Hanahaki

Hanahaki- No dobrze, a Kopciuszek?  

- Co “Kopciuszek”? - unoszę brwi w wyrazie absolutnego zdumienia.  

- Romantyczna historia, nie możesz zaprzeczyć…  

- Szalenie. Książę wybrał biedną dziewczynę, żeby zdobyć przychylność plebsu i dać parę fałszywych złudzeń bandzie rozhisteryzowanych nastolatek.  

- Jesteś okropna. Piękna też nie zmieniła Bestii miłością?  

- Piękna cierpiała na syndrom sztokholmski… - przypominam rozmówczyni. Ta teatralnie przewraca oczami.  

- Oczywiście. Śnieżka padła ofiarą nekrofila, a Aurorę zgwałcono, podczas snu…  

- Tak! Dokładnie tak było! - potakuję zadowolona, że urocza blondynka wreszcie zdołała zapamiętać.  

- To wszystko dlatego, że nie spotkałaś tego właściwego… - stwierdza, poprawiając srebrne upięcie we włosach. Wygląda jakby sama urwała się z kart którejś baśni. Uśmiecham się i cmokam ją delikatnie w podkreślony rozświetlaczem policzek.  

- Masz całkowitą rację, Misiu - mówię, ku jej irytacji. Nie cierpi tego zdrobnienia, przypominającego o niedawnej nadwadze. Nie żeby rzeczywiście była gruba, nie dla mnie… Ja zawsze uważałam ją za śliczną.  

- Przestań…

- Co mam przestać?  

- Przyznawać mi rację jakbym była dzieckiem, z którym nie warto się kłócić - mamrocze pod nosem.  

- Jesteś dzieckiem, z którym nie warto się kłócić - odpowiadam poważnie. Blondynka rzuca pozornie wściekłe spojrzenie, by po chwili wybuchnąć głośnym śmiechem.  

- Przede wszystkim jestem obrzydliwie szczęśliwym dzieckiem… Ciągle nie wierzę, że  weźmiemy z Arturem ślub…  

***

- Halo, mówię do pani… - szorstki głos zmusza mnie do zaprzestania wspomnień i przełknięcia kolejnego hausta teraźniejszości o posmaku przesłodzonej kawy z automatu. Całe dwa czterdzieści plus polepione palce. Mężczyzna w białym kitlu spogląda na mnie zniecierpliwiony. Musi tutaj sterczeć dłuższą chwilę.  

- Przepraszam, zamyśliłam się… - rzucam lekarzowi delikatny uśmiech.  

- Widzę - odpowiada, jednocześnie przecierając szkła okularów.

- Nawet bez nich? - pytam rozbawiona, na tyle, na ile można być rozbawionym w zaistniałej sytuacji.  

- Hm? - mężczyzna nie załapał mojego żartu. Zresztą słabego żartu. Rzadko zdarza mi się znaleźć kogoś o podobnym poczuciu humoru…  

- Nic, nic… Mogę ją odwiedzić?  

- Śpi.  

- Nie obudzę jej, proszę. Przyjechałam specjalnie z Londynu - lekarz wzrusza ramionami i podbródkiem wskazuje drzwi. Przełykam głośno ślinę, zestresowana niczym przed kolejną serią zdjęć. Dostrzegam jej skuloną postać, leżącą w białej pościeli. Przez chwilę nie wiem, czy to łóżko jest tak ogromne, czy Misia tak drobna. Ma założoną granatową piżamę z kiczowatymi kotkami, zdobiącymi materiał. Tylko ona mogła kupić podobne szkaradziejstwo, myślę, poczuwszy gulę łez w głębi krtani. Kto będzie kupował największe badziewie, kiedy ona odejdzie? Zauważam ogromny bukiet kwiatów obok łóżka. Doskonale wiem, skąd pochodzi. Momentalnie wypełnia mnie dzika wściekłość. Opuszczam salę, kierując kroki do biura ordynatora. Otwieram gabinet bez uprzedniego pukania.  

- Jak mogłeś?! - rzucam od progu, ignorując obecność lekarza z okularami.  

- Liza… - wykrztusza jedynie Artur.

- Ona tam umiera! A ciebie stać jedynie na  
wiecheć ziół i osobną salę! Zabiłeś swoją żonę, panie pieprzony ordynatorze! - wyrzucam jednym tchem. Jego widok wywołuje u mnie mdłości.  

