W niewoli umysłu | Rozdział I

W niewoli umysłu | Rozdział IPrzełom w leczeniu schizofrenii łącznej

Grupa psychiatrów z Waszyngtonu dokonała przełomowego odkrycia. Naukowcy dowiedli, że za schizofrenię łączną odpowiadają genetycznie uwarunkowane defekty w płacie skroniowym i potylicznym. Wieloletnie badania wykazały zwiększoną aktywność mikroskopijnego obszaru w płatach mózgowych.

Trwają intensywne prace nad wdrożeniem do powszechnego obiegu nowego leku o prototypowej nazwie „Shocix”. Dotychczasowe testy wykazał, że lek jest stuprocentowo skuteczny przy leczeniu schizofrenii łącznej. Do końca tego roku ma powstać oficjalny raport WHO.


~ Artykuł z czasopisma „Science Journal”


Rozdział I



Patrzyłem na listę dzisiejszych pacjentów. Zapowiadało się na kolejny, nudny dzień, bo większość nazwisk kojarzyłem. Chorzy odwiedzali mnie regularnie, bym przepisał im kolejną dawkę leków. Moja rola w takich przypadkach ograniczała się do zapytania o stan zdrowia i wypisania recepty. Na szczęście było tez kilka nowych pozycji.

Upiłem łyk aromatycznej kawy i wcisnąłem przycisk automatycznej sekretarki.

– Polly, proszę wpuścić pierwszego pacjenta – powiedziałem do mikrofonu.

Po chwili drzwi się uchyliły, a mym oczom ukazał się mężczyzna w sędziwym wieku. Jedną rękę miał amputowaną do wysokości łokcia.

– Dzień dobry, doktorze Owen – przywitał mnie zachrypniętym głosem.

– Witam, panie Tallen. Proszę sobie usiąść. – Skinąłem głowa na krzesło naprzeciwko biurka.

Otworzyłem kartę pacjenta, by przejrzeć szybko dotychczasowy przebieg terapii. Frank Tallen był weteranem wojennym, który stracił lewe przedramię podczas wojny w Afganistanie. Większość jego kolegów zginęła w zamachu bombowym, a on został kaleką i nabawił się PTSD (zespołu stresu pourazowego). No i oczywiście schizofrenii łącznej, która ostatnimi czasy stała się wręcz plagą.

– Panie Tallen, jak się pan czuje? Są jakieś postępy?

– A gdzie tam, panie doktorze. Nie pamiętam już kiedy ostatnio przespałem chociaż kilka godzin z rzędu. Każdy huk na ulicy sprawia, że wracają wspomnienia z Afganistanu.

– Proszę o więcej cierpliwości i wiary w terapię. Leczenie wymaga czasu oraz przede wszystkim pańskiego zaangażowania – wygłosiłem standardową formułkę. – A schizofrenia? Nie było objawów?

– Nie. – Pokręcił głową przecząco. – Szkoda, że nie macie takiego cudownego leku na PTSD – dodał zawiedzionym tonem.

– Spokojnie. Medycyna idzie do przodu. Proszę nie tracić nadziei. – Pocieszyłem go. – Póki co, musi pan dalej brać tabletki, które panu przepisałem. W razie potrzeby można nieznacznie zwiększyć dawkę – wyjaśniłem, wypisując receptę.

– Jasne, panie doktorze. Do następnego razu. – Wziął ode mnie świstek papieru i wyszedł z gabinetu.

– Polly, następny proszę – rzuciłem, wciskając przycisk.

Drzwi uchyliły się po raz kolejny. Przede mną stanęła młoda dziewczyna. Przestępowała z nogi na nogę niespokojnie, bawiąc się nerwowo długimi, czerwonymi włosami. Co jakiś czas rzucała mi krótkie spojrzenia, za każdym razem  spuszczając po chwili wzrok w podłogę.

Otworzyłem kartę pacjentki. W rubryce personalnej wyczytałem, że dziewczyna miała siedemnaście lat. Oboje z rodziców zginęli w wypadku samochodowym, gdy była jeszcze małym dzieckiem. Od tamtej pory wychowywała ją babcia. Moja asystentka odręcznie dopisała jeszcze na samym dole karty: Skierowana na badania przez dyrektora szkoły. Przyłapana na seksie z trzema kolegami w męskiej toalecie. Z poprzedniego liceum wydalona za oralne zadowalanie kolegi podczas apelu.

– Usiądź sobie wygodnie. – Uśmiechnąłem się do niej, wskazując palcem na fotel. – Jak ci na imię?

– Elena.

– Nie bój się. Jestem tutaj, żeby ci pomóc. Powiedz, co ci leży na sercu – zachęciłem ją łagodnym, kojącym nerwy tonem.

Dziewczyna usiadła na fotelu, kładąc na podłokietniku czarną torebkę. Poprawiła krótką spódniczkę, nie odrywając wzroku od swoich kolan. Zaciskała i rozluźniała mimowolnie pięści. Co jakiś czas jej dłoń wędrowała w kierunku włosów, by znowu powrócić do poprzedniej pozycji.

– Ja... – Zawahała się, po czym wyrzuciła z siebie najszybciej jak potrafiła: – Ja widzę postać, której nie ma.

– Czy ta postać jest tu teraz z nami? – spytałem, oznaczając schizofrenię łączną w rubryce Diagnoza.

– Tak.

– Spójrz na nią i opisz mi jej wygląd.

