Hanahaki ~ 6

Hanahaki ~ 6~ Trochę wymęczone, przepraszam ~






- Sara. She's Sara - szepczę, wciąż wykończona porodem. Nie wiem, dlaczego tak mi zależy na tym konkretnie imieniu. Po prostu.  

- Fine. Do you want to hold her? Look, such a cutie… - uśmiechnięta pielęgniarka podsuwa mi pod nos, wiercącą się larwę.  

- No, I don't - odwracam wzrok ze wstrętem - Take her.  

- Are you sure? Maybe you'll change your mind if… - próbuje mnie przekonać kobieta. Ma bardzo ciepły wyraz twarzy i zapewne rodzinę czekającą cierpliwie w domu. Mąż, który gotuje doskonałe bolognese. Trójka dzieci - zbuntowany nastolatek, grzeczna uczennica podstawówki oraz raczkujący berbeć o różowych policzkach. Rysunki przytwierdzone magnesami do lodówki. Rzeżucha posiana w skorupkach jajka. Klocki Lego pod stopami. Może ponosi mnie wyobraźnia, ale wiem, że ktoś taki jak ona nie zdoła mnie zrozumieć.  

- Just take her.  

Nie chcę tego dziecka. Nigdy nie chciałam. Nigdy nie będę chciała. Jedyne, czego chcę to wyjść spomiędzy tych neutralnie pomalowanych ścian. Wyjść i zapomnieć. Mam przecież dopiero piętnaście lat. Jednak nie potrafię wymazać owiniętego kocykiem, trzykilogramowego faktu, tak samo jak nie będę w stanie zlikwidować rozstępów na brzuchu.  

***

- Musiałam dzisiaj wstać - mówię tonem usprawiedliwienia. Nie, "musiałam wstać o  trzeciej, czwartej itp". Musiałam wstać. Po prostu. Wstać z łóżka. Umyć się. Ubrać. Pomalować. Zjeść. Wykonać całe mnóstwo tych teoretycznie niezbędnych rytuałów, którymi każdy żyje. Z głośników leci Taco, zapewniający, że nie skończy na pętli. Boom na niego już chyba minął, ale ja jestem nieco opóźniona w stosunku do reszty świata, opóźniona niczym chiński Nowy Rok. Jedynie fajerwerków brak… Pieką mnie oczy. Chyba przez pyłki. Wylazł mi syf na brodzie po ostatnim kebsie. Po cholerę brałam pikantny sos? Co tam jeszcze z nowości, pytasz? -  Niewiele… Nic, właściwie. Kraków, tak. A ty…? Jak się masz? Ach, to dobrze. To dobrze…. - kończę rozmowę z dawną znajomą, próbując usunąć wspomnienie zeszłej nocy. Sądziłam, że moja fascynacja Arturem minęła, że mogę bezkarnie wrócić i spojrzeć mu w oczy bez żadnych konsekwencji. Sądziłam, że dzięki Alanowi moje uczucia są stabilne, uporządkowane… Głupia, głupia ja!  

- Jesteś taka nieobecna dzisiaj. Nie opowiesz, jak było na bankiecie? - pyta Misia z bladym uśmiechem. Nie wolno mi jej zawieść. Nie mogę sprawić bólu tym pełnym życia oczom.  

- Szampan był… - zaczynam niepewnie.  

- Tak? I co jeszcze?  

- Artur miał przemowę. Wszyscy klaskali.  

- To dobrze… Bardzo dobrze… - powtarza słabo. . Unikam jej spojrzenia, poczucie winy przygniata mnie niemal do ziemi. Nerwowo skubię skórki wokół paznokci - Nigdy nie marzyłam, że poślubię tak wspaniałego człowieka.  

- Rzeczywiście, jest wspaniały. Przynieść ci coś do picia? - zmieniam temat.  

- Bubble tea. Grejpfrut i limonka. Jeśli Ci się chce…  

- Doskonale!  

- Eliza? - zatrzymuje mnie w progu. Cała się napinam - Ty też jesteś wspaniała. Ty i Artur… Bez was byłabym nikim - przytulam ją, nienawidząc się w tym momencie. Okłamywanie jej jest podłe, wiem… Ale… Zawsze musi być "ale", prawda? Coś za czym można się ukryć. Wymówka, precedens, wyjątek. Moje usprawiedliwienie stanowi stan Misi. Wolę, by umarła szczęśliwa niewiedzą. Na korytarzu zatrzymuje mnie Marcel. Jakiś bardziej ludzki się wydaje. Nawet założył uśmiech do "perwollowo" białego fartucha.  

