Wszystko albo nic

Na samym wstępie, chciałbym przekazać, że jest to moje pierwsze opowiadanie, dlatego bardzo proszę o komentarze oraz wskazówki nad czym muszę jeszcze popracować. Jednocześnie pragnę poinformować, że całość historii postanowiłem podzielić na trzy części, tak więc gdyby okazało się, że pierwsza napisana jest tragicznie, to dajcie mi proszę szansę, wykazania się w kolejnych dwóch,  tak by przy uwzględnieniu Waszych sugestii, przedstawić kompletny obraz opowiadania :)

********************************************************************************************

     Historia, którą opowiem wydarzyła się dawno temu. No może nie tak dawno , choć wierzcie mi, że dla człowieka który jak ja, ledwo przekroczył trzydziestkę, dziesięć lat to szmat czasu. Ale czy to ważne? Ważne jest to, co wówczas wydarzyło się w te jakże pamiętne dla mnie dni.
     Na wstępie warto byłoby się przedstawić, podobno kultura tego wymaga. Tak więc na imię mam Kacper i mieszkam w podpoznańskiej miejscowości. Nie jestem typem z siłowni, który mógłby uchodzić za bożyszcze dziewcząt, posiadam raczej przeciętną budowę ciała, nie uważam się też za geniusza, choć w szkole zawsze szło mi dobrze i nigdy nie miałem problemów z nauką. Nie narzekam na brak towarzystwa. Właściwie, to jestem do bólu przeciętnym chłopakiem, cytując Dawida Podsiadło, taka „małomiasteczkowa twarz”. Po ukończeniu miejscowego gimnazjum, postanowiłem udać się do liceum, gdyż była to najkrótsza droga, na studia medyczne o których marzyłem odkąd tylko zarzuciłem dziecięce plany bycia strażakiem,  kosmonautą bądź rycerzem. No, może nie koniecznie w tej kolejności. W każdym razie obrana przeze mnie droga okazała się trafna, chociażby z tego względu, że we wspomnianej szkole średniej poznałem najlepszych ludzi jakich spotkałem w ciągu swego życia. Michał, Paweł, Basia, Patryk, Kinga i ja. Masa wspólnych przeżyć. Od grupowej nauki na sprawdziany, przez robienie niewinnych żartów naszym nauczycielom, po wagary i picie piwa w krzakach nad Wartą. Jednak wszystko co dobre szybko się kończy i nim się obejrzeliśmy, był już maj, kwitły kasztany, a my, jako uczniowie trzeciej klasy przystępowaliśmy do egzaminu dojrzałości. Nie ma sensu przynudzać o jego przebiegu, wspomnę tylko, że oprócz Pawła, któremu niestety powinęła się noga wszyscy zdaliśmy egzaminy bez zająknięcia.
     I tutaj przechodzimy do sedna , gdyż pod koniec wspomnianego miesiąca, gdy tylko Basia jako ostatnia z nas egzaminem z wiedzy o społeczeństwie zakończyła maturalny maraton,  postanowiliśmy zorganizować ognisko inaugurujące wakacje oraz przede wszystkim pozwalające rozluźnić się po niezwykle  stresujących tygodniach. Na miejsce imprezy wybraliśmy działkę należącą do dziadków Michała. Podyktowane było to faktem, iż wspomniana lokacja sprawdziła się już wielokrotnie wcześniej, ponieważ ich domek letniskowy znajduje się na uboczu miasta, więc hałasy dobiegające z miejsca zabawy nie spowodują zjazdu nieproszonych gości w osobach strażników miejskich, zaalarmowanych przez okolicznych Januszów i Grażyny, którzy to zapomnieli o fakcie, że kiedyś też mieli dziewiętnaście lat. Zadaniem reszty ekipy było zorganizowanie czegoś do jedzenia i picia, tego zwykłego jak i czegoś mocniejszego. Tradycyjnie zrobiliśmy zrzutkę i podzieliliśmy się obowiązkami zakupowymi. Zadanie zdobycia alkoholu