Hanahaki ~ 5

Hanahaki ~ 5- Tu są pieniądze - wciska mi w dłoń spasioną kopertę, unikając patrzenia na moją twarz. Czyżby odezwały się resztki przyzwoitości? - A tutaj adres - podaje małą karteczkę ze śladami spoconych nerwami palców.  

- Czy my dobrze robimy? - pytam cicho, upychając pieniądze w przystrojonym naszywkami plecaku.  

- Nie ma innego wyjścia - odpowiada wymijająco. Chwytam delikatnie jego rękę, by ostatni raz poczuć ciepło skóry mężczyzny.  

- Uwierzy, że uciekłam?  

- Zostawiłaś list, więc… - prawda, napisałam kilka nieczułych słów, które złamią Misi serce. Jednak wiem, że gdybym została to jej serce uległoby całkowitemu zmiażdżeniu. Czasami trzeba wybrać mniejsze zło.  

- Boję się.  

- Pokochasz Londyn, zobaczysz.  

- Wiem, tylko…  

- Bez ciebie będzie szczęśliwsza - oczywistość i brutalność tego stwierdzenia odbiera mi mowę. Pod wpływem niezrozumiałego impulsu przytulam się do Artura. Reaguje całkowitą biernością. Po dłużej chwili, kiedy ja wciąż łaknę jego bliskości, odsuwa mnie delikatnie, acz stanowczo - Nigdy więcej tak nie rób.  

- Już nie wrócę - obiecuję, siłą zbierając nerwy w ciasny kłębek. Nie będę przecież robić dramatów pośrodku lotniska. Bo niby czemu miałabym?  


***

-… z bliżej nieokreślonych powodów wirus ów pozostaje tematem tabu, figurując w mentalności społecznej jako powód do wstydu. Dlaczego właściwie? Nie powinno być wstydem coś, co może spotkać każdego - w parku, w drodze do pracy, nawet we własnym domu… Od pięciu lat jestem nosicielem wirusa HIV - Artur robi małą przerwę, chcąc, aby jego słowa wybrzmiały odpowiednio mocno - Klinika, którą założyłem z moim wspólnikiem, - wskazuje, stojącego obok Marcela - została stworzona, by nikt nie musiał się wstydzić.  

Brawa. Klaszczę jak wszyscy, z szerokim uśmiechem. Mąż Misi w blasku fleszy odbiera pięknie oprawiony dyplom. Najnowsze potwierdzenie jego sukcesów. Powiesi je nad swoim biurkiem, bezczelnie chwaląc się przed odwiedzającymi. Patrzcie, w jakim kurewsko dobrym szpitalu przyjdzie wam zdechnąć. Nie powinnam tak myśleć. Łapię spojrzenie Marcela. Uśmiecha się lekko. Taki zadowolony. Taki idealny. Przypomina Artura. Pewnie dlatego go chciałam. Odwracam głowę w kierunku wyjścia. Dzieje się ze mną coś dziwnego, coś, czego nie potrafię wyjaśnić. Powrót nie był dobrym pomysłem. Londyn i Alan. Żaden pieprzony Kraków. Teraz jest już za późno. O cały lot za późno.  

- Zabierz mnie do domu - proszę Artura, gdy kończy odbierać gratulacje.  

- Musisz? - pyta niechętnie. Układa przy tym usta w zirytowaną kreskę.  

- Muszę.  

- Nie zmienisz się, co? - warczy agresywnie - Uwielbiasz psuć innym zabawę… Dlaczego właściwie? Ponieważ są szczęśliwi, czy dlatego, że ty jesteś nieszczęśliwa? Umieram, Liz. Zanim umrę, zdążę jeszcze stracić najbliższą mi osobę. To ci nie wystarczy? Musisz odebrać mi nawet kieliszek szampana i dwie godziny zapomnienia?  

- Chcę wrócić do domu - powtarzam uparcie.  

