Zamarłam. Serce waliło mi w piersi jak szalone, czułam jak krew odpływa z twarzy. Marek rzucił na mnie jakąś szmatę, która leżała na podłodze, i zeskoczył z fotela. Był nagi, potężny, w tej półmroku wyglądał jak jakiś dziki zwierz. Nie pytał dwa razy. Złapał za leżący przy kominku ciężki pogrzebacz. Jego mięśnie na plecach napięły się jak liny.
- Cicho bądź - syknął, rzucając mi krótkie spojrzenie, w którym nie było krzty ciepła.
Wstałam na trzęsących się nogach. Byłam cała lepka, między udami czułam jego nasienie, które powoli spływało mi po nogach. To było upokarzające, a jednocześnie nakręcało mnie jeszcze bardziej. Marek podszedł do drzwi, stąpając bezgłośnie po drewnianych deskach. Waliło dalej. Łup łup łup. Ktoś nie miał zamiaru odpuścić.
- Kto tam? - ryknął Marek, a jego głos był niski i chropowaty.
Odpowiedzią była kolejna seria uderzeń, tym razem mocniejszych. Drzwi zatrzęsły się na zawiasach. Marek przeklął pod nosem, odsunął zasuwę i szarpnął drzwi do siebie. Do środka wpadł podmuch mroźnego powietrza i śnieżny pył. W progu stał facet w ciężkiej kurtce, z twarzą zasłoniętą kominiarką. Wyglądał jak zbój. W ręku trzymał coś, co przypominało łom.
Marek nawet nie mrugnął. Wyrwał przybyszowi narzędzie z ręki i uderzył go prosto w twarz kolbą swojego pogrzebacza. Facet zwalił się na ziemię z głuchym jękiem. Marek nie czekał, przydepnął mu klatkę piersiową i zaczął okładać go pięściami. To nie była walka. To była egzekucja. Słyszałam chrzęst łamanych kości, czułam zapach świeżej krwi, który w mgnieniu oka wypełnił przedpokój.
- Pytam jeszcze raz, kto cię przysłał - Marek wrzeszczał, a na jego dłoniach pojawiały się czerwone plamy.
Facet pod maską charczał, krztusząc się własną krwią. Marek podniósł go za kołnierz i rzucił w stronę ściany. Złapał go za gardło i docisnął do drewna. Wtedy zauważyłam, że to nie jest jakiś obcy zbój. Z kieszeni intruza wypadł telefon, który wpadł prosto w szczelinę między deskami podłogi. Marek puścił go, a facet osunął się na ziemię.
- Wynocha stąd, zanim cię zabiję - Marek był w amoku.
Intruz, ledwo żywy, zaczął czołgać się w stronę wyjścia. Marek nie gonił go. Zamknął drzwi na klucz, zasunął zasuwę i oparł się o nie plecami. Ciężko oddychał. Jego oczy były przekrwione, a na klatce piersiowej miał świeże zadrapania. Spojrzał na mnie. W tym wzroku było coś przerażającego. Nie było tam już pożądania, była czysta, surowa władza.
- Podejdź tutaj - powiedział, nie zmieniając tonu.
Nie ruszyłam się. Bałam się go. Był niebezpieczny, bardziej niż ktokolwiek, kogo w życiu spotkałam. On podszedł do mnie, jednym susem pokonał dystans między nami. Złapał mnie za włosy i odchylił moją głowę do tyłu.
- Mówiłem, podejdź - powtórzył, zaciskając palce na moich włosach.
Pociągnął mnie w stronę fotela, na którym przed chwilą przeżyłam najlepszy orgazm w życiu. Wepchnął mnie na niego, a potem zaczął rozpinać swoje spodnie, których nie zdążył do końca założyć. Jego członek był twardy, nabrzmiały od gniewu i adrenaliny.
- Skoro już tu jesteś, to musisz wiedzieć jedno - powiedział, patrząc mi prosto w oczy. - Tutaj nie ma zasad świata na zewnątrz. Tutaj liczy się tylko to, co ja powiem. Jeśli jeszcze raz spróbujesz mnie nie słuchać, jeśli jeszcze raz pomyślisz, że możesz mieć własne zdanie, to skończysz jak ten śmieciarz za drzwiami. Zrozumiałaś?
Kiwnęłam głową, bo głos uwiązł mi w gardle. Marek uśmiechnął się krzywo, a potem chwycił mnie za ramiona i brutalnie odwrócił przodem do fotela.
- Oprzyj się - wydał rozkaz.
