W proch II

TRZY MIESIĄCE PÓŹNIEJ
     Trzask zamykanego bagażnika sprawił, że poczułam przypływ tej charakterystycznej ekscytacji przed podróżą. Już miałam zająć miejsce kierowcy w moim wiekowym mercedesie, kiedy z domu wybiegł mój tata wciąż ubrany w piżamę.  
-Tylko pamiętaj, żeby go zatankować – powiedział wciskając mi do rąk pojemnik śniadaniowy wypełniony naleśnikami. On jak nikt wiedział jak należy o mnie zadbać.
-Dzięki, tato – uśmiechnęłam się i przytuliłam do niego, wdychając znajomą woń domu. – Będę tęsknić.
-My z mamą też. Baw się dobrze. Nawdychaj się jodu, ale nie przesadź z alkoholem. O innych używkach nie wspominam. – Zrobił groźną minę i pomachał mi wskazującym palcem przed twarzą. Wyjeżdżając z podwórka, posłałam mu jeszcze uśmiech córeczki tatusia.
     Była szósta rano, bezchmurne niebo, jakieś dwadzieścia pięć stopni, a przede mną kilkaset kilometrów drogi z jeszcze ciepłym, wczoraj odebranym prawem jazdy. Będzie ciekawie, ale najpierw musiałam zabrać Gośkę.
     Benzyna skończyła się mniej więcej w połowie drogi. Moje czarne cudeńko zaczęło wydawać z siebie dźwięki tak dziwne, że przez chwilę byłam pewna, iż jego dwudziestoletnie życie właśnie dobiegło końca.  
-Zuza, co się dzieje? Czy on zamierza wybuchnąć? – Na twarzy mojej przyjaciółki malowało się autentyczne przerażenie.
-Nie. Po prostu… zapomniałam zatankować – powiedziałam, zjeżdżając na pobocze. Gorszą wiadomością było to, że znajdowałyśmy się pośrodku niczego.  
-Żartujesz, nie? – W jej głosie zaczęły pobrzmiewać nutki paniki.
     Pokręciłam przecząco głową, zaciskając dłonie na kierownicy i próbując wymyśleć jakiekolwiek wyjście z tej sytuacji.
-No pięknie – mruknęła Gośka. Tym razem pokiwałam głową. Byłam na siebie zła. Jak mogłam nie zwrócić uwagi na kontrolkę ostrzegającą, że zapas paliwa zbliża się ku końcowi?  
-To co zrobimy? – Patrzyła na mnie jakbym znała odpowiedzi na wszystkie pytania. Po raz pierwszy to ona liczyła na mnie. I co?
-Nie wiem – musiałam powiedzieć prawdę. – Nie mogę zadzwonić po rodziców, jesteśmy już za daleko. Nie mam pojęcia, gdzie tu może być najbliższa stacja benzynowa. A dzwonić po Jankę i Marcina też jakoś głupio. – Wymieniałam po kolei nasze alternatywy, na końcu odrzucając opcję wzywania pomocy od naszych przyjaciół, którzy też mieli dziś zmierzać w kierunku trójmiasta.
-Za jakieś dziesięć kilometrów.
-Co? – Zamrugałam zdziwiona, nie wiedząc o co chodzi Gośce.
-Jesteśmy mniej więcej dziesięć kilometrów od stacji benzynowej. Kilka minut temu minęłyśmy znak – wskazała ręką w kierunku, z którego przyjechałyśmy.  
     Musiałyśmy wyglądać jak z kadru jednego z tych wakacyjnych zdjęć. Dwie raczej skąpo ubrane dziewczyny, jedna z wściekle czerwonym kanistrem w ręku, maszerujące przez las pustą, niekończącą się drogą. Było już prawie południe, kiedy wyruszyłyśmy w poszukiwaniu benzynodajnego źródła. Z nieba lał się prawdziwy żar, a z naszych ciał litrami lał się pot. Szkoda tylko, że nie można go użyć jako paliwa.
-Zabiję cię – sapnęła Małgorzata.
-Sama się zabiję. Tylko najpierw dojedźmy do Gdyni – podobnie jak Gośka, strasznie dyszałam. – Daj łyka – wyciągnęłam wolną rękę po butelkę z wodą, którą niosła moja przyjaciółka.
-Nie, musimy oszczędzać, żeby starczyło na całą drogę.
-Zabiję cię- odparłam, osłaniając dłonią oczy przed słońcem.
     Szłyśmy ponad dwie godziny. Najdłuższe sto dwadzieścia minut mojego życia. I nie wiem jakim cudem, ale nie minął nas żaden samochód. Ani motocykl. Ani nawet rower. Na szczęście, nie dotarłyśmy do jakieś maleńkiej stacyjki z dwoma stanowiskami i budką do zapłaty, tylko do prawdziwie komercyjnego miejsca.
