Materiał znajduje się w poczekalni.
Prosimy o łapkę i komentarz!

Żona spełniona

Żona spełnionaHistoria wydarzyła się naprawdę, ale nie Mi osobiście. Za pozwoleniem postanowiłem ją opisać W sposób w jaki Mi ktoś to opisywał .  



Dziesięć lat małżeństwa z Aśką — z pozoru wszystko było w porządku. Dzieliśmy rachunki, znajomych, plany wakacyjne, śmiechy przy śniadaniach i milczenie przy kolacjach, które z miesiąca na miesiąc stawało się coraz gęstsze. Ale w sypialni palił się tylko stygnący żar. Seks zniknął gdzieś między trzecim a piątym rokiem, a to, co zostało, przypominało raczej rytuał odczepienia — czasem pod kołdrą, od tyłu, na szybko, z odwróconą głową i zadowoloną miną udawaną na tyle dobrze, żeby oboje mogli udawać, że to wystarczy. Nie było w tym głodu. Nie było w tym palców wpijających się w pośladki, nie było zębów na szyi, nie było mokrych śladów na prześcieradle. Była tylko rutyna i cisza, która po latach stawała się głośniejsza niż jakikolwiek krzyk.

Któregoś dnia wróciłem z pracy wcześniej. Nie umówione, nie zaplanowane — po prostu skończyłem to, co miałem zrobić, i wsiadłem w autobus o godzinie, o której normalnie jeszcze siedziałem w biurze. Klucze w zamku, buty w przedpokoju, cisza w mieszkaniu. Aśka nie wyszła przywitać. Zapaliłem światło w korytarzu i usłyszałem dźwięk — cichy, ale rozpoznawalny. Westchnienie. Potem drugie. Potem coś, co brzmiało jak jęk stłumiony poduszką.

Zszedłem do pokoju na palcach. Drzwi były uchylone. Przez szczelinę zobaczyłem najpierw ekran laptopa — ostre, jaskrawe kolory, ruch, skóra, ciało. Dwie pary rąk na jednej kobiecie. Dwóch facetów. Jeden od przodu, drugi od tyłu. Kamera łapała wszystko — twarz, która nie udawała, anatomia, która nie krępowała się światła. A na kanapie leżała Aśka — nogi rozchylone, dłoń w majtkach, głowa odchylona do tyłu, oczy zamknięte, oddech urywany. Palce pracowały w tempie, które znałem z dawnych lat — szybciej, mocniej, z okrężnymi ruchami, które robiła, kiedy naprawdę chciała dojść. Nie udawała niczego. Nie grała. Jej biodra unosiły się i opadały w rytm, który nie miał nic wspólnego ze mną.

Stanąłem w korytarzu i nie wszedłem. Nogi mi się zrobiły miękkie, w klatce coś się ścisnęło, a jednocześnie — i to było najgorsze — kutas zaczął mi twardnieć. Patrzyłem, jak moja żona patrzy na to, jak dwóch facetów rucha jakąś babkę, i jak przy tym dochodzi. Jej plecy wygięły się w łuk, dłoń przyspieszyła, z ust wyrwał się dźwięk, który nie przypominał niczego, co słyszałem w naszej sypialni od lat. A potem opadła. Oddychała ciężko, ekran nadal leciał, a ja stałem za drzwiami z erekcją, która rozpychała mi spodnie, i z czymś w piersi, co nie było tylko podnieceniem — było też czymś ostrzejszym. Gorzej. Prawdziwszym.

Wszedłem do łazienki i zwaliłem konia w trzy minuty, stojąc nad muszlą, z zaciśniętymi zębami i z obrazkiem, który nie chciał zniknąć — Aśka na kanapie, mokra, rozchylona, patrząca na dwóch facetów. Nie ujawniłem się. Wymyśliłem sobie, że muszę coś z tym zrobić. Że nie mogę dalej tak. Że nasze małżeństwo — nasze łóżko, nasze ciało, nasze dziesięć lat — potrzebuje czegoś, co je wyrwie z tej miazmatycznej rutyny. A może nie małżeństwo. Może ja. Może ona. Może oboje.