- Pieprzona egoistka - mruczy Artur rozzłoszczony. Nie dbam o jego humor. Potrzebuję miejsca, w którym mogłabym zniknąć… Chwyta mnie brutalnie za łokieć i wyprowadza przed budynek. Chyba podoba mu się ów akt niewielkiej przemocy, bo w chwilę później popycha moje zupełnie inercyjne ciało na fotel pasażera i głośno zatrzaskuje drzwi samochodu. Oczywiście, zaczyna padać, typowo zresztą dla smutnych momentów. Krople deszczu spływają po szybie niczym oślizgłe gąsienice. Nie rozmawiamy, chociaż mamy sobie nawzajem sporo do powiedzenia.  

- Nie poszłam tam wtedy. Nie potrafiłam… - przerywam milczenie. Artur nie daje znaku, że cokolwiek usłyszał. Spokojnie staje na czerwonym świetle, pomimo praktycznie zerowego ruchu - Nie potrafiłam… - powtarzam cicho.  

- Podaj mi papierosa - żąda, nie odrywając wzroku od sygnalizatora. Sięgam po paczkę LM-ów, niedbale wciśniętą w schowek. Obok odnajduję zapalniczkę. Wsuwam żarzący się tytoń między wargi mężczyzny.  

- Miał bardzo zimne ręce… Nie chciałam, żeby mnie nimi dotknął… - opuszcza szybę, by strzepać popiół - Czy ciebie w ogóle to obchodzi?!  

- Bez znaczenia, skoro i tak nie zamierzasz odpuścić.  

- Myślałeś o mnie? - przesuwam palcem wzdłuż jego policzka. Nie mogę się powstrzymać. Wolałabym wierzyć, że moja dłoń wylądowała tam przypadkiem, ale w głębi znam brzydką prawdę.  

- Nie - odpowiada szybko. Zbyt szybko.  
  
- Kłamca.  

- Po co wróciłaś, Liz?  

- Mówiłam już. Dla Misi.  

- Pierdolenie - wyrzuca niedopałek przez okno, jednocześnie wciskając pedał gazu.  

- Sara. Nazwałam naszą córkę Sara - szepczę wpół do niego, wpół do siebie.  
Noc, deszcz, rozmazane światła, a w mojej głowie płacz noworodka, sina, wykrzywiona grymasem główka i brudne, śliskie ciałko. Mrugam gwałtownie, usiłując strzepać z siebie przepojone bólem wspomnienie.  
Noc. Deszcz. Cisza.  


5 komentarzy

Zaloguj się aby dodać komentarze. Nie masz konta? Załóż darmowe konto

  • kaszmir

    kaszmir · 14 lipca

    Witam
    Mozaika układa się w całość. Klocki nie zawsze kolorowe. Zawsze będą kłaść się cienie z przeszłości. Artur okazuje się graczem swojego losu. Naprawia i psuje życie. Bardzo dużo emocji i odsłony ludzkich wnętrz. Sprawy sprzed lat trzeba pozałatwiać jak najszybciej, aby iść dalej. Końcówka wbija. Czyżby zapłatą za chwilę była śmierć ?

    Miłej niedzieli

  • Duygu

    Duygu · 10 maja

    O, wow, końcówka bardzo mnie zaskoczyła! Mocne i dobre jak zawsze    Czytanie Twoich opowiadań to czysta przyjemność  

  • Speker

    Speker · 10 maja

    Tyle emocji, tyle pasji. Piękne opisy sytuacji, uczuć, otoczenia. Tekst pełen profesjonalizmu. Wysoki poziom, jak zwykle. Ehh ten ból i gorycz.
    Świetny tekst.

  • agnes1709

    agnes1709 · 10 maja

    Fajnie, że jednak zastoju nie ma

  • AnonimS

    AnonimS · 10 maja

    Pokręcone losy ludzkie. Jak zawsze trzymasz poziom. Pozdrawiam