Skierowała wzrok na fotel, znajdujący się w kącie przestronnego gabinetu.

– Jest bardzo podobna do mnie, tylko jakieś dziesięć lata starsza. Ma niesamowicie zgrabne ciało, które ciasno opina fioletowa sukienka z cienkiego materiału.

Opis, zgodnie z moimi domysłami, wskazywał na nimfomanię, ale musiałem zadać jeszcze kilka pytań kontrolnych dla dopełnienia formalności.

– Mówi do ciebie?

Skinęła głową w odpowiedzi.

– Co konkretnie?

Elena wbiła wzrok w kolana, a na jej policzkach pojawiły się rumieńce.

– Nie wypada mi o tym mówić, panie doktorze. – Zacisnęła mocno pięści. – To jest silniejsze ode mnie. Ona mi bezustannie mąci w głowie.

– Eleno, uwierz mi, że w swojej karierze zawodowej widziałem już wiele. Naprawdę trudno mnie zgorszyć. – Uśmiechnąłem się przyjaźnie. – Mów śmiało. Nie wstydź się.

Dziewczyna spojrzała mi na krótką chwilę w oczy. Dosłownie na ułamek sekundy. Spuściła wzrok speszona, ale zdążyłem zobaczyć w jej oczach odrobinę zaufania. Czekałem więc cierpliwie.

– Miley, to znaczy ta postać, powtarza mi... – Zacięła się na chwilę. – Powtarza mi, że pragnę mieć pańskiego członka w ustach – wydusiła z siebie w końcu.

Oznaczyłem nimfomania. Elena nie odważyła się na mnie spojrzeć. Nie byłem pewien co nią kieruje. Poczucie wstydu czy może usilne hamowanie pożądania.

– Nie ma powodów do wstydu. Dobrze, że się otworzyłaś. To pierwszy krok do wyleczenia. Nie jesteś moją pierwszą pacjentką z tego typu problemem. Naprawdę trudno mnie zgorszyć.

Uniosła delikatnie głowę, by spojrzeć mi w oczy, ale zamiast tego zatrzymała się na moim kroczu.

Zawstydzenie toczyło walkę z pożądaniem. Co rusz odwracała wzrok, by za chwilę znowu zerknąć. W pewnym momencie coś innego przykuło jej uwagę. Zawiesiła się na chwilę. Z otwartymi ustami wpatrywała się w pusty fotel.

– Coś się stało? – zaniepokoiłem się.

– Nie. Sama nie wiem... Po prostu pierwszy raz widzę, żeby ona z kimś rozmawiała.

– Z kim? Możesz go opisać?

– Nie widzę nikogo poza nią. Słyszę tylko jak szepce do niego.

–  O czym rozmawiają?

– Już przestali. Zrozumiałam tylko słowa „Syria” i „wywiad”.

Poczułem się dziwnie. Jakby odległe, zapomniane wspomnienie przypomniało nagle o sobie. Wytężyłem umysł, ale nic nie przyszło mi do głowy.

– Nieważne. To tylko halucynacje. Nie przejmuj się. – Spojrzałem na kartę pacjentki. – No dobrze. Wiesz, że cierpisz na zaburzenie zwane nimfomanią, prawda?

– Wiem, że bardzo lubię seks i trudno jest mi zapanować na pożądaniem.

– Mam pomysł. Sztuka bywa miodem na serce. – Podszedłem do biblioteczki w poszukiwaniu książki. – Miałem tu gdzieś powieść, która mogłaby przypaść ci do gustu.

Przeglądałem tytuł za tytułem, gdy niespodziewanie poczułem palce delikatnie przesuwające się po kroczu. Naparły mocniej, gdy w końcu odnalazły podłużny, wypukły kształt męskości. Poczułem, że twardnieje pod dotykiem smukłych palców.

– Eleno, tak nie można – powiedziałem, lecz nie wykonałem żadnego ruchu.

– Panie doktorze – dobiegł mnie uwodzicielski szept tuż przy uchu – nie wyleczy mnie pan, bo ja nie chcę się wyleczyć. Ona mnie przeraża, ale seks... Nie wyobrażam sobie bez tego życia. – Zacisnęła palce na twardym już członku.

– To nieetyczne. – Czułem, że moje argumenty są mało przekonywujące. Wbrew temu, co mówiłem, była moją pierwszą pacjentką nimfomanką. Mało która decydowała się to zaburzenie leczyć. Elena była bardzo bezpośrednia, a ja dawno nie miałem kobiety.

– Nieetyczne? Jest pan zbyt inteligentny, by traktować poważnie ten twór zwany etyką zawodową. – Wsadziła mi rękę pod bokserki. – Czy człowiekowi w depresji nie podałby pan doraźnie benzodiazepiny, by ulżyć mu w cierpieniu? Bez pańskiego leku – zacisnęła dłoń na męskości – nie będę w stanie skupić się na terapii.

Przełknąłem głośno ślinę i oparłem się o biblioteczkę. W jej przeszklonych drzwiczkach zobaczyłem odbicie oczu dziewczyny. Miała martwe spojrzenie, tak jakby nie była do końca świadoma swoich działań.

"Co ja wyprawiam" – pomyślałem.

– Przestań. – Złapałem ją mocno za nadgarstki.

Pochyliła się i ugryzła mnie mocno w przedramię. Syknąłem z bólu, poluźniając uścisk. Wykorzystała okazję, ponownie łapiąc mnie za członka. Obróciłem ją i cisnąłem mocno o biblioteczkę. Dziewczyna nie dawała za wygraną. Złapała mnie za biodra, przycisnęła do siebie i oplotła nogami.

