Reguła zabijania cz 16

Czy mogłem zasnąć? Nie za bardzo. Nie obawiałem się zabójcy Julii. Do tego moje ciało było przygotowane. Zabiłem tego, który stał za całym tym złem. Udało się tak łatwo, zbyt prosto.
Czy obudzę się na kanapie w domu Julii Hendrix, mojej matki z tamtego czasu, czy też on nadal żyje i zakpił ze mnie po raz kolejny? Powieki ciążyły, ze snem nie wygrasz, próbowano. Jest świadomy sen. Można świadomie chodzić, świadomie jeść i świadomie robić praktycznie wszystko. Świadomie oddychać. Świadomy sen nie jest tak trudny, jak można sądzić. Ćwiczyłem go pod okiem Ottona Baxtera. Tyle tylko, że ja chciałem śnić. Nie trudno zgadnąć o kim. Oczywiście, że o Clarze. W końcu wpadłem w objęcia snu i śniłem ją jak tego pragnąłem. Szliśmy nad brzegiem oceanu. Na plaży dostrzegłem kilka par. Czekaliśmy na zachód słońca. To niepowtarzalne zjawisko, kiedy szkarłatne słońce powoli wchodzi w wodę. Już go nie ma, a widać wciąż poświatę zarówno na nieboskłonie, jak i przez taflę niekończącego się bezkresu wodnej toni. Czułem jej ciepłą i ufną dłoń i wiedziałem, że jest szczęśliwa. I ten obraz i odczucie rozwiało się jak poranna mgła i nagle, zobaczyłem ją ponownie i usłyszałem wyraźnie jej krzyk: Uratuj mnie! Zaraz potem moje oczy poraził blask tysiąca słońc. Obudziłem się nagle zlany potem. To promienie słońca padały przez okno. Przetarłem dłonią twarz, nawet się nie umyłem, pomyślałem. Usłyszałem odgłosy z kuchni, przecież salon właściwie łączył się z miejscem, gdzie moja mamusia przygotowywała właśnie posiłek. Weszła i spojrzała na mnie z uśmiechem.
— Nie chciałam cię budzić, pewnie się nie wyspałeś w takiej pozycji.
— Nie czuję się tak źle — odrzekłem — nie będzie ci przeszkadzać, jeżeli wezmę krótki prysznic?
— Ależ skąd. Dam ci nowy ręcznik i jak chcesz to przepiorę twoje ubranie.
— Dziękuję, ale tylko się umyję.
Spojrzała na mnie ponownie.
— Zrobiłam śniadanie. Skromne. Chleb z masłem i serem i pomidorem. Jak się umyjesz zrobię jeszcze jajecznicę dla ciebie.
— A ty?
— W sumie też zjem – wysiliła się na uśmiech.
— Boli cię kręgosłup?
— Momentami. To już nie tak długo... Ty gdzieś mieszkasz?
— Och, jeżeli to kłopot, pójdę do hotelu.
— Nie o to chodzi. Nie przeszkadza mi twoja obecność, prawdę mówiąc dziwnie miło na mnie wpływa. Tak tylko pytam.
— Nie mam domu, mogę...
— Zostań jak długo możesz.
Poczułem się specyficznie. Jej ton, odczucie, jakie wkładała w słowa coś sygnalizowały. Nie znałem jej życia, ale odczuwałem, że nie zaznała zbyt dużo ciepła I miłości, a jej całe jestestwo aż błagało o to. Pragnęło, marzyło o tym. Nie, żeby ona to eksponowała, o nie. Te kilkadziesiąt minut, jakie ją znałem, umocniło mnie w przekonaniu, że ta kobieta nie błaga. Jej wnętrze jest czyste i wie, że nie może sobie nic zarzucić. I nawet nie zastanawia się, dlaczego los ją tak traktuje. Od samego momentu kiedy przekroczyłem próg jej domu, odczułem jedno. Dobrze i coraz lepiej się przy mnie czuła.
— Dziękuję. Powiedziałem, że ci pomogę, a obydwoje jesteśmy na tyle dorośli, że wiemy, iż pomoc łączy się z czymś materialnym, a nie tylko dobrymi słowami. Zastanawiasz się jak ci pomogę skoro nie mam nawet gdzie mieszkać. Otóż mam pieniądze i...
— Scott, nie. To nie tak.
Podeszła do mnie i dotknęła mojej dłoni. W ułamku sekundy poczułem miłe fluidy. Ciepłe i napełnione pewnością. W tej samej chwili znowu pomyślałem kim dla mnie jest ta istota i dlaczego obydwoje jesteśmy wzajemnie sobie bliscy. Zagadka. Urodziła mnie w TAMTYM czasie. Kim w takim razie byłem? Bo przecież miała w łonie kogoś innego. Podróż w czasie stawiał więcej pytań niż dawała odpowiedzi. Nie była moją matką, a ja byłem jej synem. Czy to zdarzyło się w historii? Raz o ile wierzyć księgom, ale tam była inna sytuacja, tam występował problem ojca. Był i matką i ojcem w procesie poczęcia, bo Jezus miał ciało z niej. Z kogo ja miałem ciało, to maleńkie, kiedy się urodziło? Z niej. Czy miałem jakiś dowód? Tak, pamiętałem jej zapach, niespełna dwadzieścia siedem lat temu i teraz pachniała identycznie. Nie chciałem sobie łamać głowy. A gdyby zrobić test DNA? Nie dla niej, dla mnie? Co by wykazał? Już widziałem lekarza czy naukowca jak mówi: Pani Julia Hendrix jest pańską matką tylko jak to możliwe skoro ma dwadzieścia dziewięć lat, a pan tylko trzy lata mniej. Nawet gdyby ktoś zrobił sztuczne zapłodnienie metodą in— vitro to trzyletnie dziecko nie jest w stanie utrzymać ciąży. Chociaż były wypadki, że pięcioletnie dziewczynki zachodziły w ciąże. Nie rozumiem wyniku, a sprawdzaliśmy trzykrotnie. Pan również jest jej synem.
