Ona i On Część 1

Maszerowaliśmy flegmatycznym, wręcz ślamazarnym krokiem niczym Mietek żul udawszy się do przydrożnej tawerny po tanie wino przez świeżo skoszony park wdychając opary bezwładnie leżącego pokosu trawy.

Towarzyszył nam jedynie wywołujący gęsią skórkę leciutki powiew wiatru, nagrzane w latarniach żarówki firmy "osram" oraz obsydianowy firmament eksponujący się zza korony wysokich drzew.

Trzymałem ją za pełną pacyfistyczności, ciepła i beztroski dłoń. Jej czuły profanujący moje pokłady animuszu uśmiech wywoływał watahę myśli, a jej czekoladowe oczy bombardowały moją grdykę kolejnym ciężkim przełknięciem śliny, jakbym zadławił się kawałkiem grilowanej kiełbasy z dwudziestego trzeciego czerwca.

Byłem degustatorem historii zamków, bastionów, zgliszczy w okolicznych dystryktach, zatem częstowałem ją wachlarzem wiedzy, który spożytkowałem, żartobliwie opowiadając, że kiedyś zabiorę ją ze sobą na małą ekskrusję. Widziałem z jej strony ewenementową ciekawość, którą z pietyzmem próbowałem zaspokoić.

Mijaliśmy świeżo pomalowane ławki, niczym sprzedawców na pchlim targu, próbujący na siłę wciskać kilo ziemniaków, aż w końcu usiedliśmy na rozklekotanej ławce, która chwiejąc się na wszystkie strony świata nie pozostawiała wątpliwości, że jest tą idealną. Byliśmy całkowicie sami, pomijając aspekt solowej defilady przez szmaragdowego skrzypka.

Chwilowo permanentna cisza obrazowała nasz wspólny cynizm, co symbolizowały szybsze uderzenia organu sercowego. Zbliżyłem się do niej chcąc wyszeptać garść swoich uczuć i zapieczętować na jej policzku chlubny całus zwiastujący jak bardzo mi zależy, lecz ambaras notorycznie eskalował.

Zacząć ją komplementować? A może zaprosić na wspólne gotowanie bigosu? Zabić komara, który nagabuje jej ucho z mojej prawicy czy odprowadzić ją już do domu? Frywolne mrowie myśli atakowały moją podświadomość.  

Sfera uczuciowa nie była dla mnie pedantycznym frasunkiem, bądź piętą achillesa mimo, że nigdy nie chełpiłem się epitetem amanta. Echo ciszy rozbił przejeżdżający rowerzysta, który manifestował swoje pęknięte plecy z wystającą knieją, które wprawiły nas w erupcję śmiechu doprowadzającego do uronienia kilku łez. Śmialiśmy się jeszcze przez chwilą patrząc na siebie jakbyśmy byli ufajdani keczupem z frytek, lecz były jeszcze ogłoszenia parafialne, które musiałem jej powiedzieć.

- Chciałbym Ci coś powiedzieć, jest to bardziej priorytetowe niż paczka od kuriera, mogę? Powiedziałem z łagodnym uśmiechem patrząc w jej źrenice.
- Tak, pewnie przecież wiesz, że możesz mi powiedzieć dosłownie wszystko. Powiedziała odwzajemniając bardziej subtelniejszym uśmiechem.
- Chcę żebyś wiedziała, że jesteś dla mnie bardzo ważna, że mogę być dla Ciebie oparciem nawet lepszym niż leżak z parasolką dla nudysty w godzinę szczytu słońca na plaży. Zaśmiałem się by rozwiać wyziewy hieratyzmu i zmiękczyć scenerię, która powinna być poważna.
- Ojjj Boże Piotrek do rzeczy, kiedyś mnie w końcu wykończysz tymi tekstami. Zaśmiała się poprawiając bordowo plisowaną spódnicę.
- Tylko wiecznie marudzić potrafisz, nawet nie dokończyłem jeszcze tego męczącego monologu dla Ciebie, nawet w połowie nie byłem! Powiedziałem na jednym oddechu.
- To się streszczaj głupku, bo zaczyna mi być zimno, a Ty się nawet nie domyślisz, żeby dać mi bluzę. Westchnęła rozglądając się w innym kierunku.
- I teraz nawet jej nie zdejmuj, nie chcę. Uprzedzając mój czyn dopowiedziała z lekką nonszalancją.
- Przecież Ty nie potrafisz się na mnie gniewać mając serce tak mięciutkie jak świeża dostawa bułek do piekarni. Powiedziałem pewnie z premedytacją, łapiąc ją jednocześnie za ręką, która nie była zbuntowana jak czternastolatek chcący napić się procentów.
- Jesteś dla mnie naprawdę ważna, wiele przeszliśmy, mamy wiele wspólnych wspomnień, wiemy o sobie wszytko, może powinniśmy wejść o szczebel wyżej? Powiedziałem patrząc na reperkusję z jej strony.
- I Ty myślisz, że ja z Tobą wytrzymam? Powiedziała śmiejąc się ze szczyptą unoszącej się ironii.
- No wiesz Ty co, ja się tutaj produkuje, staram jak mogę, a Ty mnie prowokujesz do metody linczowania Cię kablem od żelazka. Wybuchliśmy kolektywnym śmiechem jak dzieci robiące orzełka na śniegu.
- Przecież znasz moją odpowiedź Panie Piotrze. Powiedziała eminentnie powstrzymując burzę śmiechu, którą dostrzegałem w jej spuchniętych policzkach.
- Ależ naturalnie Proszę Panią, a czy zasłużyłem na skromnego buziaka? Powiedziałem wskazując palcem na swoje prawe lico.
- Oczywiście, że nie, co Ty sobie wyobrażasz? Że będziesz miał tak łatwo? Powiedziała z anielskim uśmiechem na aparycji zbliżając swoje usta do mojego policzka. Próbując się odwrócić w jej stronę już nikogo nie było. Słyszałem tylko irytująco brzęczącego przybysza, był to właśnie on. Dla niego już nie było amnestii, nie było kurtuazji, obudziłem się gwałtownie chwytając atrybut pod postacią częstochowskiego laczka dokonując drastycznej egzekucji miażdżąc go na ścianie.

