Materiał znajduje się w poczekalni.
Prosimy o łapkę i komentarz!

Pamiętnik Zapisany Od Nowa

Pamiętnik Zapisany Od NowaCzarny materiał sukienki drapał mnie w nadgarstki. Koronkowe mankiety lepiły się do skóry od potu, chociaż było chłodno. Siedziałam sztywno, jakby każda cząstka mojego ciała bała się poruszyć, bo wtedy naprawdę dotarłoby do mnie, że tata nie żyje.

Moja mama, Kornelia, choć teraz nie brzmiało to dla mnie tak ciepło, jak powinno trzymała mnie za dłoń przez całą mszę. Jej palce były suche i zimne, ale mocne. Uścisk kobiety, która potrafiła znieść wszystko. Nie płakałam. W środku byłam jak szklanka z pęknięciem z zewnątrz wciąż w całości, ale wystarczy najmniejszy wstrząs, by pękła na dobre. Cmentarz tonął w zapachu wilgoci, lilii i mokrej ziemi. Kiedy zakopali trumnę, nie patrzyłam. Trzymałam wzrok wbity w czubki moich szpilek, które śmiesznie się zapadały w błoto.

***
Dom wydawał się... pusty, mimo że nadal tam byłyśmy. Ten sam zapach kadzidła, trochę płynu do płukania, coś delikatnie słodkiego. Jakby Kornelia próbowała przykryć zapach śmierci czymkolwiek znajomym. Zrzuciłam buty zaraz po wejściu. Zrobiłam to odruchowo, jakbym chciała uciec do dzieciństwa, do czasu, gdy świat był jeszcze jasny i czysty.
– Pójdę do siebie – rzuciłam krótko, nie patrząc na nią.
– Lidko... – Jej głos był cichy, ledwo słyszalny, ale było w nim coś dziwnego. Coś, co wybiło mnie z rytmu. Zatrzymałam się na półpiętrze.
Odwróciłam się powoli. Kornelia stała na dole schodów, nadal w tej obcisłej, czarnej sukience z koronką pod szyją, której nienawidziłam. Jej blond włosy rozpuszczone jak zawsze, perfekcyjna. Nawet dziś.
– Co? – zapytałam chłodno.
– Muszę z tobą porozmawiać – powiedziała. – To… ważne. Obiecałam, że ci powiem. Po jego śmierci.
„Po jego śmierci.”  zabrzmiało dziwnie, zamiast „po śmierci twojego ojca”. Zawsze jakby był tylko jakimś meblem w życiu. Pokręciłam głową i weszłam do swojego pokoju. Zatrzasnęłam drzwi z hukiem. Usiadłam na łóżku i dopiero wtedy poczułam, że mi drżą ręce. Minęło może dziesięć sekund. Potem usłyszałam lekkie pukanie.
– Lidka... proszę.
Nic nie odpowiedziałam. Drzwi się uchyliły.
– Przysięgałam, że ci powiem prawdę – weszła wolno do pokoju. – Dorota… twoja matka... chciała, żebym się tobą zajęła i bym cię kochała jak własną córkę. Zrobiłam to. Próbowałam najlepiej, jak umiałam. Spojrzałam na nią jak na wariatkę.
– Jaką Dorotę? Co ty pieprzysz?
– Dorota była twoją matką biologiczną. Zmarła, kiedy miałaś zaledwie kilka miesięcy. Wiem, że to dla ciebie szok, ale musisz wiedzieć. Obiecałam jej na łożu śmierci, że cię wychowam i że... zwiążę się z twoim ojcem.
Zrobiło mi się gorąco. Złość uderzyła mi do głowy jak krew.
– Czy ty sobie jaja robisz? To jest jakiś żart? Pogrzeb się skończył, to teraz co – komedia romantyczna?
Kornelia zrobiła krok w moją stronę, ale cofnęłam się jak oparzona.
– Wynoś się.
Jej oczy zaszkliły się, ale nie powiedziała nic więcej. Po chwili tylko położyła coś na moim biurku – stary, zniszczony zeszyt w skórzanej okładce.
– To pamiętnik Doroty. Twój. Zanim mnie odtrącisz, przeczytaj go. Proszę.
Wyszła i cicho zamknęła drzwi. Zostałam sama. W pokoju, który niby był mój, ale nagle poczułam, że nie należę do żadnego miejsca. Patrzyłam przez chwilę na ten pamiętnik, jakby był granatem bez zawleczki. W końcu, mimo wściekłości i chaosu w głowie, wyciągnęłam rękę i otworzyłam pierwszą stronę, gdzie było jej zdjęcie. Była piękną dziewczyną, filigranową blondynką, przykuwała spojrzenie.