Być może mogłem być ojcem dziecka, które było w jej łonie. Nie byłem. Przynajmniej nic o tym nie wiedziałem.
Te rozmyślania trwały ułamek sekundy, a Julia patrzyła w moją twarz oczekując jakiejś odpowiedzi. I patrzyła z miłością. Czy mogła mnie pokochać tak szybko? W zasadzie miała powody. Chciałem jej pomóc w momencie kiedy tego najbardziej potrzebowała. Nie mogłem jej powiedzieć, dlaczego jestem teraz z nią. Naprawdę nie mogłem. Nie teraz. Chwilka, co ona powiedziała? Scott to nie tak. Nie chodziło jej o pieniądze. To o co? To ja powinienem oczekiwać odpowiedzi. A może jednak jej wypowiedź była bardziej wytłumaczalna i prosta tylko ja komplikowałem?
— A jak? Wytłumacz, jeżeli chcesz. — poprosiłem łagodnie.
— Zastanawiam się, że skoro chcesz mi pomóc to masz pieniądze, a skoro je masz to, dlaczego nie masz domu czy mieszkania?
Ach więc o to chodzi. Nie musiałem robić ogromnych analiz psychiczno—mentalnych.
— Nie zdążyłem kupić.
— Posłuchaj – teraz już stała bardzo blisko, że czułem jej oddech. Nadal trzymała moje dłonie – żeby nie było niedomówień, jestem wdzięczna za wszystko, co dla mnie robisz. Nie oczekuję niczego i kwestia materialna, mimomimo że jest bardzo ważna dla mojego dziecka, nie jest najważniejszą w moim odczuciu. Wiem, że zabrzmi to strasznie głupio i naiwnie, aczkolwiek to prawda. Sama twoja obecność napawa mnie bezpieczeństwem. Jestem, przepraszam, byłam żona trzy lata i może na początku znajomości z Joelem czułam dziesięć procent takiego odczucia odnośnie do bezpieczeństwa, jak teraz z tobą. Ja nie rozumiem, znam cię kilka godzin, wliczając sen, a chyba... nie z całą pewnością się w tobie zakochałam. I to nie jest tak. Ja się nie zakochałam, ja cię kocham. To nie jest logiczne, ale takie mam odczucie od momentu kiedy wszedłeś do mojego domu pierwszy raz. Znowu może uznasz, że coś jest ze mną nie tak, ale od momentu, kiedy wszedłeś, nie chciałam, żeby mój były mąż wrócił, a jakby nie patrzeć, jestem wdową. Oczywiście, żal mi go, że zginął. Niektórzy mają szczęście i ich uzależnienie ich nie gubi. U niego widocznie zabrakło trochę szczęścia.
— Julio, ja planowałem go również uratować, ale nie zdążyłem.
Zmieniła się na twarzy, ale jej oblicze nada nie pokrywała złość czy niezadowolenie, po prostu zdziwienie.
— Planowałeś? Co to znaczy planowałeś? Czy również w stosunku do mnie masz plan i go realizujesz?
Wpadłem jak śliwka w kompot. Od początku nie zamierzałem jej oszukać, tylko ze względu na dobro dziecka i jej, nie mogłem jej powiedzieć prawdy. Bóg jeden wie jak wpłynęła by na nią prawda w momencie kiedy ma urodzić chłopczyka następnego dnia. Nie miałem czasu na wyjaśnienia, musiałem trzymać się planu. Niestety planu.
— Obiecałem powiedzieć i powiem. Nie teraz, pamiętasz?
— A kiedy — odezwała się w niej kobieta.
Ten dziwny dla mężczyzny gatunek, nigdy nie do końca zrozumiały, jest taki z jednego głównego powodu, bo przedłuża gatunek. Każdą normalną kobietę ciąża zmienia, im bliżej rozwiązania, tym bardziej. Dla pewnej grupy żeńskiego gatunku już sam moment uświadomienia sobie, że będzie matką, to zmiana całego świata, dla innych to, to co jest w niej to coś, co można usunąć jak pryszcz na tyłku, chociaż na szczęście tak nieświadomych kobiet jest mało. Kiedy ciężarna, normalna kobieta, dowiaduje się, że oboje nie przeżyją i można uratować tylko jedno, wybiera dziecko, żeby żyło. Każdy lekarz w tej samej sytuacji chce ratować matkę, nawet jeżeli tym lekarzem jest kobieta. 

