Mój mąż stał w progu, cały trząsł się z zimna i wściekłości. Wyglądał żałośnie w swoim drogim płaszczu, który teraz był mokry od śniegu. Marek nie tracił czasu. Pchnął go lufą prosto w klatkę piersiową, aż tamten poleciał na ścianę korytarza. Gliniarz stał z boku, ciężko oddychając, z ręką na kaburze, ale nie ruszył się. Chyba sam nie wiedział, czy ma mnie bronić, czy patrzeć, jak Marek robi z mojego małżeństwa miazgę.
- Mówiłem, wybieraj - rzucił Marek, nie patrząc na mnie. - Albo go wykastrujesz wzrokiem i pozwolisz mi go stąd wypierdolić, albo sama podejdziesz i pokażesz temu frajerowi, co stracił.
Czułam, jak krew pulsuje mi w skroniach. To nie był strach. To była chora adrenalina, której nigdy wcześniej nie czułam w mieście. Podeszłam do męża, który próbował coś wybełkotać przez zęby, ale Marek uderzył go kolbą pistoletu w brzuch. Mąż zgiął się w pół i zwymiotował na deski podłogi. Smród był okropny, ale Marek tylko zaśmiał się pod nosem.
- Patrz na nią, debilu - Marek złapał mnie za włosy i przyciągnął do siebie, zmuszając do patrzenia na leżącego na podłodze faceta. - Twoja żona nie jest już tą grzeczną laleczką z apartamentu.
Marek pchnął mnie w stronę męża. Upadłam na kolana, tuż przy jego twarzy. Mój mąż próbował złapać mnie za rękę, ale odsunęłam się z obrzydzeniem. W tym momencie Marek podszedł do gliniarza i bez słowa wyrwał mu broń z ręki. Teraz miał dwie sztuki. Jedną rzucił na stół, a drugą wymierzył prosto w głowę mojego męża.
- Rozbieraj się - rozkazał Marek, patrząc na mnie. - Zdejmij z niego te szmaty. Niech widzi, jak cię dotykam, kiedy on nie może nic zrobić.
Zaczęłam rozpinać guziki płaszcza mojego męża. Moje palce drżały, ale nie ze strachu, tylko z podniecenia. Czułam na sobie wzrok dwóch facetów, a ten trzeci, mój mąż, był tylko przeszkodą, którą trzeba było zmiażdżyć. Kiedy zrzuciłam z niego ubranie, Marek kazał mi klęknąć. Gliniarz w końcu się ruszył, podszedł bliżej i stanął za moimi plecami. Czułam jego dłoń na karku. Była ciężka i gorąca.
- Dobra, teraz pokaż mu, jak to robisz, kiedy nie musisz kłamać - warknął Marek, siadając na krześle i mierząc z broni w mojego męża.
Nie miałam wyboru, a prawdę mówiąc, nawet nie chciałam mieć. Zaczęłam ssać gliniarza, który wpychał mi palce we włosy, ciągnąc głowę w dół. Mąż patrzył na to z przerażeniem, wył coś pod nosem, ale Marek tylko śmiał się, każąc mu być cicho. Czułam smak słonego potu i surowy zapach męskiego ciała. To było brutalne i nieczyste. W pewnym momencie Marek wstał, podszedł do nas i kopnął mojego męża w żebra, żeby ten nie mógł odwrócić wzroku.
- Patrz, jak twoja własność zmienia właściciela - rzucił Marek, wyciągając swojego kutasa.
Był twardy jak stal. Marek kazał mi przestać z gliniarzem i skupić się na nim. Czułam jego dłoń na mojej szczęce, kiedy wpychał mi go do gardła tak głęboko, że aż się dławiłam. Łzy napłynęły mi do oczu, ale to było najlepsze uczucie w życiu. Byłam w tej chacie jak w klatce, z trzema samcami, którzy walczyli o dominację, a ja byłam nagrodą.
Marek złapał mnie za włosy i zaczął mną wywijać, zmuszając do szybkiego tempa. Gliniarz w międzyczasie podszedł do mojego męża i zaczął go okładać pięściami, żeby ten nie przestał patrzeć. To była rzeźnia. Ściany chaty drżały od uderzeń, a w powietrzu czuć było krew i nasienie.
- Chcesz więcej, suko? - zapytał Marek, wyciągając mnie z gardła i przekręcając na czworaka.
Wbił się we mnie bez przygotowania, prosto od tyłu. Jęknęłam głośno, czując jak rozrywa mnie w środku. Gliniarz podszedł i zaczął mnie obmacywać, wpychając palce w moją cipkę, która była już całkowicie mokra od tego wszystkiego. Mąż leżał na podłodze, zakrwawiony i pokonany, patrząc jak Marek wygina moje ciało w łuk.
Marek bił mnie po pośladkach, każde uderzenie zostawiało czerwone ślady. Krzyczałam wniebogłosy, a echo niosło się po pustych górach. Nie obchodziło mnie, czy ktoś to usłyszy. Nie obchodziło mnie, że mąż patrzy. Marek złapał mnie za biodra i zaczął walić z całej siły, każąc mi krzyczeć jego imię.
- Powiedz, czyja jesteś - ryczał Marek, wbijając się coraz głębiej.
- Twoja - wykrztusiłam, chwytając się krawędzi stołu, żeby nie upaść.
Gliniarz wciąż majstrował przy mnie z przodu, drażniąc łechtaczkę, aż w końcu poczułam, że zaraz eksploduję. Marek przyspieszył, jego oddech był ciężki i urywany. W tym momencie drzwi od chaty znowu się otworzyły. Do środka wpadł podmuch mroźnego powietrza i kolejna postać, której nikt się nie spodziewał.
To był ktoś, kto wyglądał jak strażnik leśny, ale w ręku trzymał siekierę. Marek przerwał na chwilę, gliniarz odskoczył, a ja zostałam w tej upokarzającej pozycji, z wypiętym tyłkiem i rozmazanym makijażem, patrząc na nowego gościa, który nie mrugnął nawet okiem na ten cały syf.
- Koniec zabawy - powiedział obcy, patrząc prosto na mnie. - Teraz wyjdziecie wszyscy na zewnątrz, albo spalę tę chatę razem z wami.
Materiał znajduje się w poczekalni.
Prosimy o łapkę i komentarz!
Dodaj komentarz