Materiał znajduje się w poczekalni.
Prosimy o łapkę i komentarz!

Odcięci od świata 1

Miałam mieć tydzień świętego spokoju. Zero maili od szefa, zero durnych telefonów, żadnego udawania, że mnie to wszystko obchodzi. Wynajęłam tę chatę w górach, bo wyglądała na zdjęciach jak wyjęta z horroru klasy B, ale w tym pozytywnym sensie. Drewno, kominek, cisza. Tylko ja i moje dwa kartony wina. Wjechałam tam w piątek, kiedy jeszcze jako tako dało się przejechać przez te leśne wyboje. Potem jebnęło. Śnieg sypał tak gęsto, że nie widziałam własnego nosa za szybą. W sobotę rano nie było już nawet drogi. Zaspy do kolan, a może i wyżej. Odcięło mnie zupełnie.

Siedziałam w salonie, owinięta kocem, próbując odpalić to cholerne drewno w kominku. Nie wyszło. Dym walił do środka tak mocno, że musiałam otworzyć okno, mimo że mróz niemal od razu wdarł się do środka. Wtedy usłyszałam ten dźwięk. Ciężkie kroki na werandzie. Ktoś odgarnia śnieg, ale z taką furią, jakby chciał zniszczyć świat.  

Drzwi otworzyły się z hukiem. Do środka wpadł facet. Wielki, w jakimś starym kożuchu, z brodą pokrytą szronem. Wyglądał jak niedźwiedź, który właśnie wstał z zimowego snu i jest wkurwiony na cały świat. To był właściciel, Marek. Widziałam go raz, kiedy przekazywał mi klucze w wiosce na dole. Wtedy wydawał się dość spokojny, teraz wyglądał jakby miał ochotę mnie udusić.

- Co ty tu odpierdalasz? - zapytał bez przywitania, rzucając ciężką torbę na podłogę.  

- Próbuję rozpalić w kominku - odpowiedziałam, czując jak robi mi się gorąco ze złości. - Nie wychodzi mi.

Podszedł do mnie bez słowa. Czuć było od niego mróz i tanią benzynę. Odepchnął mnie niemal brutalnie od paleniska. Nie pytał czy może, nie przepraszał. Po prostu klęknął i zaczął poprawiać te moje marne szczapy drewna. Jego dłonie były wielkie, zniszczone, z czarnymi od smaru paznokciami. Patrzyłam na niego z góry i czułam, jak rośnie we mnie jakaś dziwna irytacja. Był tutaj u siebie, więc zachowywał się jak pan i władca.

- Jesteś beznadziejna - rzucił, nie odwracając głowy. - Nawet ognia nie potrafisz utrzymać. W tym domu musisz słuchać, jak mówię, bo inaczej zamarzniemy tutaj oboje w ciągu dwóch dni. Prąd nie wróci przez tydzień. Droga jest zablokowana.

- Nie prosiłam cię o przyjazd - odparłam, zakładając ręce na piersi.  

Spojrzał na mnie. Miał oczy w kolorze wypalonej ziemi, zimne i nieruchome. Przejechał wzrokiem po moich nogach, potem po dekolcie, a na końcu zatrzymał się na mojej twarzy. To nie było spojrzenie faceta, który chce podrywać. To było spojrzenie kogoś, kto ocenia przedmiot.

- Nie prosiłaś, ale tu jestem. I teraz to ja rządzę tym bajzlem. Wynoś się do kuchni. Zrób kawę, jeśli masz jeszcze gaz w butli.  

Poczułam ukłucie w żołądku. Chciałam go wyrzucić, ale przecież nie miałam wyboru. Byłam tutaj uwięziona z gościem, który traktował mnie jak idiotkę. Poszłam do kuchni, czując na plecach jego wzrok. Czułam się tam jak intruz, a to przecież ja za to zapłaciłam. Wróciłam po chwili z dymiącym kubkiem, a on siedział już przy kominku, wpatrzony w płomienie. Zdjął ten swój ciężki kożuch i siedział w samej koszuli flanelowej. Był potężny, jego ramiona wydawały się szerokie jak framuga drzwi.

