Kroniki Tomka - Był sobie król (cz. 7)

Kroniki Tomka - Był sobie król (cz. 7)Czy kiedykolwiek zastanawialiście się, co dzieję się z człowiekiem podczas śmierci? Czy kiedykolwiek widzieliście śmierć na własne oczy? Szukałem odpowiedzi na dręczące mnie pytanie, jednak nie natknąłem się na nic sensowniejszego od dziecięcych hipotez sekt ciągle zbierających na remonty już dawno wyremontowanych dachów czy trzynastoletnich masochistek, lubiących paprać się we własnych żyłach tylko dlatego, że jakieś skrzywdzone przez matkę beztalencie wybrało trawkę za swojego najbliższego kompana.  
     To co piszę z wielkiego, białego parapetu z widokiem na tonący w zgiełku świateł i światełek Gdańsk to jedynie przypuszczenia, bo jakby nie spojrzał, to całe nasze życie opiera się jedynie na nich.  
Śmierć przychodzi tam, gdzie zaczyna brakować życia. Woli, chęci i przede wszystkim siły do niego.  
Przychodzi tam, gdzie po raz enty robimy to samo, mówimy to samo i tkwimy w tym samym miejscu. Przestajemy mieć nadzieję, uśmiechać się i marzyć, a jedyne co planujemy to co najwyżej umycie głowy. Na koniec ogarnia nas przerażająca obojętność, która przedtem u innych doprowadzała nas do szału. Obojętność ta najpierw celuje po kolei we wszystkich i wszystko dookoła, a na koniec w nas samych.  

Jednak najgorsze jest to, że wielu z nas nawet nie zdaje sobie sprawy, że właśnie umiera. Zmieniamy się w zmywarki, którym ustawia się jeden, określony program. Wszystko robimy z automatu. Dzień za dniem mija tak samo. Widzimy to samo, przeżywamy to samo, wracamy do domu będącego schronieniem i znowu to samo. Czekamy na lepszy moment, odkładając czynność pod tytułem życie na inny termin. Tyle tylko, że lepszy moment nigdy nie nadchodzi.
     Chęć napisania czegokolwiek towarzyszyła mi przez cały czas, jednak nigdy nie było odpowiedniej okazji. A to nauka, a to praca, a to zły humor, a to za dużo hałasu, nie ta pogoda. Dopiero po dwóch latach od ostatniej części tego opowiadania i półtora roku od napisania czegokolwiek, odważyłem się otworzyć edytor tekstowy i napisać to, co chciałbym z siebie wyrzucić.  
     A do wyrzucenia mam całkiem sporo.  

     ***

Ostatni dzień roku, należący zawsze do niejakiego Sylwestra, to dzień, który zawsze odgrywał jakieś ważne role w moim życiu. Jednego roku była to moja pierwsza impreza w życiu, a w rezultacie tego pierwszy alkohol i w pierwszy kac. Ostatni dzień roku wspominam również jako mniej wesoły, ponieważ kojarzy mi się on ze śmiercią mojej najukochańszej ciotki, której żałuję, że nie zdążyłem lepiej poznać. Inny ostatni dzień roku to bijatyka z moją siostrą i ręka w gipsie, oczywiście moja. Następnie zejście się rodziców po kilkumiesięcznej separacji czy mój pierwszy w życiu pocałunek. Dwa lata temu było to pogodzenie się z Filipem, o którym dobrze wiecie z poprzedniej części, a w tym roku było to nasze spotkanie.  
     Ostatni raz widzieliśmy się dobre pięć, może sześć miesięcy temu, gdy przypadkiem wpadł na mnie i Kubę w galerii handlowej. Parsknął jedynie "cześć” i ruszył w swoją stronę. Tym razem zaczepił mnie na przystanku tramwajowym, kiedy to przeklinając w myślach nowo zakupioną zapalniczkę, próbowałem odpalić papierosa. Stanąłem jak wryty, gdy usłyszałem jego głos za sobą.  
– Przepraszam, masz może ognia?  
Odwróciłem się, a następnie zobaczyłem człowieka, który jeszcze pięć lat temu był całym moim światem. Dokładnie przyjrzałem się każdemu kawałkowi twarzy, którą tak dobrze znałem. Był zdziwiony tym spotkaniem niemniej jak ja, kompletnie nie spodziewając się, że opatuloną i zakapturzoną w zimową, grubą kurtkę postacią, mogę być ja.  

– Filip? – spytałem zaskoczony, odruchowo zdejmując z siebie kaptur, poszerzając jednocześnie woje pole widzenia.
– Tomek? – Stanął jak wryty, podobnie jak ja kilka chwil wcześniej.  
– Nie wiedziałem, że palisz – wydusiłem z siebie, chcąc zażegnać niezręczną ciszę.  

Nie spuszczał ze mnie swojego wzroku, którym wprawiał mnie w zakłopotanie. Nie do końca miałem gdzie uciec swoim, a z drugiej strony nie jestem pewien czy chciałem. Chciałem napatrzeć się na zapas, spodziewając się, że zaraz odwróci się i zniknie w oddali na zawsze, niczym dym wspomnianego papierosa. Nasza niema komunikacja oraz samochody prześcigające się po obu stronach przystanku w centrum Wrzeszcza kompletnie zbagatelizowały przyjazd tramwaju, na który tak niecierpliwie czekałem.

– Zacząłem ponad roku temu, odkąd – przerwał, nie dokańczając. – Za to ty nadal nie rzuciłeś.  
– Odkąd nie muszę się przed tobą kryć, to jakoś nawet i mniej mi smakują – przyznałem, podpalając jego, a następnie swojego. – I tak zawsze mnie wyczaiłeś. Wszędzie je wyczuwałeś.  
– Wietrzenie, świece zapachowe, gumy miętowe i inne fanty, a ty i tak zawsze wpadałeś. – Na chwilę się uśmiechnął.  
– A na koniec dostawałem opierdol. – Również się uśmiechnąłem.  
– Kuba czy jak mu tam nie ma nic przeciwko?  

Prawo Murphy’ego głoszące tezę, że jeśli coś się może zepsuć, to się zepsuje, była jedną z niewielu, która zawsze się sprawdzała. Nie bez powodu rozstaliśmy się dwa lata temu i nie bez powodu rozstaliśmy się jakiś czas po tym. Bardzo możliwe, że w tej fazie miłosnej ślepoty i wielkiej naiwności pomieszanej z wyolbrzymianiem najmniejszego wydarzenia umknęła nam ta usterka. Kto wie – może tak naprawdę nigdy do siebie nie pasowaliśmy? Równie dobrze mogliśmy sobie to tylko wmówić, pragnąc jedynie tkwienia w tym gejowskim harlequinie godnym największych miłosnych historii, równie naiwnym jak i żałosnym.  
– Kuba czy jak mu tam sam jara jak smok. – Zaciągnąłem się papierosem tak mocno, że prawię się nim zakrztusiłem. – Myślałem, że nadal jesteś w Berlinie.  

Dobrze pamiętacie co spowodowało nasze poprzednie rozstanie; to które opisałem Wam dwa lata temu. Niedługo po tym zrozumiałem, że wróciliśmy do siebie zbyt pochopnie. Miłosna naiwność przyćmiła prawdziwy powód naszego rozstania, którym wcale nie była internetowa znajomość z niejakim Piotrem czy kilka zdań o tym, jak nudno zrobiło się między nami. Powiedzmy sobie szczerze – zrobiłem awanturę o byle co, spakowałem się, a potem czekałem czy zadzwoni. Był to jednak mały wstrząs, którego brakowało nam od dawna. Wstrząs ten pobudził nas, ale nie na długo.  
     Nastał czas, w którym wszystko przestało mnie cieszyć. Najprościej byłoby powiedzieć, że stało się to z dnia na dzień. Prawda jest jednak taka, że wgłębiałem się w ten stan dłuższą chwilę, którą nie wiem kiedy przeoczyłem.  

– Biegał dookoła ciebie, dbał, opiekował, pilnował, starał się. Co chciałeś, to zaraz miałeś. Był gotów zrobić dla ciebie wszystko. – Do dziś pamiętam, jak jego matka wypominała mi jaki jej syn był dla mnie dobry i ile dla mnie zrobił.  
– Sprzątał, prał, prasował, gotował obiadki. – Dołączyłem się do wyliczeń, wpatrując się we własne dłonie, udając że coś w nich dostrzegłem.  
– I jeszcze ci mało?  

Podniosłem wzrok do góry. Kobieta, która zawsze miała coś przeciwko mnie, a odkąd byłem z jej synem wręcz zionęła na zmianę ogniem i lodem w moją stronę, choć starała się zachowywać pozory luz teściowej, wpatrywała się we mnie bezradnie. Przecież tego chciałaś, babsztylu. Powinnaś wiwatować, a nie zawracać mi gitarę.  

– Wręcz za dużo. Chciałabyś – pominąłem wszystkie grzeczności, bo co mi już zależało – codziennie jeść ten sam obiadek? Codziennie te same, nieposolone ziemniaczki, niedosmażone schabowe i nieświeżą surówkę? Wiedzieć kiedy się odezwie, co powie, o co zapyta, gdzie usiądzie, który kubek weźmie, kiedy wróci do domu, jaki kanał włączy, o której zaśnie przed telewizorem i o której się przebudzi, położy do łóżka i pójdzie dalej spać? Czuć się ciągle jak powietrze?  

Stała tak i nie do końca wiedziała co odpowiedzieć. Kobiety, a zwłaszcza matki już chyba tak mają. Myślą, myślą. Wywalą coś z siebie, ale nic nieprzemyślanego. Zawsze mają idealnie przemyślane to, co następnie wyliczą. Potrzebowały jedynie chwili czasu na znalezienie kolejnych argumentów.  

– Kochał cię. – To jedyne, co była w stanie z siebie wykrzesać.  
– Właśnie – zwróciłem uwagę – kochał. Kochał mnie pięć, cztery, może trzy lata temu. Przez ostatni rok obaj udawaliśmy tylko, że wszystko gra. Nasza najdłuższa rozmowa to ta o szczepieniu dla psa, nasz najdłuższy wspólny spacer to ten, kiedy wracaliśmy od ciebie nogami, bo samochód był w warsztacie, a ostatni wspólnie spędzony czas to ten na zakupach w Auchan przed majówką. Wszystko na pamięć. Poranki, obiady, wieczory. Zaprogramowane dialogi, zaprogramowane gesty, zaprogramowany seks, uśmiech. Zero życia, zero zapału. Zero poważnych rozmów, wyjścia czy spędzenia czasu razem. – Wyliczyłem, nie zastanawiając się długo. – Rzeczywiście, perfekcyjny związek. Tyle tylko, że rzygaliśmy tą perfekcyjnością obaj, niech już nie udaje że nie.  
– Czyli uważasz, że wyświadczyłeś mu przysługę? – spytała retorycznie, szybko dodając: – I nie masz sobie kompletnie nic do zarzucenia?  
– Żałuję tylko, że nie przyłapał mnie, tylko musiałem sam mu o tym powiedzieć. – Wyznałem bez namysłu i po chwili zostałem sam z poturbowanymi drzwiami od impetu z jakimi trzasnęły.  

Czy naprawdę wszyscy myśleli, że pójdę w ślady własnej matki i przez całe życie będę ciągnął wszystko do przodu w pojedynkę i pilnował, aby się nie rozpadło? Nie mielibyście dosyć, kiedy co drugi wieczór kończyłby się czymś na wzór awantury, gdzie jeden drugiemu zarzuca, że znów się o coś przypierdala? Nawet brakowało mi z nim porządnej awantury, bo o co tutaj się kłócić? O to, że wszystko gra? O to, że w miarę dobrze nam się powodzi, w domu wszystko jest, nauka idzie dobrze czy może o to, że mamy stałe prace i dobre sąsiedztwo?  

– Przyjechałem na kilka dni. W końcu nie samym Berlinem człowiek żyje – odpowiedział po chwili, wyciągając mnie z dalekiej podróży. – Gdzie jedziesz?  
– Na pewno nie do Berlina – zironizowałem, dając sobie chwilę czasu na wymyślenie czegoś.  
– Wow, nie było mnie kilka miesięcy i już powstała nowa dzielnica z tak długą nazwą? – Spróbował zażartować, przyglądając się jak przecieram nogami z narastającego zimna. – Skoro i tak uciekł ci tramwaj, to może cię chociaż odprowadzę?  
– Skąd wiesz, że właśnie na ten czekałem?  

Wszystko zaczęło się bardzo niewinnie. Kolejny, niczym nieróżniący się od poprzednich samotni wieczór. Każdy znajomy zajęty swoimi sprawami, telewizor grający powtórkę powtórki przez nikogo nieoglądanego programu i wczesnowiosenny deszcz dudniący o szyby okien. Kilka kliknięć i założony profil. Poznałem na nim swojego pierwszego chłopaka, a następnie przez kilka dni współlokatora. Nie zrobiłem tego, aby znaleźć księcia na białym koniu. Przecież miałem już idealnego i nieskazitelnego mężczyznę, który kolejną sobotę spędzał z dala ode mnie. Zrobiłem to wstępnie tylko po to, aby sprawdzić czy coś się tam pozmieniało. Następnie aby z lekka zabić czas i zbliżyć się do kryzysowej pory, w której zamykałem laptopa, wymieniałem wodę w misce, przebierałem się i kładłem spać. Ostatecznie żeby pośmiać się z ciamajd niemogących znaleźć sobie kompanów do seksu w prawdziwym świecie i naiwnych chłopców wierzących, że napotkają tam swojego Romeo.  
     Wiadomość pierwsza, druga, trzecia. Pytanie co tam, na które nigdy nie odpowiadam, bo nadawca naprawdę nie chciałby wiedzieć co tu, propozycja seksu od napalonego pięćdziesięciolatka ze sporym głazem przed sobą i irracjonalne pytanie czego szukam. Pieniędzy z komunii – wydukałem pod nosem, wracając na stronę główną. Nic ciekawego.  
     Odłożyłem szarego laptopa na bok i złapałem za szklankę, którą niecałe dziesięć minut przedtem wypełniłem mocniejszym drinkiem. Kostki lodu postukiwały o siebie, gdy zmierzałem w stronę kuchni. Nawet wy stukacie się częściej niż ja – zwróciłem się do dwóch średniej wielkości kostek, chwytając za przezroczystą butelkę z czerwoną nakrętką. Tomaszu, czy ty aby nie przesadzasz – zacytowałem swoją przyszywaną teściową, spoglądając na zapełnioną w połowię szklankę krystalicznym płynem. Resztę powierzchni wypełniłem napojem gazowanym i wróciłem na swoje zaszczytne miejsce. Wiadomości sztuk kilkanaście, w czym jedna od niego. Kuby.  

– Opowiadaj – zachęcał. – Jak studia, nowa praca? Spotkałem Agnieszkę przedwczoraj, ale na pytanie co u ciebie odesłała mnie do ciebie – przyznał. Co go to w ogóle interesowało?
– Masz szczęście – przyznałem, przykucając by poprawić sznurówkę. – Masz częstszy kontakt z moją siostrą niż ja sam.  