Siedziałam po turecku na łóżku. Pamiętnik leżał przede mną, pachniał kurzem i lawendą.
Ręka mi drżała, kiedy dotykałam kartek, były miękkie, pożółkłe, zapisane płynnym, kobiecym pismem. Litery zawijały się jak wijące się gałązki.
„Dzień dwudziesty siódmy… dziś znów nie spałam. Kornelia oddychała równo, miała ramię zarzucone na moją talię. Pachniała tak znajomo ziołami, mydłem i... czymś tylko jej. Kiedy leży tak blisko, trudno mi oddychać. Nie dlatego, że nie chcę. Wręcz przeciwnie. Boję się, że to już więcej niż pragnienie. Że to coś głębszego. Że kocham kobietę. Że kocham Kornelię.”
Zamarłam. Serce zabiło mi mocniej. Pochyliłam się bliżej nad pamiętnikiem. Czytałam dalej. Litery drgały mi pod palcami.
„Dziś znów mnie dotknęła. Delikatnie, jakby badała, czy może. Jakby pytała palcami. Nie odpowiedziałam słowem. Przymknęłam tylko oczy i pozwoliłam jej wejść w mój świat.”
Zrobiło mi się gorąco w twarzy. Nie byłam gotowa na takie słowa, ale nie mogłam przestać czytać. Przewróciłam stronę. Wtedy to się stało. Najpierw cichy dźwięk, jak szelest tkaniny w powietrzu. Potem coś drgnęło w świetle lampki. Obraz przed oczami zaczął falować. Pokój stał się jak pod wodą zniekształcony, mglisty. Powietrze zgęstniało. Świat się przesunął, jakby o ułamek milimetra nie pasował już do rzeczywistości. Zerwałam się z łóżka, serce waliło mi jak młotem. Coś się zmieniło. Czułam to w kościach. Pokój... nadal był mój, ale nie był. Zasłony były inne, biurko inne. Na ścianie wisiał plakat, którego nigdy nie widziałam kobieta w czerwonej sukni, stojąca wśród ognia. Pachniało świecami i jakby... winem? Otworzyłam drzwi i wtedy usłyszałam dźwięk. Cichy śmiech. Kobiecy. Potem jęk. Delikatny, ale przeciągły. Szłam na miękkich nogach. Serce biło jak szalone. Korytarz był inny. Drewniane ramy zdjęć, ciemniejsze światło, jakby cały dom oddychał cichym sekretem. Zbliżyłam się do drzwi sypialni uchylonych. Zobaczyłam je. Dwie nagie dziewczyny splecione ze sobą na łóżku. Jasne prześcieradło, rozsunięte na bok, ich ciała połączone w półmroku. Jedna z nich miała długie, rozpuszczone blond włosy. Skóra jak z porcelany. W jej ruchach było coś znajomego.
Z drugą wtulały się w siebie z taką czułością, że przez chwilę nie mogłam się poruszyć. Dziewczyna z ciemniejszymi włosami odchyliła się, by pocałować drugą w szyję. Westchnienie. Palce na biodrze i wtedy ją rozpoznałam. Tamtą, tę ciemnowłosą. Jej profil, jej oczy, sposób w jaki unosiła brew. Kornelia, młodsza. Dzikiej urody. Prawie dziewczęca, ale już z tą stanowczością, którą znałam z dorosłej wersji. Zamarłam…. więc ta druga...to musiała być Dorota, moja biologiczna matka. Stałam tam, oszołomiona. Jakby cały świat zapadł się w miękki sen, a ja nagle miałam go śnić od środka. Stałam jak zahipnotyzowana. Palce miałam zaciśnięte na framudze drzwi, oddech ledwie słyszalny. Serce waliło mi w piersi tak mocno, że zdawało się zaraz roztrzaskać klatkę. Ich ciała poruszały się z subtelną gracją, jakby tańczyły w rytmie, który znały tylko one. Każdy dotyk, każdy pocałunek był miękki, pełen wyczucia. Blondynka, Dorota miała zamknięte oczy, jej pierś unosiła się z każdym oddechem. Kornelia sunęła ustami po jej szyi, ramieniu, zatrzymując się na obojczyku. Tam, gdzie ustami dotykała skóry Doroty, ciało tej drugiej zdawało się rozkwitać. Stałam w półmroku i nie mogła oderwać wzroku.
„To przecież... Kornelia moja mama, jak się okazało macoch, a ta druga... Dorota, moja matka, ale nie... nie teraz. Jeszcze nie. Jeszcze nie w tej chwili.”
Pojęcie czasu zaczęło jej się wymykać. Czułam się jak dziecko patrzące przez szybę na świat dorosłych, ale to nie była zwykła ciekawość. To było coś więcej, coś głębszego, ciepłego, niepokojącego.
„Czy to źle, że to czuję? Przecież… to nie są moje matki. Nie tu, nie teraz. To tylko dwie młode kobiety, zakochane. Dotykające się z czułością. A ja…”
Przełknęłam ślinę. Moje uda mimowolnie się zacisnęły. Czułam, jak napięcie powoli osiadało w podbrzuszu. To było tak intymne, tak piękne i tak absolutnie zakazane, ale właśnie to zakazane przyciągało.
„Kornelia była taka opanowana, silna... a tu? Cicha, rozkochana, całkowicie oddana. Dorota – delikatna, ale też pewna siebie. To nie był pierwszy raz. One znały swoje ciała.”
Przysunęła się bliżej, nie mogąc się powstrzymać. Dorota szeptała coś Kornelii do ucha, jej dłoń powędrowała w dół, pod materiał cienkiego koca. Kornelia westchnęła przeciągle, z zamkniętymi oczami odchyliła głowę. Widok ten był tak intymny, tak nasycony emocją, że poczułam wilgoć pod bielizną. Ciało reagowało poza wolą. Zacisnęłam powieki.
„To chore. To nie powinno mnie kręcić, ale to nie jest mama. To Kornelia. Młoda. Jeszcze nie jako matka. Jeszcze nie jako prawna. Po prostu kobieta. Kochanka mojej matki.” Tego nie dało się rozdzielić. Napięcie narastało. Zacisnęłam dłoń na udzie. Chciałam odwrócić wzrok, nie mogłam. To było piękne. Nienormalne, ale piękne.
„Czy to pamiętnik… robi to ze mną? Czy on mnie wciągnął nie tylko w przeszłość, ale też w pragnienie, którego nie mogłam mieć? A może to właśnie było moje? Moje dziedzictwo? Moje pożądanie?”
Wtedy Dorota spojrzała w stronę drzwi. Prosto na mnie, nasze spojrzenia się spotkały. Na moment czas zamarł, ale Dorota się nie przestraszyła. Uśmiechnęła się. Powoli, ledwie zauważalnie z czułością,  z zaproszeniem. Cofnęłam się gwałtownie, serce uderzyło o kręgosłup. Zamknęłam drzwi niemal bezgłośnie, opierając się o nie plecami.
„Ona mnie widzi.” „Jestem tu naprawdę.” „Nie jestem tylko widzem.”
A może to pamiętnik mi pozwolił? A może był czymś więcej jakimś łącznikiem? Czy Dorota wiedziała, że ktoś kiedyś go przeczyta? Czy pisała dla mnie?
Zsunęłam się na podłogę, tuląc pamiętnik do piersi, czując jeszcze w powietrzu ciepło ich ciał. Było mi duszno, słodko i niepokojąco.
„Co to wszystko znaczy?” pomyślałam. „I czy... chcę się dowiedzieć?”