Ciężarna kobieta, szczególnie w okresie bliskiego rozwiązania, jest niezwykle konkretna. Dobro dziecka jest priorytetowe, ale wie, że dziecko potrzebuje matki, czyli jej i zrobi wszystko by sprostać wymaganiom. 

Być może Julia oczekiwała odpowiedzi, bo chciała mieć spokój sumienia, zdolność podejmowania dobrych dla dziecka i niej, decyzji. Nie mogła wiedzieć, że prawdziwa odpowiedź mogłaby spowodować nieobliczalne skutki, dlatego postanowiłem wykorzystać jej wyznanie miłości ku jej dobru. Skoro to powiedziała, a ja to czułem, mogłem przekroczyć nieznacznie granicę jej intymności i wykorzystać jej dobre nastawienie do mojej osoby.
— Twoje dobro, jak również dobro dziecka skłania mnie do podjęcia pewnych środków bezpieczeństwa. Pragnę ci powiedzieć, że twoje odczucie nie jest odosobnione i niezauważone. Nie wiem do końca, a może wcale nie wiem dlaczego, ale ja również mam do ciebie nastawienie uczuciowe od samego początku.
Otworzyła szerzej oczy, jak i usta i oczywiście chwyciła się za brzuch. Sądziłem, że to raczej odruch niż prawdziwy powód. 