Obudziwszy się w środku nocy wyciągnąłem lewą mackę spod kołdry marzyciela by zatopić suchość na wargach.  
- Gdzie jest ta butelka? Powiedziałem do siebie plądrując opuszkami placów burtę łóżka tym samym rozpoczynając zabawę w chowanego.
- Jest! Mam Cię! Pochwyciłem plastikowy nektar ukojenia z ekstazyjnym uśmiechem jakbym dostał w końcu samochodzik na pilota o, który prosiłem kilka lat temu otyłego wąsacza. Przechyliłem butelkę abstrahując od infantylnych myśli o wyżeraczu ciastek. Wziąłem kilka maratońskich łyków, patrząc w głuchą przestrzeń na suficie. Odsysając się od butelki niefartownie wylałem na siebie, kurwaaaaa.
- Dlaczego ja? Powiedziałem niczym bohaterowie tego serialu.

Bestialski despotyzm postanowił zadeklarować swoją groteskowość akurat teraz, wstałem z awersją z łóżka buszując w półce za suchym t shirtem jednocześnie doznając retrospekcji morza słów mamci z ubiegłego dnia, która wrzucała wszystkie moje koszulki do alabastrowego kosza na pranie. Skąd ja to wiedziałem pomyślałem paradoksalnie.

Czy może być jeszcze gorzej? Pomyślałem o mojej krnąbrnej rodzicielce zmieniającej mi pieluchę z fekaliami kilkanaście lat temu. Jednak chyba nie. Zazwyczaj większość populacji człowieczej szepcząc tę sentencje wierzy, że może być gorzej. Stając w pozycji na waleta obnażony z nocnej piżamy eksplorując efemerycznie tępym spojrzeniem pokój usłyszałem szemrane wibracje dochodzące spod mojej poduszki ładującego się telefonu. Podszedłem raptownym krokiem by zbadać sprawę niczym Doktor House lecący w telewizji pod trójką na moim pilocie.
Były to wibracje z nowiną głoszące ostatnie oddechy wyczerpującego się urządzenia.  
- Już nigdy nie będę wstawał nocą by się napić. Powiedziałem do siebie podłączywszy z grymasem niechęci ładowarkę do przedłużki rozciągniętej na pół pokoju. Wziąłem w szpony koc i szedłem tropem wygodnej kanapy. Położyłem się w oparach ciszy rozjarzając się nad snem, który został już tylko ruiną. Zastanawiało mnie dlaczego przyśniła mi się moja najlepsza przyjaciółka odgrywająca taki epizod. Byłem zbyt zmęczony natłokiem myśli, poszedłem spać.

SimpleLife

opublikował opowiadanie w kategorii miłość, użył 1287 słów i 7537 znaków.

1 komentarz

 
  • Somebody

    Bardzo ciekawe słownictwo, szczególnie porównania. Niestety, ogólne wrażenie psują przecinki, które najwyraźniej mają własne życie  :D Niemniej jednak, łapka się należy.