
Usiadłam, owinęłam się kołdrą i spojrzałam na nadgarstek. Bransoletka – Desire. Wciągnęłam gwałtownie powietrze. Prawie się rozpłakałam, ale to nie była wściekłość. Bransoletka nie była złudzeniem. Podniosłam się na drżących nogach i podeszłam do lustra. Wyglądałam jak ja, a jednak zupełnie inaczej. Dotknęłam policzków i warg, jakbym chciała sprawdzić, czy naprawdę tu jestem.
– Oszalałaś – wyszeptałam do własnego odbicia. – Albo trafiłaś gdzieś, gdzie logika nie ma już żadnego znaczenia.
Zamknęłam oczy. Kornelia. Nie ta młoda, pachnąca wodą i namiętnością pod prysznicem. Ta prawdziwa. Ta, którą przez całe życie uważałam za matkę, by pół godziny temu dowiedzieć się, że nią nie jest. Spojrzałam na bransoletkę. To był przecież dar od niej, z innego czasu. Poczułam skurcz pod żebrami: pragnienie odpowiedzi, ale też ekscytację. Zaczęłam się cicho śmiać. Śmiałam się jak ktoś, kto nagle znalazł drzwi w miejscu, gdzie dotąd była ściana.
Włożyłam dokładnie te same ubrania, w których wróciłam z pogrzebu, które leżały przy łóżku: czarną, dopasowaną sukienkę i szpilki, wszak czas minął w czasie teraźniejszym minęło może raptem z pół godziny. Każdy mój krok na schodach głośno rezonował w cichym domu.
Kornelia siedziała na kanapie. Zgarbiona, otulona kocem, trzymała telefon i odsłuchiwała stare wiadomości głosowe. Męski głos, jej męża, mojego ojca. Ostatnie słowa, zanim wszystko zgasło. Zawahałam się na moment. Widziałam jej cierpienie i po raz pierwszy poczułam wyrozumiałość. Dopiero co odtrąciłam ją po usłyszeniu prawdy, ale teraz widziałam w niej po prostu złamaną kobietę. Stałam w progu i patrzyłam na nią zupełnie inaczej. Była dojrzała, piękna, osamotniona. Moje ciało zareagowało echem dawnych wspomnień.
Z drżącym oddechem wyrzuciłam z siebie słowo z wyczytanego pamiętnika, jej pseudonim:
– Raca…
Zamarła. Uniosła powoli wzrok, a jej brwi ściągnęły się w szoku, jakby usłyszała głos ducha.
– Co…? – W jej oczach błysnęło coś bolesnego, niemal rozczarowanego. – To, że pół godziny temu dowiedziałaś się, że nie jestem twoją biologiczną matką… – zaczęła głosem pełnym oburzenia i żalu – …nie oznacza, że musisz się teraz do mnie tak zwracać? Nie możesz już mówić do mnie „mamo”?
Zrobiło mi się chłodno. Nie spodziewałam się aż takiego oporu.
– To nie tak – odpowiedziałam szybko, próbując opanować oddech. – Przeczytałam pamiętnik. Ten, który mi dałaś.
Kornelia zamilkła i wypuściła powietrze, jakby brakowało jej tchu.
– Wiedziałam, że to zły pomysł – powiedziała cicho. – Tam są rzeczy… opisy z młodości, imprezy, intymne relacje. Nie zawsze z jednym partnerem. Alkohol, eksperymenty…
Nie patrzyła na mnie. Mówiła powoli, jakby każde słowo odejmowało jej część godności, ale ja nie chciałam milczeć.
– Kochałam twoją matkę – szepnęła w końcu. – Dorotę. To była miłość pełna ognia i błądzenia. Byłyśmy młode, szalone i głodne życia. Pewnego wieczoru był z nami Adam… przyjaciel ze studiów. Z Dorotą chciałyśmy sprawdzić granice. Nie planowałyśmy niczego, to się po prostu stało.
Spojrzała na mnie po raz pierwszy od dłuższej chwili. – Z tamtego wieczoru… pojawiłaś się ty.
Cisza między nami zgęstniała.
– Nasza miłość z Dorotą nie przetrwała – mówiła dalej złamanym głosem. – Pojawiła się odpowiedzialność. Adam i Dorota zostali twoimi rodzicami formalnie, ale Dorota zachorowała i zmogła ją śmierć. Adam nie był moją miłością, ale był twoim ojcem. Byłam młoda, chciałam być silna, ale to wszystko mnie przerosło…
Uniosłam dłoń, przerywając jej łagodnie.
– Nie… Rozumiem. Naprawdę. Nie jestem tu po to, żeby cię osądzać ani grzebać w ranach.
Podeszłam bliżej. Serce waliło mi jak szalone. Nie wiedziałam, co ciągnie mnie mocniej, potrzeba pocieszenia czy żar, który znów zaczął się we mnie rozlewać.
– Chodzi o coś innego, Kornelio – powiedziała delikatnie, dotykając palcami bransoletki. – O coś, czego nie umiem jeszcze nazwać.