przypadło mi i Kindze. Kinga była wówczas moją najlepszą przyjaciółką. Trzy lata przed tymi wydarzeniami, to właśnie ona stała się pierwszą osobą, którą poznałem w nowej klasie, a nasza znajomość szybko przerodziła się w prawdziwą przyjaźń. Nie wiem czy wynikało to z tego, że mieszkała kilka miejscowości od mojej wioski i jednocześnie była jedyną osobą z klasy, która jeździ tą samą linią podmiejskiego autobusu co ja, czy może z faktu, że oboje mieliśmy zbieżne charaktery i pasje, jak chociażby długie wycieczki rowerowe. Dziś sam już nie wiem. Ale dość tego, wróćmy do clou. Ze względu na fakt, że ukończyliśmy osiemnaście lat , zakup alkoholu nie stanowił problemu. Jedyną niedogodnością okazało się przewiezienie go z miejscowego supermarketu, na działkę, gdyż oboje zmuszeni byliśmy jechać przez pół przedmieścia, z plecakami wypełnionymi butelkami piwa, które przy każdym wstrząsie autobusu dzwoniły niczym kościelne dzwonki podczas procesji. Powodowało to jednoznaczne spojrzenia ze strony babć, jadących w tym samym kierunku, jednak obeszło się bez docinek z ich strony. Po przejechaniu kilku przystanków dotarliśmy do celu. Na miejscu okazało się, że wszyscy nasi znajomi już zebrali się na działce, rozpalili ogień, a Baśka kończyła przygotowywanie kiełbasek.
-Ludzie, ile można na was czekać, już grubo po dwudziestej.- rzucił na powitanie lekko wstawiony Patryk.
-A co, tak bardzo tęskniliście za mną i Kacprem? Czy może za tym,  co niesiemy w plecakach?- odpowiedziała z udawaną uszczypliwością Kinga.
-Pff, bez łaski, sami sobie poradziliśmy. W tamtym roku Michał pomagał dziadkowi w zlewaniu księżycówki i tak się składa, że widział również, gdzie ukrywa przed babcią butelki z bimbrem.
Rzeczywiście, na stole stały dwie półlitrowe butelki. Jedna jeszcze zaczopowana korkiem, druga natomiast opróżniona już do połowy. Nie czekając dłużej, wypakowaliśmy zawartość naszych plecaków na stół i razem z Kingą dołączyliśmy do zabawy. Nie było w niej nic odbiegającego od standardowego chlańska. Przynajmniej do czasu, gdy po kilku godzinach coraz wyraźniejsze stawało się mimowolne drętwienie atmosfery.  
-Kto jest za tym, żeby zagrać jakąś grę? – Zapytała moja najlepsza przyjaciółka.
Temat błyskawicznie podjęła Basia, drobna, czarnowłosa dziewczyna o charakterze Małej Mi, będąca niejako naturalną, samozwańczą przywódczynią naszej paczki.
-A co proponujesz?  
-Sama nie wiem, tak tylko rzuciłam propozycję. W alko-chińczyka to tu nie pogramy, trzeba wymyślić coś bez szykowania wymyślnych rekwizytów. Macie jakieś pomysły?
-No to może porzucamy paczką zapałek- Odezwał się Paweł- Płaska strona za trzy, brzeg za dwa, a góra za jeden punkt. Kto w trzech rzutach uzbiera najwięcej punktów, pije szota magicznej mikstury dziadka naszego Michałka, zgoda?  
Pomysł przypadł do gustu wszystkim zebranym. Nie zdążyliśmy nawet dobrze wkręcić się w grę, a już dało się czuć wyraźną poprawę atmosfery. Runda za rudną, kieliszek za kieliszkiem, rywalizacja stawała się coraz zacieklejsza. Jednak każdy kij ma dwa końce, czego dowodem było to, iż po mniej więcej trzydziestu minutach wszyscy byli już na pograniczu kompletnego upicia się.
-Dość, ja już nie dam rady- jęczał ostro wstawiony Michał, któremu jednak zawzięcie kibicowała reszta przyjaciół.
-Dawaj stary!
-Musisz, w końcu jesteś naszym gospodarzem, musisz dawać przykład!