Zamknęłam drzwi łazienki. Oparłam się o nie plecami, próbując złapać oddech, ale moje płuca pracowały jak po biegu. Serce waliło mi jak szalone. Ręce się trzęsły.
„Co ja właśnie widziałam…?”
W głowie wciąż miałam ten obraz. Ich ciała, usta, dotyk, jęki. Nie mogłam od tego uciec. One tam były. Kornelia. Dorota. Moje… moje matki, albo raczej… kobiety, które stały się nimi później.
„Dorota nie była jeszcze moją matką. Nie wtedy. Była młodą dziewczyną, zakochaną, pełną życia. A Kornelia? Taką jej nie znałam. Ciepłą, uległą, zmysłową… jakby całkowicie inną kobietą.”
Spojrzałam na siebie w lustrze. Twarz miałam rozpaloną. Oczy błyszczały, źrenice szerokie. Usta rozchylone. Włosy w nieładzie. Wyglądałam jak...jakbym sama przed chwilą była w objęciach.
„Nie powinno mnie to podniecać. To chore. Pokręcone. A jednak…”
Pamiętnik wciąż trzymałam w dłoniach. Czułam jego ciężar, nie tylko fizyczny. To był klucz. Portal. Zaklęcie. Nie wiem, ale coś, co mnie wessało i coś we mnie obudziło.
„Nie jestem już tą samą dziewczyną, która siedziała zapłakana na łóżku. Coś się zmieniło. Coś się... zbudziło.”
Czułam to w ciele. W napięciu mięśni. W gorącu, które rozlewało się po moich udach i brzuchu.
„To chore. A jednak moje.”
Pochyliłam się nad umywalką i oparłam czoło o chłodny marmur. Starałam się oddychać głęboko, uspokoić, ale wspomnienie ich nagości, ich dotyku, tego jak patrzyły na siebie… To było zbyt żywe. Zbyt realne. Prawdziwsze niż cokolwiek, co znałam wcześniej.
„To było piękne. Cholernie piękne. I mnie rozpalało.”
Palce drżały mi, gdy sięgnęłam do zamka sukienki. Powoli ją zsunęłam. Zjechała po ramionach, po talii, aż osunęła się na chłodne kafelki. Zostałam naga, wystawiona przed samą sobą.
„To moje ciało. Moje emocje. Moja żałoba, moja złość, moja fascynacja. I to, co czuję… też jest moje.”
Dotknęłam się. Ostrożnie. Jakby to było coś świętego. Każdy ruch przypominał tamten obraz. Ich usta, języki, dłonie. Ich miłość. Ich oddechy.
„Dorota... Kornelia...”
Zamknęłam oczy. Czułam, jak ogień pod skórą przybierał na sile. Jak napięcie rosło, falowało, wzbierało jak sztorm. Oddychałam głośno. Każdy oddech był szeptem błagania, uwolnienia.
„Przepraszam. Nie chciałam. Nie planowałam. Ale muszę…”
Fala przyszła szybciej, niż się spodziewałam. Przeszyła mnie jak błyskawica przez kręgosłup, przez brzuch, przez serce. Oparłam się o zimną ścianę, drżąca. Serce łomotało. Łzy płynęły mi po policzkach. Nie wiedziałam, co dokładnie czułam. Ulgę? Wstyd? Fascynację? Wszystko na raz? Pamiętnik leżał na podłodze. Kartki się poruszały. Jakby coś w nich żyło. Podniosłam go i przytuliłam do nagiego ciała.
„To dopiero początek… prawda?”