Przez całe lata widziałam w niej tylko chłodną opiekunkę. Teraz, znając prawdę i nosząc w sobie pamięć tamtego dotyku, widziałam kobietę. Zapadał wieczór. Kornelia nalała nam ziołowej herbaty. Siedziałyśmy na kanapie, początkowo unikając bliskości, ale granica między nami topniała z każdą sekundą. Patrzyłam na nią bez lęku i bez dawnego żalu.
– Pamiętasz coś jeszcze? – zapytałam cicho. – Coś, czego nie było w pamiętniku?
Zerknęła na mnie zaskoczona.
– Czasami… mam dziwne przebłyski. Obrazy. Woda, dotyk, ciepło… ale to tak nierealne, że… – urwała. – Pod prysznicem… – podpowiedziałam szeptem. – Para osiadała na szybach. Twoje palce sunęły po moich plecach, jakby znały je na pamięć.
Zamarła. W jej oczach odbiło się olśnienie.
– Ale to… przecież to nie miało prawa się wydarzyć…
– Miało – odparłam spokojnie. – I się wydarzyło.
– Ta dziewczyna… ona…
– Wyglądała jak ja – dokończyłam z szelmowskim uśmiechem. – I wiedziała, jak cię pocałować.
Wyciągnęłam rękę i zsunęłam rękaw, odsłaniając nadgarstek.
– Patrz.
Bransoletka. Ta sama, którą tamtej nocy zsunęła z własnej ręki i dała mi w pętli czasu. Kornelia cofnęła się, jakby dotknęła żywego ognia.
– Nie… to naprawdę… ty?
– Tak. Ja.
Patrzyła na mnie, próbując pogodzić obraz dziewczyny, którą wychowywała, z kobietą, z którą dzieliła zmysłową rozkosz pod prysznicem.
– To niemożliwe… – powtarzała, ale w jej oczach nie było już wstrętu. Była tam głęboka fascynacja, lęk i obudzone na nowo pragnienie.
– Jesteśmy wolne – dodałam głosem miękkim jak aksamit. – Ty i ja. Nie płynie w nas ta sama krew. Słowa „matka” i „córka” przestały nas obowiązywać. Możemy zostawić je za drzwiami.
Kornelia spuściła wzrok. Jej palce drżały na kolanach.
– Lidka… – wyszeptała. – Nie wiem, czy powinnam… Ale Boże, jak bardzo tego chcę.
Przesunęłam się bliżej. Poduszka dzieląca nas na kanapie spadła na podłogę. Nasze dłonie spotkały się najpierw ostrożnie, a po chwili z bezwzględnym drżeniem. Pochyliłam się, opierając biodro o jej uda.
– Kornelia… to nie jest zbrodnia. Przez te lata byłaś mi bliska, tak, i jestem ci za to wdzięczna, ale nie jestem już dzieckiem, a ty nie jesteś moją matką. Jesteś kobietą. Silną, piękną, samotną… i spragnioną czułości.
Musnęłam nosem jej policzek. Oddech Kornelii stał się szybki, urywany.
– Lidka… – jęknęła cicho, ale jej ciało rwało się do mojego.
– Nie uciekaj – szepnęłam, wsuwając palce w jej włosy. – Nie dziś.
Objęłam jej twarz i pocałowałam ją. Najpierw ostrożnie, muskając kąciki ust, czując, jak jej wargi drżały i powoli otwierały się pod moimi. Pocałunek pociągnął za sobą kolejny, głębszy, pełen dawno tłumionego ognia.
– To… nie powinno się dziać – wyszeptała prosto w moje usta, ale jej dłonie same odnalazły moje talie, przyciągając mnie bliżej.
– A może właśnie tak miało być? – odszepnęłam, wtulając się w nią i pogłębiając pocałunek. – Żebyśmy w końcu odnalazły siebie naprawdę.
Całowałyśmy się coraz głębiej. Ujęłam szyję Kornelii dłońmi, a nasze kolana otarły się o siebie. Byłam nieustępliwa. Czułam pod palcami gwałtowne bicie jej tętna i gorąco skóry. Kornelia miała jeszcze momenty zawahania, a między natarczywymi, głębokimi pocałunkami wkradał się urywany dialog.
– To złe… to bardzo złe – szeptała, próbując złapać oddech, choć jej ciało przeczyło tym słowom.
– Ale tak strasznie dobrze smakuje, kochanie… – odpowiadałam szelmowsko, napierając na nią i próbując delikatnie pochylić ją na oparcie kanapy.
– To… nie powinno się dziać – wyszeptała Kornelia prosto w moje usta, choć jej dłonie same szukały mojej talii, przyciągając mnie bliżej. – Mam wątpliwości… Przecież przez tyle lat byłam dla ciebie matką
Kornelia wciąż broniła się resztkami rozsądku, miotana wątpliwościami:
– Nie wiem… przecież jestem twoją matką…
– Macochą jak już…i to właśnie smakuje mamusiu najlepiej – rzuciłam zuchwale, rozochocona tą zakazaną grą słowną i dreszczem, jaki wywołała na jej ciele. Przesunęłam dłonią po jej talii. – Z resztą zawsze myślałam, że jesteś piękna.