– Uwielbiam na ostro, doktorze.

Tego było już za wiele. Przycisnąłem ją jedną ręką do ściany, zwiększając dystans, a drugą trzasnąłem otwartą dłonią w twarz. Nastolatka zawyła z bólu, a po chwili spojrzała na mnie szeroko otwartymi oczami. Zobaczyłem, że znowu są żywe, jakby odzyskała nad sobą kontrolę. Po krótkiej chwili wróciły do poprzedniego stanu, a usta wykrzywiły się w szaleńczym uśmiechu.

– Panie doktorze, jestem zaskoczona. Myślałam, że jest pan potulnym barankiem, a tu się okazuje, że skrywa pan w sobie prawdziwego lwa.

Odchyliłem się mocno, by zadać kolejny cios. Elena wykorzystała chwilę swobody, odpychając się z całych sił nogami od ściany. Zrobiłem kilka kroków w tył, by nie upaść na podłogę, lecz na mojej drodze stał fotel. Zachwiałem się i straciłem równowagę. Czekałem już tylko aż moje plecy grzmotną boleśnie o posadzkę, gdy niespodziewanie mocno uderzyłem tyłem głowy o blat biurka. W tej samej chwili zrobiło mi się ciemno przed oczami. Jak przez mgłę widziałem tylko nastolatkę sięgającą do leżącej na fotelu torebki. Złapała za nadgarstki i przypięła kajdankami do nogi masywnego biurka. Położyła się na brzuchu, głową pomiędzy moimi udami i zsunęła ze mnie bieliznę. Zacząłem żałować, że ostatnio wyciszyłem ściany gabinetu. Wołanie o pomoc było bezcelowe.

– Eleno, opamiętaj się – wymamrotałem.

– Panie doktorze, myślałam, że jest pan zawodowcem. Proszę się skupić na terapii  i przygotować lek dla pacjentki. – Liznęła oklapniętego członka.

Szybko doprowadziła mnie ustami do wzwodu. Ściągnęła majtki i usiadła na mnie okrakiem. Z jej ust wyrwał się głośny jęk rozkoszy. Oparła dłonie o biurko i zaczęła mnie ujeżdżać. Z czasem początkowe, powolne ruchy przerodziły się w szaleńcy taniec. Jej westchnienia przeszły w coraz głośniejsze jęki. W końcu poczułem ścisk wokół męskości, a z ust Eleny wyrwał się dziki skowyt. Wirowała na mnie pośladkami, przedłużając przyjemne uczucie. Nie byłem w stanie już dłużej wstrzymywać orgazmu. Przez moje ciało przeszły spazmy rozkoszy, gdy pompowałem w nią nasienie.

Dziewczyna oddychała ciężko. Jej oczy znów stały się żywe. Zerwała się ze mnie nagle przerażona.

– Przepraszam – powiedziała. – Boże, co ja zrobiłam...

Drżącymi rękami przeszukiwała zawartość torebki. W końcu wyjęła mały kluczyk i ściągnęła z moich nadgarstków kajdanki. Wstałem z podłogi, podciągnąłem spodnie i usiadłem na fotelu, próbując zebrać myśli.  

– Ja naprawdę nie chciałam. - Dziewczyna łkała cicho na podłodze. – To silniejsze ode mnie. Nie chcę iść do więzienia...

Byłem skłonny w to uwierzyć. Elena pod wpływem pożądania wpadała w amok. Wyglądało to tak, jakby nie do końca była świadoma swoich czynów.  

– Nie bój się. Nie pójdziesz do żadnego więzienia – uspokoiłem ją.

– Przecież ja pana zgwałciłam – ukryła twarz w dłoniach. - Ja pana zgwałciłam...

Usiadłem obok niej i przytuliłem do piersi.

– No już... Spokojnie. Oddychaj powoli i głęboko. - Pogłaskałem ją po włosach. - Nie martw się. Nigdzie tego nie zgłoszę. To będzie nasza tajemnica, dobrze?

Spojrzała na mnie przeszklonymi oczami.  

– Naprawdę?

– Tak. Pod jednym warunkiem...

– Zrobię wszystko, co tylko pan będzie chciał. Wszystko...

– Będziesz przychodzić regularnie na terapię.  

– Będę. Kiedy tylko pan będzie chciał. – Przytuliła się do mnie mocno. – Dziękuję. Naprawdę panu dziękuję.  

– No już, już. - Odsunąłem ją od siebie delikatnie. – Zadam ci jeszcze kilka pytań, dobrze?

– Dobrze. – Skinęła głową.

– Bierzesz tabletki antykoncepcyjne?

– Tak. Proszę się tym nie martwić.

– Masz jakieś choroby weneryczne? Badasz się regularnie?

– Nie mam. Co dwa tygodnie robię badania. Ostatnie były cztery dni temu.

– Z iloma mężczyznami spałaś od tamtej pory?

Dziewczyna zawahała się na chwilę.  

– Nie pamiętam dokładnie. Około... dwudziestoma. – Opuściła głowę zawstydzona.

– Używałaś prezerwatyw?

– Tak. Zawsze używam.

– Eleno, wolę, żebyś powiedziała mi nawet najgorszą prawdę. Tu chodzi o nasze zdrowie. Teraz nie używałaś. Ile jeszcze było takich sytuacji?

– Proszę mi uwierzyć. Z reguły nie doprowadzam się do takiego stanu jak dziś. Po ostatnim razie miałam dosyć i postanowiłam się wstrzymać jak najdłużej. To był błąd. Z reguły uprawiam seks systematycznie, gdy jestem jeszcze w pełni świadoma tego, co robię.

– Jak długo trwa zaspokojenie?

– Kilka godzin. Potem pojawiają się coraz bardziej natrętne myśli, a ona coraz nachalniej mnie namawia. Po całym dniu nie jestem już w stanie nad sobą panować. – Głos jej się załamał.

– Mówi coś teraz?

– Nie. – Zerknęła na fotel w rogu. – Uśmiecha się tylko głupio.

Wstałem z podłogi, podszedłem do biurka i wypisałem receptę.

– Dzięki tym lekom ona zniknie. – Podałem jej kartkę. – Nie pozbędziesz się jednak pożądania. Musisz zacząć chodzić na terapię. Twoja nimfomania jest niebezpieczna. Ktoś w końcu może ci zrobić krzywdę.

– Wiem...

– Znajdź sobie póki co jakiegoś stałego partnera. Kogoś, kto zawsze będzie dostępny. Dla własnego bezpieczeństwa.

– Nie mam nikogo takiego... Uprawiam seks z przypadkowymi ludźmi, bo znajomi nie chcą już ze mną rozmawiać. Zresztą, przy moim libido jeden facet raczej nie da sobie rady...

– Masturbacja nie pomaga?

Pokiwała przecząco głową. Nagle jej oczy otworzyły się szeroko i wypaliła:

– A może pan by mi pomógł? Przy panu czuję się bezpiecznie.

Nie powiem, żeby ten pomysł mi się nie spodobał. Bariera pacjent - terapeuta i tak została już przełamana, a ja od dawna żyłem tylko pracą. Nie miałem czasu, żeby umawiać się z kobietami. Bałem się tylko reakcji znajomego grona psychiatrów, gdy dowiedzą się, że sypiam z pacjentką.

– Nie, Eleno. Ten incydent nie może się powtórzyć.

Jej policzki się zaczerwieniły i spuściła głowę zmieszana.

– Przepraszam, ma pan rację. Nie powinnam w ogóle pytać.

– Nic nie szkodzi. To było na tyle. Widzimy się za tydzień.

Skinęła mi głową na pożegnanie i wyszła z gabinetu. Podszedłem do biurka, wcisnąłem przycisk automatycznej sekretarki i powiedziałem:

– Na dzisiaj wystarczy, Polly. Proszę przeprosić pacjentów i przełożyć wizyty na jutro. Jeżeli będzie trzeba, to zostanę po godzinach.

Siedziałem zamyślony na fotelu, gdy nagle dobiegł mnie odgłos pukania. Po chwili drzwi się uchyliły i zobaczyłem moją sekretarkę.

– Panie doktorze, jeden z pacjentów nalega na spotkanie. Twierdzi, że do jutra może nie wytrzymać.

– Dobrze. Wpuść go.

Do gabinetu wszedł postawny mężczyzna. Jego podkrążone oczy wskazywały, że dawno nie zaznał snu. Podszedł bez słowa do fotela przy ścianie i usiadł na nim ciężko.

– Co pa...

– Depresja dwubiegunowa i schizofrenia łączna – przerwał mi w pół słowa. – Już miałem stawianą diagnozę, doktorze. Niejeden raz – dodał, widząc moje zdumione spojrzenie.

– Rozumiem, że depresja to trudna sprawa, ale schizofrenii można się pozbyć bez wysiłku. Dlaczego nie bierze pan tabletek?

– Doktorze, ja je łykam garściami. Tylko, że to niewiele daje. Postać robi się na jakiś czas mniej wyraźna, a potem wszystko wraca do normy.

Słowa mężczyzny mnie zdumiały. Pierwszy raz spotkałem się z takim przypadkiem.

– Wie pan co jest najgorsze? – kontynuował. – Że on jest coraz bardziej wkurwiony. Nie daje mi spać od tygodnia.

– Klapki na oczy, stopery do uszu i problem z głowy – doradziłem.

– Pan nie rozumie. On nie daje mi spać. Dosłownie. Za każdym razem, gdy zmrużę oczy, on podchodzi i mnie szturcha albo wylewa na mnie szklankę wody.

Większość moich pacjentów to ludzie normalni, którzy pogubili się w życiu i wpadli w różne zaburzenia. Tym razem jednak trafiłem na prawdziwego wariata. Z naukowego punktu widzenia ingerencja postaci w fizyczność chorego jest niemożliwa.

Wziąłem do ręki długopis i patrzyłem chwilę w pusty blankiet recepty, zastanawiając się co przepisać.

– Wie pan co? Jedyne, co mógłbym zasugerować, to pobyt w szpitalu psychiatrycznym. Proszę się nie obawiać... – dodałem szybko, widząc jego spojrzenie. – Wyłącznie w celu bardziej szczegółowego zbadania pana niecodziennego przypadku.  

– Pan mi nie wierzy – stwierdził. – Nikt mi nie wierzy. – Wstał z fotela i ruszył w kierunku drzwi.

– Poczekaj pan. – Zatrzymałem go. – Moja wiara nie ma tu znaczenia. Skoro pan do mnie przyszedł, to zrobię, co w mojej mocy, by pomóc.

Mężczyzna zawahał się na chwilę, ale w końcu cofnął i ponownie usiadł.

– Słyszałem o panu dobre opinie – powiedział, świdrując mnie oczami – Podobno stosuje pan niekonwencjonalne metody leczenia. – Wstrzymał się na chwilę, czekając na moja reakcję.

–  Proszę kontynuować – zachęciłem.

– Moi znajomi twierdzą, że jest pan godny zaufania oraz dba o dobro pacjenta. Chociaż, moim zdaniem, przymknięcie oka na gwałt, nawet przez najładniejszą pacjentkę, podchodzi pod zaburzenie psychiczne. Ale jak to mówią: szewc bez butów chodzi. – Mrugnął do mnie okiem.

Na chwilę odebrało mi mowę. Nie mogłem uwierzyć, że Elena się wygadała.

– Komu jeszcze powiedziała – spytałem.

– Słucham?

– Elena. Komu w poczekalni powiedziała?

– Nikomu. Wyszła na zewnątrz bez słowa.

Jego słowa kompletnie zbiły mnie z tropu.

– No to skąd...

– Od niego – przerwał mi. – Postać Eleny mu powiedziała – dodał, widząc mój wyraz twarzy.

Nic z tego nie rozumiałem. Wyjaśnienia tego człowieka nie miały żadnego sensu. Albo kłamał i Elena się wygadała, albo... Albo no właśnie co?

– Proszę przyjść do mnie w piątek. – Podałem mu wizytówkę. – To adres mojego laboratorium.

Mężczyzna skinął głową z podziękowaniem. Wyjąłem z górnej szuflady tabletki.

– To silne środki usypiające. Po jednej dawce będzie pan spał jak zabity.

– Dziękuje, doktorze. Jestem panu naprawdę wdzięczny.

– Do zobaczenia w piątek.

Odprowadziłem go do drzwi, po czym wyjąłem z szuflady kartę pacjenta. Wykręciłem podany numer kontaktowy.

– Słucham? – Delikatny głos odezwał się w słuchawce.

– Elena? Z tej strony doktor Percy. Nie bierz na razie leków, które ci przepisałem. Dasz radę przyjść w piątek na wizytę? Tylko nie do gabinetu. Wyślę ci smsem adres mojego laboratorium.

                                               XXX


Środa, 25.04.2024r.                    Konferencja naukowa w Nowym Jorku



Konferencja była monotonna i przewidywalna. W tym roku nie odkryto żadnych nowatorskich metod. Ucieszyłem się, że w końcu nadszedł jej koniec i mogłem spotkać się z cenionymi przeze mnie kolegami i koleżankami po fachu. Siedzieliśmy w pokoju hotelowym, dyskutując przy alkoholu o naszych doświadczeniach. Ciemnowłosa, szczupła doktor Kathie Granger opowiadała historię.

– Trafiłam kilka miesięcy temu na przypadek kobiety, która ubzdurała sobie, że jest damskim mesjaszem, a droga do zbawienia prowadzi przez jej krocze. Wyobraźcie sobie, że każdego wieczoru, przez sześć dni w tygodniu, po dwie godziny dziennie rozstawiała przed domem namiot. Na ścianie domu powiesiła wielki napis „Wejdź do świątyni i odnajdź we mnie zbawienie”.

Wszyscy prychnęliśmy głośno rozbawieni.

– No wariatka totalna – pokręciła głową Kathie.

– Tez miałem niedawno ciekawy przypadek – wtrącił się młody doktor Isaac Jones. – Czterdziestoletnia kobieta z syndromem stresu pourazowego. Gdy była młoda, została porwana i sprzedana jakiemuś arabskiemu szejkowi. Przez jakieś dwa lata była zabawką w jego prywatnym haremie. Miała trochę szczęścia, bo szejk miał jakieś powiązania z terroryzmem i do jego pałacu wpadły amerykańskie siły specjalne. Dziewczyna po uwolnieniu nie wiedziała, co ze sobą zrobić. Po takich przeżyciach nie potrafiła już normalnie żyć. Każdy mężczyzna o śniadej skórze, każde zbliżenie przypominało jej o traumie, którą przeżyła.

– No dobra, ale co w tym właściwie takiego szczególnego. Jak dla mnie brzmi jak typowy przypadek PTSD – odezwał się stary, brodaty doktor Steven Card.

– No to słuchaj dalej. Kobieta przez wiele lat próbowała różnych terapii i zjadła kilogramy najróżniejszych leków. Bezskutecznie. W końcu dowiedziała się z internetu o jakimś psychodeliku, który kasuje wspomnienia. Wykupiła jakąś wycieczkę, której główną atrakcją było spożycie tej substancji i przeprowadzenie terapii przez szamana. Przed wyjazdem wymagana była zmiana imienia i nazwiska.  Szaman zastrzegł, że wspomnienia mogą wrócić, jeżeli ktoś lub coś je przypomni, więc sugerował też zmianę miejsca zamieszkania i odcięcie się od rodziny i znajomych. Dziewczyna pojechała i już nigdy nie wróciła do rodzinnego miasta. Była zdrowa. Całkowicie zdrowa.

Znowu poczułem się dziwnie. Tak jakby jakaś odległa myśl próbowała przebić się przez niewidzialną barierę w mojej głowie.

– Coś mi tu nie pasuje. – Doktor Susan Cole zmrużyła oczy. – Jak w takim razie ta kobieta znalazła się u ciebie? I skąd ty w ogóle o tym wszystkim wiesz?

