do której dojdzie, to będzie ofensywa na córki cesarza. – Minister pozwolił sobie na żart.

Arthur prychnął ze śmiechu mimowolnie. Wstał z krzesła i ruszył w stronę drzwi.

– Myślisz, że powstrzymałeś wojnę?! – krzyknął doradca za jego plecami.

Skrytobójca zatrzymał się w półkroku. Milczał dłuższą chwilę, szukając dobrej odpowiedzi.

– Nie – odpowiedział tylko, a następnie po prostu rozpłynął się w powietrzu.

tPoH

opublikował opowiadanie w kategorii fantasy, użył 1331 słów i 8068 znaków. Tagi: #fantasy #wojna #polityka

1 komentarz

 
  • Majkel705

    A kiedy wracasz z nowymi częściami opowiadań to też jest fajne przypomina mi trochę prozę Howarda i cykl Conan

  • tPoH

    @Majkel705 Wlasnie wrzucam trzecia i ostatnia część