Te słowa były jak iskra. Widziałam, jak Kornelia powoli, słowo po słowie, uwalniała się z ostatnich hamulców. Mury wznoszone przez lata lęku i poczucia winy wreszcie runęły. Zatopiłyśmy się w sobie na dobre. Całowałyśmy się coraz głębiej, a nasze języki tańczyły w czułym, namiętnym rytmie. Ręce Kornelii tak samo jak moje obejmowały bez pamięci, a jej dłonie błądziły po moich plecach i biodrach w chaotycznym, pełnym pożądania poszukiwaniu bliskości Kornelia na chwilę przerwała pocałunek, a w jej głosem znów zawładnęły wątpliwości, lecz w oczach widać było wyraźnie, że już się poddała. To, co mówiła, było już tylko grą pozorów przed samą sobą, mechanizmem obronnym, który właśnie rozpadał się w pył. Powrotu nie było.
– Nie powinnyśmy tego robić… – wyszeptała niepewnie.
– A ja myślę, że bardzo powinnyśmy – odparłam szelmowsko, z błyskiem zuchwałości w oczach. – Kiedy ostatni raz byłaś z kobietą, Kornelio?
– Dawno… z Dorotą. Z twoją mamą… – odpowiedziała z cichym westchnieniem.
– No właśnie – szepnęłam, nie dając jej ani chwili na powrót do chłodnej rezerwy.
Zdecydowanym ruchem pchnęłam ją na miękkie poduszki kanapy. Kornelia opadła na nie, a czarny, kusy materiał jej żałobnej sukienki podwinął się podkreślając jej biodra i obnażając długie, zmysłowe uda. W tym półmroku, w żałobnej czerni, wyglądała nieziemsko seksownie. Uklękłam przy kanapie. Bez pośpiechu, powoli zaczęłam zdejmować z jej nóg czarne szpilki w szpic. Gdy jej stopy były już bose, uniosłam jedną z nich i złożyłam na podbiciu gorący, nabożny pocałunek. Kornelia drgnęła. Przez jej ciało przeszedł wyraźny dreszcz, a z jej ust wydobył się cichy, rwany jęk mieszanina zszokowania, ulgi i rosnącej rozkoszy:
– O Boże… Lidka… o Boże…
Kornelia wciąż próbowała stawiać iluzoryczny opór, motając się w słowach, które miały na celu ochronę resztek pozorów.
– O mój Boże… jesteś przecież moją córką, a ja twoją mamą…
– Macochą, nie mamą z krwi i kości – wtrącałam szelmowsko nad jej nogami.
– Ale wciąż mamą… owszem, zawsze mamą – szeptała, choć w jej głosie brał górę cichy dreszcz rozkoszy.
Ignorując te słowa, z nabożną czułością pieściłam ustami jej stopy i gładkie łydki. Przesuwałam językiem i wargami po jej skórze w górę, budząc w niej nieuchronne falowanie napięcia. Wtedy wreszcie nastąpiło ostateczne przełamanie. W oczach Kornelii zgasł lęk, a na jego miejscu pojawił się szelmowski, zmysłowy błysk.
– Z tego co wiem… – odezwała się nagle figlarnie, przechylając głowę na poduszce – …nigdy dotąd nie byłaś z kobietą, córeczko?
Zamruczałam cicho, całując jej kolano, i pokiwałam głową na potwierdzenie.
– O… – na jej ustach wykwitł uśmiech, w którym mieszała się dominacja z dojrzałą fascynacją. – To znaczy, że wtedy… w przeszłości, na kartkach pamiętnika… byłam twoją pierwszą?
– Yhym… – potwierdziłam, nie odrywając od niej wzroku.
– To nawet… niezwykle seksowne – podsumowała zmysłowym, niskim głosem.
Uniosła się gwałtownie i przyciągnęła mnie do siebie, przejmując inicjatywę. Nasze usta złączyły się w łapczywym, pełnym pożądania pocałunku. Nie trawiąc ani chwili, zaczęłam sprawnie podciągać materiał jej sukienki, rzucając między pocałunkami:
– Ciekawe, jak bardzo się zmieniłaś… Bo tam, jako młoda dziewczyna, byłaś niesamowicie zgrabna.
Gdy w końcu zsunęłam z niej czarną tkaninę i zostawiłam ją w samej bieliźnie, figach, aż wstrzymałam oddech.
– O mój Boże… – wyszeptałam z zachwytem. – Wciąż jesteś niesamowicie seksowna. A nawet jeszcze bardziej niż kiedyś.
Bez namysłu dopadłam do jej piersi. Mój język i usta zaczęły pisać na jej skórze nową historię, a Kornelia natychmiast odpowiedziała przyspieszonym, spłyconym oddechem, zamieniając dawny opór w rwany potok mruków, westchnień i cichych, niekontrolowanych jęków rozkoszy.
Ssanie i naprzemienne lizanie jej nabrzmiałych sutków wywoływało zmysłową odpowiedź. Każde pociągnięcie języka, mocniejszy nacisk warg i ciepło jej wilgotnej skóry sprawiały, że w moim podbrzuszu narastała fala czystego pożądania. W głowie przestały liczyć się żałoba, chaos minionych godzin i przeszłość, istniała tylko ta chwila, zapach Kornelii i świadomość, że bariery ostatecznie pękły. Prowokująco przesunęłam pocałunki z jej piersi w górę, wzdłuż wrażliwej linii szyi i obojczyków. Ciało Kornelii wyginało się w łuk przy każdym moim muśnięciu, a jej oddech stał się krótki, rwany i gorący.