Pomysł przyszedł przy winie. Nie od razu — najpierw musiałem go nosić w sobie kilka dni, obracać, testować na różne sposoby, zanim zdecydowałem się go wypowiedzieć. Ale wieczór był odpowiedni. Butelka czerwonego, świeca na stole, Aśka z kieliszkiem w dłoni i z policzkami, które od drugiego kieliszka robiły się coraz bardziej różowe. Lubiłem ją taką — rozluźnioną, ciepłą, z ustami, które same się rozchylały.

— Mam pomysł — powiedziałem, wkładając na środek stołu misę z pociętymi karteczkami. — Gra. Każdy z nas pisze na kartce coś, czego by chciał. Coś wstydliwego. Coś, o czym nie mówi się na głos. Składamy, mieszamy, losujemy po jednej.

Zaśmiała się. Ale nie odmówiła. Wzięła długopis, schyliła głowę, pisała dłużej niż trzeba, jakby ważyła każde słowo. Ja napisałem swoje trzy słowa, złożyłem karteczkę na czworo i wrzuciłem do miski. Ona zrobiła to samo. Mieszaliśmy. Ciągnęła pierwszą — jej karteczka, jej pismo, coś o masażu stop. Przeczytała na głos, parsknęła śmiechem, wypiła łyk. Potem ja. Ciągnąłem. Papier w moich palcach, moje pismo, moje trzy słowa.

Rozłożyłem karteczkę. Położyłem na stole. Aśka pochyliła się, zmrużyła oczy, a potem — zobaczyłem to wyraźnie — krew uderzyła jej w twarz. Od szyi w górę, po policzkach, po uszach, aż po czoło. Zaczerwieniła się jak dziewczyna, którą ktoś przyłapał na masturbacji. Bo właśnie to zrobiłem — przyłapałem ją. Tylko że ona jeszcze nie wiedziała, że wiem.

Na karteczce było napisane: "Trójkąt z facetem."

Podniosła wzrok. Oczy miała wilgotne, rozszerzone. Usta otworzyła, ale nic nie wyszło. Potem drugi łyk wina, długa pauza, oddech, który drżał.

— Trójkąt — powiedziała. Głos cichy, niepewny, jakby każda sylaba kosztowała ją coś. — Z dwoma facetami.

Zamilkła. Potem naskoczyła na mnie — z tą złością, która jest maską na podniecenie, rozpoznałem to od razu, bo sam nosiłem taką samą.

— Co ty sobie myślisz? — syknęła. — Że to takie proste? Że wystarczy napisać i już?

— Myślę — odpowiedziałem, nalewając jej kolejny kieliszek — że seks jest ważny. A u nas ogień upadł. Kocham cię. Zasługujesz na wszystko, co najlepsze. A w twoim przypadku musi być duży bodziec, żeby coś zadziałało.

Słuchała, popijając wino. Z każdym słowem ramiona jej opadały. Z każdym łykiem szczęka rozluźniała się, kciuk przestał bębnić o blat, nogi — które miała założone jedna na drugą — rozprostowały się. Nie udawała już, że tego nie chce. Ale ja ciągnąłem dalej, bo chciałem, żeby to wyszło od niej.

— Dawno nie miałaś orgazmów — powiedziałem. — Ze mną. Z wibratorem może i tak. Ale chcę, żebyś miała nie jeden. Kilka. Jeden za drugim.

Policzki jej płonęły. Kark miała czerwony. Nogi zaczęły się rozchylać — nieświadomie, powoli, jakby ktoś inny nimi kierował. Kolana odjeżdżały na boki, materiał sukienki napinał się na udach, a ona wpatrywała się w kieliszek, jakby tam było napisane coś, czego nie umiała powiedzieć. Siedziała na tej kanapie i rozpływała się — w winie, w wizji, w tym, co rucha się ją na dwa baty, i nie było w tym nic do ukrycia.