Po tym wszystkim przestaliśmy się do siebie odzywać. Nie potrafiła mnie zrozumieć, a chyba nawet i nie chciała. Wystąpił między nami pewien konflikt interesów, bowiem dla niej wszystko było albo czarne albo białe, podczas gdy dla mnie wszystko stało się szare, nijakie. Oczekiwałem wsparcia i zrozumienia, jednak dla mojej siostry były to zbyt wygórowane oczekiwania. Okazała je jedynie jemu, odsyłając mnie na dalszy, ostatni plan. Może i miała rację, że to wszystko moja wina. Szczerze powiedziawszy było mi wszystko jedno. Wiem, że powinienem się przejąć, gdy własna siostra uważała mnie za lodowatego skurwiela, dwulicową kurwę i egoistycznego dupka.  

– Może urządzimy wspólny, niedzielny obiad? Tata odpali grilla, mama upiecze szarlotkę. Wezmę ze sobą paletki do badmintona, Filip scrabble a ty razem ze swoim kochasiem przyniesiecie kilka zgrzewek piwa? Może jeszcze zaprosimy rodziców i siostrę Filipa? – zaproponowała sarkastycznie. – Poznamy się lepiej, pogadamy, powspominamy.  
– Wiesz co? Spierdalaj. – Wstałem gwałtownie i udałem się na przedpokój, zderzając się ramieniem z jej narzeczonym.  
– Sam spierdalaj! To nie jesteś ty, nie poznaję cię. – Czułem jej wzrok na sobie, gdy nerwowo zawiązywałem but, próbując jednocześnie utrzymać równowagę. – Nie jesteś moim bratem. To nie ty – powtórzyła.  
– Skoro nie jestem twoim bratem, to następnym razem gdy będziesz miała wątpliwości, czy aby na pewno kochasz gostka z którym zamierzasz wziąć ślub, to nie zawracaj mi dupy, dobra? – powiedziałem z pełną premedytacją, wiedząc że przysłuchuje się naszej rozmowie. – Na ckliwe wspominki o swoim byłym udaj się do swojego Filipka, na pewno cię pocieszy. Może i nawet w ten sposób, w który wiem, że zawsze chciałaś.  

Trzasnąłem drzwiami z całej siły, łapiąc się za promieniujący bólem policzek. Wiele razy się biliśmy, jednak ten cios zabolał mnie najbardziej. Zbiegłem w ekspresowym tempie na dół i opuściłem dobrze znane mi osiedle, na którym jeszcze nie dawno pomagałem zadomowić się mojej siostrze. Po powrocie z Francji trudno było jej się odnaleźć w starej, dawno zapomnianej rzeczywistości. Poczułem się wtedy jak ktoś, kto w jednym momencie stracił dwadzieścia parę lat swojego życia. Pstryk i nie ma. Przepadły.  

– Niedługo pyknie nam rocznica odkąd udajemy, że się nie znamy. Nie dostałem nawet zaproszenia na ślub. – Odruchowo sięgnąłem do kieszeni po kolejnego papierosa, kierując się wolnym krokiem przed siebie.  
– Ostatnio zaproponowała mi zostanie świadkiem – wyznał niepewnie, szybko dodając: – Powiedziałem, że przez Skype takich rzeczy się nie załatwia i że przecież już ma świadka.  
– Cieszę się, że utrzymujecie kontakt – powiedziałem oschle w trakcie poszukiwań zapalniczki, z której niedawno korzystałem, a przez to wszystko zapomniałem gdzie ją wsadziłem. – Studia jak studia. – Wróciłem do pierwszego pytania, chcąc zmienić temat. – Masz szczęście, że rzuciłeś. Mieliśmy teraz niesamowity zapierdol, nawet nie wiem czego nie wiem przed kolokwium. A jak Berlin?  
– Ojciec nie daje mi żyć. Przyjeżdża co chwile i kontroluje czy aby na pewno wszystko dobrze robię. Tylko co może być takiego trudnego w nadzorowaniu biura architektonicznego? Siedzenie i patrzenie ludziom na ręce to serio skomplikowane zadanie. Wolałem trzymać się z dala od rodzinnych biznesów i iść własną drogą, ale powiem ci, że architektura nie jest taka zła. Jak przetrwam ten pierwszy rok studiów, to już nic mnie nie złamie. Nie wiem czemu się tak opierałem.  
– Koniecznie chciałeś iść na te same studia co ja.  
– Przynajmniej nauczyłem się manipulować klientami i samymi pracownikami. Mam kolejkę chętnych do pomocy w nauce – zauważył zadowolony z siebie.  
– Ciekawe na ile to twoje zdolności manipulacyjne a na ile to, że jesteś synem ich szefa – zaśmiałem się, przypominając sobie ile tak naprawdę z psychologii rozumiał, a ile wykuł.  
– Spadaj! – Popchnął mnie, robiąc unik bojąc się, że oddam. – Sam Berlin to już kompletnie inny świat. Gdańsk przy nim to niczym średniej wielkości dzielnica na obrzeżach. Kina, teatry, knajpy, restauracje, kluby. Prawdziwy zachód.  
– Panie zachód – zironizowałem, rzucając: – To czego pan zachód szuka w tym zacofanym i wschodnim Gdańsku?  

Temperatura tamtego wieczora była grubo poniżej zera. Czułem jak moje palce od nóg powoli mi zamarzały. Na nic przydały się super nieciepłe buty zimowe. Wyobrażałem sobie nagłówki gazet następnego dnia; łamiąca wiadomość, mężczyzna z amputowanymi palcami u obu gir albo drugi pod tytułem; oliwa sprawiedliwa, zdradził wieloletniego partnera, a ten przyglądał się jak zamarzają mu palce. Walczyłem ze sobą, by nie roześmiać się na środku ulicy i nie wyjść na kompletnego debila.  

– Przede wszystkim świąt. Chciałem sprawdzić, czy ktoś jeszcze o mnie pamięta.  
– No tak, święta, zapomniałem. – Złapałem się za głowę, by następnie poklepać się po twarzy. – W tym roku nie obchodziłem. Taki tam ze mnie pieprzony bezbożnik.  
– Słyszałem, że byliście w górach. Wyjazd się udał? – Naprawdę oczekiwał, że będę z nim rozmawiał o Kubie?  
– Widzę poczta pantoflowa mojej matki wciąż dobrze prosperuje – zaśmiałem się nieszczerze, zatrzymując się w oczekiwaniu na zielone światło.  
– Nie dziw się jej – stanął w jej obronie – nie miała zbyt zadowolonej miny w wigilię bez ciebie.  
– Byłeś u moich rodziców na wigilię?  

Ruszyłem jak poparzony, gdy rozbrzmiał dźwięk sygnalizujący zielone światło. Wyglądało na to, że alians wszyscy przeciwko Tomaszowi sprawnie funkcjonował. Moja matka, mój ojciec, moja siostra i mój były niczym jedna, wielka rodzina, siedzieli przy jednym stole, obgadując najczarniejszą owcę rodziny. Nigdy nie byłem zbyt sentymentalny jeśli chodzi o rodzinę, święta, opłatki i te sprawy, ale przez chwilę coś mnie zakuło w okolicach, jak to usłyszałem od mojej siostry, lodowatego serca. Kto wie, może zasłużyłem sobie na to zaszczytne miano. Tak to jest, gdy pozwolisz komuś stać się twoim całym światem.  

– Zaprosili mnie – przyznał niepewnie, wyłapując co o tym wszystkim myślę.  
– Podeślij mi fotki w wolnej chwili. – Zamknąłem temat, zaskoczony przez wibrujący telefon w kieszeni spodni. Doskonale wiedziałem kto dzwoni. Byłem już mocno spóźniony.  

Jego osoba mnie zaintrygowała. Nie zaczął jak każdy inny od pytania o imię, co u mnie bądź czy dam mu się pobawić swoimi piłeczkami, tylko spytał wprost co takiego sprawiło, że spędzam sobotni wieczór na tym mentalnym wysypisku. Pomyślałem sobie; aha, kolejny z wysokim mniemaniem o sobie. Trzeba będzie mu dopieprzyć. Jeden klik i jego profil. Opis składający się jedynie z odnośnika do popularnego serwisu internetowego z muzyką, filmikami i pojebanymi szafiarkami. Następny klik i galeria składająca się z trzech zdjęć. Miał coś wyjątkowego w sobie. Ten błysk w oku, a wręcz magiczne, zielone spojrzenie sprawiło uśmiech na mojej twarzy. Lśniące, średniej długości brązowe włosy i lekki zarost. Nie myślałem o nim w kwestii przystojny czy nie, jednak ta zieleń zrobiła na mnie wrażenie. Klik w strzałkę sygnalizującą wstecz i ponownie jego opis. Zaintrygowany odtworzyłem zamieszczony przez niego link. Jeśli to ostry pornol z karłami bez rąk i nóg z kocimi płodami w tle, to poważnie zastanowię się nad rozwiązaniem umowy z dostawcą internetów – pomyślałem, czekając na załadowanie się strony. Następnie miłe zaskoczenie; zero Taylor Swift. Jeden z moich najukochańszych kawałków o dziwnym tytule nawiązującym do cudzoziemki w raju kobiet.  
     Moja odpowiedź nie należała do najdłuższych ani głęboko przemyślanych, spytałem wprost co go to obchodzi. Jasne, zrobił na mnie wrażenie, ale nie zamierzałem zastanawiać się godzinami co odpisać a następnie czekać zniecierpliwiony na odpowiedź. Po wysłaniu wiadomości, wróciłem ponownie na jego profil, spoglądając na durne statystyki, które przy rejestracji należy wypełnić. Wiek, waga, wzrost, palenie, picie, owłosienie ciała a nawet ulubione pozycje seksualne. Jak świat homoseksualistów miał być postrzegany w pozytywniejszym świetle, jeśli sami, wypełniając takie pola, robimy z siebie puszczalskie kurwy. Zdecydowanie nie należałem do takiego środowiska i jeśli istnieje coś takiego jak bycie outsiderem w tym gronie, to zdecydowanie zajmowałem w nim najwyższe lokaty. Zaciekawiony jednak, uważnie im się przyjrzałem. Trzy wiosny starszy ode mnie, waga zbliżona do mojej, niewiele wyższy i jak wynikało z zaznaczonych propozycji, niewiele różnił się swoimi zainteresowaniami od moich.  

Zamiast jak każdy inny zapytać co najbardziej lubię, spytał czego najbardziej nie lubię. Długo zastanawiałem się nad odpowiedzią, w końcu długie kolejki w sklepach, podwinięte nogawki i odsłonięte kostki, dzisiejsza muzyka czy obłażące spodnie brzmiały zbyt banalnie. Odpisałem więc krótko; ciszy. Szybko odpowiedział ciągiem dziewięciu liczb dodając; też nie lubię tej kurwy, dzwoń kiedy tylko zechcesz.  
     Odruchowo sięgnąłem po telefon, zerkając wpierw czy nie mam żadnych nieodebranych połączeń bądź wiadomości. Filip nie raczył dać znaku życia, a jedyne co widniało w moich powiadomieniach to mail z prośbą o wystawienie opinii kupna w jednym z internetowych sklepów. Nie zastanawiając się, wbiłem dziewięciocyfrowy numer i dotknąłem palcem słuchawki w zielonym kółeczku na dole wyświetlacza. Kolejną miłą niespodzianką był tradycyjny dźwięk połączenia, zero wkurwiającej muzyki. Sygnał pierwszy. Drugi. Trzeci.  

– Dzień dobry. – Zacząłem skromnie, mimo że wskazówki zegara wskazywały na grubo po pierwszej w nocy. – Już myślałem, że dałeś mi numer do telefonu zaufania.  
– Myślałem że nie zadzwonisz – powiedział, szybko dodając: – Cześć. – Mogę ci jakiś podesłać, jednak wierzę, że moje usługi bardziej przypadną ci do gustu.  
– Czekaj, czekaj – zaskoczyłem – jakie usługi? Czy to aby na pewno zwykły numer, a nie ten naliczający dodatkowe opłaty?  
– Ale jesteś głupi! Mówiłem o usługach telefonu zaufania!  
– Nie obrażaj mnie, sam jesteś głupi – zaśmiałem się, drażniąc się z nim jak dziecko. – Skąd w ogóle myśl, że telefon zaufania byłby mi potrzebny?  
– Myślałem, że studiujesz psychologię, doktorku – zakpił. – Nie lubisz ciszy, co oznacza że możesz być albo wybuchowy albo czujesz się samotny, bo ta wspomniana przez ciebie cisza nie wzięła się znikąd. Do tego wszystkiego profil na tak niepoprawnym portalu – wyliczał, dodając: – Ja bym na twoim miejscu poważnie zastanowił się nad moimi usługami. Pierwsza rozmowa gratis.  

Uśmiechałem się coraz szerzej, przysłuchując się jak inżynier informatyki aspirujący do tytułu magistra zaczyna mnie rozgryzać.  

– Ciekawych rzeczy was uczą na tej informatyce, drogi nolife’ie. – Odgryzłem się za doktorka. – Ale poczekaj! – Oburzyłem się na żarty. – Przecież pisałeś, że też nie lubisz tej kurwy. Stałeś się wulgarny, co oznacza, że wzbudza to w tobie silne emocje. Profil na tym, jak to nazwałeś, niepoprawnym portalu również posiadasz. Szewc bez butów chodzi!  
– Odstaw już lepiej tę szklaneczkę, jeśli widzisz gdzieś chodzącego szewca bez butów.  
– Wal się!
– Zwidy, agresja, picie do lusterka i rozmowa z nieznajomym – drwił ze mnie. – Musi być z tobą naprawdę źle. Jak dobrze, że mogę w czas zainterweniować.  
– Czep się tramwaju. Wszystko ze mną w porządku!  
– Cóż za wybuch testosteronu! Wyczuwam silne emocje przeplatane z wyparciem!  

Nawet się nie obejrzałem, a było już po siódmej rano. Uświadomiłem to sobie dopiero gdy zwlokłem swoje zesztywniałe ciało z niewygodnej sofy w poszukiwaniu ładowarki. Telefon chwilami parzył mnie w rękę, która co jakiś czas drętwiała od jego trzymania. Nigdy wcześniej nie rozmawiałem z nikim tak długo przez telefon, kto wie czy tak długo w ogóle. Co chwilę mnie rozśmieszał, oceniając z daleka że chyba dawno się nie śmiałem. Nie kończyły nam się tematy do rozmów. Tamtej nocy przelecieliśmy wszystko od teorii Freuda przez popularność muzyki disco polo, historie z dzieciństwa, największe porażki miłosne, "najnieśmieszniejsze” kawały świata, sto najgorszych prezentów na urodziny, autentyczność horoskopów i ulubione filmy do systemów komputerowych, inwigilacji, ulubionych zespołów, nierealistycznych marzeń i sensu życia.  