– Oh… tak… Lidka, tak… – wymknęło się z jej ust wraz z ciężkim westchnieniem.
Nagle inicjatywa przeszła na drugą stronę. Kornelia ujęła moją twarz w dłonie i odpowiedziała łapczywym, pełnym dominacji pocałunkiem, wbijając palce w moje włosy. Bez zbędnych ruchów zsunęła ze mnie czarną sukienkę, obnażając moje piersi. Złożyła na nich gorący, głęboki pocałunek, zamykając oczy i chłonąc dotyk mojego ciała.
– Podoba ci się, mamusiu? – rzuciłam z zuchwałym uśmiechem, rozkoszując się zakazanym brzmieniem tego słowa.
– Yhym… – odparła, nie odrywając ust od mojej skóry. Między kolejnymi nienasyconymi pocałunkami mówiła niskim, zachrypniętym od podniecenia głosem: – Wciąż nie mogę uwierzyć… że tamta dziewczyna pod prysznicem… że to byłaś ty. Moja piękna Lidka…
Nasze dłonie błądziły po swoich ciałach w chaotycznym, gorączkowym rytmie. Całowałyśmy się bez opamiętania, przenosząc usta z ust na policzki, szyję i piersi, jakbyśmy chciały nadrobić cały utracony czas.
– To niewiarygodne… – szepnęła, kręcąc głową w roztargnieniu. – Nie mam pojęcia, jak to w ogóle było możliwe…
– Domyślam się – odpowiedziałam figlarnie, muskając kącik jej ust. – Dla ciebie minęło ponad dwadzieścia lat… ale dla mnie to było zaledwie godzina.
Położyłam się na niej, dociskając swoje ciało do jej gładkiej skóry. Kornelia natychmiast oplotła mnie w pasie długimi nogami, przyciągając jeszcze bliżej. Złączyłyśmy się w ponownym, łapczywym pocałunku, w którym nasze języki tańczyły bez hamulców. W mojej piersi wybuchła mieszanka absolutnego triumfu, ulgi i rosnącej, bezwzględnej rozkoszy, czułam, że odnalazłam swoje miejsce w tej nieprawdopodobnej rzeczywistości. Całowałyśmy się z bezwzględną namiętnością. Kornelia wplatała palce w moje włosy, gładziła mój kark i z zaciekłością oplatała moje biodra swoimi udami, jakby bała się, że za chwilę zniknę.
Powoli zeszłam pocałunkami niżej. Przeszłam ustami po jej szyi, zahaczając o obojczyki, aż dotarłam do napiętych piersi. Brałam jej sutki i brodawki w usta, liżąc je i ssąc na zmianę, zaspokajając rosnącą w nas gorączkę. Całowałam każdy centymetr jej rozpalonej skóry. Brzuch, napięte mięśnie, bok biodra. Ciało Kornelii reagowało gwałtownie: jej oddech stawał się coraz płytszy, a z gardła wyrywały się ciche, nierówne jęki, gdy jej biodra mimowolnie unosiły się w stronę moich ust. Gdy dotarłam do jej kobiecości, złożyłam czuły, mocny pocałunek przez cienki materiał czarnych, koronkowych fig. Poczułam pod ustami uderzającą wilgoć i ciepło. Bez cienia wahania zsunęłam z niej bieliznę i odrzuciłam ją na podłogę. Rozsunęłam jej nogi i zaczęłam całować wrażliwą, delikatną skórę po wewnętrznej stronie ud, sprowadzając na nią dreszcz za dreszczem. Wreszcie zatopiłam język w jej kobiecości. W mojej piersi eksplodowała faza czystego triumfu i dzikiego pożądania. Czułam niesamowitą satysfakcję i zmysłową władzę, słysząc, jak Kornelia traciła nad sobą kontrolę, wbijając dłonie w poduszki kanapy i poddając się całkowicie każdemu ruchowi mojego języka. Rozkoszowałam się słodkim, gorącym smakiem jej kobiecości, czując, jak całe jej ciało drżało pod moimi ustami. Między kolejnymi powolnymi, głębokimi pociągnięciami języka uniosłam na chwilę wzrok i rzuciłam zuchwale:
– Mamy pusia smakuje po prostu cudownie…
Kornelia odchyliła głowę, a z jej gardła wydarł się rwący jęk. Z trudnością opanowując oddech, wykrztusiła:
– Jak… jak dwadzieścia lat temu…?
– Yhym… – mruknęłam prosto w jej skórę, nie przerywając pieszczoty i skupiając całą uwagę na jej najbardziej wrażliwym punkcie.
