,, Nieodparty rozum" II cz. 2,, Zdradzona przez..."

Cz2
Nie wiem, kiedy przyszedł Łukasz, bo zalana w trupa spałam do białego rana. Całą noc śniłam koszmary o tym, że mnie opusza. Widziałam, jak rżnął się z jakąś lalunią, a ta śmiała mi się w twarz.
Cholera…
Okropnie rozbolała mnie głowa.
- Łukasz?!
Spojrzałam na zegarek. Było wpół do dziesiątej. Mój mąż był w pracy. A ja głupia tak się udutkałam, że samo wstanie z łóżka okazało się zbyt męczące.
Ból głowy wciąż się nasilał, jednak nie był tak dokuczliwy, jak fakt, że mój mąż kogoś miał. Kogoś. Nie mnie…
Kurwa… przeklęłam i rzuciłam się z płaczem w poduszkę. Czym sobie na to zasłużyłam…
Nie wiem, jak długo tak wyłam, aż wzięłam się w garść. W telefonie nie było żadnych wiadomości od Łukasza, więc sobie całkiem go darowałam. Zranił mnie dogłębnie, więc pozostało mi tylko jedno.
Odwdzięczę się…
Ogarnięcie zaspanych i leniwych oczu zajęło mi pół godziny, a cała reszta około dwóch. Ubrana w jedwabną błękitną sukienkę z delikatnym dekoltem, wybrałam się na spacer. Małe szpilki jeszcze nikogo nie uwiodły, ale nie o to mi chodziło. Zresztą, sama nie wiedziałam, o co mi chodziło. Chciałam po prostu ładnie wyglądać.
Sprytny wietrzyk rozwiewał mi lekko falowane włosy do ramion. Kilka z nich łaskotało mnie swoimi opuszkami w oczy, lecz potem zwinnie same poddawały się chwili. W pewien sposób zazdrościłam im, bo nie posiadały żadnych ograniczeń. Mogły lawirować na wolności i nikt ich z niczego nie rozliczał. Były wole, bez żadnych zmartwień.
Przechodząc ulicami spóźnionych ludzi na cokolwiek, usiadłam na zwykłej ławeczce, na wprost sklepu z upominkami. Znajdował się on po przeciwnej stronie ulicy. Nie obchodziło mnie, że mogę wyglądać głupio. Musiałam jakoś ochłonąć, a jedynie to przyszło mi do głowy.
Obserwacja innych ludzi.
Za mną stała fontanna, która rozpryskiwała krople wody. Mogłabym pomyśleć, że to rosa, bo tak mięciutko smagały mi włosy, targane wiatrem. Czułam się jak nad morzem, gdzie morska bryza potrafiła nieść nieśmiałe kropelki nawet bardzo daleko. Jednym to przeszkadzało, a ja to uwielbiałam. To tak, jakby niewidzialny duch pieścił mnie scałowując nie tylko twarz, ale i całe ciało. Nawet prze moment mogłam całkiem odpłynąć i zapomnieć o moim mężu. Były to chwile tylko dla mnie.
Kiedyś, jeszcze zanim Łukasz zaczął poświęcać więcej czasu telefonowi, zamiast mnie, zabrałam go na tą ławeczkę. Długo nie utrwało i zerwał się z miejsca jak oparzony.
- Tu leci woda- stwierdził oniemiały.
- Ale tylko czasami- dodałam z porannym uśmiechem marzycielki.
- Chcesz być mokra? Po to mnie tu zabrałaś?
- No wiesz? Jak mogłeś tak pomyśleć?
- To jest chore- dodał. – Choć gdzieś indziej. Nie powinni tak blisko stawiać ławek. Czy w ogóle ktoś to sprawdził? A może fontanna ma za duży rozpryskiwacz i wystarczy go zmniejszyć…
I tyle było romantyzmu. Potem usiedliśmy w obskurnej knajpce, gdzie podarował mi wisiorek z serduszkiem. Nadrobił tamten czas komplementami i czułością, jednak mi wciąż kłębiły się smutki na temat fontanny.
Do dzisiaj przychodzę tutaj sama.
Z zamysłu wyrwał mnie dźwięk komórki. Łukasz przysłał mi smsa.
Nie czekaj z obiadem. Zjem w pracy.
I tyle było z miłości. Miałam, zatem więcej czasu niż planowałam. Westchnęłam z bezradności i tęsknoty bycia kochaną. Ciężko mi było uwierzyć w to, że mając dwadzieścia siedem lat, już czułam się jak stara babinka wymieniona na lepszy model. I co z tego, że byłam szczupła i zgrabna. W dzisiejszych czasach, taki wygląd wcale nie dawał gwarancji szczęścia w małżeństwie.