***

Stałam wciąż naga, z dłońmi opartymi o marmurową umywalkę. Moja skóra parzyła,  nie tylko od ciepła emocji, ale od całej tej irracjonalności. Świat wirował, zmieniał zasady, a ja w nim byłam… nieproszonym gościem, świadkiem, aktorką?

Nagle... drzwi otworzyły się lekko.
– Hej… – Usłyszałam głos.
Cichy, ciepły. Niespodziewany.
Odwróciłam się gwałtownie. Serce stanęło mi w gardle. Kornelia, ale nie ta, którą znałam całe życie.
Młodsza, jakby wyjęta z dawnych zdjęć, tylko jeszcze bardziej zmysłowa, żywa.
Jej nagie ciało ledwie osłaniał ręcznik, który trzymała niedbale w dłoni. Na jej szyi czerwieniły się ślady pocałunków. Włosy jeszcze wilgotne, skóra różowa od niedawnej rozkoszy. Patrzyła na mnie zaskoczona. Nie było w niej gniewu tylko zdziwienie i ciekawość.
– Kim ty jesteś? Co ty tu robisz? – zapytała, marszcząc lekko brwi, ale bez agresji.
Mój mózg szalał. Jak wytłumaczyć, że jestem… z przyszłości? Że w jej rzeczywistości jestem córką jej przyszłej ukochanej, i że właśnie przed chwilą oglądałam ich miłość, której by nie zrozumiała nawet za dziesięć lat? Nie. To nie miało prawa przejść.
– Przepraszam… – powiedziałam cicho. – Ja… po prostu… uciekłam.
– Uciekłaś? – uniosła brew.
– Miałam koszmar. Straszny dzień. Wszystko się rozpadło. Chciałam się schować… Zmyć to z siebie. Emocje. Lęk. Wspomnienia. Nie wiem, jak tu trafiłam.
Słowa same wypływały z ust. Trochę prawdy, trochę instynktu. Kornelia spojrzała na mnie inaczej. Uważniej. Łagodniej. Zrobiła krok w moją stronę. Wtedy… poczułam to wyraźnie.