Kornelia wierciła się na kanapie w błogiej rozkoszy, wbijając palce w oparcie i szepcząc w roztargnieniu:
– Och tak… och, skarbie…
Mój język zaczął wirować w szalonym, precyzyjnym rytmie. Patrzyłyśmy sobie prosto w oczy, jej spojrzenie było zaszklone, pełne obnażonego pożądania. Wtedy Kornelia podjęła ostatnią, rozpaczliwą próbę przywołania dawnej rzeczywistości. Wyszeptała niepewnie, jakby sama chciała w to uwierzyć:
– Ty… ty jesteś moją córką… Kochasz się i dajesz rozkosz swojej mamie…
Te słowa podziałały na mnie jak czysta adrenalina. Zamiast mnie zatrzymać, napędziły mnie jeszcze bardziej, a w mojej głowie wybuchła fala mrocznego, słodkiego triumfu. Widziałam, jak po tym wyznaniu z Kornelii uleciały ostatnie resztki hamulców. Nie było już odwrotu. Zatapiałam w niej język bez opamiętania, chłonąc jej smak i pławiąc się w poczuciu absolutnej władzy nad tą chwilą. Kornelia reagowała głośno, bezwstydnie. Jej ciche jęki zmieniały się w rwany potok szeptów:
– Och tak… och Boże… Lidka… córeczko…
Nazywała mnie imieniem, przywoływała moją rolę, a każdy ten wyraz sprawiał, że przyspieszałam ruchy. Napięcie w jej ciele sięgnęło szczytu. Nagle cała zastygła, by po sekundzie rozpaść się w serii gwałtownych drgawek. Potężna fala ekstazy wstrząsnęła jej ciałem. Kornelia odepchnęła głowę w dół, przyciskając moje usta do siebie, a jej gładkie, rozpalone uda zacisnęły się mocno na mojej głowie, więżąc mnie w centrum swojego spełnienia.
Kornelia z trudem łapała rwane, głębokie oddechy, a jej pierś unosiła się gwałtownie. Uniosłam się powoli i położyłam na niej, opierając nasze czoła o siebie. Wsłuchiwałam się w rytm jej serca i ten rozedrgany, gorący oddech, czując, jak fala największego napięcia powoli z niej opada.
– Pocałuj mnie… – wyszeptała nagle, patrząc mi prosto w oczy.
Nie czekałam ani sekundy. Wpiłam się w jej usta, a nasz pocałunek natychmiast stał się łapczywy i pełen nienasyconej namiętności. Nasze języki tańczyły głęboko, powracając do rytmu, który całkowicie zatarł granicę czasu. Kornelia ponowne oplotła mnie w pasie swoimi długimi nogami, przyciągając moje ciało tak ciasno, że czułam każde drżenie jej skóry. Wplotłyśmy dłonie we własne włosy, a drugą ręką Kornelia mocno obejmowała mnie w talii, jakby chciała mnie w sobie rozpuścić.
Po długich, nasyconych minutach wspólnego oddechu i pocałunków, w Kornelii obudziła się nagła, dzika potrzeba przejęcia inicjatywy. Zdecydowanym, mocnym ruchem pchnęła mnie na drugi koniec kanapy. Zaskoczona, opadłam na poduszki. Kornelia bez wahania uniosła moje nogi do góry, odchyliła materiał czarnych fig i nie dając mi ani chwili na złapanie tchu, zatopiła usta i język w mojej kobiecości. Kornelia z całą energią i pasją skupiła się na mojej pieszczocie. Jej język wirował cudownie dokładnie tak, jak wtedy, zanim pamiętnik przeniósł mnie w przeszłość, ale teraz czułam w tym coś więcej: dojrzałe doświadczenie i dzikie, głęboko skrywane pragnienie, które wreszcie wyrwało się na wolność. Mruczałam bezwstydnie, wypuszczając z siebie rwane, głośne tchnienia:
– Och… och Boże…
Kornelia na ułamek sekundy odrywała usta od mojej skóry, szepcząc gorąco między kolejnymi pociągnięciami języka:
– Mam nadzieję, że jest ci przyjemnie…
– Tak, mamusiu… – odparłam, podkręcając temperaturę naszej gry i patrzyłam na nią z góry przez przymrużone powiek. – Wyglądasz niesamowicie seksownie, kiedy mnie tak pieścisz…
Czułam, jak błoga, gorąca fala zalewała całe moje ciało. Napięcie w mięśniach było tak potężne, że traciłam jakąkolwiek kontrolę nad własnymi ruchami, nie potrafiłam już trzymać wysoko nóg. Jedna noga opadła bezwładnie na poduszki, drugą przyciągałam mocno do siebie, otwierając się przed nią całkowicie. Język Kornelii był niesamowicie sprawny, zmysłowy i bezwzględny. Moje ciało wyginało się w łuk, a z gardła wyrywał się nieprzerwany potok jęków:
– Och… oh… Boże… Jak cudownie, mamusiu… Daj mi rozkosz… tak jak poprzednio!
Kornelia operowała ustami jak nakręcona, prowadząc mnie prosto na skraj szaleństwa. Tracąc zmysły z nadmiaru doznań, wplotłam palce w jej włosy i z całą siłą docisnęłam jej głowę do swojej kobiecości, chłonąc każdy genialny ruch jej języka. Po chwili Kornelia na moment przerwała pieszczotę. Zanim zdążyłam cokolwiek powiedzieć, sprawnym ruchem zdjęła ze mnie figi i odrzuciła je gdzieś na bok. Położyła się na mnie, a nasze usta znów złączyły się w zachłannym, głębokim pocałunku. Nasze języki tańczyły bez opamiętania, a my mocno obejmowałyśmy się ramionami, chłonąc ciepło swoich ciał. Gdy na ułamek sekundy odrywałyśmy od siebie usta, odezwałam się z figlarnym zawodem i lekkim wyrzutem w głosie:
– Czemu przerwałaś, mamusiu…? Było tak idealnie…
Kornelia uśmiechnęła się zmysłowo, spoglądając na mnie z góry.