- Wychodzisz już? - pyta z nutką zawodu. Albo raczej to ja słyszę nutkę zawodu.  

- Kupić herbatę dla Misi. Zaraz wracam.  

- Pójdę z tobą - oferuje szybko.  

- Nie musisz.  

- Nie chcesz, żebym z tobą szedł? - droczy się? On umie się droczyć?  

- Chcę - patrzę mu w oczy bezczelnie, prawie nachalnie, ciekawa, jak długo wytrzyma moje spojrzenie. Nie ma z tym problemu. Widocznie, zaszła w nim jakaś zmiana. Jest bardziej pewny siebie, bardziej zdecydowany. Lubię go takim, wstyd się przyznać. Delikatnie ujmuje mój łokieć, prowadząc do wyjścia. Dla postronnych wyglądamy na parę. Podoba mi się ten pomysł. Para. Mogłabym być parą Marcela. Mogłabym przywyknąć do wychodzenia z nim na bubble tea między pracą a snem. Sen… Spanie obok niego… Byłoby całkiem niezłą perspektywa. Zatrzymuję się i przywieram ciałem do mężczyzny. Odchylam szyję, opierając głowę o jego ramię. Przez moment nie reaguje, by nagle zacząć powolną wędrówkę wargami po mojej skórze. Kurde, dobry jest. Widać, studia medyczne znajdują wiele zastosowań w życiu codziennym.  

- Chodźmy stąd - mruczy cicho, nie przerywając pieszczoty.

- Nie masz przypadkiem jakiegoś obchodu?

- Pieprzyć obchód. Chcę żyć - rzuca i zaczyna całować mnie bardziej agresywnie. Zsuwa dłonie na moją talię, potem niżej, aż wkłada rękę pod krawędź bluzki. Czuję ciepły, wręcz gorący, dotyk na plecach, wyginam ciało jak kot w kierunku mężczyzny. Korytarz. Stoimy na korytarzu. W każdej chwili ktoś może nas zobaczyć. W każdej chwili Artur może… Kurwa!  

- Nie tutaj - z trudem przywołuję się do porządku. Marcel niechętnie cofa ręce, zwracając mi wolność. Spojrzenie wciąż ma zaćmione pożądaniem.  

- Przepraszam… Przepraszam… - powtarza lekko oszołomiony zajściem. Gładzę go po policzku uspokajająco. Ufnie wtula twarz we wnętrze mojej dłoni, musnąwszy ją przelotnie wargami - Straciłem dzisiaj pacjenta.  

- Och… - wszystko jasne. Stąd jego dziwne zachowanie. Jest w szoku. Oczywiście. Nie może być inaczej. Co ja sobie myślałam?  

5 komentarzy

Zaloguj się aby dodać komentarze. Nie masz konta? Załóż darmowe konto

  • kaszmir

    kaszmir · 14 lipca

    A jednak malutka istotka przeżyła i pewnie zechcą odnaleźć... tylko po co?  

    Wolę, by umarła szczęśliwa niewiedzą... jak bardzo często usprawiedliwiamy swoje prawdy. Czy jest to złe? Może lepiej, tylko dla kogo? Nigdy Liz nie będzie spokojna. Misia umrze w swojej prawdzie o Arturze i swojej przyjaciółce.  
    Marcel i jego szok? Nie wierzę, szok po śmierci pacjenta tak nie objawia się. Zresztą lekarze nie przeżywają każdej śmierci, bo nie wytrzymali by tego.  
    Rozkręcasz Autorko i bardzo dietetycznie nas karmisz. Pozdr

  • agnes1709

    agnes1709 · 6 lipca

    Aj tam, w szoku, musiałby to być potężny szok. Nie wierzę w takie "szoki" Krótkie, to fakt, ale na wymęczone nie wygląda

  • AnonimS

    AnonimS · 5 lipca

    "Jest w szoku. Oczywiście. Nie może być inaczej. Co ja sobie myślałam?"..to jest fantastyczne. Pozdrawiam

  • Speker

    Speker · 5 lipca

    Bardzo porządnie napisane. I znów uczucia bardzo różnorodne, ale aż się wylewają. Świetnie.

  • Duygu

    Duygu · 5 lipca

    Będę pierwsza, będę pierwsza!    Cudownie, jak zawsze, kochana. Cała paleta barw.     Moje serce szalało z radości, czytając to cudo    A wymęczone to i u mnie czasem jest    Całuski