Nie do końca rozumiałam, skąd. Może to jej delikatność. Może to, że znałam ją inną zimną, odległą, a teraz była tak ciepła, prawdziwa. Może to, że w tym świecie była jeszcze wolna, jeszcze pełna miłości, nieporaniona życiem, a może to było coś głębszego. Zakorzenione gdzieś we mnie.
– Chcesz prysznic? – zapytała cicho. – Czasem dobrze jest… zmyć wszystko z siebie. Tak po prostu.
Nie odpowiedziałam. Patrzyłam na nią tylko i to „tak po prostu” brzmiało jak zaproszenie. Niekoniecznie dosłowne, ale wypowiedziane przez nagą kobietę, pachnącą mydłem i miłością, z rumieńcem na policzku miało inny ciężar. Skinęłam głową. Kornelia uśmiechnęła się ledwo dostrzegalnie. Odwróciła się, otworzyła przeszklone drzwi kabiny i odkręciła wodę. Stałam za nią. Obserwowałam, jak krople pary unosiły się nad kabiną, jak jej plecy połyskiwały w świetle. Jak krople spływały po krzywiźnie jej bioder.
– Chodź – powiedziała cicho.
Weszłam za nią. Ciało miałam jak z waty. Ręce jak z lodu, choć woda była ciepła. Byłyśmy razem. Nagie biust przy nagim biuście. Jej ręka dotknęła mojej przypadkiem, albo i nie.
„To nie powinno się dziać. Ale dzieje się. I nie chcę, żeby przestało.”
Moje myśli szalały, ale ciało wiedziało, co czułam. Wiedziało, że tu i teraz wszystko było… inne, jakby świat pozwalał na więcej. Jakby nie było przeszłości, nie było przyszłości.
Tylko prysznic, para i ona.
„I ja. Z nowym imieniem pragnienia.”
Stałyśmy pod strumieniem wody. Para otulała nas mgłą, oddzielając od świata, od czasu, od wszystkiego, co powinno być ważne. Woda spływała po moim karku, plecach, piersiach. Czułam, jak kropelki odbijały się od mojej skóry i trafiały na jej. Każde muśnięcie choć przypadkowe było jak szept. Wiedziałam, że powinnam coś powiedzieć. Cokolwiek. Uciec. Przeprosić. Zachować się jak rozsądna dziewczyna, która rozumie gdzie i kiedy się znajduje, ale rozsądek…zawiódł, albo po prostu usiadł cicho gdzieś z tyłu i obserwował razem ze mną.

Kornelia sięgała po szampon. Jej ramię musnęło moje. Odwróciła się blisko, zbyt blisko i spojrzała mi w oczy. Uśmiechnęła się lekko. Było w tym coś łagodnego, coś czułego. Wtedy to do mnie dotarło. Nie była moją matką, macochą. Nie teraz. Nie tutaj. Nie w tym świecie. Była tylko dziewczyną młodą., ciekawą, pociągającą. Nie była dla mnie żadnym zakazem. A nawet jeśli… to już było za późno.
„Jej nie muszę kochać jak matkę.” „Mogę ją po prostu pragnąć.” „I pragnę.”
Nie wiem, która z nas zrobiła pierwszy ruch. Może żadna. Może to wszystko działo się poza ciałem między spojrzeniami, drżeniem rąk, oddechem zbyt szybkim. Jej dłoń trafiła na mój policzek. Otarła się o mokre włosy, a potem…Zbliżyła się. Wargi do warg. Najpierw ostrożnie. Jakby sprawdzała, czy to można. Czy nie pęknie rzeczywistość, nie otworzy się ziemia, nie zacznie się wszystko od nowa. Nie pękła. Pocałunek był miękki, długi, ciepły. Taki, który rozpuszcza myśli i zostawia tylko ciało. Oddałam go bez wahania. Pogłębiłam. Wsunęłam palce w jej mokre włosy. Poczułam, jak drżała ledwie, ale jednak. Ciepło jej skóry, miękkość ust, cichy westchnienie, wszystko to uderzyło we mnie jak fala. To nie była tylko ciekawość, to nie było tylko podniecenie. To było pragnienie, które czekało w cieniu przez całe moje życie, aż teraz, w tym czasie, nie-czasie, mogło się ujawnić. Woda wciąż spływała po nas, rozmazując granice. Oderwała się ode mnie powoli. Spojrzałyśmy sobie w oczy zupełnie jakbyśmy się znały od zawsze, ale nie było słów. Nie jeszcze. I dobrze, bo słowa by to tylko popsuły. Kiedy nasze usta się rozdzieliły, nie powiedziała nic. Złapała mój wzrok i wtedy… uśmiechnęła się tak, że całe moje ciało odpowiedziało cichym drżeniem. Nie była zaskoczona ani zdezorientowana. Była spokojna, zdecydowana. Delikatnie chwyciła moje nadgarstki i podniosła je powoli, prowadząc ku mokrej ścianie kabiny. Bez słów ułożyła je na chłodnych kafelkach. Zrozumiałam. Miałam tam zostać. Zaufać. Plecy miałam zwrócone do niej. Czułam jej oddech na karku, apotem jej dłonie ciepłe, mokre, subtelne.
Zaczęły swoją wędrówkę od moich ramion. Sunęły wolno w dół, zatrzymując się na łopatkach. Palce zataczały drobne kółka na mojej skórze. To nie było szybkie. Nie było nachalne. To było… intymne, jakby uczyła się mnie, jakby każda linia mojego ciała była dla niej czymś nowym, godnym poznania. Jej palce dotknęły moich boków. Delikatnie. Zjechały niżej, a potem… wróciły i wreszcie trafiły na moje piersi. Zadrżałam. Nie mogłam nic powiedzieć, tylko westchnęłam cicho, prawie niezauważalnie, ale ona usłyszała. Poczułam, jak jej ciało przesuwało się bliżej mojego. Jej piersi dotknęły moich pleców. Jej dłonie objęły moje piersi z obu stron. Z początku tylko trzymała je w dłoniach, jakby sprawdzała wagę, fakturę, ciepło. Potem zaczęła je pieścić z wyczuciem, zmysłowo. Kciukami zataczała kręgi wokół brodawek. Naprzemiennie łagodnie i bardziej zdecydowanie, a gdy moje ciało reagowało subtelnym ruchem bioder, głębszym oddechem, wiedziała, że robiła to dobrze.