W chwili, gdy strudzony chłopak unosił do ust kolejny kieliszek wódki, rozległ się głośny, pusty dźwięk uderzenia w blat plastikowego stolika, połączony z natychmiastową salwą śmiechu wydaną przez bawiące się towarzystwo.
-Hahaha, Boże jaki zgon!- zawył ktoś z zebranych.  
Chłopak, gdy tylko opuścił, uniesioną celem opróżnienia zawartości kieliszka głowę i opanował grymas wywołany gorzkim posmakiem płynu, zobaczył co było powodem tak żywej reakcji jego przyjaciół. Na stole, oprócz butelek, plastikowych talerzyków i innych niezbędnych do biesiadowania rekwizytów, leżała Kinga, która obalona mocą potężnego samogonu pana Tadka spoczywała teraz na powierzchni stolika.  
-Hahaha, no to mamy królową wieczoru!- Wykrzyknęła momentalnie Baśka, wyjmując jednocześnie telefon i szykując się do zrobienia zdjęcia.
-Ej no, schowaj ten telefon, jest zasada że na imprezie nie robimy zdjęć! – napomniałem stanowczo swoją koleżankę, której kilka sekund wystarczyło, by z pomocą aparatu wbudowanego w jej komórkę uwiecznić Kingę, błogo śpiąca z twarzą częściowo ułożoną w talerzyku wysmarowanym resztkami musztardy.
-Spokojnie, to będzie tylko do wglądu dla nas, nikomu tego nie pokażę - zapewniała dziewczyna, jednak ja, pobudzony alkoholem i chęcią ratowania resztek godności przyjaciółki nie wierzyłem jej słowom.
-Baśka, powiedziałem usuń to! - mówiąc to, szykowałem się jednocześnie, by ruszyć w jej stronę, wyrwać telefon i samemu skasować fotografię, jednak ta, widząc, że nie żartuję odpuściła, kwitując to krótko.
-Kacper, może ty już nie pij, usunęłam, widzisz?- Mówiąc to pokazała mi galerię aparatu, w której jako ostatnie widniało zdjęcie jej rudego kota Rikiego, leżącego leniwie na kuchennym krześle.  
Nie da się ukryć, że nasza sprzeczka momentalnie zniszczyła panującą dotychczas, luźną atmosferę. Widząc, że nieco przesadziłem, postanowiłem zająć się upitą do nieprzytomności Kingą, aby dać sobie kilka chwil na ochłonięcie.  
-Wiecie co, to ja zaprowadzę Kingę do środka, powinna się położyć. Michał, dasz mi klucze?
-Drzwi są otwarte. I wiesz co, najlepiej daj ją do przedpokoju na ten plastikowy leżak, bo jak puści pawia, to łatwiej będzie przetrzeć podłogę, niż prać wykładzinę.
-Ok, bawcie się dalej, ja będę miał na nią oko.
Powiedziawszy to, złapałem Kingę za jej lewą rękę i przerzuciłem sobie przez szyje. Tym sposobem uzyskałem dość pewny chwyt, który pozwolił mi bezpiecznie przetransportować dziewczynę do miejsca jej tymczasowego spoczynku, jakim miał być jeden z plastikowych leżaków, należących do dziadków Michała.  
-No Kinia, przebieraj nogami, przynajmniej spróbuj- starałem się mobilizować dziewczynę, chociaż do minimalnego wysiłku, jednak w odpowiedzi otrzymałem jedynie kilka sylab, będących klasycznym przykładem niezrozumiałego, pijackiego bełkotu. Pomimo, że była ona dosyć drobnej postury, to teraz, za sprawą niemal całkowitego bezwładu wydawała mi się niezwykle ciężka, jakby ważyła ze sto kilogramów, przez co z niemałym wysiłkiem dociągnąłem ją do wnętrza budynku.
-Uff, dotarliśmy. Dobrze, teraz spróbuj powolutku usiąść, o właśnie tak…- usiłowałem podjąć jakąś interakcję z pijaną przyjaciółką, jednak jej stan sprawiał, że moje prośby okazały się niczym więcej, niż swoistym monologiem. Tak więc zdany wyłącznie na siebie, powolutku ułożyłem owe żywe zwłoki w ogrodowym leżaku.  