-Cywilizacja! – Wykrzyknęła Gośka, po czym pobiegła prosto do toalety tak szybko jakby wcale jej nie wyczerpała ta wyprawa. Z podziwem pokręciłam głową, odstawiając na ziemię kanister.
     Dopiero teraz czekało mnie poważne wyzwanie – nigdy nie miałam okazji sama tankować, więc nie wiedziałam co robić. Dobrze, że chociaż byłam pewna tego czym powinnam ten kanister napełnić. Przez chwilę, z bezradnością widoczną w każdym fragmencie mojej postawy, stałam wpatrzona w trzy węże.
-Nie no, ja się poddaję – powiedziałam sama do siebie i już miałam iść, prosić o pomoc jednego z pracowników stacji, gdy za moimi plecami ktoś się głośno roześmiał. Jeszcze zanim się obróciłam wiedziałam, że mam do czynienia z osobnikiem płci męskiej. Ewentualnie z kobietą cierpiącą na poważne zaburzenia hormonalne. Ten śmiech był głęboki i szalenie jedwabisty, bez żadnego fałszywego tonu.  
-Co jest takie zabawne? – Zapytałam, patrząc wprost w ciemne tęczówki chłopaka, którego jakimś cudem dotąd nie zauważyłam.
-Twoja rozczulająca nieporadność – odpowiedział, pokonując przy tym dzielącą nas odległość. Nie spodobał mi się ten brak dystansu, więc cofnęłam się o dwa kroki, na co znowu się roześmiał. Dziwny typ.
-Spokojnie, chcę tylko pomóc dziewczynie w potrzebie – mrugnął porozumiewawczo jakbyśmy mieli jakiś wspólny sekret. Bardzo dziwny typ. I to przez przeciągłe „a”. Na szczęście, zanim zdążyłam powiedzieć coś w stylu „odpieprz się zboczeńcu”, pojawiła się Gośka.
-Już zatankowałaś?
-Nie! Ale ty sobie na pewno z tym świetnie poradzisz, ja tymczasem pójdę zapłacić – po tych słowach niemal uciekłam, zostawiając moją przyjaciółkę na pastwę narzucającego się acz całkiem nieźle wyglądającego nieznajomego. Ona wiedziała najlepiej jak sobie z takimi radzić.
     Proces zapłaty starałam się możliwie przedłużyć, jednocześnie kontrolując sytuację przez okno i mając nadzieję, że pomocny chłopak odjedzie w siną dal swoją czerwoną furgonetką. Przechadzałam się więc między regałami pełnymi czekolad chipsów i baterii dopóki nie zauważyłam Gośki samotnie stojącej pośród potężnych kolumn i koszów na śmieci. Dopiero wtedy zapłaciłam kasjerowi  -sprawiającemu wrażenie przyjaznego- za benzynę i dwie butelki wody prosto z lodówki.
     Wychodząc z powrotem na ten niemiłosierny skwar, podejrzliwie rozejrzałam się czy przypadkiem natręt się gdzieś nie ukrył. Szybko zauważyłam jednak, że czerwony pojazd zniknął, więc poczułam się bezpiecznie.
-Zachowujesz się naprawdę dziwnie, wiesz? – Przyjaciółka patrzyła na mnie tak jakbym jej właśnie powiedziała, że choruję na AIDS.
-Ej, ten facet był podejrzany, okej? – Starałam się usprawiedliwić swoje zachowanie.
-Dobra, dobra… -machnęła ręką, zbywając moje słowa. - Odkąd zerwałaś z Filipem wszystkich chłopaków traktujesz jakby co najmniej zabijali małe kotki dla rozrywki.
     Nie za bardzo wiedziałam co mogę odpowiedzieć na te słowa, bo Małgorzata miała rację. Nie tylko w tym wypadku. Od trzech miesięcy strasznie świrowałam. Namówiłam Gośkę, żeby nie angażowała się w dobrze zapowiadający się związek. Denerwowałam się na rodziców o byle co. Aż cud, że mnie jeszcze z domu nie wyrzucili. Miałam cholerną nadzieję, że open’er przywróci mnie do normalnego stanu, bo powoli zaczynałam wkurzać samą siebie.
-Wracajmy – powiedziałam tylko, przykładając do karku chłodny plastik butelki.  
O ile to możliwe, powrót do samochodu był jeszcze cięższy niż droga na stację.

LittleScarlet

opublikowała opowiadanie w kategorii miłość, użyła 1324 słów i 7587 znaków.

3 komentarze

 
  • Tessiak

    Podoba mi się. Czekam na ciąg dalszy.

  • LittleScarlet

    @Tessiak Już niedługo <3

  • Edek19

    Jakościowo lepsze od poprzedniej :) Oby tak dalej :) Pozdrawiam :)

  • Malolata1

    O tak! :)