– Naprawdę miło mi było spędzić z tobą noc – przyznałem z podtekstem – jednakże nie mogę nigdzie znaleźć ładowarki i jest już naprawdę wcześnie. Wstaję do pracy za godzinę z hakiem.  
– Mi też. Nie byłeś taki najgorszy jak myślałem – zaśmiał się. – Kolorowych snów
.  
Dowiedziałem się, że oprócz studiowania i bawienia się w telefon zaufania, pracuje dla pnącej się w górę firmy tworzącej oprogramowania, aplikacje mobilne i systemy zabezpieczeń. Próbował mi wytłumaczyć co dokładnie tam robią, ale mało z tego pojmowałem. Na boku zajmował się wsparciem IT w małych przedsiębiorstwach i naprawą komputerów. Dla mnie brzmiało to jak laptop przyklejony do rąk, a dla niego jak osiem godzin pracy bez nadgodzin plus pięć minut na pomoc debilom, którym zaciął się komputer w biurze. Zainteresowań tak wiele, że żadnych konkretnych, czyli dokładnie tak samo jak ja. Od jakiegoś czasu był sam po trzyletnim związku i, jak to określił, poszukiwał siebie.  

– Cholera, nie mogę znaleźć tych głupich szklanek – krzyknął Filip z niegdyś naszej wspólnej kuchni.  

Nasz sylwestrowy spacer w minus pięciu stopniach skończył się nigdzie indziej, jak przed kamienicą, w której razem mieszkaliśmy. Najzabawniejsze było to, że spacer na zasadzie iść przed siebie skończył się właśnie tam. To ja go prowadziłem, ale kompletnie nie myślałem, żeby właśnie tam dojść. Wręcz przeciwnie; unikałem tych ulic jak ognia, mieszkając daleko od dawnego adresu. Czując jednak, że widmo amputacji palców na skutek zamarznięcia staje się coraz bardziej realne, przystałem na propozycję drinka za odchodzący, a jednocześnie nadchodzący rok.  
     Niewiele się zmieniło w kwestii pamięci kodu do domofonu, który pozwalał na otworzenie drzwi od budynku. Mieszkał tam tyle lat i nigdy nie potrafił go spamiętać. Śmiejąc się z tego, jak nerwowo szukał kluczy, wbiłem numer mieszkania, przycisk kluczyk a następnie cztery, cholernie trudne dla niektórych do zapamiętania cyfry.  

– Jak szukasz tych wyrąbistych – zaśmiałem się, ponieważ tak nazywał je mój kuzyn Marcin – to stały zawsze za tymi okropnymi kuflami.  
– Wcale nie są okropne. To pamiątki rodzinne! – Krzyknął, dając znać iż je znalazł. – A jeśli nawet, to po co schowałeś te wyrąbiste właśnie za nie? Widzisz? Sam sobie przeczysz!  
– Na wypadek gdyby wpadli kumple Hitlera odebrać swoją własność, a zaczęli napierdalać dookoła z kałasznikowa. Jedyna szansa na to, że wyrąbiste uszłyby z życiem!
– Ej! Nie są takie stare. – Przyszedł ze zgubami, przypominając sobie nagle o czymś. – Zapomniałem! Wódka wyszła.  
– Nóg dostała?  
– Coś w tym stylu. – Poleciał na przedpokój, chwytając za kurtkę. – Zaraz wracam.  

Zostałem sam na sam w dobrze znanych czterech ścianach, w których ponad rok temu wiodłem całkowicie inne od dzisiejszego życie. Nie jestem w stanie wskazać czemu, ale poczułem się nieswojo. Dokładnie wiedziałem co gdzie jest, które drzwi najbardziej skrzypią, w którym miejscu podłoga najgłośniej trzeszczy, czym doprowadzaliśmy sąsiadów z dołu do szału, a i tak to miejsce wydawało mi się obce. Wiedziałem, że już tutaj nie należę, że nawet nie powinno mnie tutaj być. Niewiele się zmieniło, ale też niewiele miało szansę się zmienić. Odkąd Filip wyjechał, mieszkanie stało puste.  
Skrępowany ciszą sięgnąłem po szarego pilota od wieży, którą dostałem na urodziny. Zostawiłem na pierwszym lepszym kanale radiowym, które nie grało durnej muzyki i pozwoliłem sobie na mały spacerek po dawnym gnieździe. Poza rzeczami, które ze sobą zabrałem, zniknęły jedynie kwiaty, niektóre ramki ze zdjęciami i stary telewizor, który doprowadzał nas do białej gorączki, potrzebując dziesięciu minut na rozświetlenie się. Nigdy nie było albo czasu, chęci czy pieniędzy by coś z tym zrobić. I tak rzadko oglądaliśmy telewizję, co dawało się we znaki moim kurwieniem na wysokie rachunki przy płaceniu za kablówkę. Spojrzałem z daleka na drzwi od pokoju, który kiedyś służył za naszą sypialnię i natychmiast odwróciłem wzrok w stronę kuchni.  
     Niemal nie zszedłem na zawał, gdy czarny telefon wpierw oślepił mnie LED–owym błyskiem, a następnie ogłuszył wibracją z drewnianego, kuchennego blatu. Tyle czasu mu powtarzałem, żeby zmienił te cholerne ustawienia powiadomień. Odruchowo spojrzałem na jego ekran, łapiąc się w okolice mostka. Nie planowałem czytać jego korespondencji, jednak co się raz zobaczyło, nie dało się już odzobaczyć, jak to mawiał Kuba. Wiadomość pochodziła od kogoś zapisanego jako Jonas, a w jej treści oprócz takich słów jak "Danzig” i "Ich liebe Dich” na samym końcu nie zrozumiałem kompletnie nic. Wkrótce ekran zgasł, jednak bez zastanowienia nacisnąłem środkowy guzik, który rozświetlił go ponownie. Usprawiedliwiłem samego siebie, że to tylko po to, aby sprawdzić godzinę. Wiadomość zniknęła z ekranu głównego, a zamiast tego ukazała mi się tapeta i podświetlona strzałka, prowadząca do odblokowania telefonu. Ekran główny zdobiła fotografia prezentująca właściciela wrogiego ciśnieniowi telefonu razem z jakimś chłopakiem o typowych, aryjskich rysach twarzy. Ekran ponownie zgasł, jednak znów wcisnąłem środkowy guzik. Przyjrzałem się ponownie chłopakowi, a następnie zauważyłem sposób, w jaki pozowali. Domyśliłem się, że to zapewne niejaki Jonas, który parę chwil wcześniej omal nie załatwił mi biletu w jedną stronę na tamten świat.  

Chyba nie myślałeś, że wstąpi do klasztoru i do końca życia będzie nieszczęśliwy – burknąłem do samego siebie pod nosem. I Gdańsk, a nie Danzig, niemiecka małpo – zrobiłem głupią minę do wyświetlacza, który następnie zgasł.  
     Wróciłem do salonu, wyjmując swój telefon z kieszeni spodni, by następnie zająć miejsce na niegdyś ulubionym kawałku sofy. Cztery nieodebrane połączenia od Kuby, dwa od Justyny – mojej koleżanki z roku, jedno od Marcina – mojego kuzyna i kilka smsów z życzeniami. Marcin był, z tego co mi się wydaje, jedynym po mojej matce, choć i ta miała i wciąż ma pewne wątpliwości, członkiem rodziny, który ani mnie nie potępił ani nawet nie ocenił tego, jak postąpiłem.  

– Wiem, że jesteśmy kuzynami i jak historia pokazała, strasznie cię to kręci, ale pamiętaj że mam dziewczynę – powiedział, robiąc mi miejsce w swoim łóżku tego samego dnia, w którym wyprowadziłem się od Filipa.  
– Kijem bym cię nie tknął, głupi złamasie – zripostowałem, wyciągając w jego stronę napój bogów, który konsumowaliśmy z gwinta.  

Oprócz Marcina, jedynie moja matka poznała Kubę, choć i tak w wielkich bólach. Co chcieliśmy się razem spotkać, to albo nie mogła albo nie miała wystarczającej wymówki przed ojcem, który owszem, wciąż mnie kochał i mile widział w domu, a nawet chciał, żebym do niego wrócił, ale na dźwięk imienia Kuba dostawał białej gorączki.  
     Nie chciałem wracać do domu. Jasne, nigdy nie było mi w nim źle, jednak nie zniósłbym smyczy, która zostałaby mi na nowo zapięta. Do tego dawna, ukochana teściowa dwa bloki dalej i jeszcze bardziej kochana siostra, odbijająca każdy niedzielny obiadek ze swoim narzeczonym.  

Odblokowałem telefon, kierując się w zielony kwadracik, by następnie wysłać sms do Kuby. Kompletnie nie wiedziałem, co mu napisać. Miałem być u niego dobre trzy godziny temu. Impreza pewnie trwała w najlepsze. Napisałem tylko; przepraszam, mam nadzieję że niedługo będę. Wystąpiły pewne komplikacje, pozdrów wszystkich.  
     Całe moje życie to jedna wielka komplikacja – wymamrotałem pod nosem, pisząc kolejnego smsa, tym razem do Marcina, życząc mu wszystkiego najgorszego i dodając na końcu że w razie co jestem gdzieś z nim i ma jakiś problem. Doskonale wiedział co to znaczy, bowiem rok temu dostał podobnego smsa, tyle tylko że z bardziej konkretną wskazówką, a mianowicie że w razie co zalaliśmy razem pałę i śpię u niego.  

– Proszę, proszę. Któż to się zjawił. – Filip otworzył drzwi zanim nawet zdążyłem złapać za klamkę od nich. – Gdzie byłeś?  
– Przecież wiesz, że u Marcina – odpowiedziałem, próbując minąć go na przedpokoju i zdjąć z siebie mokrą od deszczu kurtkę.  
Nie było mnie w domu dwa dni. Nie myślałem, że wzbudzi to w nim taką frustrację.  
– Bardzo ciekawe – burknął – że jednocześnie byłeś u Marcina, Agnieszki i Justyny.  
Przekląłem w duchu obie dziewczyny, które próbowały mnie kryć, nie mając pojęcia gdzie byłem, co robiłem i jaka była oficjalna wersja.  
– Przejdź – poprosiłem, unikając kontaktu wzrokowego.
  
Moja internetowa znajomość z Kubą rozwinęła się do kilkunastu rozmów telefonicznych i kilkuset wymienionych wiadomości tekstowych. Stchórzyłem, gdy zaproponował mi spotkanie. Czułem, że pomału uzależniałem się od kontaktu z nim, chodząc ciągle z telefonem w dłoni i promieniując, widząc wiadomość od niego. Przestraszyłem się własnych uczuć, gdyż w pewnym momencie przestał być dla mnie obojętny. Kryłem się jak dziecko, wychodząc na dwór aby porozmawiać i udając, że czytam jakieś dowcipy, gdy Filip dopytywał się, co mnie tak bawi.  
     Pewnego razu usłyszałem od Kuby, że jeszcze trochę i zmuszę go do stania się hipokrytą. W końcu zawsze śmiał się z zakochiwania w internetach. Po tamtej rozmowie zerwałem kontakt, usuwając wcześniej założone konto i nie odbierając połączeń od niego. Powód był prosty; sam zmierzałem w stronę hipokryzji. Brakowało mi go tydzień, dwa, trzy. Besztając się w myślach i starając się poprawić relacje z Filipem, próbowałem o nim zapomnieć.  

– Jestem!
Tym razem to nie telefon, a de facto jego właściciel prawie doprowadził mnie do zawału. Ponownie powróciłem na ziemię.  
– Nie trzaskaj tak! – krzyknąłem jak za starych czasów, w których to okropnie mnie tym denerwował. – To nie obora.  
– Zapomniałem – powiedział przepraszającym tonem, dodając: – Spotkałem Ankę w sklepie. Masz pozdrowienia.
– Ona chyba jeszcze nie ogarnęła – zaśmiałem się, mając na myśli nasze rozstanie i fakt, że żaden z nas już nie mieszkał pod tym adresem.  

Rzucił kurtkę na komodę i pociągając nosem, powędrował w stronę kuchni razem z, jak to nazywałem, żulowską reklamówką w ręce. Obserwowałem z salonu jak ciemna siatka zabarwiona w brązowe paski wylądowała na kuchennym blacie, tuż obok telefonu, który Filip od razu sprawdził. Spojrzał na mnie przepraszająco, oświadczając że musi zadzwonić.  
     Odetchnąłem z ulgą, wstając i kierując się w jego stronę, by w międzyczasie rozpakować zakupy. Stał tyłem do mnie, wypatrując przez okno. Ten, do kogo dzwonił, nie śpieszył się z odebraniem. Zrezygnowany opuścił rękę w której trzymał telefon, wybierając numer ponownie. Wyjąłem mojego dobrego znajomego, na mieście przezywanego za Sobieskiego i przemyłem dwie sztuki z sześciu wyrąbistych szklanek. Telefon zawibrował, co oznaczało, że połączenie zostało odebrane. Rozdziawiłem japę, gdy usłyszałem, jak dobrze operuje niemieckim. Zawsze miał dobre oceny, podczas gdy ja zbierałem same dwóje i tróje. Ja ja – przedrzeźniałem go pod nosem, mocując się z butelką limonkowomiętowego Schweppes‘a.  

– Z kim tak "iś libowałeś”? – spytałem potocznie, wrzucając trzy kostki lodu do jednej ze szklanek.  
Zmieszał się, odkładając telefon na bok. Wyciągnąłem szklankę w jego stronę, co spowodowało, że sam się speszyłem. Jego dłoń musnęła moją. Było to dziwne, a zarazem dobrze znane uczucie.  
– Jonasem, moim chłopakiem – odpowiedział, biorąc łyk lekko szarawego płynu.  
Usiadłem na blacie, chwytając za czarną słonkę. Drink bez słonki to nie drink.  
– Opowiadaj! – Zachęciłem. – Gdzie się poznaliście, kiedy, jaki jest?  

Posunąłem się, robiąc mu miejsce koło mnie. Podparł się wewnętrzną stroną dłoni o blat i po chwili siedział już przy mnie. Stuknąłem się z nim szklanką, biorąc większy łyk na odwagę.  

– Na studiach – wyznał. – Siedzieliśmy obok siebie na nudnym wykładzie historii architektury i od tego się w sumie zaczęło.  
Nie był skory do wyznań.  
– Masz jakieś zdjęcia?  

Spojrzał na mnie zaskoczony. Każdy inny na moim miejscu szybko zmieniłby temat, jednak moja ciekawość nie dawała mi spokoju. Chciałem zobaczyć, co takiego go w nim urzekło.  
     Odwróciłem swój wzrok w stronę czterech, zielonych cyfr przedzielonych dwukropkiem w obudowie piekarnika, podczas gdy odblokowywał swój telefon. Niecała godzina i rok do przodu – pomyślałem, czekając aż znajdzie to, czego szukał.  

– To z wieży telewizyjnej – poinformował, wyciągając telefon w moją stronę.  

Przyjrzałem się, zwracając uwagę najpierw na panoramę Berlina w tle, a następnie Jonasa obejmującego Filipa. Te same, aryjskie rysy twarzy, które dostrzegłem kilka chwil temu, omal nie schodząc na zawał. Krótko ścięty, dobrze zbudowany blondyn o niebieskich oczach. Dostrzegłem w nich coś, czego nie potrafiłem nazwać, ale znałem bardzo dobrze. Coś, co sam miałem, zakochując się w Filipie.  

– Tak najgorzej nie trafiłeś – skomentowałem dowcipnie, choć ukucie zazdrości jak nic podważyło tę dowcipność. – Za miłość. – Wzniosłem toast, wyciągając szklankę w kierunku jego szklanki.  

Pamiętam własne zdziwienie, gdy tego samego wieczoru, w którym oficjalnie miałem, potocznie mówiąc, zalewać pałę z własnym kuzynem, barman przyniósł mi pod nos drink, którego nie zamawiałem.  
– To od tamtego faceta – krzyknął, próbując przebić się przez głośną muzykę, a następnie wskazując palcem na mężczyznę siedzącego tyłem do mnie przy barze.  
Spojrzałem w jego stronę, wzruszając ramionami zdezorientowany. Jeśli się pomylił i miał go posłać jakiejś pannie, to już nie moja sprawa – pomyślałem, wypijając do końca tego, którego sam sobie zamówiłem i biorąc się za podarowanego. Pij, pij, zanim się skapnie – usprawiedliwiałem się pod nosem. Cała sytuacja miała miejsce zaledwie godzinę, góra dwie od mojej kłótni z Filipem na środku ulicy.  

Wyjątkowo, bo niczym innym nie można już było nazwać wspólnej soboty nie w domu przed telewizorem, byliśmy na kolacji w jednej z pizzerii na Długiej. Początkowo mieliśmy spotkać się tam z moją siostrą i ówcześnie jej chłopakiem, następnie narzeczonym, jednak moja siostra miała inny plan. Czekając przed wejściem otrzymałem sms o treści; potem będziesz mi dziękował, a chwilę po tym zadzwonił telefon Filipa.  

– Daleko jesteście? – spytał w słuchawce. – Aha, rozumiem. Nie, spoko, niech się wykuruje. – Uśmiechnął się szeroko, wpadając na coś. – Nie wątpię, że jej w tym pomożesz – zaśmiał się, życząc zdrowia mojej siostrze. – Agnieszka się rozchorowała, nie przyjdą – zwrócił się do mnie, wkładając telefon do kieszeni.  

Zajęliśmy miejsce przy stoliku przy oknie, zresztą jedynym wolnym tamtego wieczoru. Zamieniliśmy kilka słów oczekując na pizzę i… tyle. Nasz posiłek w restauracji przypominał prawie każdy obiad w domu. Po prostu był niemy.  
     Przyglądałem się parze siedzącej stolik za nami, przypominając sobie nasze pierwsze, potajemne randki. Dziewczyna w niebieskiej sukience uśmiechała się od ucha do ucha, a jej oczy błyszczały z daleka. Jej partner rozśmieszał ją co chwila, bacznie przyglądając się każdemu z jej uśmiechów. Mój partner jedyne co, to żuł kalabryjskie salami wpatrując się w okno i co chwilę popijając, narzekając że tym razem jest za ostre. Chciałem podzielić się swoją, ale nie cierpiał szpinaku.  

– To gdzie idziemy? – spytałem bez przekonania.  
– Do domu chyba, co? Późno już, gdzie chcesz jeszcze iść?  
– Późno? Wpół do jedenastej, proszę cię!  
– To gdzie chcesz iść? – spytał od niechcenia.  

Rozejrzałem się dookoła, ale nie w poszukiwaniach jakiegoś miejsca, tylko w celu opanowania wściekłości, do jakiej doprowadził mnie swoją obojętną, typową od kilkunastu tygodni postawą. Gdańsk, rozświetlony przez światła, wypełniony przez roześmianych i bawiących się ludzi, szykował się na długą, pełnych wrażeń noc. Zignorowałem ludzi spacerujących dookoła i odpowiedziałem:  

– Do dupy śpiewać, wiesz? Mam już dosyć tego wszystkiego.  
– O co ci znowu chodzi? – krzyknął poddenerwowany.      
– O gówno, jak nie wiesz o co! – odkrzyknąłem, czując na siebie ciekawski wzrok przechodniów.  
Dwóch pedałów się kłóci, patrzcie do woli – pomyślałem, dodając po chwili: – Ciągle wszystko ci ciężko. Na chuj mnie wtedy przepraszałaś, po chuj chciałeś wracać? – pytałem, przypominając mu poprzedniego sylwestra.  
Spojrzał na mnie bezsilnie, nerwowo przebierając nogami.  
– Po to, żeby pokazać, że potrafisz mieć mnie jeszcze głębiej w dupie niż wtedy? Czy ty w ogóle wiesz o co ci chodzi? – Zasypywałem go pytaniami, na które wiedziałem, że i tak nie otrzymam odpowiedzi.  
– Przestań, chodź do domu – poprosił łagodnie, tonując to, co naprawdę czuł. Był cały czerwony ze złości.  
– Po co? – spytałem retorycznie. – No po co? Po to, żeby popatrzeć jak bijesz rekordy w popierdolonej grze i czekać aż burkniesz ze dwa słowa w moją stronę? Pierdol się z takim wieczorem.  

Odwróciłem się i ruszyłem w pierwszą lepszą stronę, czując jak gorąc szaleństwa, do którego mnie doprowadził, rozpływa się po moim ciele. Nie wiedziałem gdzie i po co idę, ale wiedziałem, że jak najdalej od niego i jego obojętności, której miałem po dziurki w nosie.  

– Poczekaj – krzyknął za mną, doganiając mnie. – Gdzie idziesz?  
– Tam, gdzie już dawno powinienem – odkrzyknąłem nerwowo, mimo że szedł już przy mnie.  
– To znaczy gdzie?
Spróbował złapać mnie za rękę, która dygotała cała od złości.  
– Nie wiem! Daj mi już kurwa święty spokój. – Trzasnąłem swoją rękę jego, gdy próbował za nią złapać. – Wracaj już lepiej, bo chłopaki z drużyny żyć bez ciebie nie potrafią.  

Wyśmiałem jego internetowe rozgrywki w piłkę nożną i przyśpieszyłem tempa, pozostawiając go za sobą. Dyskretnie obejrzałem się za siebie, jednak nigdzie go nie dostrzegłem. Pięknie, poleciał do chłopaków – przekląłem go w myślach, dodając kilka wulgaryzmów. Chciało mi się wrzeszczeć, płakać i demolować co napotkam jednocześnie. Wkurw, który u mnie spowodował, doprowadził mnie na przystanek tramwajowy w trzy, a nie, jak zazwyczaj, dziesięć minut. Cudem uzbierałem złoty osiemdziesiąt z przegrody z drobniakami i kupiłem bilet godzinny w jednej z maszyn stojących na przystanku. Pieprzona szóstka, jak trzeba, to nigdy jej nie ma. Potupywałem nogą o chodnik, podczas gdy telefon nie chciał przestać wibrować. Wyjąłem go w końcu, odrzucając kolejne z rzędu połączenie od Filipa i włączając tryb nocny, który powodował brak jakichkolwiek powiadomień. Wszedłem w wiadomości i krótko odpowiedziałem siostrze, mając nadzieję, że jakkolwiek załagodzi to moje wkurzenie.  

”Pozwolisz, że podziękuję ci teraz, a nie później. Wielkie kurwa dzięki teraz.”  

Odłożyłem telefon na miejsce, wsiadając do szóstki, która w końcu raczyła wjechać na tory. Skasowałem bilet, obawiając się kolejnej afery z kontrolerem o czas na skasowanie biletu i usiadłem na jednym z wolnych miejsc przy oknie. Wpatrywałem się w naszego, jak to nazywałem, Gdańskiego Big Ben’a, który tak naprawdę był ratuszem głównego miasta i odruchowo wstałem, opuszczając tramwaj w ostatniej chwili. Wyrzuciłem bilet, który pofrunął wprost pod tory i ruszyłem przed siebie.  

– Powiesz mi jedną rzecz? – spytał Filip, przyrządzając kolejnego drinka.  
Spojrzałem na niego zaciekawiony.  
– W czym był lepszy ode mnie?  

Kompletnie zaskoczył mnie tym pytaniem, choć wiedziałem, że wcześniej czy później takowe padnie. Tyle tylko, że oczekiwałem go dzień, dwa, tydzień po naszym burzliwym rozstaniu, a nie po roku. Czy naprawdę jeszcze tego nie zrozumiał? Przecież to nie tak, że od razu poleciałem do Kuby. Nasza droga od tamtego wieczora do chwili, w której staliśmy się jako tako parą, była naprawdę długa, kręcista i pod górę. Kuba był jedynie symptomem, który przelał czarę goryczy.  

– Naprawdę uważasz, że to, co się stało, to jedynie przez to, że w czymś był od ciebie lepszy? – spytałem niedowierzając. – Myślisz, że zachciało mi się lepszego modelu?
– Nie, nie myślę tak – zmieszał się.  
Podał mi pełną szklankę płynu, który wchodził mi tamtego wieczoru jak żaden inny, by następnie zająć z powrotem miejsce przy mnie.  
– Jednak coś musiało sprawić, że to właśnie z nim, a nie kimkolwiek innym…
– Co to za różnica z kim? – Przerwałem mu poddenerwowany. – Czułbyś się lepiej, gdybym przespał się z sąsiadem, kolesiem ze studiów albo listonoszem?  
– No nie – przyznał, wbijając wzrok w podłogę. – Przepraszam – powiedział cicho – to jedynie męskie ego. Wiem, że to wszystko przeze mnie, nie przez niego. Długo mi zajęło zrozumienie tego.  

Wznieśliśmy niemy toast, wypijając zawartość wyrąbistych szklanek jednym duszkiem. Niemal się zakrztusiłem, gdy jedna z fajerwerk dała o sobie znać tak głośno, że za nią ruszyły alarmy we wszystkich pobliskich samochodach. Za tą feralną fajerwerkom ruszyło stado kolejnych, rozświetlając ciemne, wręcz czarne niebo za kuchennym oknem.  

– Happy new year – spróbowałem zabrzmieć jak rodowity Brytyjczyk, jednak wyszło mi na mocno strutego bimbrem Rosjanina.  
– Widzę, że zdążyłem zarazić cię zachodem – zaśmiał się, stukając pustą szklanką w moją, równie pustą szklankę.  

Moje ruszenie przed siebie z przystanku przy Bramie Wyżynnej doprowadziło mnie do pierwszego lepszego klubu, który napotkałem po drodze. Od razu przy wejściu zostałem otoczony przez zgraję świetnie bawiących się ludzi do skocznej, energicznej muzyki. Chowając kluczyk do szatni, dołączyłem do nich, mimo że nikogo z nich nie znałem. Obrączka na palcu działała na te kobiety niczym viagra na podstarzałych biznesmenów, którzy niejedną z nich dawno już przerobili. Niektóre wiecznie zdziwione od botoksu, niektóre piękne i naturalne. Spędziłem z każdą z nich chwilę czasu na tańcu, by następnie pobujać się do rozrywającej bębenki muzyki w samotności, zagłuszając wszystkie wstrętne i przytłaczające myśli.  
     Po krótkotrwałym szaleństwie, skończyłem w samotności przy jednym ze stolików nieopodal baru. Sącząc do końca gratisowego drinka, spojrzałem ponownie w stronę miejsca, przy którym siedział mój święty Mikołaj. Ku mojemu zdziwieniu, miejsce było już puste. Miałem wrażenie, że nie spuszczałem jego pleców z oczu, oczekując aż w końcu się odwróci. Wzruszyłem ponownie ramionami, pociągając napój przez słonkę.

– Uważaj, bo jeszcze ci tak zostanie – usłyszałem męski głos za sobą, który następnie przysiadł się obok mnie. – Tak patrzę na ciebie i wydaje mi się, że skądś się chyba znamy.  
Przyjrzałem się natrętowi, który bezczelnie przysiadł się obok mnie. Nie należało to do najłatwiejszych zadań przy migających, ciągle zmieniających się kolorami światłach. Okazało się, że kojarzyłem tę twarz.  
– A mi się wydaje, że chyba jednak nie – skłamałem, chwytając ustami za słonkę i opróżniając do dna zawartość szklanki, wbiłem wzrok właśnie w nią.  

Mój rozmówca wyjął z kieszeni swój telefon, aby następnie wybrać jeden z numerów w swoich kontaktach. Wcisnął zieloną słuchawkę, podsuwając mi telefon obok pustej już szklanki.  

– Dzwoń, dzwoń, i tak mam wyciszony – poddałem się, wciskając czerwoną, rozłączającą słuchawkę.  
– Wyciszony powiadasz. – Spojrzał na mnie ponownie, nie zabierając swojego telefonu z powrotem. – Wyciszony od półtora miesiąca, nieźle.  

Odsunąłem od siebie pustą szklankę, odważając się spojrzeć do góry. Nieśmiało przyjrzałem się jego twarzy, dostrzegając w ciemnościach te zielone, magiczne spojrzenie wbite wprost we mnie. Nie wiem co mi odbiło przykładając rękę do jego twarzy, czując pod nią jego krótki, aczkolwiek twardy zarost. Zdezorientowany swoim zachowaniem poklepałem go po niej, próbując wyjść z twarzą z tej sytuacji.  

– Śledzisz mnie? – spytałem dowcipnie, cofając swoją dłoń, która spalała się ze wstydu wraz ze mną.  
Prawie odskoczyłem, gdy to jego dłoń wylądowała na mojej twarzy. Zrobił podobny manewr do mnie, ostatecznie cofając ją na swoje miejsce. Jeden do jednego – odetchnąłem z ulgą.  
– Skądże! Chociaż – zastanowił się – przez chwilę chciałem cię namierzyć. Bałem się, że coś ci się stało. Dopiero później zrozumiałem, że olałeś mnie bez słowa. Nieładnie tak, Tomaszu.  
– Mówiłem ci przecież, że nie cierpię jak się tak do mnie mówi!  
– Wiem, że mówiłeś – zaśmiał się głośno, tak samo jak podczas wszystkich naszych rozmów. Nie miałem już żadnych wątpliwości, że to właśnie on.  

Rozśmieszył mnie, co pozbawiło mnie okazji, by się na niego pogniewać.  
– Takiego wrednego chuja nieodbierającego telefonów poznałbym wszędzie. – Dodał na koniec.  
– Spierdalaj! – Szturchnąłem go w ramię.  

Chwilę mnie podenerwował, doprowadzając do żartobliwej sprzeczki. Muzyka w klubie zamiast cichnąć, stawała się coraz głośniejsza. Długo nie musiałem czekać na propozycję rozmowy w spokojniejszych i bardziej ludzkich warunkach. Przystałem na nią bez najmniejszego zastanowienia.
  
– To czemu przestałeś się odzywać?  
Wieczorowe, październikowe powietrze razem z morzem świateł tworzyło klimat, w którym czułem się najlepiej. Mijając przebiegające tłumy imprezowiczów i ulice wypełnione dźwiękiem pędzących tramwajów, kierowaliśmy się przed siebie w nieznane.
– Tylko bez ściemy – ostrzegł, gdy takową właśnie zamierzałem mu sprzedać.  
– Bo mam chłopaka! – odpowiedziałem bez namysłu.
– Który jest, przepraszam, gdzie?  

Opowiedziałem mu o naszej dzisiejszej kłótni i kilku wcześniejszych, które miały miejsce odkąd ze sobą nie rozmawialiśmy. Doskonale pamiętam, że ukrywałem przed nim fakt o chłopaku, ba, o mężu. Powiedziałem mu, o ile się nie mylę, podczas naszej piątej rozmowy telefonicznej. Był z lekka zdziwiony, jak i zasmucony, ale jak to powiedział: – Wiedziałem, że coś jest z tobą nie tak. Musiałeś być albo zajęty, albo hetero, albo jakimś psychopatą. Pamiętam również, że po tym wyznaniu nie odzywał się trzy dni, tłumacząc się nawałem pracy, który wcześniej spokojnie godził z rozmowami ze mną.  

– Daj sobie z nim spokój. Nie jest wart takiej dupy – podsumował naszą rozmowę, zatrzymując się przy jednym z pobliskich sklepów monopolowych.  
– Nie mów mi jak mam żyć – powiedziałem aktorsko, tonem zbuntowanej trzynastolatki. Wolałem odłożyć swoje problemy na później, upajając się orzeźwiającym powietrzem.  
Pociągnął za klamkę do siebie, próbując otworzyć drzwi. Mocując się z nimi chwilę, wszedł do środka i rzucił krótko:  
– Musisz się dziś serio czegoś napić.  

Tak oto jego dobre rady skończyły się na przystanku tramwajowym, wypełnionym smrodem kilkuletniego oleju z dwóch, stojących nieopodal siebie, słynących ze światowej sławy i wątpliwie zdrowego jedzenia restauracji, które to przyćmiewały piękno budynku dworca głównego.  
     Poza kilkoma laskami, które ewidentnie miały dość na dziś, główne role w filmie pod tytułem; najdłuższe oczekiwanie na tramwaj numer trzy, graliśmy właśnie my. Naszym głównym rekwizytem była reklamówka z uroczą żabką, a w niej dwie butelki bogate w, jak to mawiał Kuba na alkohol, mirrę. Naszą następną scenerią miała być plaża w Brzeźnie, a przynajmniej taką mieliśmy nadzieję, wypatrując za konkretnym tramwajem.  

– To nie tak – odparłem zarzuty Filipa, brzmiące że wszystko to, co było między nami, po prostu mi się znudziło. – Jeśli mam być całkowicie szczery, to przy nim poczułem na nowo, że żyję. Brakowało mi tego, rozumiesz? Czucia że żyję, że jestem, że jeszcze nie umarłem. Po prostu chciało mi się żyć.  

Przyglądałem się mu, gdy przygotowując kolejnego drinka, uważnie wyłapywał i analizował każde wypowiedziane przeze mnie słowo z kuchennego blatu. Ugryzłem się w język i zostawiłem argumenty, że wina nie leży jedynie po mojej stronie na później.  

– Cały czas robiłem to samo. Wstawałem, wychodziłem z psem, tobie kanapki, sobie kawę. Zmywarka, obiadek, uczelnia, praca i niemy, niby wspólny wieczorek. Ty ciągle tylko albo gra, albo telewizja, byle jak najdalej ode mnie – wyliczałem, pomijając i tak część z tego, co leżało mi na sercu.  

Podsunął mi szklankę, jakby obawiając się, że nasze dłonie znów się spotkają jak kilkanaście chwil wcześniej.  

– Też w pewnym momencie się poddałem. I wcale nie był to moment, w którym poznałem jego, bo do tamtego momentu było jeszcze ho ho. – Złapałem za szklankę, biorąc mały łyk. – Nic mnie nie cieszyło, wręcz przeciwnie, smuciło. Unikałem kontaktu z innymi, pragnąc go tylko z tobą. Zamknąłem się w domu, czekając na sam nie wiem co. Zwykłe rzeczy jak zrobienie prania, nałożenie jeść psu czy zapłacenie zaległego gazu stały się wyzwaniem. Potem opuszczone zajęcia, ciągle zwolnienia w pracy i na koniec obojętność na wszystko i wszystkich dookoła.  

Zajął z powrotem miejsce obok mnie, uważnie przysłuchując się mojej relacji.  
– Byłem na jednej wielkiej karuzeli. Pomimo, że byłeś obok, to zawsze byłem na niej sam.  
– Ile to już razy ci mówiłem, że będąc pod wpływem zmieniasz się w Shakespeare’a?  

Rozładował napięcie, rozbawiając mnie do łez. Powrót do poważności trwałby o wiele krócej, gdyby co chwilę któryś z nas nie wybuchał śmiechem, próbując się uspokoić. Następna przemowa była jego, mimo że nie powiedziałem wszystkiego tego, co chciałem, próbując się w jakiś sposób usprawiedliwić.  

– Nie myśl, że nie rozumiem czemu to się tak potoczyło. Mam sobie wiele za złe. Przede wszystkim to, że nie zauważyłem co się z tobą stało. Byłem zbyt zajęty sobą i swoimi rozterkami, które gówno dały.  

Trzymając słonkę między dwoma palcami, obracałem nią, tym samym chlapiąc dookoła siebie. Obserwowałem tempo, w którym kropelki szkodliwego dla zdrowia, lecz zdrowego dla głowy płynu ściekały na podłogę, zostawiając na niej ledwo widoczne ślady.  

– Każdego dnia obiecywałem sobie, że następnego będzie inaczej. Chciałem powiedzieć coś, zrobić coś inaczej, ale nigdy mi się nie udawało. Wkurwiała mnie ta bezsilność. Wkurwiałem się tym na siebie, potem na ciebie. Coś jak ta twoja karuzela, Shakespearze.  
– Znajdź sobie swoje porównanie! To jest moje – Zaśmiałem się, wkładając słonkę na swoje miejsce.  
– Dobrze wiesz, że cały czas cię kochałem i dobrze wiem, że ty mnie też. Możemy sobie odpuścić takie dyrdymały – powiedział, czytając mi w myślach. – Żałuję tego.  

Spojrzałem na niego, a w rezultacie nasz wzrok ponownie się spotkał. Początkowo omijaliśmy się nim jak dzieci, które zawstydzone sobą nawzajem, uciekają pod szalik swoich matek w piaskownicy. Moje bojowe nastawienie wobec niego i niewypowiedziana wojna, która wydawała mi się, że toczyła się między nami, zniknęły. Spoglądając na niego wtedy, widziałem znów człowieka, z którym kiedyś uwielbiałem rozmawiać i spędzać wspólnie czas. Zapomniałem na chwilę o wszystkim tym co było, a dziś już nie ma. Obudziło się we mnie uczucie tęsknoty, z którym zmagałem się przez ostatnie tygodnie naszego związku i przez jakiś czas po jego zakończeniu.  
     Musiał myśleć o tym samym, bo jak inaczej tłumaczyć to, że niepewnie wyciągnął rękę w moją stronę, by następnie zacisnąć dwa z pięciu palców wokół mojej brody, przytrzymując ją lekko, jakby bał się, że zaraz mu odskoczy, a następnie przybliżając swoje usta w okolice miejsc, które chwilę wcześniej próbował unieruchomić.  

– Nigdy nie myślałem, że skończę na brzezińskim molo sam na sam, w środku nocy, z jakimś obcym facetem z internetów – przyznałem, równie rozbawiony jak i zdziwiony przebiegiem mijającego dnia.  

Zacisnąłem rękę na swojej do polowy opróżnionej butelce dwunastoprocentowego, ulubionego wina i wyciągnąłem w jego stronę, oczekując że zrobi to samo i wzniesiemy kolejny toast. Spojrzałem na niego pytająco, a następnie na jego obrażony wyraz twarzy. Prawdziwy aktor gra do końca.  
– Teraz to przesadziłeś z tym obcym facetem z internetów!  
Zacisnął dłoń na tej samej butelce, ciut niżej od mojej i przejął ją, by następnie odłożyć bezpiecznie na bok. Następnie powalił mnie na twarde i chłodne deski mola, ściskając lekko mój tułów swoimi kolanami. Udaremniał ataki pochodzące z moich rąk, pokrzykując na opustoszałym molo:  

– Może jeszcze powiesz, że podejrzanym? A może że bezlitosnym? W końcu to ja przestałem się do ciebie odzywać i kazałem ci zastanawiać się czemu! To może jeszcze dodaj, że pewnie ma sympatycznego wirusa i bardzo prawdopodobne że jest mordercą i gwałcicielem!

Cały czas powstrzymywał moje ręce, które coraz bardziej zrezygnowane nie miały sił na dalszą defensywę. Śmiałem się w głos, próbując zdziałać coś nogami. Jak dobrze, że nie było nikogo w pobliżu. Skończylibyśmy albo w białych, mało modnych już kaftanach albo za burtą, patrząc na to, jak blisko barierek mola rozbiliśmy nasz nocny piknik.  
– A żebyś wiedział, że dodam! Dodam jeszcze coś o głupim złamasie, który myśli, że jego zielone oczka wszystko za niego załatwią! I o psychopacie, który próbuje mnie zabić – wykrzyczałem ostatnie zdanie, jakby naprawdę miał takie zamiary, sięgając nogą do jego prawego boku, kopiąc w nie kilka razy.  
– Podobają ci się, co nie?!  
– Może i mi się podobają! i co, i co?! – spytałem jak dziecko, próbując ponowić atak.  

Spojrzał na mnie z satysfakcją, nie poddając się nic a nic. Jego kąciki ust rozszerzyły się jeszcze bardziej, podśmiechując się z moich jęków niemocy do jakiej mnie doprowadził. Czas w końcu pójść na tą siłownie – obiecywałem sobie w duchu, próbując zepchnąć go z siebie.– To czemu przestałeś się odzywać?!  
– Nie twoja sprawa!  

Wykorzystałem moment jego nieuwagi i wyswobodziłem się z jego szponów, przewracając go kilkoma ruchami pod siebie. Puknął lekko głową o deski, jednak z perspektywy czasu wcale mu to nie wyszło na złe.  
– Ojoj – powiedziałem przejętym tonem. – Sweterek od Armaniego pobrudzony.  
– To Prada, bezguście jeden!  

Rozsiadłem się wygodnie, uniemożliwiając mu możliwość jakiegokolwiek ruchu. Machał rękami, jednak spokojnie je powstrzymywałem, przytrzymując bądź trzaskając w ich kierunku na zmianę. Nasza pedalska zabawa nie miała sensu, żaden z nas nie znał się na modzie.

– Może dlatego, że też coś poczułem?  
Wróciłem do poprzedniego pytania, nabierając odwagi i de facto chcąc na nie odpowiedzieć. Przymilknął na chwilę. Nastała zupełna, dość krępująca dla mnie cisza. Jedynym wrażeniem słuchowym, jak to moja nauczycielka nazywała dźwięk, były nasze zasapane oddechy, fale morza odbijające się od słupów, na którym postawione było molo oraz lekki wiatr, który wspomnianym falom towarzyszył.  
     Jego zielone oczy świeciły, jak gdyby z gdańskiego nieba wpadły w nie dwa okrągłe diamenciki. Kot ze Shreka był przy nim najzwyklejszym kocurem, liżącym masło i przebiegającym przez ulicę, rozprzestrzeniającym dożywotniego pecha. Podniósł ponownie swoje ręce, obawiając się kolejnego ataku. Ostrożnie uniósł je ku górze, próbując dosięgnąć mojej twarzy. Poszedłem na współpracę, pochylając ją w jego stronę. Objął ją, z początku gładząc ją, by następnie z pełną premedytacją pościskać ją, jakbym miał dwa latka.  

– Przystojniacha – skomentował krótko.  

Strzepnąłem jego ręce, posyłając grymas niezadowolenia w jego stronę. Zepsuł tak napiętą ciszą, którą każdy pisarz wykorzystałby do zbudowania napięcia. Próbował znów coś powiedzieć, jednak powstrzymałem go tym, czym zawsze widziałem na filmach, lecz nigdy nie miałem okazji spróbować. Spokojnie, nie było to poderżnięcie mu gardła. Nie było czym.  
     Położyłem delikatnie palec na jego ustach, który wpierw cmoknął lekko, a następnie próbował ugryźć.  
– Tego się nie bierze się do buzi – pouczyłem matczynym tonem, próbując nie wybuchnąć śmiechem.  

Zsunąłem swój palec, którym z pełną premedytacją przejechałem po jego zaroście, zataczając na nim małe kółko, by następnie móc szusować wzdłuż jego szyi aż po sam początek ubrania, które na sobie miał. Opadłem lekko swoim ciałem na jego, bo tylko tak mogłem zbliżyć swoją twarz do jego twarzy. Zerknąłem jedynie na dwa diamenciki, aby następnie bez dalszego zastanawiania się zamknąć swoje oczy i obdarzyć jego usta swoim pocałunkiem.  
Potem następnym, następnym i jeszcze następnym…  

Filip, próbując nie rozdzielać naszych ust od siebie, zsunął się z kuchennego blatu. Nachyliłem swoją głowę, wokół której zaplątał swoje dłonie. Miałem nadzieję ponownie poczuć lekki smak poziomek, dla którego kilka lat temu straciłem głowę. Sądząc po końcówce, która została w butelce ozdobionej w czerwoną nakrętkę, smak ten nie miał prawa przetrwać.  
     Zsunął swoje dłonie, oplatając je wokół mojego tułowia. Poczułem na swoich plecach dobrze znany mi dotyk, który nieraz doprowadzał mnie do wrót rozkoszy. Odchyliłem się lekko do tyłu, zsuwając się bezwładnie z blatu na nogi.  
     Dosięgnąłem jego rąk na swoich plecach, aby złapać je i przyciągnąć do siebie. Połączyliśmy się, splatając swoje dłonie w jedność, trzymając je ku dole. Zaczął z lekka kierować mnie w stronę wbudowanego nad szafką z talerzami piekarnika, który wskazywał, że było już sporo po trzeciej. Nie miałem czasu zastanawiać się, kiedy dokładnie minął nam czas spędzony na kuchennym blacie.  
Od ściany do ściany kierowaliśmy się w kierunku drzwi, których widoku tak bardzo chciałem uniknąć, gdy zostałem sam na sam z czteroma, dobrze znanymi mi ścianami. Chwila i próg od kolejnych czterech ścian, w których spędziliśmy wiele kolorowych nocy, wszystkich tych od najgorętszych do tych samotnych przez nieprzespane włącznie, został przekroczony. Potykając się o wysoką, materiałową walizkę, opadliśmy wspólnie na wielkie łóżko, nie odstępując od swoich ciał na milimetr.  

Nie wiem co strzeliło mi do głowy, żeby zgodzić się na zaproszenie na herbatę. Usprawiedliwiałem się tym, że strasznie zmarzłem przez trzy wspólne godziny na plaży, jednak prawda była taka, że nie chciałem się z nim rozstawać. Myśl powrotu do domu, w którym czekał na mnie z jednej strony obrażony, a z drugiej zdenerwowany i obojętny Filip, nie kierowała mnie w stronę domu, a w stronę mieszkania Kuby, które znajdowało się niecałe dziesięć minut spacerkiem od plaży.  

– Walić to, chyba mogę być gimbusem na jeden, jedyny dzień – usprawiedliwił się, chwytając za moją dłoń w trakcie spaceru. Wplótł w nią swoje palce, aby następnie pomachać nią energicznie do przodu i do tyłu.  