– Bo mam znacznie lepszy pomysł…
Zanim zdążyłam dopytać, Kornelia przekręciła się i położyła na plecach, pociągając mnie za sobą. Ułożyła nasze ciała tak, że nasze nogi się skrzyżowały. Znalazłam się na niej, ułożona nieco wyżej, dzięki czemu nasze kobiecości zetknęły się ze sobą bezpośrednio, bez żadnych barier. Gdy tylko zaczęłyśmy się ocierać, przez moje ciało przeszedł potężny dreszcz. Obie, natychmiast zdyszane, wyrzucałyśmy z siebie rwane słowa:
– Och… tak… Boże, tak…
Nasze biodra najpierw pracowały powoli, badając wzajemny rytm, ale płomień pożądania szybko przejął kontrolę i ruchy nabrały dynamiki. Ślizgałyśmy się po sobie, a gromadząca się wilgoć tylko potęgowała ten niesamowity, błogi stan. Każde pchnięcie bioder posyłało do mojego podbrzusza falę czystej rozkoszy. Patrzyłyśmy sobie prosto w oczy, w których palił się absolutny ogień zmysłowości. Nie było już miejsca na wstyd czy dawne role. Nakręcałyśmy się nawzajem nie tylko szybkim, bezwzględnym ruchem bioder i dotykiem dłoni błądzących po plecach i pośladkach, ale też głosem. Kornelia, patrząc na mnie ze zmysłowym zachwytem, wyszeptała zmysłowo między szybkim oddechem:
– Ale moja mała dziewczynka jest dzisiaj seksowna…
– O wiele bardziej seksowna, kiedy ma obok taką mamusię… – odparłam figlarnie, dając się ponieść tej zmysłowej grze.
Tempo naszych ruchów rosło z każdą sekundą. Nasze biodra falowały w szalonym, gęstym rytmie, a połączone ciała reagowały głośnymi, niekontrolowanymi jękami. Byłyśmy już o krok od wzajemnego szczytu, kiedy impulsywnie i sprawnie zmieniłyśmy pozycję. Opadłam na plecy na poduszki kanapy, a Kornelia ułożyła się na mnie pod kątem prostym, wciąż ze skrzyżowanymi nogami, tak aby nasze kobiecości nie straciły ani na moment pełnego, ciasnego kontaktu. Nakręcałyśmy się nawzajem bez żadnych hamulców.
– Czujesz, jak nasze pusie gorąco na siebie naciskają…? – szeptała Kornelia, z trudem łapiąc oddech. – To jest niesamowite…
– To jest genialne, mamusiu… Jesteś taka piękna, taka nieziemsko seksowna… – wyrzucałam z siebie rwane słowa, zachwycona jej widokiem.
Dynamika naszych bioder przybrała na sile. Kornelia pochyliła się na chwilę prosto na mnie, zatapiając usta w głębokim, łapczywym pocałunku, po czym odchyliła się mocno do tyłu. Oparła dłonie z tyłu na poduszkach, dzięki czemu mogła jeszcze mocniej, z niesamowitą siłą napierać biodrami na moją kobiecość. Jęczałam głośno, całkowicie zatracając się w tym ruchu:
– Och… jak cudownie, mamusiu… Chcę się tak z tobą kochać każdego dnia i każdej nocy!
– Ja też, skarbie… – odpowiedziała, patrząc na mnie z uwielbieniem – …choć wciąż nie wierzę, że to dzieje się naprawdę…
Nasze ruchy stawały się coraz szybsze, bardziej gwałtowne. Na ułamek sekundy zwalniałyśmy, by po chwili znowu z pełną, szaloną energią ocierać się o siebie. Wilgoć i narastająca faza gorąca doprowadziły nas prosto na krawędź. Nagle obiema naraz wstrząsnęła potężna fala skurczów ekstaza przeszyła nasze ciała w dokładnie tym samym ułamku sekundy. Długi, przeciągły jęk spełnienia wypełnił przestrzeń salonu.
Zdyszane, z kołaczącymi sercami, opadłyśmy w swoje ramiona. Leżałyśmy obok siebie na kanapie, ciasno w siebie wpatrzone, i od razu zaczęłyśmy całować się znowu namiętnie, łapczywie, a jednocześnie niezwykle czule. Nasze gładkie, rozpalone ciała wciąż delikatnie się o siebie ocierały, a dłonie błądziły po plecach, szyi i biodrach, kontynuując tę zmysłową wędrówkę bez końca.
Leżałyśmy na boku, ciasno w siebie wpatrzone i splecione ciałami. Nasze nogi przeplatały się w miękkim, niespiesznym uścisku, a dłonie leniwie krążyły po naszych nagich plecach i biodrach, chłonąc powracający do normy oddech. Całowałyśmy się bez pośpiechu z czułością, która powoli zastępowała niedawną szaloną namiętność.
– To… całkiem niezła zabawa, muszę przyznać – wyszeptała nagle Kornelia z cichym, zmysłowym śmiechem między jednym a drugim pocałunkiem.