Pocałowała mnie w kark. Włoski na całym ciele zadrżały. Potem jej prawa dłoń powoli zjechała niżej.
Po moim brzuchu, którego mięśnie napinały się w rytm oczekiwania. Pauza. Czułam, jak zawisała tuż nad moim łonem.
„Jeszcze nie.”
Wróciła do piersi. Do znajomego ruchu. Jakby nie chciała mnie zalać falą przyjemności za szybko. Jakby wszystko, co się działo, musiało mieć swój rytm, spokojny, świadomy, piękny. Ależ ja już płonęłam. Z każdą sekundą coraz mocniej. Mokra nie tylko od wody. Potem znów ruszyła w dół.
Tym razem nie zawahała się. Jej palce dotknęły mojego najbardziej czułego miejsca.
Cicho westchnęłam. Oparłam głowę o kafelki. Jej dłoń była ciepła, uważna. Nie spieszyła się. Zaczęła od zewnętrznych pieszczot muskając, zataczając kręgi na mojej kobiecości, wyczuwając rytm mojego oddechu, mojego napięcia. Czułam, jak moje biodra lekko falowały. Czułam, jak moje nogi miękły. Czułam, jak od środka narastało we mnie coś ogromnego, fala, która dopiero zaczynała się formować. Jej dłoń była pewna siebie. Doświadczona, choć młoda pieściła mnie tak, jakby znała mnie od lat. Jakby rozumiała każde moje drżenie. Traciłam grunt. Zamieniałam się w wodę.
„Niech to trwa.”
Oddychałam już tylko ustami. Zamknięte oczy nie chroniły mnie przed intensywnością doznań one ją wzmacniały. Moja kobiecość płonęła. Czułam ją… wszędzie. Każdy ruch jej dłoni budził we mnie tysiące impulsów. Jak iskry rozprzestrzeniające się od bioder po kark. Każde westchnienie, które nieświadomie wypuszczałam spomiędzy warg, spotykało się z cichym, niskim oddechem Kornelii. Wiedziała. Czuła mnie. Jej palce były teraz bardziej śmiałe. Delikatne już tylko z pozoru pod tą powierzchnią skrywała się pasja. Zaczęła mnie pieścić z większą świadomością rytmu, który wygrywało moje ciało. Nie przerywała, nie zwalniała jedynie przyspieszała wtedy, gdy czuła, że drżę najmocniej. Moje biodra zaczęły poruszać się same. Szukały jej. Odpowiadały jej ruchom. Miałam wrażenie, że zaraz się rozpadnę, rozpuszczę w tej wodzie, w tej łazience, w jej dotyku. Mój kark był mokry od strumienia wody, ale to jej usta ciepłe, wilgotne były tym, co sprawiało, że czułam się naga w najbardziej intymny sposób. Pocałowała mnie tuż pod uchem. Potem niżej, aż do miejsca, gdzie szyja łączyła się z ramieniem. Zatrzymała tam usta na chwilę, jakby chciała mnie oznaczyć. Moje dłonie same zacisnęły się w pięści na kafelkach.
– Kornelio… – szepnęłam tylko bez myśli, bez sensu. Z czystej potrzeby.
– Ciii… pozwól mi… – odszepnęła.
Wtedy jej palce…Zanurzyły się we mnie. Ciało zadrżało. Dosłownie, jakby fala światła przeszła przez każdy nerw. Byłam miękka, czuła otulona przez nią od środka i na zewnątrz. Wsunęła we mnie jeden palec, potem drugi, wolno, cierpliwie. Nie szukała szybkości. Szukała głębi. Z każdym jej ruchem moje wnętrze otwierało się bardziej. Cała byłam napięciem. Skoncentrowanym ciepłem. Drugą dłonią znów objęła moją pierś, ściskając ją w idealnym rytmie. Kciukiem delikatnie pocierała brodawkę, która była już sztywna i czuła jak nigdy wcześniej.
„To nie był przypadek. To nie była przygoda. To była… inicjacja.”
Z każdym jej ruchem, każdym pocałunkiem, każdym dotknięciem, stawałam się kimś innym. Byłam już blisko. Bardzo blisko. Całe moje ciało poruszało się w jej rytmie. Byłam dla niej otwarta i chciałam, by to trwało, ale czułam, że to nadchodzi.
Nie mogłam powstrzymać dźwięku, który wydarł się z moich ust miękkiego jęku, pełnego ulgi i pragnienia. Kornelia znała ten moment. Pogłębiła ruch dłoni. Przyspieszyła.
Usta zsunęły się na mój kark i wtedy rozpadłam się cała.  Mięśnie napięły się jak struna, a potem puściły. Zadrżałam w jej ramionach. Oparłam się o jej ciało. Oddychałam szybko. Nie mogłam mówić. Czułam tylko ciepło. Bezpieczeństwo i cichą satysfakcję w jej dotyku, który nie odsunął się od razu  jeszcze przez chwilę obejmował mnie tak, jakby chciała powiedzieć: „Jestem tu. Z tobą.”