– Przez jakieś piętnaście lat wiodła nowe, szczęśliwe życie. Miała męża, dzieci, dobrą pracę. Normalnie jak w bajce. Pewnego dnia przeczytała artykuł o jakimś arabskim szejku, który skupował młode dziewczyny z całego świata. Coś jej zaświtało w głowie, więc zaczęła drążyć temat. Tożsamość niewolnic była ściśle tajna, ale po dłuższym czasie znalazła w internecie filmik nagrany w haremie szejka. Zobaczyła tam siebie, uprawiającą seks z arabskimi książętami. W tym momencie wszystkie wspomnienia wróciły, a wraz z nią PTSD.

– A co ona właściwie robiła u ciebie? Nie mogła jeszcze raz zażyć tego psychodeliku? – zapytałem.

– Nie. Z tego co mówiła, to podobno ta substancja działa tylko jeden raz. Potem tolerancja wzrasta i już do końca życia człowiek się uodparnia. Zresztą, zmiana tożsamości tym razem nie byłaby taka prosta. Tutaj w końcu ma rodzinę.

– Ciekawe, ciekawe – odezwał się Steven. – Słyszałem coś kiedyś o tym psychodeliku. Nazywa się Memoris czy jakoś tak. Do tej pory myślałem, że to bujda na resorach.

– Podobno swego czasu był często nieoficjalnie używany na weteranach z PTSD, którzy kiepsko reagowali na zwyczajną terapię. Podobno nawet całe rodziny zaczynały nowe życie, z zastrzeżeniem oczywiście, że nigdy nie mogą wspomnieć o traumie chorego.

– Mi też ostatnio trafił się ciekawy przypadek – zmieniłem temat. – Pacjent z depresją i schizofrenią łączną. Wyobraźcie sobie, że gość nie reaguje na Shocix. Twierdzi, że po prostu na niego nie działa. Ale to jeszcze nie wszystko. – Uniosłem palec wskazujący. – Pacjent jest przekonany, że postać ingeruje w jego fizyczność.

– W jaki niby sposób? – odezwał się Cole.

– Gdy zasypia, polewa go wodą, szturcha.

– Kojarzę gościa – wtrąciła się Susan. – Był u mnie jakiś czas temu. Nazywał się Collins czy jakoś tak. Cały czas był przekonany, że postać jest prawdziwa. Nic do niego nie trafiało. Jeżeli chodzi o Shocix, to albo jest na niego odporny, albo po prostu go nie zażywa. Biorąc pod uwagę fakt, że nie stwierdzono do tej pory ani jednego przypadku  odporności na Shocix, raczej obstawiam drugą opcję. Ten koleś to jakiś wariat. Dałam sobie z nim spokój po jakimś czasie, bo koleś w ogóle nie przyjmował do wiadomości, że jest chory. Zasugerowałam mu pobyt w oddziale psychiatrycznym i odesłałam do domu.

– Ja zrobiłem tak samo – skłamałem.


                                                 XXX
      


27.04.2014                                             Laboratorium



Praca psychiatry jest żmudna i monotonna. Właściwie sprowadza się tylko do postawienia diagnozy, wypisania recepty i skierowania na terapię. Dalszy los pacjenta jest już w rękach terapeuty, a ja mogę tylko obserwować co jakiś czas postępy, albo ich brak, gdy pacjent odwiedza mnie w celu przepisania kolejnej dawki leków. Dlatego lubiłem niestandardowe przypadki i często zajmowałem się nimi po godzinach pracy. Nie miałem rodziny, a moich bliższych znajomych, samych psychiatrów, można by policzyć na palcach jednej ręki. Być może moi koledzy mieli rację, że Collins jest zwyczajnym wariatem. Ba, sam tak uważałem, ale intuicja podpowiadała mi, że warto na dłużej pochylić się nad jego przypadkiem. W końcu nic nie miałem do stracenia.

Siedziałem więc we własnym, prywatnym laboratorium, czekając na pacjentów. To nie był duży kompleks, ale za to świetnie wyposażony. Niezła pensja i kilka dobrze ulokowanych inwestycji pozwoliło mi dokonać zakupu nowoczesnego sprzętu diagnostycznego. Byłem zamożnym człowiekiem bez rodziny. To laboratorium  było właściwie całym moim życiem i jedynym, z czego byłem dumny.

Z rozmyślań wyrwało mnie pukanie do drzwi.

– Proszę – zawołałem.

Do gabinetu weszła Elena. Tym razem ubrana nieco skromniej. W obcisłe, czarne legginsy i białą bluzkę z lekkim tylko dekoltem. Wyglądałaby jak zwyczajna skromna dziewczyna, gdyby przez cienki materiał nie przebijały się sterczące sutki. Tym razem wydawała się dużo pewniejsza siebie. Spojrzała mi w oczy i powiedziała:

– Dobry wieczór, doktorze Percy. Cały ten czas zastanawiałam się, skąd ten nagły telefon? Czyżby jednak przemyślał pan moją propozycję? – Uśmiechnęła się, kładąc dłoń na piersiach.

– Nic z tych rzeczy, Eleno. Spotkaliśmy się tutaj wyłącznie w celach zawodowych.

– Szkoda. – Zrobiła smutną minę. – Gdyby coś się zmieniło, to proszę pamiętać, że oferta nadal jest aktualna. – Mrugnęła do mnie okiem.