-Gdyby nie ta plama musztardy, ktoś kto nie wie co ci się właśnie stało, pomyślałby że po prostu zmęczyłaś się i zasnęłaś. - mówiłem, właściwie sam do siebie, mimowolnie przybierając niezwykle ciepły ton głosu, równocześnie uśmiechając się pod nosem. Jednocześnie usiłowałem przy pomocy chusteczki zetrzeć ślady sosu z twarzy dziewczyny. I rzeczywiście, gdyby nie żółta plama na jej delikatnej buzi, można by uznać, że najzwyczajniej na świecie śpi. W stonowanym świetle znajdującej się za oknem ulicznej latarni, prezentowała się niczym śpiąca Venus, może z tą różnicą, że Kinga miała na sobie jeansowe szorty i białą bokserkę, na którą zarzuconą miała rozpiętą, pstrokatą kurteczkę, pokrytą gęstym, kwiatowym wzorem, a jej smukła figura w żaden sposób nie przypominała rubensowskich kształtów kobiety z dzieła Giorgione’go. Gdy ułożyłem ją do spania, jej długie, sięgające niemalże bioder ciemnokasztanowe włosy wylały się ponad podłokietnikiem leżaka, swobodnie opadając na podłogę.  
-Oj, laska, ale się zaprawiłaś. - pomyślałem kucając obok śpiącej Kingi, jednocześnie ostrożnie poprawiając jej włoski i delikatnie odkładając je na klatkę piersiową, gdzie wyraźnie rysował się jej piękny, drobny biust. W chwili poprzedzającej tą czynność, nie byłem w stanie opanować pokusy i zatrzymując się na chwilę, zawiesiłem swoje spojrzenie na dekolcie przyjaciółki. Leżąca na plecach, z lekko uniesioną górną partią pleców dziewczyna, w sposób niemal idealny prezentowała swoje wdzięki. Patrząc sponad jej ramienia miałem idealny widok na dwie młode piersi, jedynie częściowo okryte materiałem koszulki i bielącym się stanikiem, którego zbyt duże miseczki w tej pozycji odstawały delikatnie, ukazując w nikłym świetle zarys drobniutkich sutków.
-Przyszykuję ci coś do picia. Gdy się ockniesz, z pewnością będzie ci się chciało pić- mówiłem wciąż do dziewczyny, nie zważając na fakt, że kompletnie nie kontaktuje ona ze światem zewnętrznym. Muszę przyznać, że opiekowanie się nią dawało mi jakąś wewnętrzną, trudną do opisania satysfakcję. Myślę, że wynikało to z faktu, ze bardzo ją lubiłem. Właściwie to nawet więcej niż lubiłem.  
-Gdzie tu może być jakieś picie?- przetrząsałem meble w kuchni gospodarzy poszukując butelki, jednak pomimo szczerych chęci nie mogłem nic znaleźć. Miałem już zamiar pobiec do reszty przyjaciół, bawiących się na zewnątrz i zabrać od nich jakiś napój, jednak kiedy otworzyłem ostatnią, podwieszoną wysoko szafkę, dosłownie dostałem w twarz opakowaniem miętowej herbaty, która wypadła z przepełnionej półki.  
-To może się przydać. Rano pewnie będzie miała niemiłosierne mdłości. Mięta będzie idealnym lekarstwem. – Mówiąc to, wróciłem do pierwszego mebla, gdzie uprzednio znalazłem naczynia, w których mógłbym przygotować herbatę. Sięgnąłem po starodawny, emaliowany czajnik i napełniłem go bezbarwnym płynem, po czym odstawiłem na ustawioną w kuchni przenośną kuchenkę gazową, jednocześnie dziękując Bogu, że przed wyjazdem, ktoś zapomniał zakręcić zawór z wodą i spokojnie mogłem przygotować napar.