– Owszem, było absolutnie nieziemsko… – odparłam z zuchwałym uśmiechem, muskając wargami jej policzek. – Ale czego innego mogłam się spodziewać, skoro mam tak gorącą mamusię?
Kornelia uniosła lekko brwi, a w jej oczach pojawił się szelmowski, młody błysk.
– Było nawet lepiej niż dwadzieścia lat temu… – rzuciła cicho, obdarzając mnie głębokim, dumnym spojrzeniem. Zaraz jednak jej wzrok na ułamek sekundy powoli zamyślił się. – Wciąż nie potrafię sobie logicznie wyjaśnić, jak to się w ogóle stało…
– Ale się stało – wtrąciłam miękko, nie dając jej znów wpaść w pętlę pytań. Zgarnęłam pasmo włosów z jej czoła i pocałowałam ją prosto w usta. – I tylko to się teraz liczy.
– I to jest bez dwóch zdań najdziwniejsza część mojego życia… – podsumowała Kornelia ze cichym westchnieniem, w którym nie było już ani odrobiny lęku czy poczucia winy.
Nie odpowiedziałam już niczym więcej. Po prostu wpiłam się w jej usta kolejny raz, zatapiając nas obie w długim, słodkim pocałunku, podczas gdy dom wokół nas pogrążał się w cichym, spokojnym wieczorze.
Pocałunki powoli wygasały, ustępując miejsca leniwemu, niemal nabożnemu błądzeniu opuszków palców po rozgrzanej skórze. Przesuwałam dłonią po obojczyku Kornelii, wzdłuż jej piersi, czując gwałtowne, stopniowo uspokajające się bicie jej serca. W mojej głowie panował niezwykły spokój, jak po gwałtownej burzy, która w końcu oczyściła powietrze. Próbowałam to wszystko sobie poukładać. Dwie godziny temu byłam pogrążoną w żałobie dziewczyną, zszokowaną odkryciem, że kobieta, którą uważałam za matkę, nie jest ze mną spokrewniona. Potem pamiętnik otworzył drzwi do niemożliwego, przeniósł mnie w przeszłość, prosto pod prysznic, w objęcia młodej Kornelii, a teraz leżałam na tej samej kanapie w teraźniejszości, z tą samą kobietą, a zapach naszego pożądania wciąż unosił się w salonie. Przeszłość i teraźniejszość stopiły się w jedno.
Patrzyłyśmy sobie prosto w oczy. Kornelia pierwsza przełamała cichą, gęstą od emocji chwilę.
– Wciąż nie wiem, jak to się stało… – wyszeptała, a w jej głosem znów wstrząsnęła nuta niedowierzania i głębokiego wzruszenia. Uniosła dłoń i delikatnie odgarnęła pasmo włosów z mojego czoła. – To tak, jakby jakiś magiczny los chciał nas połączyć w tych wszystkich przykrych wydarzeniach. Śmierć Doroty dziewiętnaście lat temu… śmierć Adama teraz… Pamiętnik, który przeniósł cię dwadzieścia lat wstecz, zanim w ogóle pojawiłaś się na świecie. Nasz seks wtedy… i nasz seks teraz.
Przełknęła ciężko ślinę, a w jej oczach zaszkliły się łzy połączone z nieznanym dotąd pragnieniem. Wtuliła się mocniej w mój bok, otaczając mnie ramieniem, po czym dodała cicho:
– I co teraz, Lidka?
Przygryzłam delikatnie dolną wargę. W moim spojrzeniu znów zapłonął szelmowski, prowokujący błysk. Przesunęłam dłonią niżej i palcem zaczęłam zataczać wolne, małe kółka wokół jej napiętego sutka. Czułam, jak całe jej ciało natychmiast reaguje na ten mikroskopijny gest.
– Wiesz… – zaczęłam cicho, delektując się brzmieniem własnego głosu. – Nie jesteśmy spokrewnione, jak się okazało, ale wychowałaś mnie jak matka. Zawsze poświęcałaś mi czas, troszczyłaś się o mnie, dawałaś mi bezpieczeństwo. Czułam w tym prawdziwą miłość i ja też kocham cię jak mamę… którą de facto dla mnie byłaś i pozostajesz, lecz po tych wszystkich wydarzeniach… po tym, co przeżyłam tam i co przed chwilą zrobiłyśmy tutaj… zaczynam patrzeć na ciebie także jak na kobietę. Kobietę, z którą chcę dzielić najsłodszą rozkosz.
Kornelia wstrzymała oddech, słuchając mnie z powagą, ale jej ciało przywarło do mojego jeszcze ciaśniej. Nasze nagie uda znów delikatnie się o siebie otarły.
– Jesteś teraz wdową – kontynuowałam, uderzając w samą duszę sytuacji. – Ja nie mam chłopaka ani dziewczyny… zresztą ty jesteś moim pierwszym lesbijskim doświadczeniem. Nie musimy od razu składać wielkich deklaracji ani się oficjalnie wiązać, chociaż ze względu na brak więzów krwi absolutnie nic nas nie powstrzymuje. Przede wszystkim możemy po prostu czerpać z tego radość. Rozkoszować się swoją bliskością.
Kornelia uniosła się lekko na łokciu, spoglądając na mnie z mieszaniną fascynacji i rosnących wątpliwości.