- Nie wiedziałem! Nie wiedziałem, że to mam!

- Ty powinieneś być na tamtej sali!  

- Masz rację! Ja powinienem tam być! Myślisz, że nie chcę?! Przychodzisz tu z pretensjami, jakby było mi łatwo! Każdego dnia mam ochotę umrzeć! Ale ciebie to nie obchodzi, prawda?! Obchodzi cię tylko twoja frustracja i nienawiść! Zawsze taka byłaś! Uwielbiałaś szukać winnych! - wybuch mężczyzny odbiera mi mowę. Otwieram usta, po czym je zamykam, niezdolna wydać dźwięku - Przepraszam, Liz. Przepraszam… Ale dla mnie także jest to trudna sytuacja.  

- Kocham ją, Artur… - mówię cicho - Bez niej… Zawsze była moim wzorem…  

- Wiem. Jest wzorem dla wszystkich - mężczyzna obejmuje mnie, zamykając w krzepiącym uścisku. Powoli odzyskuję równowagę psychiczną - Gdzie się zatrzymałaś?  

- Nigdzie.

- Zostań u nas. Chodź, zawiozę cię… - sięga po płaszcz oraz kluczyki - Marcel?  

- Tak? - pyta niepewnie okularnik. Widać, że czuje się co najmniej niezręcznie w środku naszego konfliktu.  

- Ty też już powinieneś iść. Nie możesz tyle pracować. Elizo, poznaj Marcela. Opiekuje się Misią.  

- Już się spotkaliśmy.  

- Jest naprawdę świetnym lekarzem.

- Na tyle świetnym, żeby wyleczyć Misię? - obrzucam mężczyznę uważnym spojrzeniem. Wygląda zbyt młodo na szanowanego doktora.  

- Nie, Liz. Nie jest Bogiem.  

- Ach… - planuję powiedzieć coś sarkastycznego, lecz przerywa mi wejście pielęgniarki.  

- Artur, potrzebujemy cię na trójce - mówi jedynie.  

- Idę. Liz, tu są klucze do domu… - wyjmuje pęk żelastwa ze skórzanej torby.  

- Ok, dzięki.  

- Marcel, zawiózłbyś ją?  

- Wolałbym zostać w szpitalu - odpowiada okularnik.  

- Artur, ja sobie poradzę… - wtrącam nieśmiało.  

- Nie ma takiej opcji. Wykończysz się, jeśli nie pójdziesz porządnie odpocząć. A tobie, Liz, nie pozwolę tłuc się po nocy samej - Artur ucina gestem dalsze dyskusje. Marcel wzrusza ramionami.  

- Czekaj przed wejściem.  

Podnoszę stary, żołnierski plecak, który towarzyszy mi od bardzo dawna. Zdobi go pięćdziesiąt osiem naszywek. Każda oznacza coś innego. Kolekcjonuję je całe dotychczasowe życie. Wodzę palcem po uśmiechniętym symbolu Nirvany, odrobinę wytartym i naderwanym… Ta była pierwsza. Tuż powyżej odnajduję najnowszą. Płuca wypełnione kwiatami, stanowiące wizualizację hanahaki. Alan, przyczyna bukietu rosnącego wewnątrz mojego układu oddechowego, został w Anglii. Ciekawe, co porabia? Czy zdarza mu się o mnie myśleć?  

- Gotowa?  

- Tak.  

- Tędy - Marcel prowadzi nas na parking. Zatrzymuje się przed czarnym motocyklem. Podaje mi kask bez słowa. Gwałtownie potrząsam głową, momentalnie spinając mięśnie - Zakładaj.

- Nie jadę tym.  

- Co?  

- Nie pojadę tym.  

- Dlaczego?  

- Bo nie!  

- Będę jechał ostrożnie, nie musisz… - Marcel usiłuje mnie uspokoić.  

- Nie o to chodzi! Nie pojadę tym i tyle!  

- Zamierzasz iść pieszo?

- Ogarnę sobie transport.

- To średnio dobry pomysł. Jest druga w nocy.  

- Wiem, która jest godzina - zirytowana, ruszam szybko w kierunku skrzyżowania. Światła mrugają pomarańczowo. W tle słyszę silnik motocykla.  