Oprowadził mnie po swoim dwupokojowym, przestrzennym mieszkaniu, opowiadając żartobliwie o zaletach piwnicy, w której to następnie zamknie mnie na kilka najbliższych lat. Ucieszył mnie sporych wielkości balkon, na którym spaliliśmy dwa papierosy, jeden po drugim. Upierał się, że gdybym dobrze spojrzał, to spokojnie ujrzałbym plażę, ale w tych ciemnościach za cholerę nic nie widziałem.  
     Najbardziej do gustu przypadła mi jego zabarwiona w czarnobiałe odcienie kuchnia, która połączona była wraz z salonem, który de facto łączył zarówno salon jak i jego małą pracownię. Był fanem niezagraconej przestrzeni i na pierwszy rzut oka świecący białością salon mógł wydawać się pusty. Wysoki, biały blat kuchenny służący jednocześnie za stół jadalny, był moją ulubioną przestrzenią jego mieszkania. Wokół niego stały cztery wysokie krzesła, zabarwione w kolor surowego drewna.  

– Stół jadalny – powiedziałem z grymasem. – To tak dziwnie brzmi.  

Naprzeciwko tegoż blatu znajdował się główny punkt dowodzenia w kuchni, a mianowicie kuchenka, zabudowana z obu stron przez białe szafki z czarnym, ciąganym się wzdłuż blatem, zlew, zmywarkę i lodówkę. Najbardziej jarał mnie stojak z przyprawami, z którego o istnieniu niektórych z nich dowiedziałem się właśnie z niego. Unoszący się zapach świeżej bazylii, przeplatanej z oregano i miętą, unosił się z małych doniczek stojących na parapecie.  
     Salon za to składał się z czarnej, narożnej sofy na samym środku paneli zabarwionych w odcień ciemnego drewna. Naprzeciwko niego skromny, błyszczący stolik w kolorze bieli. Na ścianie wiszący telewizor, któremu towarzystwa dotrzymywały dwie kolumny stojące po przeciwnych stronach. Pod telewizorem biała, równie lśniącą co stół komoda, zaopatrzona w kilka dekoderów, pilotów i dwie zamknięte szuflady.  
Po prawej stronie salonu, tuż przy samym oknie, biurko należące do Kuby. Podobnie jak krzesła w kuchni, tak i ono zabarwione było w kolor surowego drewna, wyglądające z daleka na dość antyczne. Na nim monitor komputera, biała klawiatura, myszka, kilka kartek i długopis. Nad biurkiem papierowa lampa, która ówdzie była jedynym światłem w salonie oprócz tego, palącego się w kuchni, w której wspólnie spędzaliśmy czas.

– Może jesteś głodny? – spytał troskliwie, zalewając wpierw moją, a następnie swoją herbatę wrzątkiem ze srebrnego czajnika elektrycznego. – Przynajmniej ja jestem.  
Spojrzałem ukradkiem w kierunku wbudowanego zegara w kuchence, zauważając na nim godzinę trzecią nad ranem.  
– Wiesz co bym zjadł?  
– Wal. – Podsunął mi gorącą herbatę malinową z miodem, sprawdzając asortyment w swojej lodówce. – Tylko jak coś, to homar i kawior już się skończył. Powinienem mieć jeszcze gdzieś mrożone ośmiorniczki.  
– Bardzo kurwa śmieszne. – Wytknąłem środkowy palec w jego stronę, wyjawiając po chwili upragniony posiłek: – Ciasto! Jakiekolwiek, byle domowe.  

Zamknął lodówkę zaskoczony. Brawo, zamiast wspomnieć coś o listku sałaty czy garści szpinaku, to wyjeżdżasz z jakimś ciastem. Rzuć coś zaraz o planach pójścia na siłownię, bo jeszcze coś sobie o tobie pomyśli – pomyślałem, oczekując aż się odezwie.  

– Lubisz czekoladowe?  
Pokiwałem głową, gryząc się w język, że tak naprawdę to lubię każde.  
– No to Brownie raz dla Tomasza – powiedział z premedytacją, wiedząc jak działa na mnie moje własne imię. – Bardzo czekoladowe, najłatwiejsze i najszybsze w przygotowaniu.  
Zaczął w ekspresywnym tempie wyjmować przeróżne roboty kuchenne i składniki. Wstałem z krzesła, chcąc mu jakoś pomóc. Nie wierzyłem, że naprawdę chciało mu się piec ciasto o tej porze.  

– Ale ja tylko żartowałem – wydukałem z siebie, przytrzymując mu słoik z mąką pszenną.  

Wręczył mi kostkę dwustugramowego masła, dwie tabliczki gorzkiej czekolady, garnek oraz miskę. Domyśliłem się jedynie, że mam wstawić garnek na kuchenkę, skoro nalał mi do niego wody. Stałem tak i obserwowałem jak ubija za pomocą miksera mąkę, którą wcześniej mu trzymałem, cukier i sześć sztuk jajek.  

– Sąsiedzi muszą cię uwielbiać – skomentowałem, gdy wyjął wtyczkę od miksera z gniazdka.  
– Któż by mnie nie uwielbiał – powiedział pewny siebie. – Spójrz, kilka godzin i już za mną szalejesz. Pomyśl co oni czują po kilku latach!
– Te, te – ostrzegłem. – Nie bądź taki do przodu, bo ci z tyłu zabraknie!  
Schował mikser z powrotem na swoje miejsce i spojrzał na moje stanowisko pracy, w którym poza wstawieniem garnka na gaz nie zrobiłem nic więcej.  
– Woda ci się już gotuje, możesz zacząć roztapiać.  
– Ah, to o to chodziło!  

Zaśmiał się tylko, rozpakowując dla mnie kostkę masła ze śliskiego, srebrzystego opakowania. Lekko pobrudził przy tym swoje palce, które specjalnie wytarł o moje czoło. Protestując przeciw takiemu traktowaniu, oparłem pobrudzoną część ciała o część jego ciała, sprawiając że za pomocą masła nasze czoła się ze sobą skleiły. Ułamek sekundy potem nasze usta znów spotkały się po długiej przerwie. Zawiązałem ręce wokół jego tułowia, dociskając go do siebie. Kawałek czarnego blatu niemiłosiernie wbijał mi się w plecy. Jeszcze chwila, a cała woda wyparowałaby razem z nami.  

– Naprawdę jesteś informatykiem? – spytałem z niedowierzaniem, łamiąc gorzką czekoladę w kostkę, by następnie wrzucać ją do miski dryfującej na gotującej się w garnku wodzie.  
– A co jeśli tak naprawdę byłbym jakimś super miliarderem, który w ogóle nie pracuje?  
– To wtedy dostałbym ten kawior i ośmiorniczki, a nie jakiś brołni. – Wybrzydzałem aktorsko. – Co to w ogóle jest?  

Trzy sztaby moje, jedna twoja – cytowałem w myślach postać Lipskiego, wrzucając trzy kostki do rozgrzanej miski, a czwartą wprost do buzi. Nie umknęło to jego uwadze i musiałem wysłuchać krótkiego wykładu na temat tego, jak ważne są proporcje w pieczeniu. Następnie miałem podzielić masło w mniejsze kostki i na koniec zmieszać to wszystko tak, aby całość roztopiła się w jednolitą masę.  

– Zawsze lubiłem gotować. Tak naprawdę, to miałem iść do technikum gastronomicznego, ale nie wypełniłem czegoś w papierach i w końcu poszedłem w te rejony – powiedział, mając na myśli informatykę. – Dorabiałem na studiach w jakichś knajpach, a w wakacje pracowałem na statkach.  
– Prawdziwy marynarz – wzdychnąłem.  
– Nie śmiej się! Moje jedzenie robiło furorę w domu dziecka!  

Nagle zabrakło mi języka w gębie, więc wziąłem się za masło, chcąc zwolnić deskę do krojenia na którą czekał już dłuższą chwilę. Czekając aż masło z lekka zmięknie abym mógł zacząć mieszać, obserwowałem jak kroi orzechy w drobne kawałeczki.  

– Tak, byłem w domu dziecka. Zazwyczaj nie wspominam o tym na pierwszych randkach – zaśmiał się. – Nie masz uczulenia, prawda? – Skinął głową na orzechy.  
– Nie, nie mam. Zaczynam za to mieć na ciebie – przyznałem, mocując się z łyżką pomiędzy masłem a stopioną już czekoladą. – Poczekaj – zaskoczyłem – to to jest randka?  
– Poczekaj, a nie?  
Gdy już pokroił orzechy i przesypał je do średniej wielkości miseczki, wziął się za krojenie w paseczki suszonych śliwek i kawałków żurawiny.  
– Fuj, co to za ohydztwo? – Wystawiłem swój język, okazując gest obrzydzenia.  
– Samo zdrowie, baranie!  
Oblizałem łyżkę, którą kilka chwil wcześniej merdałem czekoladę i odważyłem się:  
– Dlaczego o tym nie wspominasz? – Miałem na myśli dom dziecka.  
– Czyli to jednak randka? – Klasnął dłońmi w geście triumfu, poważniejąc po chwili. – Nie ma się czym chwalić. Mógłbyś sobie pomyśleć, że chcę wziąć cię na litość i współczucie.  

Zabrał mi z rąk łyżkę, która to już po raz trzeci zamoczyłem w stygnącej misce. Następnie złapał ją w obie ręce i postawił obok tej, w której kilka chwil wcześniej miksował mąkę z cukrem i jajkami. Do zmiksowanej masy wlał moje czekoladowomaślane dzieło, by następnie wsypać pokrojone przez siebie składniki i starannie wymieszać je ze sobą.  
– Mam już w końcu dwadzieścia cztery lata. Czas najwyższy żeby się pozbierać i przestać użalać nad swoim losem. Na wszystko to, co mam, musiałem sam sobie zapracować i co tu będę wiele mówił… Jestem z tego dumny.  

Przysłuchiwałem się każdemu słowu uważnie, maczając raz po raz palec w wymieszanej, nieziemsko smakującej masie czekoladowej. Opowiedział mi z krótka o swoich rodzicach, którzy oddali go dla młodszego brata. Nie chciałem go wtedy ciągnąć za język, jednak czułem, że wciąż wywołuje to w nim silne emocje. Wolałem uciec od tematu, który sam niepotrzebnie rozpocząłem.  
– Brzuch cię będzie bolał!
– Posmakuj! – Wyciągnąłem w jego stronę zamoczony w masie palec.  

Niedługo po tym przenieśliśmy się z okrągłą miską, dwiema łyżkami i dwoma kubkami na czarną, stojącą w salonie sofę. Przyglądając się jednemu z najnudniejszych filmów w historii kinematografii, wyjadaliśmy zawartość miski.  

– Zapomniałem jak przyjemny może być seks – przyznałem między jednym, a drugim zaciągnięciem się papierosem.  

Lekki wiaterek, przedostający się przez uchylone okno w pokoju sypialnym, przyprawiał moje nagie ciało o gęsią skórkę. Wpatrywałem się wprost w sufit, obserwując jak dym papierosa pędzi ku górze. Palenie w łóżku to jeden z topowych powodów pożarów, jednak było nam to wszystko jedno. Wymięta, biała pościel na której leżeliśmy obok siebie, na pewno dałaby sobie radę z odrobiną popiołu. Prawdziwe zagrożenie pożarowe odbywało się na niej kilka chwil wcześniej.  
     Zrobiłem to z pełną świadomością. Nie byłem ani pijany ani nie był to też chwilowy impuls. Wkrótce po opróżnieniu całej miski, ponownie do siebie przywarliśmy. Pociągnąłem go w swoją stronę, sprawiając że przykrył swoim ciałem moje. Błądził swoim zarostem od moich ust po szyję i z powrotem, podczas gdy próbowałem wyjąć spod pleców pilota od telewizora, który wbijając mi się w plecy, zmieniał kanały jak głupi. Poddałem się szybko, zaplatając nogi o jego biodra i dociskając jego ciało jeszcze bliżej swojego, tak jakby na dworze panowała zima stulecia. Temperatura między naszymi ciałami rosła, co zaowocowało pozbyciem się górnej części garderoby. Jakby było mało, wsunąłem swoją dłoń w miejsce cieszące się największymi upałami.  

– Dasz mi chwilę? – wymamrotałem na raty, cudem opierając się uczuciu narastającej ekscytacji. – Muszę siusiu – zażartowałem.  

Nagradzając go kilkoma szybkimi, łapczywymi pocałunkami, udałem się w kierunku przedpokoju, obok którego znajdowała się łazienka. Zamknąłem za sobą drzwi na zamek, aby następnie odetchnąć z całych sił. Przyjrzałem się w lustrze, niedowierzając jak ten wieczór zamierzał się skończyć. Poklepałem się po twarzy, próbując upewnić się, że to dzieje się naprawdę.  
     Odkręcając kran, w oczy rzuciła mi się moja obrączka z białego złota. Przez chwilę kompletnie o niej zapomniałem. Przyglądałem się jej chwilę, walczyłem z natłokiem myśli. Natłokiem tak głośnym, że nawet głośny strumień wody płynącej z kranu nie był w stanie go zagłuszyć. Zmniejszyłem strumień, chwytając za nią. Obróciłem ją wokół palca, następnie zsuwając z palca. Tym samym podjąłem decyzję, którą podjąć powinienem był już dawno temu. Decyzję, którą powinienem był podtrzymać ponad pół roku temu, dając założyć ją sobie ponownie na palec.  
     Schowałem kółeczko do pustej przegrody z monetami w portfelu, przemywając twarz lodowatą wodą. Spojrzałem jeszcze raz w swoje odbicie w lustrze, poprawiając co nie co fryzurę. Odetchnąłem głęboko, wycierając ręce o niebieski, wiszący na wieszaku obok ręczniczek.  
Chwila odetchnienia dała i mu czas na przemyślenia, bowiem spytał mnie dwukrotnie, czy jestem pewien. Kiwałem tylko głową, przywierając z powrotem swoim spragnionym ciałem do jego ciała, kierując go do jego własnej sypialni.  

– Nie przyzwyczajaj się tak – powiedział, zakładając swoją nogę na moją. – Palenie dozwolone tylko na balkonie.  
– Sam palisz! – Zaprotestowałem.  
– Jak tu po czymś takim nie zapalić? – spytał retorycznie.  

Jedynie trzeźwe myślenie sprawiło, że wysunąłem swoje ręce spod szarej bluzy Filipa, który mimowolnie przestał muskać moją szyję. Przez chwilę gościła między nami krępująca cisza, którą przerwał głośnym wzdychnięciem. Wtulił swój nos w moje ubranie, a ja bez zastanowienia ponownie go przytuliłem. Leżeliśmy tak chwilę, nie odzywając się do siebie ani słowem.  

– Przepraszam – powiedziałem cicho, jakby ktoś miał się nam przysłuchiwać z daleka.  
– To ja przepraszam. Nie powinienem był. – Odkleił swój nos, przywierając swoją głową do mojej klatki piersiowej.  

Podobnie jak z Kubą jakieś półtora roku temu, tak teraz przy nim wpatrywałem się w sufit. Sufit, którego każdy zakamarek znałem od podszewki. Temperatura między nami wróciła do normy, jednak ani jemu ani mi nie było spieszno wyswobodzić się z tego uścisku. Choć nigdy nie przyznałem się do tego głośno, brakowało mi tego jak cholera.  

– Kochasz go? – spytałem, mając na myśli chłopaka zdobiącego jego telefon.  
– Pewnie, że kocham.  
– To nie zepsuj tego, okej? – Powiedziałem ze szczerą troską o niego.  
– A ty?  
– Wiesz, że szwaby nie są w moim guście.  

Rozładowałem do końca napięcie, które wywołało to zdarzenie. Dokładnie widziałem jaki był uśmiechnięty u jego boku i nie miałem żadnych wątpliwości co do tego, o czym kilka sekund wcześniej mnie zapewnił. Znałem go jak własną kieszeń, choć na chwilę przestałem znać.  

– Zaśpiewasz mi kołysankę? – Kuba pobił moją prośbę z ciastem. Dwa do dwóch.  
– No dobra, jaką byś chciał? – spytałem zaskoczony, szosując palcem wzdłuż jego ramienia.  
– Obojętnie. Wybierz jakąś.  

Zastanawiałem się dłuższą chwilę, zbaczając palcem na jego klatkę piersiową. Próbowałem jakąkolwiek sobie przypomnieć, a gdy już na jakąś wpadałem, nie byłem pewien czy znałem wszystkie jej zwrotki. Obróciłem się na bok w jego stronę, całując go w policzek. Przez chwilę miałem cel odwrócić jego uwagę kompletnie czym innym, jednak wyczuł moje zamiary. Cmoknąłem go po raz ostatni, wracając niechętnie na plecy. Oparłem głowę o jego bark i zamykając oczy, przełamałem kolejną barierę wstydu:  

– Był sobie król, był sobie paź i była też królewna – zaśpiewałem po cichu w rytm melodii, którą pamiętałem jak jedną z niewielu. – Żyli wśród róż, nie znali burz, rzecz najzupełniej pewna. Żyli wśród róż, nie znali burz, rzecz najzupełniej pewna.  
Otwierając oczy, spojrzałem dyskretnie ku górze, sprawdzając czy się przypadkiem ze mnie nie nabija. Dostrzegłem tylko zamknięte powieki, oczekujące na kolejną zwrotkę.  

– Kochał ją król, kochał ją paź, kochali ją oboje. I ona też, kochała ich, kochali się we troje.  
Zanuciłem meldoię, usiłująć przypomnieć sobie kolejną zwrotkę.  

– Powinienem się już zbierać – rzuciłem do Filipa, próbując wyswobodzić się z jego uścisku.  
– Zostań jeszcze. – Puścił mnie niechętnie, siadając na łóżko. – Gdzie będziesz się tłukł po nocy.  
– Zamówię sobie taksówkę. Jestem spóźniony z jakieś siedem, jak nie osiem godzin. I tak jakoś będę musiał się wytłumaczyć. – Uśmiechnąłem się, mając na myśli Kubę.  
– No dobrze, to chociaż cię odprowadzę. Nie masz szans się teraz dodzwonić. – Podniósł się, poprawiając swoje ubranie. Domyślałem się, że chce odprowadzić mnie na pobliski postój.  

Zimne, de facto poranne już powietrze sprawiło, że powoli uchodziły ze mnie procenty spożytych wcześniej drinków. Mijaliśmy stado opakowań po fajerwerkach, potykając się o niektóre z nich. Przez chwilę pożałowałem, że nie wybrałem wygodnego, ciepłego łóżka zamiast tej kostnicy panującej na dworze.  

– To kiedy wracasz na ten swój zachód?  
– Mam jutro samolot koło dziesiątej. Właściwie to dziś.  
– No tak, prawie nie straciłem wszystkich zębów przez tą walizkę.  
– Mogłeś patrzeć pod nogi! – Wyśmiał moje niezdarstwo, dodając: – Zresztą, nie dziwię ci się. Gdybym był na twoim miejscu, też skupiałbym się na mnie, a nie na tym, co stoi na drodze.  
– Ha ha, ale zrobiłeś się dowcipny – powiedziałem złośliwie. – Jak ci nie wyjdzie ta architektura, to spokojnie możesz startować na komika.  

Moje palce od nóg znów dawały o sobie znać, a ryzyko amputacji zwiększało się z każdym następnym krokiem. Posmutniałem, widząc z oddali poziome, kolorowe prostokąty na dachu kilku stojących obok siebie samochodów. Nie byłem w stanie przypomnieć sobie kiedy rozmawialiśmy ze sobą tak, jak tamtej nocy.  

– Lecz srogi los, okrutna śmierć, w udziale im przypadła – kontynuowałem kołysankę, do której dołączył głośniejszy niż chwilę wcześniej szum wiatru. – Króla zjadł pies, pazia zjadł kot, królewnę myszka zjadła.  
– Jaka schiza – szepnął najciszej jak potrafił. – Dalej!  
– Króla zjadł pies, pazia zjadł kot, królewnę myszka zjadła.  

Uniosłem kąciki ust do góry, reagując na ton, jakim to wyszeptał. Sam zrozumiałem to dopiero po tym, jak zaśpiewałem tę zwrotkę do końca. Po chwili posmutniałem z lekka, widząc w tej kołysance pewną analogię z moją sytuacją i tym, co może się po niej wydarzyć. W przeciwieństwie do królowej, niestety nie byłem z marcepana.  

– Mogę zadać ci ostatnie, ale to ostatnie pytanie? – Filip spytał tajemniczo, obejmując mnie bez skrępowań w sposób, w jaki nie odważyłby się jeszcze kilka godzin temu. Topór wojenny, który towarzyszył nam dotychczas, odpuścił sobie aktywność tej nocy. Poszedł świętować nowy rok.  
– Toć byłeś przy badaniu na obecność HIV – odpowiedziałem w swoim stylu, nie spodziewając się o co chce zapytać.  
– Pytam tylko z ciekawości – usprawiedliwił się. – Kochasz mnie jeszcze?  
Cieszyłem się, że nie musiałem na niego patrzyć. Jak nic zauważyłby w moich oczach rozpierdziel, jaki sprawił we mnie tym pytaniem. Po cholerę chciał wiedzieć?
– Zawsze będę cię kochał – przyznałem. – Nie zrozum mnie źle, nie w takim sensie. Rozumiesz chyba?  
– Rozumiem. Nie o ten sens mi chodziło. – Uspokoił mnie. – Mam tak samo, tylko nie wiedziałem jak ci o tym powiedzieć.  
– Może nie dojrzeliśmy jeszcze na tyle, żeby być ze sobą.  
– Może masz rację – odezwał się po chwili.  

Spoglądając w stronę najbliższej taksówki, uśmiechnąłem się do niego i odpowiedziałem:  

– Jeszcze nie zrozumiałeś, że zawsze ją mam? Pamiętaj, żeby usiąść na sam tył. – Dodałem po chwili ciszy, przypominając sobie datę dziesiątego kwietnia i wieniec, który doleciał w nienaruszonym stanie. Zawsze wspominałem o tyle, kiedy ktoś ze znajomych planował podróż samolotem.  
– Dzięki. Też ci życzę powodzenia. – Przewrócił oczami.  
– Trzymaj się tam. Pozdrów tego tam swojego – powiedziałem, doskonale pamiętając jego imię – niech mu zazdrość dupę ściska o tak atrakcyjnego byłego.  
– Głupi jak zawsze – odparł na pożegnanie.  

Odwróciłem się tyłem do niego, jednocześnie gubiąc swoją maskę. Próbując nie dać nic po sobie poznać, skierowałem się w stronę upatrzonej wcześniej, ciemnoszarej taksówki. Wybór nie był zbyt wielki, bowiem na zabłąkanych klientów w okolicach centrum czekały jedynie dwa samochody. Zastanawiając się, czy jeszcze tam stoi, zająłem miejsce na tylnym siedzeniu i wymamrotałem cel mojej noworocznej podróży. Wyjrzałem dyskretnie przez okno, jednak nie było po nim ani śladu. Oparłem swoje czoło o mroźną szybę okna i ruszyliśmy przed siebie.  

– Lecz żeby ci, nie było żal, dziecino ukochana. – Wzniosłem się na wyżyny wokalne, pragnąc zostawić po sobie dobre wrażenie na koniec kołysanki. – Z cukru był król, z piernika paź, królewna z marcepana. Z cukru był król, z piernika paź, królewna z marcepana.  

Otworzyłem oczy, spoglądając ponownie w stronę, jak to wcześniej go nazwałem, jakiegoś obcego faceta z internetów. Prawda była taka, że przez kilkanaście rozmów telefonicznych i cały tamten dzień stał mi się bardzo bliski. Jak się okazało, spał już w najlepsze, co musiało oznaczać, że jednak mu się podobało. Położyłem się na bok, zakładając delikatnie nogę na jego nagie ciało i wtulając głowę w jego klatkę piersiową. Dźwięk jego miarowego, spokojnie bijącego serca, posłużył mi za kołysankę, która w myk sprawiła, że zapadłem w głęboki i zasłużony sen.  
     Nasza droga do tego, co jest dziś, wcale nie była tak łatwa jakby mogło się wydawać. Jedna noc nie jest w stanie sprawić, że człowiek zapomina o dotychczasowym swoim życiu i rozpoczyna nowe, jak gdyby nigdy nic. Nie obawiałem się, że była to przygoda na jedną noc. Czułem, że on się tego obawiał. Wiele jeszcze o nim nie wiedziałem, ale wyczuwałem jego wątpliwości na kilometr. Prawda była taka, że musiałem wpierw poukładać własne życie, zanim zabrałbym się za układanie jego.  
     Nie zdjąłem tej obrączki tylko dlatego, że nie mógłbym patrzeć na nią, zaciskając rękę na tym i tamtym. Jeśli, drogi czytelniku, dotrwałeś do tego momentu i znasz mnie wystarczająco dobrze, to wiesz, że dlatego, że nie potrafiłem już tak dłużej żyć. A raczej udawać, że żyję, bo jedynie tym zajmowałem się przez ostatnie tygodnie naszego związku. Zadajesz sobie pewnie pytanie czy nie żałuję tych wspólnie spędzonych lat. Odpowiem że nie, że nie żałuję ani jednej sekundy. Obojętnie czy tej szczęśliwszej czy też tej mniej. Wszystko to ukształtowało mnie i nauczyło rzeczy, których nie nauczyłbym się nigdzie indziej i od nikogo innego. Nic nie dzieje się bez powodu i nie bez powodu też na naszych drogach stają te, a nie inne osoby. Wszystko ma jakiś głębszy sens, który wcześniej czy później jesteśmy w stanie dostrzec, jeśli tylko tego chcemy.  

Opierając głowę o szybę taksówki i przecierając łezkę po łezce, zastanawiałem się nad wszystkimi zdarzeniami minionych dwóch lat. Pękło we mnie coś. Coś, co sprawiło, że zostałem z większą ilością pytań niż odpowiedzi. Przypomniałem sobie wyjątkowy dla mnie dzień, który spędziłem z Kubą po sobotniej nocy, którą z krótka wam opisałem. Przypomniałem sobie też powrót po dwudniowej nieobecności do miejsca, którym wtedy był mój dom i następnie próby przywrócenia swojego życia do pionu, po tym jak obróciłem je o trzysta sześćdziesiąt stopni.  
     Było mi cholernie ciężko na sercu tamtej nocy, ale rozpromieniałem, gdy taksówkarz zatrzymał się przy mieszkaniu Kuby. Trochę zdeprymował mnie na nowo ceną tej nocnej przejażdżki, jednak wyjąłem złotą kartę, jak to miałem w zwyczaju nazywać swoją debetówkę i za krótką przejażdżkę po Gdańsku zapłaciłem jak za zboże. Cieszyłem się jednak, ponieważ zmierzałem do mężczyzny, którego kochałem i któremu należały się przeprosiny.  

Chwilę zajęło mi znalezienie w kieszeni kurtki kluczy od mieszkania, które wręczył mi jakiś czas temu. Najciszej jak potrafiłem, przekręciłem wpierw górny, a następnie dolny zamek, pociągając za, najciszej jak to tylko było możliwe, klamkę od drzwi. Ledwo je rozszerzyłem i huk. Zdezorientowany wychyliłem głowę przez drzwi, zauważając śpiącą przy drzwiach na materacu postać. Z trudem prześlizgnąłem się przez szparę w drzwiach, zamykając je następnie rozbawiony. Domyślałem się, że był to Piotrek. A właściwie to jest złoki.  

Podobna sceneria zastała mnie w salonie, w którym spała reszta z ekipy minionej nocy sylwestrowej. Spojrzałem tylko na bałagan, jaki po sobie zostawili, odkładając klucze od mieszkania na kuchenny blat. Nie widząc niczego innego w pobliżu do picia, złapałem za w połowię wypełnioną butelkę z szampanem i kilkoma łykami opróżniłem jej zawartość.  
     Następnie podreptałem do sypialni Kuby, próbując wejść do niej najciszej jak się dało. Ledwo widząc coś na oczy w tych egipskich ciemnościach, jakie panowały w tym pomieszczeniu, zdjąłem z siebie wymięte ubranie i wsunąłem się pod białą kołdrę. Wtuliłem się w jego nagie plecy, obdarzając jego ciepły kark skromnym pocałunkiem.  

– Jutro będziesz się tłumaczyć. Dziś nie mam siły – powiedział zaspanym i niezbyt trzeźwym głosem.  
– Szczęśliwego nowego roku – wyszeptałem mu do ucha. – Kocham cię.  
Obrócił się w moją stronę, przygarniając mnie między swoje ramiona.  
– Jak się w końcu do mnie wprowadzisz, to powiem ci, czy ja ciebie też.  

-------------------------------------------------------

Wszystkim którzy dotrwali do końca, serdecznie dziękuję i gratuluję. Przewiduję nagrody za przeczytanie całości!

Jabber

opublikował opowiadanie w kategorii miłość, użył 15980 słów i 91749 znaków, zaktualizował 22 sty 2016.

9 komentarzy

 
  • Nazwa

    Tyle już minęło od opublikowania tej części, że tracę wiarę na opublikowanie kolejnej. Uwielbiam sposób w jaki opisujesz to co wydarzyło się w twoim życiu. Często bywa tak, że czuje to samo co bohater ;)  
    Z utęsknieniem czekam na nową część ''Kronik Tomka '' i posyłam uściski i motywację do pisania!

  • gustlik002

    Niezmiernie się ciesze z nowej części aczkolwiek przykro mi ze tak się stało z Filipem.

  • Gabriel

    Super. Wielki pokłon za to, że wreszcie coś napisałeś.  
    "Nic nie dzieje się bez powodu i nie bez powodu też na naszych drogach stają te, a nie inne osoby. Wszystko ma jakiś głębszy sens, który wcześniej czy później jesteśmy w stanie dostrzec, jeśli tylko tego chcemy." Święta prawda, niejednokrotnie się o tym przekonałem. Weny, weny i jeszcze raz weny.

  • Pytam

    Te opowiadania to fikcją literacką czy fakty z Twojego życia ?