Prawdopodobnie uznała, że ja przyjmę jej wyznanie miłości bez żadnych nadzwyczajnych sensacji, natomiast sama uznała moje wyjawienie uczucia za zaskoczenie.
— Czyli nie jestem ci obojętna uczuciowo? — niestety nadal trzymała się za brzuch, co nie wróżyło nic dobrego.
— Tak, chyba to widzisz — patrzyłem na piłkę plażową, którą połknęła nie wiem kiedy. — wszystko dobrze? — zapytałem zważając, by mój głos nie wskazywał zdenerwowania,
— Chyba się zaczęło, ale może jeszcze nie...
Ładna buzia Julii wskazywała coś innego i w tej chwili zobaczyłem plamę wody między jej stopami.
— Szpital – wyjąkała.
Cóż za idiota ze mnie. Uczyłem się strzelać, rzucać nożem, uzbrajać i rozbrajać różnego rodzaju ładunki wybuchowe, umiałem obsługiwać i prowadzić prawie każdy pojazd jeżdżący, pływający i latający, a nie nauczyłem się odbierać porodu. Kompletny dureń ze mnie. A na dodatek nie dysponowałem środkiem lokomocji. Posadziłem przerażoną kobietę, w zasadzie, w jakimś sensie moją matkę, na kanapie i pobiegłem do przedpokoju. W szafie MUSIAŁA się znajdować dłuższa kurtka lub płaszcz Joela. Znalazłem skórzany płaszcz. Założyłem go szybko i podszedłem do wystraszonej Juli.
— Patrz tam — wskazałem okno.
To musiało podziałać, oczywiście spojrzała. Tyle potrzebowałem by schować dwa pistolety i nóż do płaszcza.
— Co miałam zobaczyć?
— Samochód, którym pojedziemy do szpitala.
— Masz samochód, nie wiedziałam.
— Pożyczę — wyszczerzyłem zęby.
W normalnych warunkach pewnie bym spotkał się ze sprzeciwem, ale jak już wspomniałem, kobieta, która ma urodzić jest skupiona na jednym, dobru dziecka.
— Pospiesz się. Może jednak taksówka będzie pewniejsza...
— Minuta – i już mnie nie było.
Miałem wszystko na oku, na wypadek, gdyby ten ktoś chciał to zrobić teraz. Caprice Cassic to duży wóz. Model 1996 zakończył produkcję tego niezłego auta. Być może lubiłem ten rodzaj pojazdu z przyczyn bliżej mi nieznanych. Ten za oknem był nieco podobny do Impali Georga. Wyglądał elegancko. Właściciel wydał wiele tysięcy dolarów, żeby jego auto tak wyglądało. Nowy, piękny ciemnozielony metaliczny lakier, aluminiowe felgi o średnicy dwudziestu dwóch cali, wąskie opony i z pewnością wiele dodatków w środku. Skoro stał tutaj to jego pan musiał być w pobliżu. Z pewnością miał alarm. Nie miałem czasu zapytać Julii, czy zna właściciela. 