Gdy już uporałem się z czajnikiem, pomimo tego iż sam byłem mocno pijany, uzmysłowiłem sobie, że sposób w jaki ułożyłem dziewczynę nie jest do końca przemyślany. W razie, gdyby Kinga postanowiła zwrócić wypity alkohol, mogłaby zakrztusić się i w efekcie nawet umrzeć, więc postanowiłem ułożyć ją w pozycji bezpiecznej, dokładnie tak jak uczono nas w szkole. Zbliżyłem się do dziewczyny, ustawiłem odpowiednio jej ręce, po czym uginając jej prawą nogę, płynnym ruchem obróciłem bezwładne ciało na lewy bok. Ta w odpowiedzi jedynie zamamrotała coś niezrozumiałego i powróciła do krainy Morfeusza, choć w tym przypadku śmiało mogłem zaryzykować stwierdzenie, że przebywała we włościach pana Bachusa.
Za to ja byłem przytomny, przytomny na tyle, by w świetle ulicznej lampy i blasku dobiegającym z kuchni, widzieć piękne, długie nogi Kingi. I chociaż wiedziałem, że nie powinienem tego robić, nie byłem w stanie powstrzymać się przed dotknięciem jej delikatnej skóry. Po krótkim wahaniu moja dłoń powędrowała na jej kolano, po czym delikatnie przesunęła się w górę nogi mojej przyjaciółki. Ach, jakież to było przyjemne.  Spojrzałem na jej twarz, jednak dziewczyna w żaden sposób nie zareagowała na  mój dotyk. Sprawiło to, że poczułem się jeszcze pewniej, a moją ręka z wolna poczęła wędrować to w górę, to w dół smukłego uda Kini. Początkowo delikatnie, jednak z każdym ruchem mój dotyk stawał się coraz bardziej zaborczy i już po kilkunastu sekundach moja dłoń z wolna zataczała krąg, poczynając od jej kolana, poprzez grzbiet uda, jego wewnętrzną stronę, wreszcie domykając okrążenie w miejscu jego rozpoczęcia. Wyraźnie czułem jak jej ciało, początkowo pokryte gęsią skórką, pod wpływem pieszczoty zadanej moją drżącą od emocji dłonią, zmienia się w aksamitnie gładką, cudownie napiętą skórę, która w dotyku przypomina szlachetny jedwab. Jednocześnie spostrzegłem, że mój penis zaczyna reagować na zaistniałą sytuację i staje się coraz większy, sprawiając że w moich bokserkach zaczyna robić się bardzo ciasno, co tylko spotęgowało przyjemność z dotykania Kingi. Z sekundy na sekundę chciałem coraz więcej i więcej. W pewnym momencie moja ręka powędrowała na krawędź pośladka wystającego z kusych szortów dziewczyny. Znów zatoczyłem krąg, tym razem po spodenkach, okrywających tyłeczek mojej śpiącej piękności, po czym zdecydowanym ruchem wsunąłem palce pod ich materiał. Za pierwszym razem trafiły one pomiędzy nie, a majtki, tak więc cofnąłem rękę i tym razem z większym wyczuciem wprowadziłem ją na nagi pośladek dziewczyny. Stopień dopasowania materiału nie pozwalał mi umieścić tam całej dłoni, więc jedynie przy pomocy palców dotykałem jej nagiej krągłości, wodząc ręką to w lewo, to w prawo wzdłuż krawędzi nogawki. Cała ta sytuacja sprawiała, że popadałem w swoisty letarg, hipnozę spowodowaną obcowaniem z jej pięknym ciałem, jej ciepłem, jej intymnością. I właśnie w  tym magicznym momencie doznałem czegoś niemożliwego do opisania. Do mych uszu dobiegł ostry, przeraźliwy dźwięk. Poczułem,  jakby uderzył we mnie piorun. Momentalnie odskoczyłem od pijanej przyjaciółki, jakby ktoś od tyłu szarpnął mnie za ubranie. W pierwszej chwili, będąc pod wpływem alkoholu i ogromnego podniecenia poderwałem się jak spłoszone zwierzę, nie wiedząc co się właściwie dzieje. Byłem przekonany, że ktoś nakrył mnie na molestowania Kingi i właśnie próbuje mnie za to zlinczować. Dopiero po kilku sekundach wszystko stało się jasne. To czajnik, który własnoręcznie nastawiłem jakiś czas temu, zaczął gwizdać, sygnalizując że woda jest już zagotowana.  Nie ruszyłem od razu, żeby go wyłączyć. W pierwszej chwili oprzytomnienia, bezsilnie usiadłem na podłodze i starając się opanować paniczne drżenie rąk, zadałem sobie retoryczne pytanie.