- Masz - postawiłam kawę na niskim stoliku.

Wziął kubek, ale zamiast go wypić, odstawił go na podłogę. Złapał mnie za nadgarstek. Jego dłoń była gorąca, wręcz parząca w porównaniu do temperatury w pomieszczeniu. Zamarłam. Nie wiedziałam czy mam się wyrwać, czy po prostu stać.  

- Siadaj - powiedział krótko, wskazując na dywan przed sobą.

- Co ty sobie wyobrażasz? - zapytałam, próbując wyrwać rękę.

Mocniej zacisnął palce. Nie bolało, ale czułam, że nie mam żadnej szansy, żeby się uwolnić. Był silny jak maszyna.

- Powiedziałem, siadaj. Tutaj nie ma miasta, nie ma twoich zasad, nie ma twojego szefa. Jesteś tylko ty, ja i zima. Jeśli chcesz przetrwać ten czas w spokoju, nauczysz się słuchać moich poleceń. Jasne?

Serce waliło mi jak młot. Czułam strach, ale pod nim kryło się coś jeszcze. Coś, czego nie chciałam przed sobą przyznać. Był surowy, był dupkiem, ale był jedynym mężczyzną w zasięgu wzroku. A ja byłam sama w tej cholernej chacie od czterech dni.

- A jak nie, to co? - wyzwałam go, choć głos mi drżał.

Uśmiechnął się, ale to nie był miły uśmiech. Był drapieżny. Pociągnął mnie lekko, tak że straciłam równowagę i upadłam na kolana tuż przed nim. Poczułam zapach drewna, potu i czegoś jeszcze, czego nie potrafiłam nazwać.  

- To po prostu będziesz żałować, że tu przyjechałaś - mruknął, puszczając moją rękę i sięgając do kieszeni spodni. Wyjął stamtąd kawałek sznurka, zwykły sznurek od snopowiązałki, który pewnie znalazł w szopie. Zaczął go powoli zwijać w dłoniach, patrząc mi prosto w oczy. - Widzisz to? To nie jest dla zabawy.  

Zaczęłam oddychać szybciej. Klaustrofobia tego miejsca zaczęła działać. Ściany wydawały się zbliżać, a on był jak kot, który bawi się myszą, zanim ją zje.  

- Co ty chcesz zrobić? - zapytałam, czując, że moje własne ciało mnie zdradza. Chciałam uciec, ale jednocześnie chciałam wiedzieć, co będzie dalej.  

- Chcę sprawdzić, czy masz choć trochę pokory - odpowiedział, wstając powoli.  

Podszedł do drzwi wyjściowych i przekręcił klucz w zamku. Potem wyjął go i schował do kieszeni. Zostałam zamknięta w środku z człowiekiem, o którym nie wiedziałam absolutnie nic, poza tym, że jest niebezpieczny. Wrócił do mnie, stanął nade mną i popatrzył z góry.

- Teraz rozbierz się. Zdejmij sweter i spodnie. Chcę zobaczyć, czy nie masz nic ukrytego w kieszeniach. Nie ufam ci.

Zatkało mnie. Czułam, jak krew uderza mi do twarzy.  

- Jesteś popierdolony - wycharczałam.

Marek zrobił krok w moją stronę, wchodząc w moją przestrzeń tak głęboko, że czułam jego oddech na twarzy. Przeciągnął dłonią po moim policzku, a potem zacisnął palce na mojej brodzie, zmuszając mnie do patrzenia w jego oczy.

- Mówiłem, że tutaj panują inne zasady. Zdejmuj to. Albo zdejmę ci to sam, ale wtedy nie gwarantuję, że nie rozerwę przy tym ubrania. Wybieraj, skarbie. Szybko.

NocnaKrolowa

opublikowała opowiadanie w kategorii erotyka, użyła 1174 słów i 6312 znaków.

Dodaj komentarz