– Na pewno nie zapomnę. Widzę, że dzisiaj jesteś w dużo lepszej formie. Zastosowałaś się do moich rad? Znalazłaś sobie stałego partnera?

– Nie do końca. – Pokręciła głową. – O tym drugim może pan w ogóle zapomnieć, ale uprawiam regularnie seks, żeby nad sobą panować. Fama o moich szkolnych ekscesach się rozniosła. Może nie jestem lubiana, ale, że tak powiem, rozchwytywana.

– Wcale się nie dziwię. Wiele bym dał, żeby trafić na ciebie w czasach mojej młodości.  

Dziewczyna parsknęła śmiechem mimowolnie, lecz przez jej twarz przebiegł grymas złości.

– Przepraszam. Ten żart był nie na miejscu – powiedziałem.

– Nie o to chodzi. Po prostu ona powiedziała coś, co mi się nie spodobało.

– To znaczy?

Elena zmieszała się i zaczerwieniła.

– Może lepiej zachowam to dla siebie. – Spojrzała na moje krocze.

– Może faktycznie tak będzie lepiej. – Uśmiechnąłem się.

Rozmowę przerwało kolejne pukanie do drzwi.

– Zapraszam!

Próg przekroczył Collins, słaniając się na nogach. Wyglądał jeszcze gorzej niż ostatnim razem. Twarz miał trupio-bladą, a górną część ubrań całą we krwi.

– Co się stało? – Uniosłem koszulkę i zobaczyłem rany cięte na szerokości klatki piersiowej.

– To... To on. – Każde słowo sprawiało mu wysiłek. – Stracił cierpliwość, gdy łyknąłem te tabletki nasenne. Obudziłem się w zakrwawionej pościeli.

Elena patrzyła przerażona na postawnego mężczyznę w kałuży krwi.

– Ona mówi, że twój koniec jest bliski – wydusiła z siebie w końcu.

– Niech mi powie coś, czego nie wiem – warknął Collins.

Wyjąłem z szuflady wodę utlenioną oraz bandaże. Wylałem całą zawartość butelki na klatkę rannego. Ten syknął głośno z bólu.

– Nie pierdolisz się w tańcu, doktorku.

Zignorowałem jego słowa, po czym dokładnie obandażowałem.

– Dzięki.

– Nie ma za co. Straciłeś mnóstwo krwi. Zaraz przyniosę ci jakąś czekoladę. Usiądź sobie gdzieś i odpoczywaj. Pracą zajmiemy się, gdy chociaż trochę dojdziesz do siebie.

Gdy wróciłem z kuchni, Collins siedział na fotelu z przymkniętymi oczami, a Elena siedziała po turecku na podłodze. Z lekko otwartymi ustami, wpatrywała się w jego umięśnione ciało jak w obrazek.

– Trzymaj. – Podałem mu tabliczkę czekolady. – Jak się czujesz?

– Tak samo jak przez ostatnie dziesięć lat. Chujowo, ale stabilnie – mruknął.

Rozpakowując opakowanie, zauważył, że Elena wpatruje się w niego bezustannie.

– Chcesz kawałek? – zapytał.

Pokręciła przecząco głową w odpowiedzi, wciąż nie odrywając wzroku.

– Trudno, zjem sam. Tak się wpatrujesz, że pomyślałem, że głodna jesteś.

– Idę przygotować rezonans. Eleno, możesz iść ze mną. Collins niech jeszcze chwilę odpocznie, a w tym czasie zrobię ci badania.

Dziewczyna wstała z podłogi i podeszła do Collinsa. Nachyliła się nad nim, opierając rękami o podłokietniki. Mężczyzna zastygnął w bezruchu z kostką czekolady w dłoni. Elena złapała ustami kostkę, cały czas patrząc mu w oczy. Uśmiechnęła się i poszła za mną, kręcąc przy tym zalotnie tyłkiem.

Odpaliłem rezonans magnetyczny i w tej samej chwili zaczęły pracować jego mechanizmy.

– Eleno, połóż się, proszę. – Wskazałem dłonią na siedzisko.

Dziewczyna posłusznie wykonała polecenie.

– Nie ruszaj się. To zajmie tylko chwilę.

Kliknąłem odpowiedni przycisk i maszyna zaczęła skanować głowę nastolatki. W międzyczasie pojawił się Collins. Rezonans zapikał trzykrotnie i przestał pracować.

– Gotowe, Eleno. – powiedziałem. – Teraz twoja kolej – zwróciłem się do mężczyzny.

Minęła kolejna minuta i wyniki badań były już gotowe.

– Ciekawe – mruknąłem. – Oba skany wykazują zwiększoną aktywność w płacie skroniowym i potylicznym. Ciemieniowy akurat u ciebie, Eleno, jest w porządku. Natomiast u Collinsa jest nad-aktywny.

– Możesz po ludzku, doktorku? – zapytał poirytowanym głosem.

– Wybaczcie. Już tłumaczę. Płat skroniowy odpowiada za bodźce głosowe. Jego zwiększona aktywność jest pierwszym objawem schizofrenii łącznej. Płat potyliczny odpowiada za bodźce wzrokowe. To drugi etap schizofrenii. To właśnie ten defekt mózgowy sprawia, że widzicie i słyszycie postaci, które w rzeczywistości nie istnieją.

Collins prychnął głośno, ale powstrzymał się od komentarza.

– Zwiększoną aktywność zbija lek o nazwie „Shocix”. Ten sam, który na ciebie nie działa – zwróciłem się do Collinsa. – Pierwszy raz się jednak spotykam z nad-aktywnością płatu ciemieniowego. Być może to jest przyczyna odczuwania przez ciebie bodźca dotyku.

– I w czym ma mi to niby pomóc? – Collins patrzył na mnie spod byka.

– No tak w sumie... Przyznam, że niewiele nam to daje. Znamy przyczynę, ale jedynym rozwiązaniem problemu, które mi przychodzi do głowy, jest Shocix.

– Dzięki, kamień z serca – mruknął sarkastycznie.

– Ty jednak – zwróciłem się do dziewczyny, podając jej tabletkę – możesz to połknąć. Postać zniknie w ciągu kilku minut.

Nastolatka połknęła pigułkę bez zastanowienia.

– Zaraz będę zdrowa, tak?

– No powiedzmy... – zmieszałem się – powiedzmy, że zdrowsza.

–  Zaraz się przekonamy. – Westchnął Collins. – Eleno, daj znać, gdy ta suka już wyparuje. Doktorku, nie odnosisz czasem wrażenia, że błądzicie po omacku?

– Co masz na myśli?

– Zaraz zobaczysz.

Nastolatka rozejrzała się dookoła, a w jej oczach pojawiły się iskierki radości.

– Nie ma jej! Suka zniknęła! – Uśmiechnęła się szeroko.

Collins patrzył na nią ze współczuciem. Rozpiął pasek i ściągnął spodnie wraz z bokserkami, wyciągając na wierzch sporych rozmiarów członka.

– Eleno, spójrz.

Dziewczyna zerknęła tylko na jego męskość i niemal w tej samej chwili rzuciła się łapczywie na kolana. Collins odsunął się zręcznie, podciągając spodnie. Nastolatka otrząsnęła się z szału. Zastanawiała się, co się wydarzyło i spuściła posępnie głowę między kolana.

– To mam na myśli – warknął Collins do mnie. – Wy niczego, kurwa, nie leczycie. Sprawiacie jedynie, że postacie przestają być widoczne, ale one, kurwa, dalej tutaj są!

Mówił jak kompletny wariat. Stało się jasne, co zrobił, a właściwie, czego nie zrobił.

– Nie jadłeś tych tabletek, prawda – spytałem.

– Nie. Już od dawna nie. One wcale nie pomagają. Wręcz przeciwnie, bez nich mam lepszą kontrolę nad tym czubkiem tam. – Skinął głową w stronę gołej ściany.

– Collins... Posłuchaj sam siebie. Przecież to brzmi jak totalne wariactwo. Musisz zacząć się leczyć. Shocix to dopiero pierwszy etap terapii.

– Chcę się leczyć, ale nie w ten sposób. Wymyśl coś innego, doktorku.

– No dobrze. – Westchnąłem zrezygnowany. – Pokażę twój skan moim kolegom po fachu. Razem coś wymyślimy. Możesz iść do domu. Zadzwonię, gdy na coś wpadniemy.

– O nie. Nie ma takiej opcji. Kolejnej wizyty mogę nie dożyć. Zamknij mnie tutaj i włącz kamery, żeby ten kutas nic nie kombinował. – Spojrzał złowrogo na ścianę.

– Mogę go popilnować. Tak będzie bezpieczniej – odezwała się Elena. – O ile pan Collins się zgodzi.

– Myślę, że się zgodzi. Prawda, panie Collins? – Wykrzywiłem twarz w sarkastycznym uśmiechu.

Spojrzał na mnie, a potem na dziewczynę. Ta oblizała się lubieżnie po wydatnych wargach i znacząco przejechała dłonią po piersiach. Mężczyzna przełknął głośno ślinę i skinął twierdząco głową.

Dziewczyna podniosła się momentalnie i poszła z uśmiechem na ustach do izolatki. Odwróciłem głowę w stronę Collinsa.

– No co? – Zauważył moje spojrzenie. – Ona ma rację. Tak będzie bezpieczniej.

– Collins, proszę cię... – prychnąłem.

Mężczyzna wodził wzrokiem za kołyszącym się, zgrabnym tyłkiem nastolatki.

– Doktorku – zerknął na mnie – mam tylko jedną prośbę. – Odwrócił ponownie wzrok na pośladki. – Masz może jakieś gumki?




Cdn.

tPoH

opublikował opowiadanie w kategorii erotyka i fantasy, użył 5926 słów i 35468 znaków, zaktualizował 3 lut o 6:35. Tagi: #psychologia #urbanfantasy #erotyka #seks

4 komentarze

 
  • Majkel705

    Mam pytanie czy masz zamiar kontynuować to opowiadanie bo część 1 jest naprawdę bardzo dobra i kiedy będzie ciąg dalszy pokolenia czekam masz talent Twoje opowiadania naprawdę fajne się czyta

  • tPoH

    @Majkel705 Dzięki. W następnej kolejności mam zamiar napisać kolejną część właśnie tego opowiadania, więc proszę się po prostu uzbroić w cierpliwość.

  • Majkel705

    @tPoH czekam bo co tu dużo mówić masz talent i fajnie się czyta Twoją twórczość czekam na kolejne części twoich cykli

  • Xe

    Złoto

  • PAULINA92r

  • Xe

    @PAULINA92r zajebista postać na awatarze

  • Nikttttt

    Kocham cie czytac. Pisz i pisz.