Mój kutas stał tak twardo, że bolało. Wstałem. Podszedłem do niej. Stałem nad nią, patrzyła na mnie z dołu — twarz gorąca, czerwona, rozkalibrowana. Złapałem ją za głowę, palce w jej włosach, ciepłe od wina i od tego, co w niej pracowało. Drugą ręką rozpiąłem spodenki, ściągnąłem kalesony i wyjąłem kutasa — twardego, pulsującego, mokrego na samym czubku.

Zanim zdążyła coś powiedzieć, włożyłem jej go do buzi. Poczułem ciepło — mokre, głębokie, drżące. Jej usta zamknęły się na nim, a ja trzymałem jej głowę i powiedziałem:

— To trening. Nie protestuj. Muszę sprawdzić, szmato, czy się nadajesz, żeby zapraszać kogoś, by cię ruchał.

Zdziwiła się. Widziałem to — w oczach, w tym, jak jej źrenice się rozszerzyły, w tym, jak wciągnęła powietrze nozdrzami. Ale jednocześnie podnieciła się tak, że jej uda zadrżały. Kiedy chciała wyjąć, żeby coś powiedzieć, dociskałem jej głowę — na siłę, pewnie, z dłonią na karku, która nie pozwalała się cofnąć. I widziałem, że jej się to podoba. Jej biodra kołysały się na kanapie, jej dłonie zacisnęły się na oparciu, jej czoło lśniło od potu.

Po chwili wypluła — z chlustem śliny, z ćwierkaniem oddechu, z językiem, który wyszedł za zębami. Złapałem ją za głowę i za włosy i wpychałem powoli — do końca, w gardło, w to mokre, gorące ciśnienie, którego nie znałem, bo nigdy tak z nią nie robiłem. Nigdy. W dziesięć lat ani razu.

— Masz to połknąć — powiedziałem, trzymając ją za kark. — Jeśli chcesz przejść trening.

Byłem pijany i w transie — erotycznym, głodnym, twardym jak pręt stalowy. Ruchałem jej buzię jak dziwce, jak nigdy wcześniej, z biodrami, które pracowały w swoim własnym rytmie, z jękami, które wychodziły z moich ust, z dłonią, która trzymała ją za włosy i nie pozwalała się ruszyć. Czułem się jak Bóg. Jak ktoś, kto po raz pierwszy w życiu robi dokładnie to, co chce, z kim chce, tak jak chce.

Spuściłem się jej do buzi. Zamknąłem oczy. Krew mi huczała w uszach, biodra drżały, kutas pulsował w jej ustach, a ona — połykała. Czułem to — każdy ruch jej gardła, każde przełknięcie, i potem — nie wypluła. Ssała go dalej. Do końca. Do ostatniej kropli, do tego momentu, w którym czułość ustępuje miejsca przebodźcowaniu i organizm nie wie, czy to ból, czy przyjemność. Wprowadzała mnie w orgazm życia — długie, falowe, rozciągające się na sekundy, które nie miały końca. I sama — wiedziałem to, czułem to po drżeniu jej ud, po tym, jak jej dłoń zsunęła się między nogi — osiągała podniecenie dużo większe niż wszystko, co między nami było wcześniej.

Kiedy wyssała do końca, wysunąłem się. Spojrzałem na nią — piękna buzia, czerwona, rozpalona, mokra od śliny i od sperm, podniecona, z oczami, które nie wiedziały, gdzie wylądować. Rzuciłem jej spojrzenie — celowo wkurwione, twarde, z kącika ust, z brodą wypiętą do przodu. Złapałem ją za buzię, wcisnąłem w nią palce — dwa, mocno, w policzki, tak że jej usta zrobiły się ryjek — przytrzymałem. Odepchnąłem. Nic nie powiedziałem. Poszedłem się kąpać.

W łóżku już ją mocno przytuliłem. Pociągnąłem do siebie, wsunąłem ramię pod jej głowę, drugą ręką objąłem ją za plecy. Była ciepła, miękka, jeszcze drżąca.

— Było super — powiedziałem. — Kocham cię.

Nie odpowiedziała. Ale wtuliła się głębiej.

