Deszcz cz 8

W klasztorze kobiety spały osobno, ale mistrz wiedział wszystko. Dlatego Koi spała obok mnie. Właściwie oboje nie spaliśmy, bo sen nie chciał nas wziąć w swoje objęcia. Jakby mógł! Chciałem dotknąć jej dłoni, ale nie zrobiłem tego. I wiedziałem dlaczego.

Rano wstaliśmy i znowu panowało milczenie, ale nie dlatego, że nie mieliśmy nic do powiedzenia. Przeciwnie, nie chcieliśmy mącić kojącej ciszy.

Rano pożegnałem mistrza i braci. Koi odprowadziła mnie kilkaset metrów. Zamówiłem taksówkę. Przytuliła się do mnie. Czułem jej gorące serce. Dopiero w taksówce otarłem łzę. Wracałem do innego świata.

Trzydzieści trzy lat wcześniej.

Hajze miał cztery, a ja sześć lat. Nie widziałem nigdy uśmiechu na jego twarzy. Nie mówię o moim bracie, tylko o Joshepie Parkerze. Matka również nie tuliła mnie ani nie całowała. Kiedy okazałem tylko małą oznakę nieposłuszeństwa, dostawałem pasem. Nie zawsze tylko w tyłek. Czasem po plecach, nie raz uderzył mnie w rękę.

— Jesteś mięczakiem, zrobię z ciebie mężczyznę. — mawiał, kiedy płakałem po laniu.

Ostatni raz uroniłem łzę rok temu. Czy go to zadowoliło? Skąd. Twierdził, że jestem za wrażliwy.

Właściwie to dziwne, skąd to miałem. Zimny głaz i wystraszona, wiecznie smutna kobieta, która bała się oddychać w obecności mojego ojca. Pochodził z Hiszpanii. Później dowiedziałem się, że był zamieszany w sprawy z terrorystami z organizacji ETA.

— Nie jestem wrażliwy, jestem twardy — odrzekłem na jego zarzut.

— Nie pyskuj mi. Wiem lepiej. Chcesz oberwać za dyskusję?

— Nie tato.

— Spójrz na Hajze, ma cztery lata i jest lepszy od ciebie. Nie mogę patrzeć na twoje dobre oczy.

— To źle, że chcę być dobry? — zapytałem bez strachu.

— Ten świat jest zły. Nie ma miejsca dla mięczaków. Myślałem, że ty poprowadzisz interesy, kiedy ja już nie będę mógł trzymać broni. Ale to twój brat zajmie to miejsce.

— Dobrze, tato.

Pokręcił głową.

— Mężczyzna nie zgadza się łatwo jak jakaś panienka. Idź do pokoju, mam ważne sprawy.

Poszedłem. Nie rozumiałem jego postępowania. Kiedy dyskutowałem, bił mnie. Kiedy się zgadzałem, też nie był zadowolony. Ponieważ nie otrzymałem, tego, co podświadomie pragnąłem, zajmowałem się bratem. Kochałem go, bo był jedyną istotą, która pozwalała się kochać. Broniłem go, przed nawet starszymi ode mnie. W sumie miał zadziorną naturę. Lubił psocić. Być może wiedział, że go obronię w razie czego...

W końcu przyszedł ten dzień.

— Jesteś do niczego. Polecisz do Japonii. Tam są prawdziwi mężczyźni i naucza ci być jak oni.

— A Hajze?

— Zostanie ze mną. Jest dokładnie taki, jak chcę, żeby był. Ty taki nigdy nie będziesz.

— Zrobię, jak chcesz, tato.

Zaczął się śmiać.

— A co myślałeś, że mi się sprzeciwisz. Jedziesz dwa tygodnie będę cię oglądał i myślę, że potem już cię nigdy nie zobaczę.

Pani Parker siedziała przy stole. Chyba dostrzegłem łzę na jej policzkach. Musiałem zbyt długo patrzeć i to zwróciło uwagę Josepha Parkera.

— Czego ryczysz? Zostanie ci jeden, ten lepszy syn. Nigdy nie jesteś zadowolona, a dałem ci wszystko.

I tak nadszedł dzień wylotu. Miałem prawie siedem lat. Bez kilku miesięcy...

Wszyscy w samolocie byli bardzo mili i dziwili się, że taki mały chłopiec sam leci. Pani z obsługi wzięła mnie nawet na kolana i zaczęła czesać mi moje lekko kręcone włosy.

— Czemu pani to robi? — zapytałem.

— Dlaczego cię czeszę?

— Też, ale głównie, dlaczego wzięła mnie pani na kolana.

Zrobiła zdziwioną minę.

— Mamusia nigdy cię nie brała?

— Nie. Pewnie Joseph Parker nie byłby zadowolony.

Ty jesteś Euri Parker, pan Joseph to twój tata, dlaczego tak mówisz?

— Pozwalał mi mówić tato, ale najbardziej był najmniej niezadowolony, kiedy nazywałem tatę: pan Joseph Parker.

— Euri, ty dziwnie mówisz. Najbardziej był najmniej niezadowolony. Co to znaczy?

— Tata nigdy nie był zadowolony. Więc nie mogę powiedzieć, że nie był zadowolony.

— Lecisz do Japonii do rodziny?

— Nie proszę pani. Odbiorą mnie znajomi Yakuza.

Kobieta zmarszczyła brwi?

— To są gangsterzy.

— Tak, proszę pani. Joseph Parker uważa, że jestem zbyt miękki.

— Biedne dziecko — szepnęła stewardessa.

— Przepraszam, ale nie jestem biedny, o ile mogę powiedzieć, że jestem wciąż dzieckiem mojego taty. Tata ma dużo pieniędzy. Coś słyszałem, że ma dwa miliony funtów.

Pocałowała mnie w policzek.

— Czemu to pani zrobiła? — zapytałem.

— Mama cię nigdy nie pocałowała? — zapytała jeszcze bardziej zdziwiona.

— Nie pamiętam. Chyba raz jak, jak Hajze się urodził, a pana Josepha Parkera nie było w domu.

Pocałowała mnie jeszcze raz i przytuliła. Zobaczyłem, że ma łzy w oczach.

— Jest pani smutna?

— Nie — odrzekła i wytarła łzy.

Do końca lotu podchodziła kilka razy i donosiła mi różne smakołyki. W końcu zasnąłem, bo lot trwał długo.

Na lotnisku czekałem dość długo na tych Yakuza. Kiedy przyszli po mnie zrozumiałem, że to tacy sami ludzie jak tata, tylko trochę milsi.

Po kilku dniach powiedzieli mi, że zawiozą mnie gdzie indziej.

— Byłem grzeczny? — zapytałem lekko zaniepokojony.

Mężczyźni byli fajni. Dużo się śmiali i pili mocny alkohol. Dali mi spróbować. Przez te kilka dni bawiłem się nieźle. Dali mi również postrzelać. I to sprawiło mi sporą radość.

— A dlaczego mam wyjechać?

— Zajmie się ktoś tobą. Nauczy cię wielu przydatnych rzeczy.

I tak pojechałem do Nagoja. Tu już na dworcu czekał na mnie miły pan. Miał na sobie czarne ubranie, wyglądające trochę inaczej.

— Jestem Kensi — Omura. — powiedział z mocnym akcentem.

— A ja jestem Euri Parker. — odrzekłem.

— Skoro masz tu trochę pobyć, musisz nauczyć się języka.

— Dobrze, będę się starał. Dlaczego ma pan takie dziwne ubranie?

— To kimono. Jestem nauczycielem.

— Będzie mnie pan uczył języka japońskiego?

— Będę cię uczył wszystkiego.

Wsiedliśmy do małego samochodu. Po kilkunastu minutach dojechaliśmy do dziwnej budowli.

— Tu będziesz mieszkał. Nauczę cię jak musisz postęować. To buddyjski klasztor i w środku nie możesz nosić butów.

— Dobrze proszę pana.

I tak zacząłem mieszkać w klasztorze. Kensi — Omura był mistrzem sztuk walki, czego mi nie powiedział. Szanowano tu wszystkich i wszystko, nawet muchy, ale mistrza szanowano prawie tak mocno, jak głównego mnicha.

Po tygodniu znałem już wiele zasad i kilkanaście japońskich słów. Nauczyłem się myć podłogę i zmywać naczynia. Wszyscy tu byli dla mnie bardzo mili, nawet więcej niż pani Emma z samolotu, z tym że nikt mnie tu nie brał na kolana i nie całował.

Minął już trzeci tydzień, kiedy do klasztoru przywieziono umierającą dziewczynkę. Jej mam była biedna, ale nie dlatego nie pojechała do szpitala. Ufała Kensi — Omura, bo miał nadzwyczajne zdolności. Potrafił podobno przywracać do życia.

— Pani Osaka, nie wiem, czy będę mógł pomóc — rzekł, kiedy ją zobaczył.

— Proszę pomóc, mistrzu. — upadla na kolana.

— Wstań Mariko — położył dłoń na jej głowie.

Dziewczynka miała tyle lat co Hajze, ale była dużo bardziej drobna. Ułożono ją na macie. Obserwowałem jak mistrz położył dłonie na jej sercu i głowie. W koło paliły się kadzidła. Nagle spojrzał na mnie.

— Podejdź, Euri.

Zrobiłem to mocno zatroskany.

— Połóż dłoń na jej sercu.

Zrobiłem to, a mistrz Hensi — Omura położył dłonie na jej skroniach.

— Pomagam?

Uśmiechnął się.

— Masz złotą aurę, to bardzo rzadko się zdarza. Znam dwie osoby, które taką mają.

— Och, kim są.

— Mój mistrz Zao i ty. Dzięki temu mała Koi ożyje.

Byłem tak zaaferowany, że nie zauważyłem, że dziewczynka nie oddycha. Trzymałem dłonie na jej sercu. Upłynęło sporo czasu, może pół godziny, kiedy dziewczynka otworzyła oczy. Spojrzała w koło i dopiero na mistrza, a potem na mnie.

— Watashi wa tengoku ni imashitaga, naze modotte kitanedesu ka? — zapytała.
(Bylam w niebie, dlaczego wróciłam?)
— Anata wa hatasubeki shimei o motte imasu. — odrzekł mistrz.
(Masz coś tu do zrobienia)
Nie wiedziałem co powiedzieli, ale poczułem się dobrze.

Dziewczynka spojrzała na mnie.

— Kono otokonoko wa dare. — zapytała ponownie.
(Kim jest ten chłopiec)
— Tenshi. Kore wa wathashi to issho no anata no tenshidesu. — odrzekł Kensi — Omura.  
(Anioł. Właśnie z nim chcesz być)
— Arigato...anata wa.

Popatrzyłem na mistrza Hensi.

— Co dziewczynka powiedziała?

— Dziękuje ci, że jesteś.

— Proszę jej powiedzieć, że będę się nią opiekował. Ma tyle lat co mój mały brat, Hajze.

— Watashi wa anata no sewa o shimasu.-- rzekł.
(Powiedział, że będzie się Tobą opiekował)
Dziewczynka powoli przesunęła dłoń i ujęła moją. Poczułem błogość. Ciepło i coś, czego jeszcze nie znałem.

Została kilka dni i mistrz dawał jej różne mikstury i wbijał igły. I oczywiście jadła i piła. Na czwarty dzień wstała. Po dwóch dniach zabrała ja mama. Zrobiło mi się smutno. Powiedziałem o tym mistrzowi.

— Szkoda, że pojechała do domu. Była taka miła i dobra.

Kensi patrzył długo na mnie.

— Nie zostawisz jej nigdy?

— Nie — odrzekłem bez chwili zastanowienia.

Potem nie rozmawialiśmy o tym. Wykonywałem wszystko co mówił mistrz. Wieczorem nie mogłem znać, bo nadal czułem ciepło jej dłoni.

A na drugi dzień dziewczynka wróciła. I mistrz powiedział, że już tu zostanie. Jej mama ją często odwiedzała. Kiedy przyszła na drugi dzień długo rozmawiała z mistrzem i ciągle spoglądała na mnie.

W końcu skończyła rozmawiać i podeszła do mnie.

— Arigato, Euri — san.
(Dziękuję Euri )
Zrozumiałem.

— Uśmiechnęła się.

— Ame — san.

Spojrzałem na mistrza.

— To twoje imię w naszym języku. — rzekł.

— Ładnie brzmi.

— Wathashi wa kino aishimasu.
(Wczoraj cię pokocham)
Ona spojrzała na mistrza, a on na mnie.

— Co chcesz powiedzieć?

— Że kiedyś ją pokocham.

Mistrz uśmiechnął się i powiedział.

— Powiedziałeś: wczoraj pokocham.

Mistrz wziął kawałek papieru i napisał po japońsku i po angielsku.

— Przeczytaj to jej.

— Itsuka wathashi wa ananta o aishimasu.
(Kiedyś cię pokocham)
Dziewczynka spojrzała na mnie i zapytała.

— Shinkendesu ka?
( Mówisz poważnie?)
— Hai — odrzekłem, bo zrozumiałem.
(Tak)
Wzięła mnie za rękę i długo trzymała.

— Euri — san, możecie się bawić, tylko wróćcie przed wieczorną modlitwą.

— Dobrze, mistrzu.

Znowu na mnie popatrzył i zawołał bym podszedł bliżej.

— Opiekuj się nią. Ona jest specjalna i jej imie jest tym czym ona jest.

— A co znaczy jej imię?

— Miłość.

Poczułem się dobrze. Pierwszy raz w życiu.

Bawiłem się z Koi każdego dnia, kiedy padał deszcz bawiliśmy się w świątyni. Uczyłem się japońskiego i ich obyczajów. Minęło pięć lat. Koi uczyła się sztuk walki ze mną.

Pozwolono nam pojechać do Tokio. Byłem już dość dobry w walce na miecze, strzelaniu z łuku i walce wręcz, ale wciąż pozostawałem młodzieńcem. Namówiłem Koi, że odwiedzimy moich przyjaciół. Nie mówiłem jej, że to Yakuza. I ta wyprawa o mało nie zakończyła sie da nas tragicznie. Przypomniałem sobie adres, ale wyszliśmy o jedna stacje metra za wcześnie. Zamiast jechać dalej, szliśmy. Dawno już zaszło słońce. W innym kraju ktoś by zwrócił uwagę, że doje dzieci idzie ulica po zmroku. Nie w Tokio i to w takiej dzielnicy. Poznawałem okolicę na nosa, bo trochę się zmieniło. Zobaczyliśmy rannego młodzieńca. Miał zakrwawioną białą koszulę. Zanim zdołałem zapytać co mu jest dostrzegłem, że goni go dwóch ludzi z mieczami.

W Japonii noszenie miecza jest zabronione, wiec z pewnością to byli bandyci. Coś jak Yakuza, ale gorsi. Nadal wielu przestępców nie znosiło broni palnej. Widocznie ci do nich należeli.

— Ty śmieciu, zaraz rozetnę ci łeb — krzyczał jeden.

— Nie zabijajcie mnie. Mój ojciec zapłaci — błagał młodzieniec.

Klęczał, a zbiry stały dwa metry obok.

— Już zapłacił, to czemu masz żyć? — zaśmiał się drugi.

Koi uchwyciła mnie za rękę, bo wyczuła co chce zrobić. Ale spojrzałem na nią i zrozumiała.

— Hej, ty synu kulawego osła, taki jesteś odważny, że zabijesz bezbronnego?

Obaj spojrzeli na nas.

— Spadaj gówniarzu.

— Nie możemy go zostawić, bo on nas widział — powiedział drugi cicho.

Dostrzegli Koi.

— Patrz, jest mała. Zabijmy ich obu, a potem się z nią zabawimy, takie młode są najlepsze.

Drugi przyłożył ostrze do szyi młodzieńca, a ten, co to powiedział, zaczął podchodzić do nas z mieczem w dłoni.

— Teraz się zabawimy. A ciebie zabije na końcu bezczelny młokosie.

Koi spojrzała na mnie.

— Pomóc ci? — zapytała cicho.

— Zostań, dam radę. To nędzne śmiecie, niewarci nawet trzymać takich mieczy.

Wstałem i osłoniłem dziewczynkę.

— Nie boisz się, czy cię strach sparaliżował.? — zapytał bandyta.

— Dzisiaj jest twój dobry dzień, pójdziesz do piekła. — odrzekłem sucho.

AlexAthame

opublikował opowiadanie w kategorii dramat i kryminalne, użył 2319 słów i 13328 znaków, zaktualizował 14 lip 2020.

1 komentarz

Zaloguj się aby dodać komentarz. Nie masz konta? Załóż darmowe konto

  • Almach99

    Dziwne. Milczacy japonczycy okazali sie bardziej serdeczni dla dziecka niz wlasny ojciec

  • AlexAthame

    @Almach99 Ten ojciec, mimo że mało o nim napisałem miał kluczowe znaczenie na całe życie Euri.