-Kacper, do jasnej cholery, co ty wyprawiasz? Przecież gdyby nie ten cholerny czajnik to jeszcze kilka minut i byś ją zgwałcił! Zgwałciłbyś dziewczynę którą kochasz, na której ci kurwa zależy!
Siedziałem tak na podłodze przez krótką chwilę, która pozwoliła mi opanować buzujące we mnie skrajne emocje, od błogości wywołanej kontaktem z dziewczyną, po wstręt do samego siebie, spowodowany okolicznościami w jakich do niego doszło. Podniosłem się, stając na równe nogi i chwiejnym krokiem poszedłem  do kuchni, gdzie wreszcie wyłączyłem domagający się tego głośno czajnik i biorąc sporą, udającą porcelanę filiżankę, zaparzyłem Kindze mocnej, miętowej herbaty. Zabrałem z kuchni drewniany taboret mający posłużyć za prowizoryczny stolik i udałem się do przedpokoju. Gdy tam dotarłem, zobaczyłem że w drzwiach domku stoi Basia, trzymając w dłoni jakiś but.
-To chyba naszego Kopciuszka? – zagadała uśmiechając się, przy czym w jej uśmiechu widać było wyraźną nutę niezręczności.
Faktycznie, dopiero teraz zauważyłem, że śpiąca na leżaku dziewczyna posiada tylko jeden but. Prawy balerinek musiał zsunąć się z jej stopy, gdy przed kilkunastoma minutami wlokłem ją do wnętrza budynku.
-Kacper, gniewasz się na mnie?- spytała Barbara- Wiem, że nie powinnam robić jej zdjęć, ale naprawdę nikomu bym ich nie pokazała. Wysłałabym je tylko Kindze, żeby się razem pośmiać.
-Nie, no co ty, nie gniewam się. Z reszta, to ja przepraszam. Zareagowałem zdecydowanie zbyt gwałtownie, mam tego pełną świadomość. No ale sama wiesz…
-Co wiem?
-No po prostu. Nie chciałem, żeby ktoś oprócz nas widział, w jakim stanie skończyła dzisiejsze spotkanie. Jutro i tak będzie chora, nie chciałem dokładać jej jeszcze kaca moralnego.  
Basia uśmiechnęła się życzliwie i skinieniem głowy przyjęła tłumaczenia. Po wyjaśnieniu zaistniałego incydentu, atmosfera wyraźnie rozluźniła się, tak więc dziewczyna kontynuowała rozmowę.  
-Widzę, że zrobiłeś jej herbatę- zagadała.
-Tak, nad ranem może jej się przydać- odpowiedziałem, puszczając do rozmówczyni oczko, będące dla Basi czytelnym znakiem.
-Kac morderca, nie ma serca- zażartowała dziewczyna, po czym dodała wciąż miłym, ale zdecydowanie poważniejszym tonem głosu. – Chciałabym, żeby kiedyś ktoś troszczył się o mnie tak, jak ty o Kingę. Życie jest dużo łatwiejsze, gdy masz przy sobie tak oddanego przyjaciela.
-Przyjaciela…- wypalił mój rozluźniony alkoholem język. Błyskawicznie pożałowałem, że wyrwała mi się ta krótka przecież, ale jakże wymowna refleksja. Jednak było już za późno i Baśka podjęła temat.
-Co? –zapytała.
-Nic, nic. Tak mi się powiedziało.
-Taa, jasne. Kacper, jeżeli chcesz, to możemy porozmawiać. Przecież wiesz, że możesz mi zaufać. Zdradziłam cię kiedyś, przez te trzy lata znajomości?