Popatrzyłam na przechodniów. Każdy z nich szedł spiesznie w jakąś stronę. Jedni rozmawiali przez komórki, gestykulując dłońmi, niczym mim przed publicznością, inni chyba czekali na połączenie, bo ich usta milczały. Jedna kobieta, ubrana niczym cyganka, maszerowała jak szewc na przymiarkę garnituru. Dawała duże i szybkie kroki, co rusz zerkając na zegarek, jakby oczekiwała, że z każdym krokiem upłynęła już minuta. Był tam też taki mężczyzna, zamyślony idąc przed siebie, przeszedł obok sklepiku z pamiątkami, lecz za moment zawrócił i wszedł do środka. Z oddali widziałam, jak stał przed wystawą i pytał o coś, wskazując palcem na jakąś rzecz. Sklepowa podeszła do niego i zaraz mu tą rzecz podała. Zadowolony pokiwał głową i podeszli do kasy. Nie widziałam, co to było, jednak musiało być coś ważnego, bo wychodząc ze sklepu, ściskał pakunek, niczym płaczące niemowlę. Jego radość rozjaśniłaby połowę świata, gdyby tylko ktokolwiek teraz na niego spojrzał. Nawet na moment i na mojej twarzy zagościł uśmiech, choć rzeczywistość bardzo szybko powróciła.
- Puk, puk- powiedział do mnie nagle głos za plecami. Wystraszona zerwałam się z ławki, jak poparzona mściwie patrząc na osobą, która mnie wystraszyła.
- Klaun?
Dobre stwierdzenie. Faktycznie był to człowiek przebrany za klauna. Patrzył na mnie swoimi ciemnymi oczami, z mocno umalowanymi na czerwono brwiami z krwistą czerwienią na ustach.
- Klaun- powtórzył po mnie zakrywając sobie usta dłonią i rozglądając się nerwowo dookoła.- Gdzie klaun? Boję się klaunów- żartował, a ja nie mogłam się nie uśmiechnąć.
- Ty jesteś klaunem- powiedziałam, a on nagle spojrzał na swoje spodnie, jakby zobaczył tam swoje odbicie.
- No tak, uff.
Przeciągnął dłonią po czole, machając na bok, jakby był spocony.
- Boję się klaunów- powiedział, wyciągając nagle zza swoich pleców kwiat słonecznika.
- To dla mnie?- Zapytałam zaskoczona, bo kilkoro ludzi obserwowało całą scenę, jakby była specjalnie wystawionym dla nich teatrem.
- Słoneczniki symbolizują słońce, a ono jest gorące, a tobie chyba przyda się teraz trochę ciepła- dodał i kłaniając się nisko, podał mi kwiatek przelotnie patrząc w oczy. Jeśli kwiaty słonecznika mogły dawać ciepło, to jego oczy zapłonęły całą lawiną gorąca. Aż oblałam się rumieńcem. Podniósł moją dłoń do góry i nagle ją pocałował.- Mam nadzieję, że ty nie boisz się klaunów- dodał i odszedł zabawiać innych przechodniów. A ja zamiast odejść, czy też usiąść, nadal stałam tam, niedowierzając temu, co się właściwie zdarzyło. Po chwili spostrzegając, jak jakaś staruszka mi się przygląda, odwróciłam się napięcie i odmaszerowałam do domu.
Dziwne, bo droga, którą szłam teraz, choć ta sama, miała jednak inny wyraz. W wietrze dostrzegłam intymność, w słońcu nadzieję, a w tym słoneczniku… Cóż, chyba po prostu ciepło. Nawet tuż przed domem popchnęłam nogą sporego żuczka, który nerwowo poruszał nóżkami leżąc na plecach. Pomogłam mu się przewrócić. Uradowany podniósł swoją główkę nieco do góry, jakby wpatrywał się w swojego wybawcę, po czym wzbił się w powietrze otulając nadzieją, na przyjście jutra.
Łukasz?
Wcale teraz o nim nie myślałam. Już nie spieszyło mi się do jego zdradliwych oczu i wymuszonego flirtu, gdy oczekiwał, że na to czekałam. Nie zakochałam się w tym klaunie, jeśli o to chodzi. On tylko pokazał mi, że życie nie może się tak po prostu skończyć. Ono nadal trwa i wyciąga do nas dłonie, bo nie lubi, gdy się smucimy. A ja byłam przepełniona smutkiem i rozpaczą. Teraz, otula mnie radość i obojętność względem Łukasza.
Kto wie, może nawet zacznę go śledzić?


Gdy ocknęłam się z zamysłu,  Artur szarpał za moją dłoń.
- Co się dzieje?- Zapytałam zdziwiona jego zachowaniem. Natychmiast wyrwałam z uścisku swoją dłoń. Trochę mnie bolała.
- Mamo, przestań. Co się z tobą dzieje? Jesteśmy na miejscu- powiedział, a ja odruchowo zaczęłam się rozglądać dookoła.
- Och, przepraszam. Chyba się zamyśliłam i nie wiem, co do mnie mówiłeś. Przepraszam, ale wciąż jakoś tak mi dziwnie.
Zmrużył nieco swoje oczy, lecz po chwili złagodniał.
- A przypominasz sobie to miejsce?
Rozejrzałam się ponownie, do pewności spoglądając pod nogi, lecz leżała na nich tylko moja kurtka.
- Nie.
Wysiadłam z samochodu. Ponownie ogarnęłam wzrokiem okolicę. Wszędzie dookoła mnie znajdowały się bloki. Kilkoro ludzi siedziało w oknach bacznie nam się przyglądając.
- Oni mnie znają?- Spytałam spokojnie, choć w środku bałam się wszystkiego.
- Niektórzy pewnie tak, jak to w akademiku. Ale nie ma tu, co liczyć na przyjaźnie, bo i tak wszystkich obgadują. Choć, odpoczniesz trochę. Ja zabiorę walizki.
Zabrałam ze sobą tylko jedną walizkę, resztę zabrał Artur. Nie spostrzegłam, jaki numerek wcisnął Artur, lecz po chwili drzwi się otworzyły. Może nie byłam pewna niczego i siebie, ale to pamiętałam doskonale. Gdy wciskało się guzik do bloku, czy akademiku, to musiał być ktoś w środku, aby otworzyć nam drzwi. Najwyraźniej w środku czekał na nas ktoś jeszcze. Już miałam o to zapytać, gdy nagle w drzwiach stanęła jakaś dziwnie zgarbiona postać.
- Wróciłaś – powiedziała, a ja przy niej przystanęłam.
- To ja już tu kiedyś byłam?- Spytałam, choć nie powinnam.
- Przyjeżdżasz i odjeżdżasz. Zresztą, to nie moja sprawa- odparła i zniknęła wgłębi korytarza.
- Mamo idziesz?- Spytała Artur, gdy przyuważył, że zatrzymałam się i nie szłam za nim schodami.
- Idę, idę- odparłam zmieszana.- A masz tu jakiś znajomych?- Spytałam niespodziewanie.
- Jak to w życiu- odparł i się zaśmiał.
Schody szerzyły się w nieskończoność. Parłam do góry resztkami sił, gdy nagle powiedział, że jesteśmy na miejscu. Otworzył drzwi z kluczyka i pchnął je nogą.
- Jesteśmy w domu mamo, zaintonował i przepuścił mnie przodem.
W jakim domu, pomyślałam. Nic z tych rzeczy nie kojarzyło mi się z domem. A w samym domu nikogo nie było. Kto w takim razie otworzył nam drzwi?

564 czyt.
100%21
Ewelina31

opublikowała opowiadanie w kategorii thriller, użyła 1847 słów i 10026 znaków.

1 komentarz

 
  • agnes1709

    agnes1709 · 14 sie 2018

    No i super, ale nadal czekam na wariatkę