*Hanahaki ( hana (花) ‘kwiat’ i hakimasu (吐きます) ozn. ‘wymiotować’) - fikcyjna choroba dotykająca zakochanych bez wzajemności. Polega na pojawieniu się kwiatów w płucach chorego. Kwiaty są początkowo skutecznie wykrztuszane, jednak z czasem stają się zbyt bujne i uniemożliwiają oddychanie. Śmierć następuje zwykle w ciągu kilku miesięcy lub lat. Istnieje metoda chirurgicznego usuwania płatków, lecz ceną jest utrata wszystkich wspomnień związanych z obiektem nieodwzajemnionych uczuć.  





9 komentarzy

Zaloguj się aby dodać komentarz. Nie masz konta? Załóż darmowe konto

  • kaszmir

    Witam
    Uroczy tytuł, choć jak diagnoza chorobowa. Obraz samotnej pośród kochających ją osób. Jak ptak bez gniazda szuka miłości i przestrzeni do oddychania. Czy aż tak można się oddalić i żyć w eremie swoich myśli. I smutne, że dwoje ludzi nie potrafi rozmawiać ze sobą.  

    Obraz poprzekładany emocjami i dialogiem nie zawsze przemyślanych słów. Bo Misia jest specyficzną bohaterką i jak porcelana pęka od środka.

    Pozdrawiam

  • Iks

    Znów Somebody zaczyna nową historię. Znów będą emocje, dylematy i kalejdoskop trudnych ludzkich uczuć. Problemem stanie się - trochę podobnie jak w hanahaki - rozrost emocji, które osaczają Czytelnika, aż do przytłoczenia. Na to się nie umiera, ale to uzależnia. Obiecaj Sombdy ;), że nie odetniesz nas od tej używki. Pisz, bo chcę tkwić w tym nałogu.  
    Pozdrawiam.
    X.

  • Somebody

    @Iks Oczywiście, że będę pisać i postaram się zapewnić wszystkim jazdę bez trzymanki :)

  • Duygu

    Moim zdaniem, opisanie scen w szpitalu jest trudnym zadaniem, nie tylko ze względu na emocje bohaterów, trzeba mieć też wiedzę. Wyszło Ci to znakomicie. Jak zawsze pięknie ukazałaś emocje <3 Nie nudziłam się ani przez sekundę. Wszystko miałam przed oczami. Wspaniałe  :kiss:

  • Somebody

    @Duygu Dziękuję, staram się  <3  :przytul:

  • AuRoRa

    Intrygujący początek, nie słyszałam o tych kwiatach, więc warto czytać dalej. Zapowiada się na łzy, nieodwzajemniona miłość, czasem jest powodem do tragedii. Pozdrawiam

  • Somebody

    @AuRoRa Pewnie tak. Szczęśliwe zakończenia to twoja specjalność, nie moja  :D

  • angie

    Ciekawe, ładne! Dziękuję !  :kiss:  w moim obecnym stanie chyba nie wszystko ogarniam wiec wrócę do tego kiedyś znowu. ..

  • Somebody

    @angie Dziękuję i zapraszam  :kiss:

  • Speker

    Zdecydowanie na tak. Super.
    Kwiaty w płucach?  
    Dalej, dalej, jeszcze, jeszcze.

  • Somebody

    @Speker Całkiem romantyczny sposób, by umrzeć. Aż mnie zainspirowało ;)

  • Speker

    @Somebody umrzeć z miłości?

  • Somebody

    @Speker Dokładnie

  • Speker

    @Somebody podejrzana sprawa :D

  • angie

    @Speker #niepolecam   :smiech2:

  • AnonimS

    Zajrzałem, przeczytałem i nie skomentowałem. Pozdrawiam zestaw na tak.

  • Somebody

    @AnonimS Też tak robię  ;) Dziękuję

  • agnes1709

    No, jest i dramat! :D:D:D:D:D:D:D Idealna fotka!

  • Somebody

    @agnes1709 A co się naszukałam to moje  :D

  • agnes1709

    @Somebody Znam ten ból aż za dobrze, ale jak się zachciało oddzielnych fotek...? Tuman :|  :lol2:

  • Somebody

    Dalej nie ma kursywy... Wybaczcie  :rolleyes:

  • agnes1709

    @Somebody Wybaczamy, a Pan M dostanie w dupę :spanki:

  • Somebody

    @agnes1709 Załatw to, bo mi żyłka pęknie niedługo :lol2:

  • agnes1709

    @Somebody Trzeba grupowo zmolestować:lol2: