Hanahaki ~ 3

Hanahaki ~ 3

- Dla mnie? - pytam, spoglądając na niewielki, jasny pokój z szerokim parapetem, umożliwiającym swobodną obserwację życia.  

- Oczywiście, że dla ciebie, głuptasie - odpowiada Misia ze śmiechem. Przytulam ją mocno. Nie mówię nic, po prostu ją przytulam. Wciąż nie potrafię uwierzyć, że moja przyjaciółka wywalczyła opiekę nade mną i zabrała mnie z domu, w którym wspólnie spędziliśmy tyle lat.  

- Udało ci się - szepczę, odurzona szczęściem.  

- Przecież obiecałam… Nigdy cię nie zostawię, Liz.  

- Nigdy?  

- Nigdy.  

***

Trzymam Misię za rękę, czując gulę wściekłości oraz bezsilnych łez. Blondynka uśmiecha się do mnie, jakby pozdrawiała mnie z czerwonego dywanu, a nie szpitalnego łóżka.  

- Lizzy… Artur wspominał, że przyjedziesz… Tak się cieszę…  

- Byłam w nocy, ale spałaś.  

- Tak… Marcel mi powiedział… Jak wyglądam? Źle czy gorzej? - pyta, wciąż uśmiechnięta. Patrzę na wychudzone ciało, sine cienie wokół błękitnych oczu, spierzchnięte wargi i przerzedzone, tłuste włosy…  

- Nadal jesteś dziewczyną, za którą każdy odwracał się na ulicy - odpowiadam z pełnym przekonaniem. Jej oczy zachodzą delikatną mgiełką.  

- Wciąż jesteś nieobiektywna… - stwierdza cicho. Samotna łza spływa wzdłuż krzywizny bladego policzka. Ocieram ją opuszkiem. Misia zatrzymuje moją dłoń delikatnym uściskiem - Musisz wiedzieć, że… Bardzo się cieszę, kiedy jesteś obok… To takie egoistyczne, prawda?  

- Nie. To normalne. Jestem twoją rodziną, a ty moją.  

- Rodziną… Tak… Powiedz, jak ci w tym całym Londynie?  

- Dobrze. Pracuję dużo…  

- Nuda - przerywa mi gwałtownym gestem - Poznałaś kogoś?  

- Właściwie tak - odpowiadam ostrożnie, nie chcąc zapeszyć.  

- Właściwie? Możesz rozwinąć?  

- Alan pracuje w tym samym studio. Na razie tylko się przyjaźnimy, ale… - Misia uśmiecha się łobuzersko i już wiem, co chodzi jej po głowie. Żartobliwie grożę przyjaciółce palcem, po czym obie wybuchamy głośnym, nieposkromionym śmiechem. Na kilka sekund ten właśnie śmiech przenosi nas do beztroskiej przeszłości, małego mieszkanka i czerwonych kubków wypełnionych gorącą czekoladą. Przypominam sobie nawet okropny, kraciasty koc z wyprzedaży, którym dzieliłyśmy się podczas nieskończonych kanapowych seansów. Nagle Misia zaczyna kaszleć, jej oczy łzawią, a twarz przybiera fioletowy odcień. Śmiech znika bezpowrotnie. Chwytam mocno dłoń blondynki, bezradnie patrząc, jak kobieta próbuje zaczerpnąć powietrza. Wybiegam na szpitalny korytarz. Obraz dziwnie rozmazuje mi się przed oczami, widzę jedynie ruchome ściany oraz smugi bieli - zapewne pielęgniarki.

- Pomocy! - wyduszam. Moje własne słowa zdają się odległym echem. Białe smugi mijają mnie w pośpiechu. Osuwam się wzdłuż ściany, chowając twarz między kolanami. Chcę, żeby wszystko zniknęło, szpital, ludzie, choroby… Zatykam uszy rękami. Dopiero czyjś ciepły dotyk wyrywa mnie z próżni. Ktoś delikatnie odsuwa moje dłonie i unosi podbródek. Artur.  

- Eliza, już dobrze, już jest dobrze… - patrzę na niego, nic nie rozumiejąc - Marcel opanował sytuację, z Misią jest już dobrze.  

- Marcel?  

- Tak, chodź, powinnaś chyba odpocząć… - pozwalam, aby mężczyzna zaprowadził nas do kafeterii - Kawy?  

- Poproszę.  

- Czarna?  

- Biała, bez cukru. Dziękuję - po chwili stawia przede mną parującą filiżankę, siadając naprzeciw ze swoją dawką smolistego espresso. Przygląda mi się poprzez obłoczek białej pary. Cisza między nami urasta do rozmiaru Wielkiego Muru, skutecznie niwecząc niemrawe zalążki dialogu.  

- A więc? - Artur postanawia przerwać uciążliwe milczenie. Podnoszę na niego zdumione spojrzenie.  

- Co “a więc”?  

- Dlaczego przyjechałaś?  

- Bo Misia jest chora.

- Jest chora od czterech lat.  

- Oboje wiemy, co mnie powstrzymywało - rzucam mężczyźnie wyzywające spojrzenie.

- Dlaczego przestało cię powstrzymywać? Obiecałaś nie wracać.  

- Ona się mną opiekowała odkąd trafiłam do domu dziecka. Była moją matką, ojcem, siostrą i przyjaciółką w jednym. Jak według ciebie mogłabym pozwolić umrzeć jej samotnie?  

- Nie umiera samotnie. Ma mnie! Jestem jej, kurwa, mężem!  

- Szkoda, że ciągle o tym zapominasz… - mówię beznamiętnie. Artur łapie mój nadgarstek pod stołem, wykręcając go boleśnie.  

- To był jeden raz - syczy mi do ucha. Wyszarpuję dłoń gwałtownie.

- Miałam piętnaście lat!  

- Wystarczająco!  

- Tak sądzisz? Ile ich było oprócz mnie? Nie zaraziłeś się od pacjenta podczas operacji, prawda?  

- Jeśli komukolwiek, cokolwiek wspomnisz…

- To co?  

- Można się dosiąść? - pyta Marcel, skutecznie wytrącając nas z rytmu kłótni.  

- Oczywiście - wyrzucamy jednocześnie. Lekarz stawia tacę ze śniadaniem pomiędzy nami. Aura ciepła, którą emanuje wydaje się totalnie “od czapy”, lecz odnajduję w niej spokój.  

- Smacznego - życzę, błądząc wzrokiem po bladej twarzy, skrywanej okularami.  

- Dziękuję.  

- Uratowałeś Misię… - zawieszam niepewnie głos. Zbyt wiele i jednocześnie zbyt mało słów przychodzi mi do głowy.  

- Tak. Tym razem mieliśmy szczęście.  

- Raczej mieliśmy ciebie - wtrąca Artur pochlebczo. Marcel pochyla delikatnie głowę, jakby komplement przeleciał ponad nim.  

- Mogę do niej pójść? - pytam, przyglądając się procesowi nabierania jajecznicy na widelec.  

- Nie teraz - odpowiada, trzymając znieruchomiały sztuciec przy brzegu talerza.  

- A kiedy?  

- Później.  

- Takie ataki zdarzały się przedtem?  

- Nie, ale będą - Marcel jest najwyraźniej skrępowany moją obecnością. Artur wstaje tymczasem, dopijając kawę jednym haustem. Ja zostaję przy stoliku w niezręcznej ciszy.  

- Słuchaj, jeśli chodzi o wczoraj…  

- Byłaś zmęczona. Nie ma o czym mówić - rozgrzebuje jajko aż staje się bezkształtną, żółtą masą.  

- Dziękuję. Za Misię.  

- Taka praca - wzrusza ramionami, widelec zamiera pośrodku stygnącej brei. Zamiera tak, jak gdyby pozostało coś jeszcze do powiedzenia. Ostatecznie jednak nie pada żaden dźwięk. Kończę swoją dawkę kofeiny i wówczas nabieram nagłej ochoty, aby nieco podrażnić doktorka. Zepsuć ten jego nienaganny spokój.  

- Mimo wszystko dziękuję - obejmuję Marcela delikatnie, składając krótki pocałunek na nieogolonym policzku. Słynny ‘trzydniowy’ zarost, który jest niesamowicie seksowny i irytujący jednocześnie. Widelec uderza o talerz. Dumna opuszczam stołówkę. Jak dzieci. Oni wszyscy są jak dzieci. A ja jedyna dorosła! Sięgam po telefon, standardowo wymieniając kilka zwyczajnych wiadomości z Alanem. Typowe prostactwa typu “co tam”, “jak tam” itd. Nic nie przygotowuje mnie na szok. Nikt mnie nie uprzedza. Żadnych znaków ostrzegawczych ani alertów. “Poznałem kogoś. Jesteśmy razem.”  
Takie nic. Takie wszystko.  



422 czyt.
100%236
Somebody

opublikowała opowiadanie w kategorii miłosne i dramaty, użyła 1180 słów i 6910 znaków

Komentarze (6)

Zaloguj się aby dodawać komentarze. Nie masz konta? Załóż darmowe konto
  • AuRoRa

    AuRoRa 18 marca

    Bardzo życiowe opowiadanie i czyta się z ciekawością, co będzie dalej. Życzę dużo weny, bo historia jest wyjątkowa. Pozdrawiam

  • AnonimS

    AnonimS 17 marca

    "Miałam piętnaście lat!  
    - Wystarczająco" z tym akurat się zgadzam . Ciekawie napisane, rośnie napięcie. Odkrywają się tajemnice z przeszłości. Taka więź to rzadkość i tylko można zazdrościć . Pozdrawiam

  • Duygu

    Duygu 17 marca

    Kochana, jak zawsze wspaniale. Zazdroszczę weny    Ciekawe, jak ta historia się dalej potoczy... Cały czas budujesz napięcie    Czekam na następną część  

  • agnes1709

    agnes1709 17 marca

    Kurcze, czemu nie mam Cię w obserwowanych? Jak to się stało? To pewnie efekty uboczne ostatniej imprezy urodzinowej I dziwię się, rugając  pod nosem, że nie dostałam powiadomienia. Czemu mi klapsa nie dałaś? Ostatnie zdanie, jak widzę, podbija serca czytelników Nie jestem wyjątkiem. Chłop to dziwny wynalazek Buźka😙

  • Speker

    Speker 17 marca

    W zawieszeniu, niepewność i "takie nic" super część.

  • angie

    angie 16 marca

    Właśnie "takie nic" zawsze jest najgorsze....