Zrobiłam to. Wypięłam się, czując na plecach jego gorący oddech. Jego dłonie, szorstkie i twarde, wylądowały na moich pośladkach. Rozszerzył je bez żadnej delikatności, jakby był właścicielem towaru, który kupił na targu.
- Jesteś taka mokra - mruknął, wbijając palec w moją cipkę. - Mimo że się boisz, twoje ciało chce więcej. Jesteś dziwką, która tylko na to czekała.
Jego palce wchodziły we mnie bez litości, rozciągając mnie do granic możliwości. Bolało, ale to był ten rodzaj bólu, który sprawiał, że nogi same mi się ugięły. Wbił we mnie swoje palce, rytmicznie, mocno, aż zaczęłam jęczeć.
- Proszę - wydusiłam.
- Prosisz o co? - zapytał, wchodząc we mnie jednym, potężnym ruchem.
Poczułam, jak rozrywa mnie na pół. To nie był seks, to była dominacja w najczystszej postaci. Uderzał we mnie z taką siłą, że czułam jak moje ciało obija się o twardy fotel. Każdy jego ruch był jak uderzenie młotem. Nie było żadnych pieszczot, żadnego całowania. Tylko brudny, zwierzęcy seks. Marek trzymał mnie za włosy, kontrolując tempo, zmuszając mnie do przyjmowania każdego centymetra.
- Pytam, czyja jesteś? - warczał mi do ucha, czując jak jego własna podniecenie osiąga szczyt.
- Twoja, twoja, jestem twoja! - wrzeszczałam, nie panując nad sobą.
Zaczął uderzać jeszcze szybciej. Czułam, jak jego żołądź obija się o moją szyjkę macicy. To było nie do zniesienia, a jednocześnie nie chciałam, żeby to się kiedykolwiek skończyło. Moja cipka była pulsująca, gorąca, wypełniona jego twardym, pulsującym członkiem. Każdy jego ruch sprawiał, że moje wnętrze zaciskało się na nim coraz mocniej.
- Dobrze - wysapał, a jego ruchy stały się jeszcze bardziej gwałtowne. - Pokaż mi, jak bardzo jesteś moja.
Złapał mnie za biodra i podniósł, sprawiając, że nasze ciała zderzyły się z jeszcze większą siłą. Byłam w szale, w transie. Czułam jak wszystko inne znika. Lawina, intruz, cały świat zewnętrzny przestał istnieć. Liczyło się tylko to tarcie, ten ból, ta dzika przyjemność, która rozrywała mnie od środka.
W pewnym momencie Marek przestał. Złapał mnie mocno za biodra, przytrzymał w bezruchu, a potem zaczął wchodzić we mnie powoli, centymetr po centymetrze, delektując się każdym moim drżeniem.
- Nie kończ jeszcze - wyszeptałam, czując jak brakuje mi powietrza.
- Ja decyduję, kiedy skończymy - odparł surowo.
Wtedy usłyszeliśmy kolejny dźwięk. Tym razem to nie było pukanie. To był huk wyważanych drzwi od strony kuchni. Ktoś wdarł się do domu. Marek natychmiast wycofał się ze mnie, rzucając mnie na podłogę. Wstał, naciągnął spodnie i wyciągnął zza paska pistolet, o którym wcześniej nie miałam pojęcia.
- Zostań tutaj i nie waż się ruszyć - rzucił, nie patrząc na mnie.
Zanim zdążyłam zareagować, w progu kuchni stanęła postać. To nie był ten sam facet. To był ktoś w mundurze, z latarką w ręku, która oślepiła mnie na sekundę.
- Marek, odłóż broń! Policja! - rozległ się krzyk.
Marek roześmiał się, ale był to dźwięk pozbawiony radości. To był śmiech człowieka, który nie ma już nic do stracenia.
- Policja? W taką pogodę? Nie wierzę w bajki - powiedział, celując prosto w głowę intruza w mundurze.
Patrzyłam na nich, skulona na podłodze, z rozchylonymi nogami, z resztkami jego nasienia na udach. Marek spojrzał na mnie kątem oka, a w jego spojrzeniu zobaczyłam coś, czego nigdy nie zapomnę. Wyrok.
- Teraz musisz wybrać - powiedział, nie spuszczając oka z policjanta. - Albo będziesz moją kobietą i zrobisz wszystko, żebyśmy stąd wyszli cali, albo zaraz oboje zdechniecie. Co wybierasz?
Materiał znajduje się w poczekalni.
Prosimy o łapkę i komentarz!
Dodaj komentarz