Byłam osłabiona, ale to było piękne osłabienie. Miękkość w nogach, dreszcze na plecach, szybszy oddech i ciepło na policzkach wszystko we mnie było echem Kornelii, ale nie mogłam pozwolić, by to się tak zakończyło. Nie, kiedy czułam, jak jej ciało przytula się do mojego.
Nie, kiedy jej oddech był ciężki, głęboki… i pełen pragnienia. Odwróciłam się w jej ramionach. Powoli, z czułością. Była taka piękna, wilgotne włosy przyklejone do policzków, oczy przyćmione podnieceniem, usta lekko rozchylone. Uśmiechnęłam się do niej z wdzięcznością i zachwytem.
– Teraz… moja kolej – wyszeptałam, muskając jej usta. Jej spojrzenie było jak zgoda. Jak zaproszenie. Zrobiła krok w tył, aż jej plecy dotknęły chłodnej kaflowej ściany narożnika prysznica.
– Zrób ze mną, co chcesz… – powiedziała z miękkim, lekko zachrypniętym głosem.
Zadrżałam. Stanęłam przed nią blisko, bardzo blisko, czując jej skórę niemal na swojej.
Delikatnie przesunęłam dłoń od jej biodra wzdłuż talii, po żebrach, aż do piersi. Ciepła, jędrna, pełna życia. Pocałowałam ją, najpierw jedną, potem drugą, czule… z uważnością. Kornelia przymknęła oczy.
Oparła głowę o ścianę i rozchyliła lekko uda. Zrobiłam krok jeszcze bliżej. Moje usta wędrowały od piersi w dół, przez jej brzuch napięty, reagujący, cudownie drgający. Czułam każdą zmianę oddechu, każdy ruch jej ciała. Położyłam dłonie na jej udach, rozsunęłam je jeszcze odrobinę. Była już gotowa.
Miękka, wilgotna… dla mnie. Uklękłam powoli na wilgotnych kaflach. Woda spływała po moich plecach. Byłam pomiędzy jej nogami, patrzyłam na nią w górę. Otworzyła oczy. Nasze spojrzenia się spotkały.
– Och – westchnęła.
– Ciii… – odpowiedziałam cicho. – Chcę cię zasmakować…
Pochyliłam się i cicho, z nabożnym skupieniem, z ustami, które znały drogę. Pocałunek. Jeden, potem drugi, tuż nad jej najbardziej wrażliwym miejscem, jedwabistą kobiecością. Jej biodra drgnęły. Jej dłonie odnalazły moje włosy. Zaczęłam ją pieścić językiem, miękko, wilgotnie, z precyzją, która wypływała z serca, a nie z doświadczenia. Jej jęki były jak muzyka. Melodia, którą grałam tylko dla niej. Z każdą chwilą Kornelia rozluźniała się bardziej, poddawała się temu. Jej biodra poruszały się w rytmie tego jak operowałam językiem. Byłam w niej, nie tylko ciałem, ale całą sobą. Czułam, jak jej brzuch napinał się falami, jak palce mocniej zaciskały się w moich włosach. Jej ciało mówiło mi wszystko, a ja odpowiadałam. Całowałam ją, lizałam, ssałam. Z każdym westchnieniem coraz głębiej.
Jej biodra uniosły się, ciało zadrżało, a z jej gardła wydarł się cichy, krótki, pełen rozkoszy jęk.