– Ale jak ty to sobie wyobrażasz? – dopytywała z troską. – Jak miałybyśmy się z tym obnieść przed światem? Co powiedzieliby ludzie, rodzina, znajomi? Jak to miałoby wyglądać na zewnątrz?
Uśmiechnęłam się łagodnie i pogładziłam ją po policzku, ciągnąc dłoń w dół, po jej szyi aż do obojczyka.
– A kto powiedział, że musimy cokolwiek komukolwiek tłumaczyć? – odparłam miękko. – Nie musimy obnosić się z tym przed nikim. To może być tylko nasze. Nikt o tym nie musi wiedzieć. Możemy po prostu potajemnie romansować w tych czterech ścianach… albo, jeśli tak zdecydujemy, iść za podpowiedzią losu i z czasem zostać prawdziwą parą. Wszystko zależy od nas.
Kornelia przyglądała mi się dłuższą chwilę w milczeniu. Widać było, jak ciężar konwenansów powoli z niej opada, ustępując miejsca cieplejszym, bardziej uległym emocjom.
– A co z tą rolą…? – zapytała cicho, a jej usta muskały mój obojczyk. – Prawdą, którą poznałaś?
Przesunęłam biodro, ocierając się o nią znowu, zmysłowo i niespiesznie. Zniżyłam głos do gorącego szeptu prosto do jej ucha:
– Fakt, że wciąż jesteś dla mnie mamą… tylko bardziej mnie kręci, Kornelio. I szczerze? Wolę się do ciebie zwracać tak jak dotąd, zamiast po imieniu. Nawet teraz, kiedy znam już całą prawdę. To zakazane słowo w naszych ustach brzmi po prostu zbyt dobrze, żeby z niego rezygnować…
Kornelia drgnęła, a z jej piersi wyrwało się długie, głośne westchnienie. Wplotła dłonie we moje włosy i przyciągnęła moją twarz do swojej, zatapiając nas obie w kolejnym, pełnym akceptacji, czułym i niesamowicie namiętnym pocałunku.
– To jaką w końcu decyzję podejmujemy, córeczko? – wyszeptała Kornelia, patrząc mi prosto w oczy. W jej głosem mieszało się niepewne wyczekiwanie z cichą nadzieją.
Przesunęłam dłonią po jej gładkim boku, zatrzymując palce na biodrze, i przyciągnęłam ją do siebie tak ciasno, że poczułam gorąco jej ciała.
– Decyzja jest prosta: nie rezygnujemy z tego – odparłam bez wahania, patrząc na nią z bezczelną, pewną siebie zmysłowością. – Chcę się z tobą kochać w każdym możliwym tego słowa znaczeniu. Mamo, te chwile były po prostu cudowne… Jesteś niesamowicie seksowna i działasz na moje zmysły jak nikt inny na świecie.
Kornelia uśmiechnęła się miękko, a w jej oczach zgasł ostatni cień niepokoju. Uniosła dłoń, muskając palcami mój policzek i gładząc pasma włosów opadające na ramiona.
– A ty jesteś piękna, Lidka… tak nieziemsko piękna i wyrazista – wyznała niskim, ciepłym głosem, kręcąc głową z zachwytem. – Kiedy na ciebie patrzę, widzę całą twoją pasję. Kocham cię, córeczko. Kocham cię jako matka i… i jako kobieta, która całkowicie straciła dla ciebie głowę.
– Ja też cię kocham, mamusiu – szepnęłam, całując słodko kącik jej ust. – Bez względu na wszystko.
Na chwilę zapadła czuła, spokojna cisza. Kornelia westchnęła ciężko, opierając brodę na moim ramieniu. Powrót do rzeczywistości przynosił jeszcze ciche echo mijającego dnia.
– To niewiarygodne, jak ten dzień się potoczył… – odezwała się cicho, gładząc moje plecy. – Załatwianie tych wszystkich spraw żałobnych po Adamie, ten ciężar, smutek, czarna suknia… Dzień zaczęłam w żałobie i poczuciu ogromnej straty, a kończę go w twoich ramionach, czując się najbardziej żywa od lat.
– Ja też myślałam, że ten dzień przyniesie tylko żal – odpowiedziałam gładząc jej kark. – A okazał się początkiem czegoś zupełnie nowego. Los dał nam obiecujący zakręt w tym całym chaosie.
– I jestem za ten zakręt wdzięczna – podsumowała Kornelia.
Zsunęła się nieco niżej i połączyłyśmy się w ostatnim, niespiesznym, głębokim
pocałunku. Nie było w nim już gorączkowego pośpiechu, lecz niesamowite ciepło, spokój i poczucie absolutnego bezpieczeństwa.
Gdy usta powoli się rozłączyły, Kornelia wtuliła głowę w zagłębienie mojej szyi, otaczając mnie ramionami i splatając z moimi swoje nogi. Przykryłam nas obydwie leżącym na oparciu kocem. Wsłuchując się w swój równy, miarowy oddech i czując wzajemne ciepło nagich ciał, powoli pogrążyłyśmy się w głębokim, spokojnym śnie na kanapie.
Materiał znajduje się w poczekalni.
Prosimy o łapkę i komentarz!
Dodaj komentarz