  • xnobodyperfectx

    Omg omg omg omg omg...
    Jeju jak się cieszę, że znowu coś zamieściłeś, jednakowoż niestety już nic nie pamiętam z poprzednich części. Zostawię sobie całą serie na jakiś klimatyczny wieczór pod kocykiem z gorącym mleczkiem, z miodem. Mam nadzieje, że niedługo dodasz kolejne części. :>

  • Jabber

    @xnobodyperfectx Postaram się, choć luty zbliża się wielkimi krokami! I tak tą cześć pisałem po nocach. Ale @Py64 i tak będzie chciał mnie wieszać i tak :sad:

  • xnobodyperfectx

    @Jabber jeśli nie napiszesz wkrótce kolejnej części to i ja cię powieszę! :c

  • Jabber

    @xnobodyperfectx Ej no, co Wy! Jak mnie powiesicie to na pewno nie będzie kolejnych opowiadań :sad:

  • xnobodyperfectx

    @Jabber bez powieszenia również może nie być... ;___;

  • Py64

    @xnobodyperfectx Nie martw się. Podzielimy go na pół :D

  • Py64

    @Jabber Koleś, coś wykombinujemy byś mógł coś pisać.

  • Jabber

    @xnobodyperfectx @Py64 Z powieszeniem na pewno nie będzie xD Bez tylko może. Bierzcie to pod uwagę

  • Py64

    @Jabber Dałem ci propozycję "unieruchomienia"... Czego chcesz więcej? I kwasem, nie kutasem.  :exclaim:

  • xnobodyperfectx

    @Py64 płacze. XD
    @Jabber nie mógłbyś złamać naszych malutkich serduszek! Za to my tobie coś możemy... xD

  • Py64

    @xnobodyperfectx Złamać...rękę? Ehhh... normalna to ty nie jesteś :D

  • xnobodyperfectx

    @Py64 tylko wariaci są coś warci! :D

  • Py64

    @xnobodyperfectx :D

  • Jabber

    @Py64 @xnobodyperfectx Ja jestem nie do złamania :cool:

  • Py64

    @Jabber Tia...

  • xnobodyperfectx

    @Jabber idę o zakład, że by mi się udało! Nie ważne jak! Czy zepchnę cię ze schodów, czy przytrzasnę rękę drzwiami, czy przejadę traktorem...

  • Jabber

    @xnobodyperfectx Coś czuję, że Twoje następne opowiadanie będzie w klimatach BDSM sądząc po tym, co chcesz mi zrobić :sad2:

  • xnobodyperfectx

    @Jabber no weee... :c Aż taka to ja nie jestem, ja Ci tylko chce coś złamać, nic więcej... :<<<

  • Jabber

    @xnobodyperfectx Wolę buziaczka

  • xnobodyperfectx

    @Jabber no to będzie buziaczek, tylko mi tu ładnie pisz dalej. (´。• ω •。`) ♡

  • Jabber

    @xnobodyperfectx  :kiss: Gorzej będzie, jak nic nie dodam. Pewnie mnie znajdziesz i potniesz?

  • xnobodyperfectx

    @Jabber będę grzeczną dziewczynką i wytulam na śmierć. (≧◡≦) ♡

  • Jabber

    @xnobodyperfectx Hmm, @Py64 też mówił, że będzie grzeczną dziewczynką i masz rezultaty..  :cool:

  • xnobodyperfectx

    @Jabber od kiedy on jest dziewczynką? xD

  • Jabber

    @xnobodyperfectx Pewnie od momentu jak zaczął mnie czytać :mad:

  • xnobodyperfectx

    @Jabber xDDDD To ja jestem chłopcem!

  • Jabber

    @xnobodyperfectx To Ty powiedziałaś :D

  • xnobodyperfectx

    @Jabber no dobra! Jestem śliczną białowłosą dziewczynką. :> (z włosami prawda xD)

  • Jabber

    @xnobodyperfectx Ja tam zawsze chciałem mieć czerwone jak Wiśniewski

  • xnobodyperfectx

    @Jabber miałam fioletowe, blond z turkusowymi końcówkami, czarne, rude, a teraz biało-szare. :D

  • Jabber

    @xnobodyperfectx Wariatka :D Co ten LoL robi z człowiekami!

  • xnobodyperfectx

    @Jabber raczej ujawnia się moja osobowość, która jest zmienna. "Ah, nie podoba mi się ten kolor *farbuje się*,  2 miesiące później: "oh, już mi się znudził *ponownie farbuje*"

  • Py64

    @Jabber skoro piszesz te opowiadania, to obojniakiem jesteś?

  • Jabber

    @Py64 Chcesz bana? :whip:

  • Py64

    @Jabber Nie jesteś REDAKCJĄ.

  • Jabber

    @Py64 Jestem kim chcę :rolleyes:

  • Py64

    @Jabber Póki nie zobaczę oficjalnego oświadczenia redakcji - nie jesteś xD

  • Jabber

    @Py64 Skoro to ja jestem redakcją, to proszę bardzo: Jabber jest redakcją.  :cool:

  • Py64

    @Jabber Chcę oświadczenia od użytkownika Redakcja!

  • Jabber

    @Py64 Zbanowałem.

  • Py64

    @Jabber Tia

  • Jabber

    @Py64 Jeszcze chwila i Ciebie zbanuję.

  • Py64

    @Jabber Dobra, idę cię powiesić

  • Jabber

    @Py64 Nie strasz, nie strasz bo..

  • Py64

    @Jabber francuz...

  • Jabber

    @Py64 Kto co woli xd

  • Py64

    "Czy kiedykolwiek zastanawialiście się, co dzieję się z człowiekiem podczas śmierci?" Nie, ale wiem co po śmierci - ciało zaczyna się rozkładać :)

  • mikus

    No w końcu sie doczekaliśmy  :jupi:

  • Py64

    Hohoho, to nagroda mi się należy. Skończyłem o 01:14 całe kroniki - pobije ktoś?  Schizy są, skupienia brak, a Filip = Kuba, Kuba = Tomek, Tomek = Filip już jest.

  • Jabber

    @Py64 Możesz sobie wybrać jako nagrodę cokolwiek tylko zechcesz! :jupi:

  • Py64

    @Jabber Lepiej nie chcesz wiedzieć co dokładniej. Z resztą, gdzieś na youtubie nadal jest samobójstwo kogoś tam z USA.

  • Jabber

    @Py64 Ej, czym sobie zasłużyłem? :sad:

  • Py64

    @Jabber Długa przerwa była :D

  • Jabber

    @Py64 I chcesz żeby była jeszcze dłuższa? No dzięki :faja:

  • Py64

    @Jabber Może oderwanie kończyn załatwi sprawę  :rotfl:

  • Jabber

    @Py64 Tia, nosem będę potem pisał :mad: Albo.. Nie, nie dokończę :dancing:

  • Py64

    @Jabber Co ty? Nogami to piszesz?  :nerw:

  • Jabber

    @Py64 A ręcę to nie kończyna? xD Human pozdrawia

  • Py64

    @Jabber Nie powiedziałem czy kończyny dolne, czy górne...

  • Jabber

    @Py64 Widzisz, musisz bardziej doprecyzować. Biedny Jabber pomyślał, że chodzi Ci o wszystkie :sad:

  • Py64

    @Jabber Jaki biedny? Pomyślałeś kiedykolwiek o swoich followersach?

  • Jabber

    @Py64 Cały czas myślę!

  • Py64

    @Jabber P. Protokole, a biedni followersi podczas przerwy nie byli? :paluchem:

  • Jabber

    @Py64 Czemu nazywasz mnie protokołem?! :mad: Pewnie, że byli, ale.. jakoś spróbuję to teraz wynagrodzić <3

  • Py64

    @Jabber Wygoogluj swój nick :D

    Mam nadzieję, ta wizja z wisielcem jest już prawie gotowa :D

  • Jabber

    @Py64 Sam jesteś protokół xD

  • Py64

    @Jabber Ehhh, nie mogę wygooglować. Jedynie profil na creepypastach. :P Chciałem już odsyłać do Wikipedii, profesorze XMPP.

  • Py64

    @Jabber Na DemonicEagle coś mam też, akurat tworzę protokół z jakże piękną nazwą - "orzeł" :D

  • Py64

    @Jabber Wiesz coś na temat kiedy twoje opowiadania się opublikują?  
    :cool:

  • Jabber

    @Py64 Matko i córko, co to za dziwne nazwy :crazy: DemoncEagle, Creeppasta, XMPP. Za dużo tego! :woot:

  • Py64

    @Jabber :D To ty przecież jesteś jabberem (protokołem, tak, protokołem!), XMPP (protokołem, tak, protokołem!). A DemonicEagle gdzieś się szwęda po LOLu (gdzieś tu?  lol24 . com / opowiadania / milosne / idealnie-nieidealni-cz14-15123 ).

  • Py64

    @Jabber Dobrze, mam profil na HORRORACH. Ehh... nic niekumaty Jabber...

  • Py64

    @Jabber I ponawiam pytanie, ignorancie.

    "@Jabber Wiesz coś na temat kiedy twoje opowiadania się opublikują? :cool:"

  • Jabber

    @Py64 Idź tam z tym protokołem! Ale miło mi, że mnie googlujesz! :jupi: O jakich opowiadaniach mowa?

  • Py64

    @Jabber O tych co piszesz je nogami. :faja: Bitsquatting? To à propos synonimu twojego nicku.

  • Py64

    @Jabber Chciałem pisać już kolejną wiadomość, gdy odpowiedziałeś. WSTYDŹ SIĘ :devil:

  • Jabber

    @Py64 Najpierw muszęm sprawdzić, czy jeszcze mam dla kogo pisać :woot: Mam dziś ciężki poranek, nie męcz mnie takimi nazwami :sad2: Z trudnem ogarniam co to HTML

  • Py64

    @Jabber :O Ty nie jesteś normalny. HTML - Hyper Text Markup Language

  • Py64

    @Jabber Masz, masz. Na przykład MNIE :rotfl:

  • Jabber

    @Py64 Ta, Ty mnie chcesz powiesić i wszystko mi poodrywać :crazy:

  • Py64

    @Jabber Nie wszystko. Nie jestem zbereźnikiem xD

  • Jabber

    @Py64 Jasne. Ja już wiem co Ci tam po głowie chodzi xD

  • Py64

    @Jabber XML chyba ogarniasz? Jeśli nie, zmieniaj nick na Plain Text :D

  • Jabber

    @Py64 Ja życia nie ogarniam, a Ty mnie o XML pytasz :D

  • Py64

    @Jabber Ty zbereźniku jeden! A weź se sam czytaj te opowiadania  :smh:

  • Py64

    @Jabber Życie - suka, która zawsze pomoże ci się potknąć, a i tak przegra ze śmiercią. xD

  • Jabber

    @Py64 Przestań z tym zbereźnikiem! Zbyt podobne do rzeźnika xD

  • Py64

    @Jabber Bo rzeź będzie gdy nie opublikujesz DZISIAJ nowej części :P

  • Py64

    @Jabber ( ͡° ͜ʖ ͡°)

  • Jabber

    @Py64 Chyba Cię głowa boli :rolleyes: Dzisiaj odpoczywam po ciężkim weekendzie :D

  • Py64

    @Jabber Wyczucie. Nie dasz mi napisać kolejnej wiadomości. Ku...bit! RZEŹNIĘ CZAS ZACZĄĆ.

  • Py64

    @Jabber Alkohol, haszysz, kompot czy walenie głową w ścianę? ;D

  • Jabber

    @Py64 Najpiere naostrz swôj nożyk :faja:

  • Jabber

    @Py64 wszystko na raz :D

  • Py64

    @Jabber Nie próbowałem żadnego z tych, więc nie wiem jakie to uczucie :D Jak mam współczuć? Ehhh, inne słowo na myśl o tym słowie xD Co? Nieważne. Nożyk? Chcesz się pociąć? Nie odbieraj mi tej radości. Jeśli odciąć ci nogi i przypiąć do krzesła, kilka opowiadań nowych powstać. Mam nadzieję, że nie masz uczulenia na pszczoły?  :rotfl:

  • Jabber

    @Py64 Nie będziesz pierwszym, który chciałby ze mną współczuć xD Ale to byłyby opowiadania bardziej w Twoim stylu, ja piszę tylko miłosne xD

  • Py64

    @Jabber Na płyn o pH równemu 7,2 chyba nie zareagujesz śmiercią? xD Elektrowstrząsy? Nie ma sprawy. Skalpel? Jest.

  • Py64

    @Jabber Wuuut. Co? Nie rozumiem. Jakto w moim stylu? :D Ja tylko horrory. :D Moment, gdy zamiast współczuć czytasz słowo zakończone na "żyć"  :pissed:

  • Jabber

    @Py64 Zaraz Cię gdzieś zgłoszę. Przerażasz mnie :cool:

  • Py64

    @Jabber Miło słyszeć.  :lmao:

  • Py64

    @Jabber Zapomniałem ile już mam lat... Według LOLa 20... ale jeszcze ta dwudziestka nie stuknęła.

  • Py64

    @Jabber Nie rozumiem jak mogę cię przerażać. Przecież to jest piękne. :D

  • Jabber

    @Py64 Gówniarz! :cool: Ej dobra, praca czeka :sad: Idę współczuć z arkuszem Excela :sad2:

  • Py64

    @Jabber Piękne snuffy? ;) Desperat. Zaczynasz gadać z dokumentami Offica :D

  • Jabber

    @Py64 Jakoś muszę zarabiać na życie xD

  • Py64

    @Jabber Gadając z arkuszami? :O Ile ci płacą? xD

  • Py64

    @Jabber Przyjmują XMLe albo JSONy? PHP arrays? Skrypty NodeJS?

  • Jabber

    @Py64 Bardzo śmieszne. Ale czekaj, PHP kojarzę!

  • Py64

    @Jabber :O SUKCES.

  • Jabber

    @Py64 A nie czekaj, chodziło mi o BHP xD

  • Py64

    @Jabber WCo ty oglądasz pojebie?!

  • Py64

    @Jabber Wiedziałem, że sam olej w głowie masz :D

  • Jabber

    @Py64 Odczep się! Kojarzę te wszysktie skróty, ale nie będę udawał, że wiem co jest do czego :sad: Za karę nie będzie dziś opowiadania, ha!

  • Py64

    @Jabber pseplasam :D

  • Py64

    @Jabber i tak by nie było nowej części, znam was! :devil: Rozszyfrowałem was już 666 godzin temu! :D

  • Py64

    @Jabber nie będzie*

  • Jabber

    @Py64 Phi, a miałem zamiar dodać! Nie to nie :faja:

  • Py64

    @Jabber To boli  :sad:

  • Jabber

    @Py64 Przepraszam. Następnym razem postaram się być bardziej delikatny.

  • Py64

    @Jabber Czyli będzie  :rotfl:

  • Jabber

    @Py64 Idź już!

  • Py64

    @Jabber To po co czytasz i odpisujesz? :D

  • Jabber

    @Py64 Próbuję być miły :sad:

  • Py64

    @Jabber Nah, idź publikuj opowiadanie.

  • Py64

    Nie wiedziałem czyje to opowiadanie więc wracam do powiadomień. Protokole cieszę się, że twoje opowiadania wróciły. Ty sam możesz pójść :P