Oparła się o ścianę, nogi ledwo ją trzymały. Objęła mnie, jak tylko mogła.
Ucałowałam jej wnętrze ostatni raz delikatnie. Jakby złożyć pieczęć. Wstałam powoli. Spojrzałyśmy na siebie. Czułam się… spełniona. Nie, więcej, połączona. Kornelia uśmiechnęła się słabo.
– Kim ty… właściwie jesteś? – zapytała cicho.

Zaniemówiłam.

Nie wiedziałam, co jeszcze się wydarzy. Nie wiedziałam, czy mam prawo pragnąć więcej, ale Kornelia spojrzała na mnie tak, jakby też nie chciała końca. Objęła mnie, przyciągnęła bliżej.
Nasze ciała wciąż były wilgotne, rozgrzane od wody, od nas samych. Jej dłonie przesunęły się po moich biodrach, potem uniosła moją nogę, aż oplótł ją mój udo. Zrozumiałam. Odpowiedziałam drugą nogą, swoim spojrzeniem, pocałunkiem. Nasze uda splotły się miękko, jakby znały tę drogę od zawsze. Pozycja była naturalna, ale też… niezwykle intymna. Lewe ramię Kornelii oparte o chłodną ścianę, prawe objęło mnie w talii. Nasze biodra zaczęły się poruszać w rytmie, który same tworzyły powoli, w zgodzie. Uczucie było inne. Delikatne, ale głębokie. Nie było już dominacji, nie było gry, była tylko bliskość. Mokre uda ślizgały się o siebie, czułość mieszała się z pragnieniem. Czasami się śmiałyśmy przez oddech, przez dreszcz, przez napięcie mięśni. Czasami milczałyśmy, skupione całkowicie na tym, co czułyśmy. Z każdą chwilą, z każdym ruchem, nasze ciała wzmacniały to, co nie miało jeszcze imienia. To, co było większe niż seks, a mniejsze niż słowo "miłość". Było tu. Między nami. Nasze napięcie rosło, ale nie wybuchało. Rozlewało się miękko, cicho, w ciałach, w spojrzeniach, aż do momentu, gdy dotarłyśmy na szczyt razem, zsynchronizowane, szeptem, westchnieniem, drżeniem. Nie pamiętam, jak długo się tuliłyśmy pod prysznicem. Woda spływała, parując z naszych rozgrzanych ciał. Czułam bicie jej serca na własnej skórze. Zamknęłam oczy.
Pocałowałam jej ramię, potem szyję. Jej dłoń głaskała mnie po plecach.
– Nie wiem, kim jesteś… – powiedziała miękko. – Ale jesteś piękna. W środku.
Spojrzałam na nią z lekkim uśmiechem.
– Ty też. Tak bardzo…
Milczenie. Potem chwyciła moją dłoń, i wtedy to się wydarzyło. Na jej nadgarstku zauważyłam cienką, metalową bransoletkę z napisem „desire”. Była wśród innych pleciona, turkusowa, cieniutka z zawieszką, jeszcze jedna skórzana, ale ta jedna… Zsunęła ją i włożyła mi na rękę.
– Pamiątka… może kiedyś zrozumiesz.
Poczułam ciepło. Nie tylko od niej we mnie. Chciałam zadać pytanie.
Chciałam zapytać kim dla niej jestem, co znaczy to wszystko, ale wtedy… Powietrze zadrżało.
Woda w prysznicu jakby przyspieszyła. Światło stłumiło się, a kolory zaczęły falować.
– Nie… nie teraz… – szepnęłam, z trudem łapiąc oddech.
Kornelia spojrzała na mnie zaskoczona.
– Co się dzieje?
Nie odpowiedziałam. Wybiegłam z łazienki, mokra, rozdygotana. Chwyciłam ubrania i… dziennik. Otworzyłam go drżącymi dłońmi, a wtedy wszystko zgasło…


1 komentarz

 
  • Użytkownik Jakub

    Ależ masz wyobraźnię.. skąd bierzesz pomysły na te historie.. bardzo miła ucieczka w świat ciekawszy niż ten realny..  myslę że to nie koniec tej historii... mam nadzieję..  

    12 godz. temu

  • Użytkownik iskra957

    @Jakub Na pewno nie skończę na tym, jedna część sie jeszcze zapowiada :*

    11 godz. temu