Czasem chłopiec jest nadal chłopcem nawet jak ma trzydzieści, czterdzieści i więcej lat. Jak mi szeptała intuicja, właściciel tego cacka uwielbiał tę zabawkę więcej niż zonę czy swojego psa. Podszedłem i wstrząsnąłem maszyną, natychmiast rozległ się dźwięk alarmu. To trwało trzydzieści sekund. Nadal moje oczy z tyłu głowy obserwowały posesje mamusi.
— Co jest kurwa? — facet miał około czterdziestki i ważył dobre dwieście pięćdziesiąt funtów.
— Żona rodzi i potrzebuję transportu.
— Nie jesteś jej mężem i spierdalaj.— masywna nabita mięśniami lokomotywa znalazła się przy mnie, ale zatrzymała go lufa mojej czterdziestki piątki.
— Kluczyki.
— Co jest, dlaczego? — zmiękł od razu.
— Wody jej odeszły kolego, wiem, że masz przy sobie. Nie jestem jej mężem, ale ojcem dziecka – skłamałem.
— Tylko nie zarysuj.
Nadal ciężko przestraszony oddał kluczyki i pilota.
— Sam wolałbym poprowadzić – jęknął w przypływie nadziei.
— Nie zawieziesz jej tak szybko, jak ja. Oddam bez ryski, a jak zarysuje, to kupię – uśmiechałem się przyjacielsko.
— Kosztował pięćdziesiąt tysięcy. — odezwał się w nim sprzedawca.
— Jak mi się spodoba jazda, dam trzydzieści.
— Zawiadomię policję — uznał, że czas na ostatnią deskę ratunku.
— Chcesz, żebym się pogniewał, mamy przecież umowę.
Uznałem, że rozmowa skończona, już przekroczyłem zresztą czas o kilkanaście sekund. Pobiegłem do domu. Wziąłem ja delikatnie na ręce i wyszedłem, nie zamykając drzwi. Facet stał nadal przy wozie i trzymał komórkę w dłoni.
— Otwórz tył.
Zrobił to i wiedziałem, że tylko jedno jest ważne dla napakowanego osiłka.
— Nie zarysuję – powtórzyłem.
Kiedy ruszyłem paląc opony, widziałem w lusterku jak złapał się za głowę.
— Martin to porządny chłop, całe dnie go pieścił i polerował.
— Cicho, maleńka. Znajdź mi szybko najbliższy szpital.
— Tam, gdzie mam opłacone, jest niedaleko. Proszę cię pospiesz się troszeczkę.
— Już, skarbie.
Nie wiozłem worka kartofli, ale musiałem się naprawdę spieszyć. Za dwanaście minut wjechałem na szpitalny parking. Otworzyłem tylne drzwi i wyjąłem ze środka mamusię. Szedłem szybko jak bardzo pozwalały warunki. Zaraz za drzwiami znalazłem wózek i posadziłem już nieco spokojniejszą Julię.
— Potrzebuje pan wypełnić formularz — zaczęła kobieta przy biurku.
— Wody jej odeszły, Julia Hendrix. Proszę zaparkować ładnie i nie zarysować. Zarysujesz, kupujesz. — położyłem kluczyki na formularzu, który wyjęła z szuflady.
— Zamieszkała numer 1985 28 west street?— zapytała — Dokładnie. Które piętro?
— Trzecie w prawo i w lewo.
— Wrócę i wypełnię, a ty zaparkuj, dobrze? — posłałem jej spojrzenie, że powinno podziałać.
Miała dziesięć lat więcej niż ja i nie wyglądała na kobietę z pierwszej strony magazynu.
Winda przyjechała dość szybko. Zatrzymałem na trzecim. Nakierowałem wózek we wskazanym kierunku. Po mniej niż minucie byłem we właściwym miejscu.
— Julia Hendrix 1985 28 west street. — wyrecytowałem.
— Numer komórki?
Julia podała powoli numer.
— Termin jest na jutro, ma pani skurcze?
— Wody odeszły siedemnaście minut temu – zaczęła Julia.
Zajmował się nią już dyplomowana pomoc.
— Ma pani skurcze?
— Zaczęły się wozie. Chyba pięć minut temu i teraz czuję, że zaraz będą znowu.
— Wszystko będzie dobrze. Zauważyła pani kolor wód?
— Czyste.
— To świetnie. Zielone, bursztynowe czy brunatne zwiastują kłopoty. Za chwilkę przyjdzie pielęgniarka i pojedziemy na badanie.
Julia jęknęła.
— To chyba już. Napiera.
Kobieta przyspieszyła.
— Dobrze, chwileczkę.
Spojrzała na mnie.
— Proszę usiąść i spokojnie czekać. To może potrwać godzinę lub nawet kilkanaście. Wypełnił pan formularz na dole?
— Proszę mi go przynieść tutaj, chcę być przy Julii.
— Proszę nie utrudniać, bo wezwę ochronę — przestała mi się podobać.


Pójdę na dół, a ktoś mi zastrzeli Julię? I wówczas przyszło olśnienie. On nie może jej zastrzelić, zanim się nie urodzi dziecko, chyba że zmieniłem przeszłość i w tym. Przecież ja istnieję.
— Chciałem postawić pani ciastko i kawę, a tak chyba pozostanę tylko przy kawie — uśmiechnąłem się dość autentycznie.
— Takie przepisy, pańska żona jest w dobrych rękach.
— Jestem bliskim pani Hendrix, mąż niestety nie stanął na wysokości zadania.
Zmieniła się na twarzy.
— Są jeszcze prawdziwi mężczyźni, przyniosę te papiery.
Zobaczyłem, że Julię wiozą do porodówki.
— Dziękuję, doktor Hillman. Na biurku, na froncie przyjęć powinny być kluczyki od zielonego Chevroleta Caprice Classic. Obiecuję tort do tej kawy.
— Chyba musiał się pan naprawdę spieszyć.
— Obawiałem się o dziecko i Julię. — odrzekłem szczerze.

AlexAthame

opublikował opowiadanie w kategorii science fiction i thrillery, użył 3006 słów i 17201 znaków, zaktualizował 20 lis o 21:11.

Dodaj komentarz