Mój dobry kolega z pracy — Marek — wyjeżdżał do Stanów na stałe. Nie tylko z pracy. Znałem go latami, wiele razem przeżyliśmy — budowy, remonty, rozbite samochody, rozwody, pijackie noce. Ale Aśka go nie znała. Nigdy się nie spotkali, nigdy nie siedzieli przy jednym stole. To było ważne. Opowiedziałem mu historię — całą, od początku, od kanapy, od karteczki, od wina. Słuchał, pił piwo, milczał. Potem zapytał: — A ona wie? — Jeszcze nie — odpowiedziałem. — Ale chce. Ustaliłem z nim zasady. Granice. Poufność — absolutna. Telefon zostawia u mnie, u niej, w szufladzie. Żadnych zdjęć, żadnych nagrań. To, co się stanie, zostaje w tym pokoju. Wszystko było ustalone. Czysta procedura, jak przy każdej operacji, którą robiliśmy razem — tylko że tym razem narzędziami były nasze ciała.

Z Aśką ustaliliśmy resztę. Miała czekać na nas rozebrana. Leżeć na brzuchu. My we dwóch — nago — mieliśmy ją masować oliwką, ocierać się kutasami o jej pachnące ciało. Zgodziła się bez wahania. Wręcz przeciwnie — zobaczyłem w jej oczach coś, co nie było tylko zgodą. Był w tym głód, który nosiła w sobie od lat, od tych wszystkich wieczorów z wibratorem pod kołdrą, od tych wszystkich razy, kiedy udawała, że jej wystarczy to, co mam do zaoferowania. Teraz — teraz miałem jej zaoferować coś innego.

Weszliśmy do pokoju. Leżała na plecach, w samych stringach, z opaską na oczach. Czarne stringi, czarna opaska, skóra blada na białym prześcieradle. Jej sutki były już twarde — sterczały jak guziki, ostro wystające, z aureolami ściągniętymi od podniecenia. Oddychała szybciej niż normalnie. Brzuch unosił się i opadał. Dłonie miała złożone na pępku, palce splecione, kostki białe od napięcia.

Stanąłem po jednej stronie łóżka. Marek po drugiej. Nago, z kutasami, które nie wymagały dodatkowego zachęcania — obaj twardzi, gotowi, z głowami mokrymi od prekumulu. Zaczęliśmy ją całować od stóp. Marek wziął lewą nogę — usta na palcach, na śródstopiu, na kostce. Ja wziąłem prawą — wargi na kostce, język na łydce, zęby na zaciśniętej pięści, którą rozluźniałem pocałunkami. Szliśmy powoli do góry. Łydki, kolana, uda wewnętrzna strona — tam, gdzie skóra jest najcieńsza, najczulsza, tam, gdzie każdy dotyk zostawia ślad.

Będąc przy cipce, ściągnąłem jej stringi — powoli, po udach, po kostkach, zrzuciłem je na podłogę. Marek i ja nachyliliśmy się jednocześnie — i daliśmy jej pocałunek w cipę. Oboje. Dwa usta na jej wargach sromowych, dwa języki, które na sekundę zetknęły się nad jej łechtaczka, a potem rozjechały w różne strony. Szliśmy dalej — po brzuchu, po linii włosek, po żebrach, docierając do cycków. Zaczęliśmy ssać jej twarde sutki — ja lewy, on prawy. Czułem pod ustami, jak jej skóra się jeży, jak mięsień pod sutkiem drży, jak oddech robi się coraz krótszy. Ona zajęczała — cicho, z zamkniętymi ustami, z głową odchyloną na poduszkę. Jej dłonie nie leżały już na pępku — wyciągnęła je, sięgnęła w dół i złapała nas za fiuty. Po jednym w każdej dłoni. Trzymała nas — mocno, pewnie, z kciukami na główkach, z palcami owiniętymi wokół trzonów.

Zacząłem całować ją wyżej — po obojczyku, po szyi, po linii żuchwy, dochodząc do ust. A jemu pokazałem na cipkę — ruchem brody, ruchem oczu. Zrozumiał.

Zaczął całować ją w dół — od piersi, po brzuchu, po linii włosek, docierając do cipki. I delikatnie zaczął ją lizać. Najpierw tylko językiem po wargach sromowych — długie, powolne ruchy, od dołu do góry, od krocza do łechtaczki. Ona była mokra jak skurwysyn — widziałem to, czułem to, bo jej dłoń na moim fiucie drżała i zaciskała się w rytm jego ruchów. Mokra tak, że jego broda lśniła, że jego usta były mokre, że jej soki ciekły po jego podbródku. To go nakręcało — widziałem to po tym, jak jego kutas twardniał w jej drugiej dłoni, jak pulsował, jak się ruszał sam.

Złapał jej nogi, rozszerzył jeszcze bardziej. Delikatnie uniósł je — pod kolana, na swoje ramiona — tak, że miała go na wprost swojego krocza. Całego. Łechtaczka, wargi sromowe, krocze, dupa — wszystko w zasięgu jego języka. I lizał — całe krocze, łącznie z odbyciem, z tą małą dziurką, którą oblizywał w kółko, w którą wsuwał czubek języka, od której ona jęczała tak, że musiałem jej przytrzymać biodra, żeby nie podskakiwała.

Była w rozkoszy. Taka była — rozkosz na twarzy, na ciele, w każdym włóknie. Jej usta były otwarte, oczy pod opaską mrugały, dłonie trzymały nasze fiuty jak koła ratunkowe.

Podsunąłem ją tak, żeby mogła opuścić głowę z łóżka. Jej głowa zwisała teraz — kaskada włosów w dół, szyja wyprostowana, usta na wysokości mojego kutasa. Zacząłem jej wkładać — powoli, ale głęboko, nie za głęboko, z dbałością o to, żeby nie bolało, żeby nie krztusiła się od razu. A on — on ssał jej łechtaczkę. Dwa bodźce naraz — mój kutas w jej gardle i jego język na jej łechtaczce. Jej ciało drżało jak struna. Jej uda zaciskały się na jego głowie. Jej palce na moich biodrach wbijały mi się w skórę.

Po chwili odbyła się zmiana. Ale nie taka zwykła — nie po prostu zamiana miejsc. Ja zacząłem ją lizać od głowy w dół. Cały szlak — szyja, sutki, brzuch, cipka, dupa, nogi. Wróciłem do cipki i zacząłem ją lizać — długie, szerokie ruchy języka, od krocza do łechtaczki, z czubkiem, który wchodził w nią, który kręcił się w niej, który wychodził i oblizywał ją naokoło. On — on szedł od cipki do góry. Całując ją, liżąc ją, będąc jeszcze mokrym od jej soków — rozmazywał je po jej brzuchu, po sutkach, po szyi, za uchem. W końcu doszedł do jej ust i dał jej w usta mocnego, soczystego pocałunku — z językiem, z jej własnymi sokami, z całą tą mokrością, która była teraz wspólna.

Potem się odzywa. Marek. Z ustami jeszcze mokrymi od niej.

— Czy mogę ją całować?

— Teraz ona jest wspólna — odpowiadam.

Odezwała się ona. Aśka. Z opaską na oczach, z ustami spierzchniętymi od pocałunków, z głosem, który nie był ani niepewny, ani śmiały — był głodny.

— A może ktoś by mnie zapytał?

Uśmiechnąłem się. Szeroko, z zębami, z tym wszystkim, co nosiłem w sobie od dnia, kiedy stałem w korytarzu i patrzyłem przez uchylone drzwi.

— Teraz jesteś naszą dziwką — powiedziałem. — I będziemy robić z tobą co chcemy. A jak będziesz protestować, to cię przywiążę.

Chciała coś powiedzieć — usta się otworzyły, język wysunął się, brwi ściągnęły pod opaską — ale on zatkał jej usta pocałunkiem. Tym razem dłuższym. Z językiem, który wszedł głęboko, z ustami, które nie puszczały. Jedną ręką pieścił jej sutki — drugą ściskał cycka, mocno, z palcami, które wpijały się w miękkie tkanki, które zostawiały białe ślady na czerwieniejącej skórze.

Podszedłem z drugiej strony. Kiedy przestał ją całować — kiedy oderwał się od jej ust z trzaskiem, z nitką śliny, która rozciągnęła się i pękła — odwróciłem jej głowę. Wsadziłem jej w usta fiuta. Powoli, pewnie, z dłonią na karku, która nadawała tempo. Po chwili ruchania ja w twarz — powoli, ale z dbałością o to, żeby czuła każdy centymetr — złapałem ją znowu i odwróciłem do niego. Cały czas dbając, żeby była pieściona. Zmiany były coraz częstsze — on do buzi, ja do cipki, on do cipki, ja do buzi. Tempo i siła wyższa. Jej oddech był urywany. Jej ciało lśniło od potu. Jej cipka była tak mokra, że widać było soki na prześcieradle, na jej udach, na naszych rękach.

W końcu się zatrzymałem. Złapałem ją za cipkę — delikatnie, z dwoma palcami w niej, z kciukiem na łechtaczce. Drugą ręką trzymałem ją za głowę — mocno, pewnie, z palcami w jej włosach, z dłonią, która nie pozwalała się ruszyć. I zapytałem:

— Podoba ci się, suko jebana?

Kiwnęła głową. Głos wyszedł z niej cichy, drżący, mokry.

— Tak.

— Chcesz mocniej i więcej?

Kiwnęła. Tym razem mocniej, szybciej, z głową, która nie czekała na pozwolenie.

— Tak.

Pchnąłem jej głowę do niego — w stronę jego kutasa, który stał twardo, mokry, gotowy. I powiedziałem:

— Ruchamy ją dziś jak starą kurwę.

Na bezczela, z siłą, przewróciłem ją na brzuch. Kazałem się jej wypiąć — i dałem jej kapsla. Soczystego, z otwartą dłonią, z trzaskiem, który zostawił czerwony ślad na pośladku. Podszedłem od przodu, robiąc miejsce koledze z tyłu. Łapiąc ją za głowę i wkładając jej fiuta, powiedziałem, żeby rozgrzewał jej też dupę — bo będzie dziś używana.

Ona — rozpalona, bo właśnie wchodzi w nią kutas od kilkunastu lat inny niż mój — to sprawiło, że po włożeniu zaczęła przeżywać najlepsze momenty swojego życia na drodze seksualnej. Z jej cipy morze soków — mokra, spocona, aż nie mogła się skupić na robieniu mi loda. Jej usta na moim fiucie pracowały urywanie, z przerwami na jęki, na oddech, na to, co robił z nią Marek od tyłu.

Marek zaczął ją ruchać — powoli, ale głęboko. Łapiąc ją za ramiona, dociskając fiuta do samego końca, z biodrami, które uderzały w jej pośladki z dźwiękiem, który wypełniał pokój. Każde uderzenie kończyło się jej jękiem — najpierw cichym, potem głośniejszym, potem takim, który nie był już jękiem, tylko krzykiem urywanym, stłumionym moim fiutem w jej ustach.

Klepnął ją w dupsko. Mocno, z dłonią, która zostawiła ślad.

— Suko — powiedział — jesteś zajebista.

Trzymając kciuka w jej mokrym i podnieconym odbyciu, zaczął ją ruchać szybciej i dynamiczniej. To skutkowało jej szczytowaniem — całe ciało jej się spięło, biodra wygięły, jęk przeszedł w pisk, pisk w krzyk, a z cipy trysnęło tyle soków, że poczułem je na swoich kolanach, stojąc przed nią. Nie mogła się skupić na robieniu mi loda — jej usta rozluźniły się, jej głowa opadła. Klepałem ją po twarzy ręką — lekko, z otwartą dłonią, z uderzeniami, które nie bolały, ale przypominały, gdzie jest, co robi, z kim jest.

Po chwili wyszedł z niej. Klepnął ją w dupę i zapytał:

— Podoba ci się, suko?

Ona — klęcząc na czworaka, z opartymi rękami, z głową spuszczoną, z włosami na twarzy — nic nie powiedziała. Tylko kiwnęła. Zgodziła się.