-Niby nie, ale sam nie wiem.
-Przecież widzę, że coś cię dręczy.
-Dobrze, ale obiecaj mi, że wszystko co usłyszysz nie wyjdzie poza to pomieszczenie- postawiłem warunek, nie mając jednak przekonania, czy postępuję dobrze.
-Kacper, obiecuję.- odpowiedziała Basia, po czym oboje usiedliśmy na dosyć niskim meblu, który w trakcie pobytu gospodarzy służył do układania butów na takiej wysokości, by nie dobrał się do nich ich ukochany, grubiutki pekińczyk Lucuś.
-No bo wiesz, znam się z Kinią od prawie trzech lat. Nigdy nie było między nami jakiś większych zgrzytów, mamy wspólne zainteresowania, zbliżone charaktery…- wymieniałem tak przez dość długi czas, nie mogąc zebrać się na odwagę by powiedzieć Baśce, co zalega na dnie mojego serca, jednak po takiej preambule, było mi znacznie łatwiej wyrzucić z siebie to, co leżało mi na duszy.
-Wiesz Basiu, ja ją chyba kocham. Nie, nie chyba, na pewno ją kocham.
-Ooo...- Wyrwało się zaskoczonej dziewczynie- Nie ukrywam, że mnie zaskoczyłeś.  
W powietrzu zapanowała nieznośna, niemal zupełna cisza, zagłuszana jedynie przez niezrozumiałe mamrotanie upitej Kingi i odgłosy rozmów toczonych przy ognisku.
-Próbowałeś jej to jakoś okazać?- zapytała Barbara, usiłując tym przełamać niezręczność sytuacji.
-Jasne, przecież cały czas staram się jak mogę, żeby zobaczyła jak bardzo mi na niej zależy.
-Rozumiem. Ale może ona odbiera to jako zwykłą przyjacielską serdeczność, a nie próbę okazania uczuć. Może spróbuj pokazać jej to dosadniej. Jakiś bardziej czuły, przedłużony uścisk, pocałunek na powitanie złożony nieco bliżej ust, częstsze i dłuższe spojrzenia w oczy. Próbowałeś tego wcześniej?
W obliczu sceny, która miała miejsce przed kilkoma minutami, słowa Baśki zabrzmiały co najmniej groteskowo, jednak z oczywistych przyczyn nie zamierzałem dzielić się z nią informacją o niedawnym zajściu.
-Właściwie to nie. Bałem się, że mnie odrzuci. A wtedy nie dość, że nie zyskam odwzajemnienia uczuć, to jeszcze stracę jej przyjaźń.
-Sorry, ale chyba nie masz innego wyjścia. Czasem trzeba grać va banque. Wszystko, albo nic. Inaczej może się okazać, że znajdzie się ktoś bardziej energiczny i sprzątnie ci ją z przed nosa.
-Ty byś tak zrobiła?
-Dlaczego miałabym ci sprzątnąć ją sprzed nosa?- palnęła Baśka, nie mogąc oprzeć się pokusie wykorzystania zaistniałej gry słówek.
-Dobrze wiesz, że nie o to mi chodziło- odburknąłem.
-No już dobrze, nie burmusz się tak. Tak, właśnie tak bym zrobiła. Zabrałabym ją w jakieś miejsce które lubi i po prostu w odpowiedniej chwili wyznałabym co czuję.
W tym momencie do domku weszła pozostała trójka przyjaciół. Ognisko było już właściwie zakończone. Dyskretnie, tak by chłopacy nie zobaczyli, spojrzałem na Baśkę i przykładając palec do ust, poprosiłem ją jeszcze raz o milczenie. Dziewczyna odpowiedziała,  mrugając porozumiewawczo powiekami.

Koniec części I

1 komentarz

 
  • jumi0006

    Piszesz to w taki sposób że czyta się to tak lekko.. Fajny styl i ciekawe dobieranie słów..Brawo :bravo:

  • RicziRicz

    @jumi0006 Osobiście obawiałem się, że może być zupełnie na odwrót. Dzięki za komentarz, zwłaszcza tak miły :)