Wkładając jej fiuta w cipkę — już tak mokrą, śliską, otwartą, że wszedł jak w masło — klepiąc ją w dupsko, łapiąc za pośladki, dociskając do końca, powiedziałem:

— Dziś jest naszą kurwą. Robimy z nią co chcemy.

On się schylił i zaczął ją całować w usta. Trochę zwolniłem, żeby głową jej nie podskakiwała, żeby mogła się skupić na jego języku w swoich ustach. Ale było widać — po tym, jak się nachylała ku niemu, po tym, jak jej dłoń wędrowała na jego kark — że jemu i jej się to podoba.

Po chwili wstał i włożył jej kutasa w usta — trzymając głowę, nadając rytm, z biodrami, które pracowały w swoim własnym tempie. Ja ją ruchałem w cipkę i palcami w odbyt — masując, wkładając kciuki, które wchodziły gładko i przyjemnie z powodu takiej ilości jej soków z cipy. Przygotowała się odpowiednio dziś do seksu analnego pod względem higienicznym — wiedziałem o tym, bo sama mi powiedziała rano, z tym swoim uśmiechem, który nie był niewinny. Wiem, że bez obaw będzie ruchana na całego.

On, wyciągając jej fiuta z buzi, aż zalał ją — trochę się zakrztusiła, wypluła bardzo dużo soków jego fiuta ze śliną. Powiedziała:— — Nie tak mocno.

Za co ją klepnąłem — dwa razy, mocno, w dupsko, z dłonią, która zostawiła czerwone ślady na obu pośladkach.

— Nie pyskuj, szmato.

Wziąłem ją na kant łóżka — tak, żeby mogła usiąść okrakiem na jego fiucie, wypinając mi się jednocześnie tak, abym stając na podłodze mógł jej wkładać w dupę. Na początku zaczęliśmy powoli, ale głęboko. Musiałem powoli — żeby zaoszczędzić jej bólu, żeby otwór był gotowy na dociskanie do końca. On wtedy też jej dopychał do końca — z biodrami, które unosiły się i opadały, z fiutem, który wchodził w nią do samej nasady. Ona jęczała tak, jak nigdy nie słyszałem do tej pory — z głosem, który łamał się na pół, z oddechem, który był jednym jękiem.

On powiedział, że zaraz będzie dochodził. Więc zrobiliśmy zmianę.

Usiadła mu na fiucie — przyciągając ją do siebie, dociskając tak, żeby mogła wypiąć dupsko jemu. A on — ten obrzydliwiec, jak nie całują jej po ostrym lodzie — teraz liże jej cały rów. Język w dupę, wkłada. Wręcz wyciera jej twarz w tę mokrą dupę — a jej to się podobało, bo jęczała, coraz głośniej, coraz wyższym tonem. Aż w końcu zaczął ją ruchać w dupsko. Po chwili złapaliśmy ten sam rytm — i coraz mocniej, rytmiczniej, dociskając do samego końca, mocno. Na koniec doszliśmy w niej — on w dupsko, ja w cipkę. Ona jęczała, piszczała, wydawała z siebie takie dźwięki, że pierwszy raz słyszałem. Cała spocona, mokra, w spermie, zdyszana, zmęczona — ale uśmiechnięta i szczęśliwa.

Wyszliśmy z niej. Patrząc na nią, uśmiechnęliśmy się do siebie. Daliśmy jej całusa w policzek — każdy z jednej strony — i wyszliśmy się kąpać.

Ona leżała na łóżku. Spermia wylatuje jej z dziur — z cipy, z dupy — z uśmiechem na twarzy. Napawa się tą chwilą, w której odkryła, co to jest orgazm — bo było nieporównywalne z poprzednimi razami. I to tyle razy z rzędu.

2 komentarze

 
  • Użytkownik JorgDeJoong

    Całkiem fajny autor lub autorka … fajnie że jest ktoś nowy

    2 godz. temu

  • Użytkownik BjornJarnsida

    Dzięki autorze . Bardzo fajne , pewnie ktoś się dopatrzy jakiś błędów ale jeśli są to mi nie przeszkadzają .

    2 godz. temu